niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.50 - Pogrzeb


Tę partię, po raz pierwszy, wygrywał Alistair. Do tej pory towarzyszy dwukrotnie ograła Ellen, raz Wynne, a trzykrotnie Leliana. Do wzięcia udziału w tej rozgrywce zdołali namówić Jowana i, po krótkim wyjaśnieniu zasad, młodzieńcowi szło całkiem dobrze. Najgorszą sytuację miała Ellen – została pozbawiona wszystkich dobrych kart i większości walecznych, więc, ostatecznie, spasowała, mrucząc o grupowym spisku. Najbardziej zacięty bój toczyli Jowan oraz Alistair, wszystkie panie zostały w tyle, jednak wyglądało na to, że Leliana świadomie dała im wyjść na prowadzenie.
Wtedy, w decydującej chwili, kiedy miało się rozstrzygnąć, kto wygra tę partię, do sali wkroczył zmartwiony bann Teagan. Zatrzymał się zdezorientowany na środku komnaty, widząc, że nikt oprócz Shegara, który uniósł zaciekawiony łeb, nie zwrócił uwagi na jego przybycie. Westchnął ciężko, pokręcił rozbawiony głową i podszedł do wojowników, kładąc dłoń na ramieniu Alistaira.
— Wszystko już przygotowane — obwieścił, przerywając im grę.
Spojrzeli na niego, odkładając karty na blat stołu.
— Powinniśmy już iść na brzeg jeziora — dodał, uśmiechając się smutno. — Była tu Izolda? — spytał, rozejrzawszy się po sali.
— Nie — mruknęła Ellen, czując lekkie zakłopotanie wywołane tym, że nie poszli sprawdzić, co się działo z arlessą i Connorem. — Nie przyszła od powrotu Jowana z Pustki — przyznała uczciwie i władczo zgarnęła karty.
Nikt nie zaprotestował.
— W takim razie pójdę sprawdzić, co u niej, Connora i Eamona — zdecydował Teagan i klepnął Alistaira po plecach. — Pozbierajcie się i przygotujcie do wyjścia, zaraz wrócę. — Ruszył do drzwi prowadzących w głąb zamku.
Ellen westchnęła ciężko i podniosła się z miejsca, by zaraz przeciągnąć się z cichym pomrukiem. Karty oddała Lelianie, posyłając przyjaciółce uśmiech, po czym zaczęła gramolić się zza stołu. Skinęła głową na Morrigan i Stena, by nie mieli żadnych wątpliwości, że szli wszyscy. Potem wlepiła wyczekujące spojrzenie w drzwi prowadzące w korytarz, zastanawiając się, co z Connorem.
Pamiętał demona? Zapomni o opętaniu? Spróbuje raz jeszcze zbliżyć się do istoty z Pustki? Czy te wydarzenia go zmienią? Jej, co prawda, nie zaszkodziło opętanie, jednak ono było innego rodzaju. Connor należał do magów, ona nie, więc demon nie mógł zawładnąć całkowicie jej ciałem oraz używać zdolności do mordowania… prawda? Uldred planował zrobić z niej maszynę do zabijania… Ale czy to było w ogóle możliwe?
Drgnęła nerwowo, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem, a próg przekroczył Teagan. Widząc, że wojownicy byli już gotowi, posłał im blady uśmiech i obejrzał się w korytarz. Zaraz potem do komnaty weszła lady Izolda, sztywno wyprostowana oraz zapatrzona w drzwi wyjściowe. Ellen zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc, dlaczego kobieta tak się zachowywała. Nie zdążyła się jednak odezwać, ponieważ za arlessą wszedł nieduży chłopiec o jasnobrązowych włosach.
Rozejrzał się z ciekawością po sali, a widząc stojących kawałek dalej wojowników, otworzył szeroko oczy ze zdumienia i rozdziawił usta. Strażniczka nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta łagodnego uśmiechu, kiedy patrzyła na jego naturalność. Całe szczęście, że nic się mu nie stało.
Mały Connor pociągnął matkę za rękaw i pokazał palcem Strażników, pytając o coś cicho. Kobieta sztywno skinęła głową, chwyciła przegub syna i szarpnęła go za sobą, ruszając w stronę drzwi. Odezwała się do Teagana, jednak Ellen nie była w stanie niczego usłyszeć.
Potem bann spojrzał na stojącego z tyłu Jowana, marszcząc czoło.
— Sir Perth pokaże ci twoją tymczasową komnatę, Jowanie — zdecydował, wykrzywiając usta w coś na kształt uśmiechu.
Mag odwrócił wzrok i skinął głową, godząc się z losem.
Ellen odprowadziła zaniepokojona spojrzeniem podchodzącego do młodzieńca rycerza. Nim sir Perth zdążył Jowana wyprowadzić, chwyciła ramię czarodzieja i przytrzymała go, uśmiechając się pokrzepiająco.
— Dziękuję ci, Jowanie — szepnęła, jeszcze chwilę wpatrując się w jego oczy.
— Nie. To ja tobie dziękuję — poprawił ją spokojnie, uśmiechnął się do zaskoczonej dziewczyny i odszedł wraz z sir Perthem.
— W drogę — rzucił Teagan i ruszył w stronę drzwi, najwyraźniej oczekując, że pozostali podążą za nim.
Ellen skinęła na przyjaciół i podreptała śladami banna, w duchu nie mogąc przestać się martwić o biednego Jowana.
Na dziedzińcu czekała już na nich lady Izolda ze stojącym u boku małym Connorem. Chłopiec popatrzył wielkimi oczami na zbliżających się wojowników, wyjątkowo uważnie przyglądając się Morrigan oraz Stenowi idącym z tyłu, po czym uśmiechnął się do Ellen.
Strażniczka tego nie zauważyła, próbując dogonić Teagana, jednak Alistair mrugnął do Connora. Oblicze chłopca momentalnie się rozjaśniło, kiedy przypomniał sobie starszego przyszywanego brata z dzieciństwa. Chociaż Izolda nie znosiła, kiedy jej syn tak nazywał podopiecznego Eamona, Connor nigdy nie wyzbył się tej maniery.
— Teaganie… — zaczęła Ellen, wyciągając rękę za mężczyzną, on jednak dogonił już Izoldę i ramię w ramię ruszyli na most łączący zamek z wioską.
Strażniczka wykrzywiła usta i popatrzyła na pasące się luzem na dziedzińcu konie. Taika uniosła łeb, zastrzygła uszami, przyglądając się amazonce, po czym parsknęła i powróciła do skubania lichej trawy.
Couslandka, idąc za bannem oraz arlessą, nie zauważyła, że mały Connor zwolnił, by zrównać krok z wojownikami. Chwilę tak szedł obok zamyślonej Ellen, z uśmiechem zadzierając głowę, by móc na nią patrzeć, po czym wreszcie się odezwał:
— To… — zaczął niepewnie. — To ty mnie uratowałaś? — wydukał, uroczo się rumieniąc.
Ellen zmarkotniała.
— Prawdę mówiąc, zrobił to Jowan — uświadomiła spokojnie chłopcowi, domyśliwszy się, że Izoldzie nigdy by to przez gardło nie przeszło i po prostu powiedziała synowi, że było to zasługa Strażniczki.
Alistair także nie mógł zrobić niczego tak wspaniałego, to by się kłóciło z ogólnie przyjętym przez nią poglądem, jakoby podopieczny arla był kompletnym niedorajdą.
— Naprawdę? — spytał zdumiony Connor.
Dziewczyna skinęła krótko głową, uśmiechając się mało wylewnie.
— Nie wiedziałem — przyznał zasępiony chłopiec, pocierając w zamyśleniu nos. — Mam nadzieję, że ojcu niedługo się poprawi — przyznał cichuteńko.
Strażniczka poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Czyli Eamon się nie obudził? Przynajmniej wciąż żył.
— Tak się stanie, prawda? — spytał z nadzieją, unosząc głowę i wlepiając w nią wyczekujące spojrzenie.
Couslandka westchnęła.
— Na pewno tak się stanie, Connorze — spróbowała uspokoić chłopca i pogładziła jego brązowe włosy. — Nie dopuścimy do tego, żeby twojemu ojcu się pogorszyło. Niedługo go wyleczymy — obiecała, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku z każdym następnym wypowiadanym słowem.
Connor uśmiechnął się szeroko, słysząc jej odpowiedź, już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak wtedy oboje – i chłopiec, i Strażniczka – zostali zmrożeni morderczym spojrzeniem lady Izoldy.
— Na oddech Stwórcy, chodź tu, Connorze — warknęła zdenerwowana, a syn arla, przygarbiwszy ramiona, uśmiechnął się do Ellen i podbiegł do matki.
— Co za despotka — mruknęła Couslandka, otrząsnąwszy się z szoku.
Obok siebie usłyszała stłumione parsknięcie i spojrzała na wstrzymującego śmiech Alistaira. Po chwili także ona się uśmiechnęła – i tak w lepszych humorach ruszyli na brzeg jeziora Kalenhad, gdzie miał się odbyć pogrzeb.

Powierzchnia wody falowała, wzburzona chłodnym wiatrem wiejącym od północy. Na pomostach zebrało się niemal całe Redcliffe – wszyscy mieszkańcy, którzy przeżyli. Ellen wiele twarzy w pewnym stopniu rozpoznawała, jednak nie mogła sobie przypomnieć imion. Razem z towarzyszami zatrzymała się nieopodal skraju pomostu, przy lady Izoldzie oraz małym zasępionym Connorze, który na wszystko patrzył wielkimi oczami.
Bann Teagan podszedł do milicjantów układających owinięte w wilgotne koce ciała w łódkach. Strażniczka zmarszczyła czoło, kiedy rozpoznała zapach bijący od materiału, i po chwili zastanowienia zrozumiała, że przykrycia nasączono olejem. Dwóch mężczyzn miało spychać łodzie na powierzchnię jeziora, pozostali, a było ich czterech, mieli wypuszczać z łuku strzały o płonących grotach, by podpalić dryfujące ciała.
Ellen jeszcze nigdy nie brała udziału w zbiorowym pogrzebie. W Wysokożu zwykle ginęła jedna osoba na raz – przez wypadek, ze starości, przez chorobę. Wtedy układano dla nich stosy pogrzebowe na lądzie i palono w tradycyjny sposób. Potem zbierano prochy i chowano je do szkatułki, by rodzina mogła pochować je w ziemi. Na pogrzebach nikt nic nigdy nie mówił. Ludzie stali w ciszy, patrząc na odpływające powoli łodzie. Niektórzy bezgłośnie płakali, ocierając policzki z łez, inni wzdychali i kręcili głowami, wspominając poległych oraz tragedię, która tak niedawno dotknęła niedużą wioskę. Również kapłani milczeli, nie wygłaszali modlitw ani błogosławieństw.
Ellen mimo woli zerknęła na zasępionego Teagana obserwującego odpływające łódki. Choć w jego oczach malował się smutek, bardziej wyglądał na człowieka zdenerwowanego, jakby wciąż nie mógł przyjąć żałoby z powodu nienawiści względem tych, przez których wszystko się stało. Strażniczka westchnęła i ukucnęła przy swoim psie, obejmując jego szyję ramionami i wtulając twarz w miękką sierść.
Kiedy łódki odpłynęły wystarczająco daleko, jeden z milicjantów uniósł rękę, dając znać pozostałym gwardzistom, by przygotowali się do wystrzelenia pocisków. Łuki z cichym trzaśnięciem nadwyrężanego drewna powędrowały w górę, napięte cięciwy zadrżały, a tańczący na grocie płomień na chwilę przygasł. Ledwie ręka opadła, strzały pomknęły w powietrze, niektóre wbiły się w nasączone olejem koce, inne zniknęły w odmętach jeziora. Mężczyzna znów uniósł ramię, szykując łuczników do kolejnej salwy.
Jeszcze długo tak stali, obserwując niknące w oddali ciemne punkty, strużki dymu coraz bardziej chudnące, buzujące słabiej i słabiej płomienie. Po dziesiątej łodzi Ellen straciła rachubę, przestała liczyć poległych, spoglądając pustym wzrokiem w jezioro Kalenhad, wyobrażając sobie cały ogrom zniszczeń oraz śmierci, jaki przyniesie ze sobą Plaga. Nagle wiedziała, że trzeba zrobić wszystko, co tylko się dało, by powstrzymać to szaleństwo.
Wreszcie ludzie zaczęli się rozchodzić do swoich obowiązków. Teagan skierował się do lady Izoldy, by z nią porozmawiać, i po chwili na pomoście klęczała tylko Ellen z Shegarem u boku, drżąca od wiatru smagającego ciało. Oprzytomniała w chwili, w której poczuła ciepłą dłoń na ramieniu. Uniosła głowę, by spojrzeć w uśmiechniętą twarz Wynne.
— Chodź, dziecko. Trzeba wrócić do zamku i zdecydować, co dalej — powiedziała spokojnie i pomogła dziewczynie wstać.
Ellen westchnęła ciężko, raz jeszcze oglądając się na odpływające łodzie. Na jej ustach pojawił się smutny uśmiech.
— Masz rację — zgodziła się, ruszając wraz z czarodziejką do pozostałych. — Zastanawiam się tylko… czy oni… czy oni zostali jakkolwiek pochowani — szepnęła, jednak kiedy poczuła na sobie zdezorientowane spojrzenie kobiety, potrząsnęła głową i przyspieszyła.
Ledwie zeszli z pomostów, w ich stronę ruszył starszy mężczyzna. Ellen dałaby sobie rękę uciąć, że już go gdzieś widziała – brodaty, z zaczerwienionym nosem oraz dziwnie szklistymi oczami. Chwilę przed tym, jak złapał ją w objęcia, przypomniała sobie: Owen, kowal z Redcliffe.
— Moja Valena wróciła! — zawołał, odsuwając Strażniczkę na wyciągnięcie rąk.
Couslandka zakrztusiła się gwałtownie odebranym oraz niespodziewanie zwróconym powietrzem, wytrzeszczając oczy. Dlaczego to zawsze ją przytulali? Nie mogliby tego robić Alistairowi, Lelianie, Morrigan… albo Stenowi?
— Opowiedziała mi, jak ją uratowaliście. Nie wiem, jak wam dziękować — wyrzucił na wydechu uradowany. — Weźcie to… jako nagrodę. To dzieło krasnoludów, będzie wam dobrze służyć — zapewnił, wyciągając w stronę Ellen miecz wykonany z przedniej stali.
Na klindze widniały ślady run.
— Nie potrzebujemy nagrody — zapewniła, przysuwając broń z powrotem do kowala. — Zachowaj to — poprosiła.
— To… bardzo szlachetne z twojej strony — wydusił, uśmiechając się promiennie. — Jeszcze raz dziękuję. Jestem waszym dłużnikiem — stwierdził, kiwnął wojownikom głową na pożegnanie, po czym ruszył w stronę domu, gdzie zapewne czekała na niego córka.
Ellen uśmiechnęła się delikatnie.
Nim zdążyła odezwać się do towarzyszy i nawet nim ruszyli w stronę zamku, dziewczyna poczuła na ramieniu ciężką dłoń. Obejrzała się, a widząc Teagana, uniosła pytająco brwi. Mężczyzna skinął głową, dając jej do zrozumienia, że musieli porozmawiać na osobności.
— Idźcie spokojnie do zamku — zwrócił się do pozostałych, posyłając im uśmiech.
Leliana przytaknęła i podreptała przodem, nucąc pod nosem pogodną piosenkę.
— Alistairze, zaopiekuj się Connorem — poprosił bann, nim Strażnik ruszył.
Młodzieniec obejrzał się zaskoczony, jednak kiedy chłopiec wyminął matkę i pobiegł do niego, uśmiechnął się wesoło i zagadał do syna arla. Ellen została sama z bannem oraz arlessą, patrząc na odchodzących przyjaciół. Mężczyzna dał jej znak, by ruszyła, i w trójkę podążyli do zamku, dłuższą chwilę milcząc. Strażniczka zerkała na nich co i rusz, jednak postanowiła milczeć i poczekać, aż któreś odezwie się pierwsze.
Kawałek przed kamiennym mostem głos zabrał Teagan:
— A więc to koniec — westchnął ciężko, splatając ręce na plecach. — Connor znowu jest sobą. Na szczęście wygląda na to, że niczego nie pamięta — ciągnął, patrząc w stronę dziedzińca, na którym chłopiec ciągnął gdzieś rozbawionego Alistaira, pokrzykując radośnie. — Podejrzewam, że będziemy musieli wysłać go do Kręgu Maginów na szkolenie, gdy tylko skończy się wojna. Dziwne uczucie myśleć o tym chłopcu jak o magu — przyznał, uśmiechając się blado.
Ellen skinęła głową, zastanawiając się, do czego mężczyzna zmierzał. Izolda uparcie milczała, z zaciśniętymi ustami patrząc w kamienną drogę.
— Jeśli Eamon wyzdrowieje, czeka go żałoba. Ale przynajmniej może być wdzięczny, że zarówno jego żona, jak i syn są bezpieczni.
— Jestem wam winna najszczersze podziękowania — wtrąciła arlessa, przenosząc spojrzenie na zaskoczoną Ellen.
Dziewczyna przytaknęła, niepewnie się uśmiechając.
— Już niemal… — zaczęła kobieta, jednak zaraz potrząsnęła głową i popatrzyła z tkliwością na bawiącego się z Alistairem syna. — Trudno uwierzyć, że Connor jest tym samym chłopcem, co kiedyś.
— Wciąż pozostaje sprawa Jowana — przypomniał Teagan.
Strażniczka napięła ramiona.
— Zaufałaś mu, a on ocalił życie Connora. Nie wiem, co o tym myśleć — przyznał uczciwie mężczyzna. — Zatrzymamy go, aby Eamon mógł zadecydować o jego losie — mruknął, kiwając w zamyśleniu głową. — Jeśli Eamon nie wyzdrowieje, los Jowana będzie przesądzony. Co ty na to? — rzucił do Couslandki, czym całkowicie ją zaskoczył.
— Dlaczego chcesz poznać moją opinię? — wydusiła.
Teagan uśmiechnął się blado i znów spojrzał na drogę.
— Rozmawialiście, prawda? Wiesz lepiej ode mnie, co zrobił — zauważył spokojnie.
Ellen westchnęła i wyraźnie się zasępiła, zastanawiając się, co mogłaby mężczyźnie odpowiedzieć. Najchętniej wybaczyłaby Jowanowi wszystkie jego grzechy, ale tego nie wolno było zrobić. Musiał ponieść karę za swoje przewinienia.
— Przydałby ci się do czegoś? — mruknęła niechętnie, krzywiąc się.
— Ja bym mu nie zaufał — przyznał Teagan, wzruszając ramionami.
Weszli już na dziedziniec i teraz kierowali się do schodów prowadzących do zamku.
— Ale nie ośmieliłbym się mówić memu bratu, co ma robić — dodał.
Ellen westchnęła i potrząsnęła głową.
— Zrób z nim, co chcesz — rzuciła, uciekając wzrokiem w bok.
Biedny Jowan, dlaczego zajął się magią krwi?
— Dobrze więc. Każę go na razie ponownie uwięzić — zdecydował Teagan i zatrzymał się przed stopniami, obracając się przodem do Strażniczki.
Ellen i Izolda również stanęły.
— Nasze zadanie nie jest jeszcze skończone. Cokolwiek demon zrobił memu bratu, wygląda na to, że darował mu życie — zmienił temat. — Jest jednak nieprzytomny. Nie powinniśmy go budzić — mruknął zatroskany.
— Urna! — wykrzyknęła nagle Izolda, podrywając głowę. — Urna Świętych Prochów ocali Eamona! — zawołała.
Couslandka wytrzeszczyła oczy – czy ta kobieta kompletnie oszalała?!
— Urna to legenda — prychnęła zirytowana, krzyżując ręce na wysokości piersi. — Być może nigdy nie zostanie odnaleziona.
Nie było żadnych namacalnych dowodów na istnienie relikwii, a już na pewno na jej magiczne właściwości.
— Być może, ale dopóki jest szansa, będę próbował — sprzeciwił się Teagan, na co Ellen popatrzyła na niego wielkimi oczami.
On też zwariował?
— Nie szukam wiatru w polu — dodał tajemniczo, z uśmieszkiem na ustach.
— Mój mąż finansował badania prowadzone przez brata Genitivusa, uczonego z Denerim, który próbował odczytać inskrypcje umieszczone na Kamieniu Narodzin Andrasty — wytłumaczyła Izolda.
Ellen zmroziło przeczucie, że skądś powinna znać tego człowieka, o którym kobieta mówiła. Ale skąd?
— Gdy Eamon zachorował, wysłałam rycerzy, by porozmawiali z Genitivusem. Miałam nadzieję, że udało mu się w końcu odkryć, gdzie jest Urna Świętych Prochów — ciągnęła opowieść Izolda.
Ellen doznała nagłego olśnienia. Martwy rycerz w Lothering, list, brat Genitivus. Oczywiście!
— Nie udało im się go odnaleźć. W desperacji wysłałam kolejnych rycerzy na poszukiwania jakiejkolwiek wskazówki odnośnie miejsca ukrycia Urny — skończyła arlessa, wzruszając bezradnie ramionami.
— W takim razie poszukamy tej relikwii — oznajmiła twardym głosem Ellen.
— Nikt inny nie zdoła tego dokonać — zgodził się Teagan, uśmiechając się pokrzepiająco. — Nawet gdybym chciał zrobić to osobiście, nie mogę zostawić Redcliffe — usprawiedliwił się. — Może moglibyście odszukać dom brata w Denerim i sprawdzić, czy są tam jakieś wskazówki odnośnie miejsca jego pobytu. Ja muszę zająć się odbudową. Życzę wam szczęścia, Stwórca z wami — zaproponował i uśmiechnął się do dziewczyny, wskazując zamek. — Tymczasem odpocznijcie dziś w Redcliffe, z rana wyruszycie wypoczęci i świeży. Długa droga przed wami. — Skłonił głowę przed Strażniczką i zawrócił do wioski, zapewne by pomóc mieszkańcom w pracy.
Izolda także udała się w swoją stronę, ostro zawoławszy syna. Ellen nie pozostało nic innego, jak powiedzieć towarzyszom o wszystkim, czego się dowiedziała, i przekazać im ich nowe zadanie. Nie wiedziała dlaczego, ale mimowolnie wyobraziła sobie minę Morrigan, kiedy wiedźma usłyszy, że wyruszają na poszukiwania prochów Andrasty. Zachichotała cicho, wspinając się po schodach do zamku.

Jej przyjaciele w pierwszej chwili nie zrozumieli, o czym dziewczyna mówiła, po czym większość – z Alistairem na czele – wzięła to za niezbyt udany żart. Kiedy jednak Strażniczka z poważną miną ciągnęła wątek i opowieść zakończyła decyzją o wyruszeniu następnego dnia rano do Denerim, towarzysze nieco oprzytomnieli.
Alistair wytrzeszczył oczy, Leliana pisnęła zdumiona, a jej policzki pokryły się rumieńcem podekscytowania, Wynne uśmiechnęła się zakłopotana, kręcąc głową, Shegar zaskomlił, przekrzywiając łeb, Sten nie zrobił nic, natomiast Morrigan prychnęła oburzona.
— Słucham? Masz zamiar szukać szczątków jakiejś szalonej kobiety cholera jasna wie gdzie?! — zawołała rozwścieczona.
Kolejną chwilę zajęło przekonywanie wiedźmy do tego pomysłu i ostatecznie konflikt zażegnała Ellen, kwitując wszystko dosadnym: „to rozkaz”. Kiedy dziewczyna powiedziała to chłodnym głosem, nikt już się nie buntował.
Kiedy zjedli kolację w kuchni, z dala od małego Connora oraz lady Izoldy, o Teaganie nie wspominając, Couslandka została w pomieszczeniu niemal sama. Tylko Leliana jeszcze dopijała sok, który przyniesiono do posiłku, a Wynne, uparłszy się, że pozmywa, właśnie uszczuplała stosik brudnych naczyń.
Ellen sunęła palcem po blacie stołu, podpierając znudzona głowę ręką.
— Słyszałam, że w Orlais minstrele to często szpiedzy — rzuciła od niechcenia, byle tylko nawiązać rozmowę.
Nie spodziewała się jednak, że wywoła to tak gwałtowną reakcję – Leliana zakrztusiła się sokiem i wypluła zawartość ust z powrotem do kufla. Strażniczka aż się wyprostowała, podczas gdy łuczniczka kaszlała głośno, a Wynne mruczała o niegrzecznym zachowaniu.
— Gdzie o tym słyszałaś? — wydusiła Leliana, otarłszy łzy z kącików oczu.
Odstawiła kufel poza zasięg rąk i wbiła w Ellen zaskakująco przeszywające spojrzenie. Couslandka zmarszczyła czoło, podświadomie czując, że ten temat był ważniejszy, niż się wydawało.
— Przeczytałam o tym w księdze historycznej — zmyśliła na poczekaniu, nie mogąc wpaść na żadną bardziej błyskotliwą wypowiedź.
— I nie pomyślałaś sobie, że może to być fakt historyczny, który dzisiaj nie ma już miejsca? — spytała szczerze rozbawiona Leliana i parsknęła głośnym śmiechem.
Wynne zabrała kufel i położyła go obok pozostałych naczyń.
— Nie wszyscy minstrele są szpiegami. Większość to śpiewacy i gawędziarze. Ale niektórych… — Nagle urwała, uciekła wzrokiem w bok i przygryzła wargę.
Strażniczka poruszyła się na swoim miejscu.
— Niektórych nazywamy bardami — dokończyła ciszej łuczniczka.
— Na czym polega różnica? — spytała ostrożnie Ellen.
Nagle wszystkie elementy układanki zaczęły do siebie pasować.
— Wielu używa słów „minstrel” i „bard” wymiennie, ale w Orlais mogłoby to doprowadzić do nieporozumienia. Bardowie są czymś więcej niż minstrele — stwierdziła na powrót spokojnie, bawiąc się palcami. — To szpiedzy, tak jak wspomniałaś. Mówi się, że istnieje bractwo bardów, ale nie sądzę, by to była prawda — ciągnęła. — Wielu z nich pracuje w pojedynkę albo w małych grupach, wykonując polecenia zleceniodawcy. Jeśli rzeczywiście stoi za tym jakaś organizacja, to nikt nie wie jaka — dokończyła i wzruszyła ramionami, przyglądając się Strażniczce.
— Czy monarcha nie ma nad nimi władzy? — spytała.
— Cesarzowa ma pewnie do dyspozycji swoich własnych bardów, ale wielu działa… na własny rachunek — skwitowała Leliana. — W Orlais wysoko urodzeni nieustannie ze sobą rywalizują. Walczą o ziemie, wpływy oraz przychylność cesarzowej. Ale nie mogą czynić tego otwarcie, więc publicznie udają ludzi cywilizowanych. W tajemnicy zaś knują i kombinują, jak wyeliminować konkurentów — zaczęła tłumaczyć. — To gra całkowicie bez sensu dla tych, którzy nie biorą w niej udziału.
— Zdajesz się dość dużo wiedzieć na temat tych bardów — stwierdziła Ellen, westchnąwszy cicho.
Musiała mieć pewność, musiała poznać prawdę. Leliana ukrywała to wystarczająco długo – lepiej, żeby nie było między nimi żadnych niedopowiedzeń.
— I nic w tym dziwnego, w końcu byłam bardem przez większość dorosłego życia — mruknęła, odwracając wzrok.
Wynne zerknęła na nie znad talerzy, jednak nie skomentowała.
— Z pewnością już się tego domyśliłaś. Ale czy to takie ważne, kim byłam? Przeszłość to przeszłość — dodała nerwowo.
— Ale dlaczego żyłaś jako zakonna siostra gdzieś w wiejskiej części Fereldenu? — drążyła, pochyliwszy się nad stołem.
— Ja… trafiłam do Fereldenu i skryłam się przed niepogodą w Zakonie. A kiedy burza minęła, po prostu… — urwała.
Ellen przygryzła wargę, słysząc w jej wypowiedzi kolejne niedomówienia.
— Nie chciałam stamtąd odejść. Lubię mówić, że to Stwórca mnie tu sprowadził — zakończyła z uśmiechem. — No cóż, późno się zrobiło. Pójdę się położyć — uznała pospiesznie i wstała, uśmiechając się do obu pań. — Dobrej nocy — pożyczyła im i opuściła pokój, nie oglądając się za siebie.
W pomieszczeniu zapadła ciężka cisza, w której Wynne kończyła zmywanie naczyń, a Ellen wpatrywała się w swoje dłonie.
Dlaczego Leliana nie powiedziała całej prawdy? Dlaczego ciągle ukrywała swoją przeszłość? Nie mogła chyba być aż tak straszna, prawda? A jeśli? Jeśli Leliana w Orlais dopuściła się gorszej rzeczy niż Sten w Lothering? Wzdrygnęła się, zaniepokojona tą myślą.
— Powiedz więc, jak zostałaś Szarą Strażniczką — zaproponowała ochoczo Wynne, siadając naprzeciw Ellen z uśmiechem.
Couslandka drgnęła i uniosła wzrok na pogodną kobietę, drętwiejąc. Nie, nie, nie, tylko nie to! Zacisnęła zęby i uciekła spojrzeniem w bok, zastanawiając się, co mogłaby odpowiedzieć. Wreszcie zdobyła się na przyjęcie jak najbardziej obojętnej postawy.
— Arl Howe zmasakrował moją rodzinę — oznajmiła, wpatrując się pustym wzrokiem w blat stołu. — Duncan pomógł mi w ucieczce.
— Rendon Howe, arl Amarantu? — spytała niedowierzająco, wysoko unosząc brwi.
Strażniczka zerknęła na nią, a potem skinęła głową.
— Dlaczego? Czym sobie na to zasłużyłaś? — drążyła wzburzona Wynne.
Ty nic nie wiesz, Wynne, prawda?, pomyślała z westchnieniem Ellen.
— Kto wie? — rzuciła i uśmiechnęła się drwiąco, odwracając wzrok.
Jakże nienawidziła tego mężczyzny, jakże chciała zatopić ostrze w jego ciele…
— Zawsze był przyjacielem Couslandów — skwitowała.
— Jesteś… ostatnią z Couslandów? — spytała bardzo cicho Wynne, nie odrywając zdumionego spojrzenia od Strażniczki.
Dziewczyna mocniej napięła mięśnie ramion, odwracając głowę w bok.
— Nie miałam pojęcia… pani — wymamrotała zażenowana czarodziejka.
— Przestań! — krzyknęła Ellen.
Uderzyła pięścią w blat stołu, wstrząsając całym meblem, aż Wynne podskoczyła. Couslandka jeszcze chwilę zaciskała zęby w złości, po czym wypuściła powietrze.
— Teraz jestem po prostu Szarą Strażniczką — wycedziła drżącym głosem, starając się panować nad emocjami.
— Tak, masz rację — zgodziła się spokojna Wynne, obserwując ją. — Nie wolno ci już używać tytułu, prawda? Ale to nie znaczy, że musisz wymazać z pamięci swoje własne pochodzenie — skwitowała.
Dziewczyna zacisnęła zęby, czując wzbierające w oczach łzy. Nie pochodzenie chciałabym wymazać z pamięci, pomyślała słabo.
— Nie trać nadziei, Ellen. Przetrwałaś mimo wszelkich przeciwności. Nikt nie wie, co los zaplanował dla ciebie i twojego rodu — zamruczała uspokajająco czarodziejka i położyła pomarszczoną dłoń na ręku Couslandki.
Dziewczyna nawet nie drgnęła. Mój ród już nie istnieje, kołatało się jej w głowie.
— Nie jest tak źle być Strażniczką, prawda? — zagadnęła Wynne.
— Mam tylko nadzieję, że odnajdę w sobie tę siłę, którą widział we mnie Duncan — wyszeptała Ellen, spuszczając głowę.
Łzy stoczyły się po jej policzkach, jednak szybko je otarła, surowo zabraniając sobie płakać. Co Duncan w niej dostrzegł, w tej nieporadnej córce szlachciców, nie wiedziała. Ale ciągle, aż do ostatniej chwili, pokładał w niej nadzieje i ufał, że go nie zawiedzie.
Zawiodła już tyle razy, tyle ważnych osób… dlaczego i jego miałaby nie zawieść?
— Czasem pociesza mnie myśl, że wszystko skończy się tak, jak powinno. Że wszystko będzie dobrze — westchnęła Wynne, wstając od stołu i kierując się do wyjścia.
Ellen nie obejrzała się za nią, patrząc pustym wzrokiem w blat stołu, jakby wcale kobiety nie słyszała.
— Zostałaś wybrana. Jako jedna z nielicznych przetrwałaś Dołączenie. Być może los tak chciał — dodała, zatrzymawszy się w progu.
Spojrzała na zgarbioną Strażniczkę, westchnęła i wyszła, zostawiając ją samą. Ellen jeszcze długo siedziała nieruchomo, wpatrując się w jeden punkt na stole. Siedziała tak, kiedy słońce zachodziło i kiedy już zaszło, siedziała tak również wtedy, kiedy księżyc rozpoczął wznoszenie się po nieboskłonie.
Dopiero gdy jego srebrne promienie połaskotały ją w twarz, odetchnęła głębiej, odsunęła krzesło i ruszyła w półmroku ku wyjściu. Drzwi kuchni cicho się zamknęły, spowijając pomieszczenie w niemal idealnej ciemności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz