niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.51 - Niespodzianka na szlaku


Wyruszyli wczesnym rankiem, godzinę przed wschodem słońca. Ellen z nadzwyczaj marsową miną wpadła do komnaty każdego z towarzyszy, zerwała wszystkich z łóżek i dała rozkaz do wymarszu, by zaraz bez zbędnych czułości wyjść i zostawić zdezorientowanych przyjaciół wyrwanych z głębokiego snu. Nieco zdumieni niecodziennym zachowaniem Strażniczki pozbierali rzeczy, spakowali się, przyszykowali do drogi i w ponurym milczeniu wyszli na dziedziniec przed zamkiem, by zaopiekować się końmi.
Ellen już tam była, jedną ręką poprawiając siodło na grzbiecie Taiki, a drugą czule gładząc szyję klaczy. Shegar leżał przy nogach pani, niepewnie merdając ogonem i wpatrując się w nią, jakby miał nadzieję, że zaraz uśmiechnie się pogodnie i wszystko wróci do normy. Ona jednak zdawała się być myślami bardzo daleko. Wynne ruszyła do Altrivaire’a, mając dziwne przeczucie, że zachowanie Strażniczki wynikało z ich wczorajszej rozmowy.
Zebrali się względnie szybko, Ellen jako pierwsza siedziała na grzbiecie swojego wierzchowca, cierpliwie czekając, aż towarzysze ją dogonią. Ledwie wszyscy usadowili się na koniach i zwrócili je w kierunku mostu, Strażniczka skinęła krótko głową.
— Ruszamy — zarządziła spokojnie i delikatnym dotknięciem łydki obróciła Taikę tak, by klacz stała przodem do wyjazdu z dziedzińca.
Już miała popędzić ją do galopu, kiedy ktoś złapał jej ramię i przytrzymał; obrzuciła Alistaira zdenerwowanym spojrzeniem.
— Pożegnałaś się z bannem Teaganem i lady Izoldą? — spytał.
W oczach dziewczyny dostrzegł dziwny cień, którego do tej pory tam nie było, co nieco zbiło go z tropu.
— O wszystkim wiedzą, nie musisz się martwić — stwierdziła cicho. — Nie ma czasu do stracenia! Denerim jest daleko stąd, a my musimy uratować życie arla! W drogę! — krzyknęła i cmoknęła na Taikę.
Dzika zastrzygła uszami, przytupała nogami, potem skoczyła w przód, ruszając energicznym galopem w stronę mostu. Jej kopyta zadudniły na bruku; za amazonką i klaczą podążyli pozostali, nie zamierzając dyskutować.
I właśnie to najbardziej przeraziło Ellen. Czy naprawdę zasługiwała na aż tak duże zaufanie? Czy naprawdę powinni zawierzać jej każdą decyzję, podczas gdy ona nie była nawet w połowie tak dobra, jak sądzili? Chciała okazać się godną wyróżnienia, jakim obdarował ją Duncan, ale zaczynała mieć wątpliwości.
Bardzo chciała, by ktoś te wątpliwości w końcu dostrzegł.

Jechali cały dzień bez wytchnienia, raz tylko zatrzymali się na piętnaście minut, żeby wierzchowce odsapnęły i napiły się chłodnej wody z leśnego strumyka. Ellen ten czas wykorzystała na dokładne przestudiowanie mapy, co tylko pogorszyło jej samopoczucie. Powinni już dawno minąć Lothering, podczas gdy zbliżali się do zniszczonej wioski. Jak tak dalej pójdzie, podróż nie zajmie trzech dni, a co najmniej pięć – nie mogli pozwolić sobie na taką zwłokę. Rozłożyła pergamin na trawie i raz jeszcze wszystko dokładnie przeanalizowała, chcąc pozbyć się jakichkolwiek błędów ze skleconego podczas bezsennej nocy planu.
W czasie tego krótkiego postoju Leliana kilka razy przymierzała się, by porozmawiać z przyjaciółką i wybadać, co się stało, jednak jej gniewne pomruki znad mapy skutecznie odstraszyły nie tylko łuczniczkę, ale również Alistaira, Wynne i nawet Shegara. W bezpiecznej odległości odczekali, aż Ellen podejmie decyzję, a potem, gdy wreszcie zarządziła wznowienie podróży, wsiedli na wierzchowce i pojechali za nią. Trudno było jakkolwiek dyskutować, kiedy dziewczyna wyglądała tak, jakby zamierzała wszystkich pomordować.
Jednak pierwsza konfrontacja zawsze musi nastąpić. Tym razem sprowokowało ją zapadnięcie nocy oraz dziwna decyzja Ellen.
Strażniczka zwolniła Taikę, pogładziła szyję klaczy i rozejrzała się po trakcie zmrużonymi oczami, jakby spodziewała się, że zaraz z krzaków wypadną jacyś zbójcy. Dzika potrząsnęła łbem, by zaraz nastawić uszy i wciągnąć powietrze. Przez chwilę wyglądała jak tropiący pies, jednak szybko straciła zainteresowanie otoczeniem i zwiesiła szyję, przyglądając się stojącemu obok Shegarowi. Ogar zamerdał ogonem.
— Jedziemy dalej — zarządziła Ellen, ściągnęła wodze klaczy, zmuszając ją do uniesienia łba, i przyłożyła łydki do boków, nawet się na towarzyszy nie oglądnąwszy.
Taika stuliła uszy, oburzona tym, jak Strażniczka poczynała sobie z jej pyskiem, i szarpnęła wodzami, wyrywając część rzemieni.
Alistair wymienił oszołomione spojrzenie z Lelianą. Jechać dalej? Nocą? Na zmęczonych koniach, o głodzie, z uśpioną od wyczerpania czujnością? Przecież to absurd, stawali się w tym momencie łatwym łupem nie tylko dla rozbójników, ale także dla zwierząt czy choćby pomiotów. To było nieodpowiedzialne, powinni rozbić obóz i coś zjeść, odsapnąć, nabrać sił!
Ku zdumieniu Strażnika łuczniczka niewiarygodnie szybko odwróciła wzrok i pogoniła Tallona do stępa, żeby dogonił Taikę. Zaraz wyminęła Alistaira także Wynne, za nią Morrigan i na końcu Sten – wszyscy bez szemrania wykonali rozkaz zdenerwowanej Ellen, nawet nie próbując z nią dyskutować. Młodzieniec zacisnął zęby, czując narastający w piersi gniew. Dlaczego nie liczyła się z towarzyszami?
Wbił pięty w boki Kreoisa, zmuszając go do skoczenia w przód i szybkiego dogonienia Dzikiej. Klacz momentalnie stuliła uszy i kłapnęła zębami, kiedy ogier znalazł się obok niej, Alistair jednak nie zwrócił na to uwagi. Przechylił się w siodle i złapał ramię Ellen, boleśnie zaciskając na nim palce i zmuszając ją, by zatrzymała Taikę. Dziewczyna szarpnęła wodzami wierzchowca ze wściekłym syknięciem.
— Co to ma znaczyć? Jak to: jedziemy dalej? — warknął Strażnik, nie odrywając od jej twarzy wzroku.
Przymrużyła oczy i pochyliła głowę.
— Jedziemy dalej, chyba proste? — wycedziła drżącym głosem.
— Zdurniałaś? Chcesz nas wszystkich wykończyć czy raczej pozabijać? — spytał zdenerwowany.
Nie odpowiedziała, mocniej zaciskając usta.
— Nie jesteśmy w stanie dobrze osądzić sytuacji, kiedy zmęczenie zwala nas z nóg, o głodzie i pragnieniu nie wspominając! Musimy odpocząć i nabrać sił, inaczej pierwszy lepszy bandyta rozbije nam łby! Tego chcesz? — wygarnął.
— No to sobie jedzcie i pijcie w trakcie jazdy! — parsknęła i potrząsnęła głową, krótkie włosy zawirowały wokół głowy. — Nie możemy pozwolić sobie na zwłokę, inaczej arl Eamon umrze i nikt nie przeciwstawi się Loghainowi! Tego chcesz? — zaatakowała i przyłożyła łydkę do boku Taiki, przepychając klacz w bok, przez co Alistair musiał ją puścić.
— Niczego nie wskóramy, kiedy będziemy półprzytomni, dobrze o tym wiesz! Dlaczego więc wydajesz bezsensowne rozkazy i nie liczysz się ze swoimi ludźmi? Czy tak postąpiłby twój ojciec? — wycedził.
Ellen zachłysnęła się powietrzem i pobladła, na chwilę zapominając o gniewie, i dopiero to uświadomiło Alistairowi, co powiedział. Zapadła dłuższa chwila ciszy, słychać było tylko pohukiwanie sowy oraz mlaskanie koni przeżuwających wędzidła.
Strażnik uniósł dłoń, jakby chciał dotykiem przeprosić Ellen, ona jednak odwróciła głowę i gwałtownym szarpnięciem cofnęła zaskoczoną Taikę, garbiąc się tak, że włosy rzuciły cień na jej twarz.
— Teyrna Couslanda tu nie ma. Wcale go nie ma i wcale go nie będzie. Jedziemy dalej. Spróbuj mnie powstrzymać, Wasza Królewska Mość — warknęła lodowatym głosem, znowu nieczule szarpnęła Dziką, ustawiając ją z powrotem równolegle do traktu, a potem kopnęła mocno w bok, zmuszając do ruszenia galopem.
Klacz kwiknęła, stuliła uszy i podkuliła zad tak, jakby zamierzała wystrzelić z niego i bezczelnie zrzucić znienawidzoną amazonkę. Jednak chwilę potem pokręciła łbem, próbując się obejrzeć za siebie, parsknęła zrezygnowana i wykonała polecenie Ellen, już nie zamierzając się mścić. Pozostali przejechali obok zdenerwowanego oraz pełnego poczucia winy Alistaira bez słowa, tylko Morrigan pozwoliła sobie zwolnić, zmierzyć młodzieńca kpiącym spojrzeniem i uśmiechnąć się z pogardą.
— Brawo, templariuszyno — parsknęła i podążyła za pozostałymi.
Strażnik zacisnął zęby i pojechał ostatni, nie próbując dogonić towarzyszy.

Nikt nie dyskutował z decyzją Ellen. Pod koniec nocy dziewczyna zgodziła się, by przeszli do stępa, dlatego mogli na zmianę zdrzemnąć się w siodłach. Podczas gdy część spała, pozostali pilnowali, czekając na swoją kolej – i tylko Strażniczka nawet na minutę nie zmrużyła oka, jadąc sztywno wyprostowana z przodu. Obok niej dreptał Shegar, wszyscy zostawili ją samą, nie chcąc z nią rozmawiać.
Kiedy wzeszło słońce i świat znów zaczął nabierać barw pod złocistymi promieniami muskającymi krople rosy, wojownicy nieco się ożywili. Ożywili się na tyle, by zacząć między sobą ściszone rozmowy, zapomnieć o zmęczeniu oraz ciężarze zadania, który stał się nagle niemal nie do zniesienia, gdy stracili całą beztroskę przez zachowanie Strażniczki. Nikt jednak jej tego nie wypomniał po kłótni z Alistairem.
Leliana, wyraźnie odczuwając brak towarzystwa Ellen i jej pogodnego głosu, postanowiła poszukać pocieszenia u Shegara, który, zmęczony, zwolnił, zostając trochę w tyle. Łuczniczka skierowała Tallona do ogara i pochyliła się w siodle, posyłając psu uśmiech.
Chyba nikogo nie dziwił fakt, że Fereldeńczycy traktowali mabari jak drugiego człowieka, a i ona, mimo że mieszkająca większość życia w Orlais, szybko się tego nauczyła.
— Ależ z ciebie ładny piesek — zagadnęła, na co Shegar uniósł łeb. — Zawsze tak myślę, gdy tylko na ciebie spojrzę.
Shegar zaszczekał i zamerdał ogonem, na swój sposób dziękując łuczniczce za komplement. Leliana jednak planowała trochę rozwinąć rozmowę, tęskniąc do opowiadania o różnych zdarzeniach Ellen czy komukolwiek.
— Pani Cecylia – mieszkałam z nią po śmierci mojej matki – miała psa. Takiego małego, miał się mieścić pod pachą i na kolanach — zaczęła.
Zaraz zmarszczyła czoło.
— Jak on się wabił…? Ach, tak. Bon-Bon — przypomniała sobie i uśmiechnęła się szeroko. — To była prawdziwa bestia — stwierdziła. — Potrafił się ukryć, a gdy zobaczył, że ktoś nadchodzi… nagle rzucał się do ataku na kostki. Miał zęby ostre jak brzytwy… to było bardzo bolesne — przyznała z krzywym uśmiechem. — Kiedyś mnie zaatakował. Skoczył mi na nogę. Myślałam, że to szczur, i kopnęłam go. Przeleciał przez pokój i wypadł przez balustradę. Przeżył, ale potem nigdy już się do mnie nie zbliżył — zakończyła.
Shegar zaskomlił cicho, podwinął ogon i truchtem uciekł do Ellen, uznawszy, że towarzystwo Leliany wcale nie było takie sympatyczne, jak by się mogło zdawać. Łuczniczka uniosła brwi, a potem wzruszyła ramionami.
Tymczasem Alistair zastanawiał się nad tym, czy powinien przeprosić Strażniczkę, puścić wszystko w zapomnienie, czy odczekać jeszcze trochę. Czuł się podle, że wyciągnął tak nieprzyjemne argumenty i wykorzystał przeciwko niej największą słabość, skoro mu zaufała i zaczęła się zwierzać. Najchętniej walnąłby się w łeb, jednak jadąca za nim Morrigan go od tego powstrzymywała. Nie chciał dać paskudnej wiedźmie satysfakcji.
Jeszcze kilkakrotnie zerknął na plecy Ellen, marszcząc czoło i bijąc się z własnymi myślami, aż wreszcie się poddał. Postanowił, że porozmawia z nią przy okazji najbliższego postoju. O ile Strażniczka na jakiś się zgodzi. Zacisnął zęby i odszukał spojrzeniem stateczną sylwetkę Wynne jadącą na Altrivairze. Podjechał do czarodziejki, chcąc zająć myśli czymś przyjemniejszym niż zadręczanie się.
— Wynne, jak sądzisz, czy wieża zostanie kiedyś przywrócona do pierwotnego stanu? — spytał, siląc się na ton beztroski.
Staruszka spojrzała na niego zmartwiona i młodzieniec sam nie wiedział, czy chodziło o kłótnię, czy o pytanie.
— Nie wiem. Zginęło wielu ludzi. Ciężki mi wyobrazić sobie odbudowę, gdy przyszłość przesłania taka ciemna chmura — przyznała z ciężkim westchnieniem i przesunęła wzrokiem po czubkach rosnących wokół traktu drzew, jakby szukała tam Plagi.
— Będziesz tam? — mruknął zafascynowany. — Pomożesz w odbudowie? Gdy to wszystko już się skończy?
— Nie wiem. Nawet jeśli zdołamy przetrwać Plagę… Jestem już bardzo stara, Alistairze — przypomniała łagodnie, uśmiechając się ze zmęczeniem.
— Dlaczego? — parsknął oburzony. — Z powodu kilku siwych włosów? Jesteś silną kobietą, Wynne. Możesz tego doczekać — zapewnił, prostując się w siodle.
— Chyba przeceniasz czas, który mi jeszcze pozostał — mruknęła rozbawiona. — Ale może masz rację. A może wspomnienia tego, co mnie tak spotkało… — urwała, głos jej lekko zadrżał. — Okażą się silniejsze i nie będę potrafiła im sprostać.
— Trudno mi w to uwierzyć — stwierdził i wzruszył ramionami.
— Dobrze mieć kogoś, kto we mnie wierzy. Szkoda, że sama nie podzielam tych uczuć — orzekła pogodnie. — To byłoby coś.
Alistair otwierał usta, by odpowiedzieć i wytłumaczyć czarodziejce, że pesymizm był całkowicie nie na miejscu, kiedy ciszę na trakcie przeciął ostry głos Ellen:
— Przyspieszamy!
Zaraz potem Taika ruszyła lekkim galopem, zwiększając odległość dzielącą ją od pozostałych koni. Towarzysze Strażniczki powzdychali cicho i podążyli za nią, nie planując jakichkolwiek sprzeciwów.
Alistair wbił wzrok w szyję Kreoisa, zaciskając zęby.

Tym razem pod wieczór Ellen zgodziła się na postój. Kiedy wszyscy ruszyli do rozbijania obozu, ona ograniczyła się do rozsiodłania Taiki, pogłaskania jej i przeproszenia za wszystko półgłosem. Potem odmaszerowała w półmrok zapadającej nocy. Nie powiedziała nawet słowa do towarzyszy. Leliana chwilę stała oszołomiona, potem niepewnie zaproponowała, by zajęli się namiotami. Alistair zabrał się do rozpalania ogniska i wkrótce wszyscy mieli już swoją robotę, którą w ciszy wykonywali.
Obóz został rozstawiony po godzinie, posiłek przygotowano pół godziny później. Strażnik rozdał wszystkim miski z gulaszem, nie zapominając również o Shegarze, po czym zastanowił się, dokąd mogła pójść Ellen. Ostatecznie krzyknął w ciemność, że kolacja była gotowa, i wrócił na swoje miejsce, by samemu zjeść.
Strażniczka nie zjawiła się na posiłek.
Kiedy we troje kończyli jeść – bo Morrigan do nich nie przyszła, a Sten siedział na uboczu – nadal milczeli, zmartwieni nieobecnością Ellen. Shegar zwinął się w kłębek przy ognisku i cicho pochrapywał, a Wynne zabrała się do zbierania brudnych naczyń. Ponieważ w pobliżu nie znajdował się żaden strumyk ani jeziorko, musiała pochować miski z powrotem do bagaży bez mycia.
Leliana zastanowiła się, a potem z westchnieniem wstała.
— Rozłożę jej namiot — oznajmiła, uśmiechnęła się i skierowała się do nietkniętych bagaży Ellen leżących kawałek dalej od ogniska.
Alistair wzruszył ramionami i oparł brodę na dłoni.
— Pójdź do niej — odezwała się Wynne, siadając po drugiej stronie ogniska, i stamtąd spojrzała na Strażnika.
Młodzieniec uniósł brew, przyglądając się czarodziejce.
— Do Leliany? Przecież poradzi sobie z namiotem — burknął niezadowolony i zapatrzył się w trzaskające w ciszy płomienie.
Ogień rzucał jasną, ciepłą poświatę na wilgotną ziemię.
— Mówiłam o Ellen. Powinieneś z nią porozmawiać — upomniała go Wynne, wzniósłszy oczy do nieba.
Alistair napiął ramiona, ale nic nie odpowiedział.
— Tylko nie wracaj do tamtej kłótni. Ona z pewnością wie, że nie chciałeś, a bezsensownym byłoby raz jeszcze rozdrapywać te rany — dodała.
— Nie sądzę, by chciała… — zaczął sucho.
— Alistairze, jesteś ostatnią osobą, która była przy niej tuż po tym, jak zamordowano jej rodzinę — rozpoczęła tłumaczenie ostrym głosem. — To tobie zaufa najszybciej. Nie mnie, nie Lelianie, ale właśnie tobie. Musisz z nią porozmawiać, bo tylko tobie powie, co się stało i dlaczego jest taka… zgorzkniała. Idź — powtórzyła z naciskiem, uśmiechnęła się łagodnie i zajęła się głaskaniem Shegara.
Alistair jeszcze chwilę posiedział przy ognisku, cedząc przez zęby, bardzo cicho, wszelkie znane mu przekleństwa. Kiedy zmienił już język i w nim zabrakło mu wulgaryzmów, wstał i ruszył zdenerwowany w półmrok, wściekając się na cały świat oraz nadopiekuńcze czarodziejki-babcie z Kręgów.
Nie musiał iść daleko, żeby odszukać Ellen, ale chwilę kluczył wśród drzew, próbując trafić do źródła roznoszących się wokół dźwięków. Wreszcie zza krzewów wyłoniła się zdyszana Strażniczka trzymająca w zaciśniętych dłoniach sztylety. Wpatrywała się z przedziwną furią w pień rosnącego naprzeciw drzewa, oddychając ciężko. Jej ramiona drżały od wysiłku, po skroni stoczyła się kropla potu.
Wtedy znowu zaatakowała z ciężkim, niemal bolesnym jękiem. Zatopiła ostrza sztyletu w zmasakrowanym pniu, obróciła się tak, jakby uciekała przed czyimś atakiem, i kopnęła w korę, odpychając się od niej i wyrywając broń. Przetoczyła się po ziemi, po czym znowu zaatakowała.
Najbardziej Alistaira oszołomiła zrozpaczona determinacja w jej szklistych oczach.
— Ellen? — wydusił.
Nie zareagowała.
— Ellen! — powtórzył, postępując krok w przód.
Tylko zacisnęła zęby, jednak z pewnością go usłyszała.
— Ellen, do cholery, skończ! — zawołał, widząc, że prędzej doprowadzi się na skraj wyczerpania niż przerwie bezsensowne ćwiczenia.
Przebył dzielącą ich odległość i złapał jej ramię, by do siebie pociągnąć. Szarpnęła się bez przekonania, zwieszając głowę; usłyszał cichy, ale pozbawiony przekonania warkot dobywający się z jej gardła. Przytrzymał ją przy sobie, mocno obejmując, żeby się uspokoiła i nigdzie mu nie uciekła. Chwilę próbowała się uwolnić, aż wreszcie rozluźniła mięśnie i upuściła trzymane sztylety.
Alistair odetchnął w duchu.
— Muszę ćwiczyć. Nie mogę… ja… muszę ćwiczyć, żeby być lepszą — wyszeptała ledwie słyszalnie, mało brakowało, a by jej nie zrozumiał. — Nie mogę go zawieść. Zawiodłam już tyle osób, nie mogę zawieść też jego — wytłumaczyła, położyła rękę na jego dłoni i spróbowała się uwolnić.
— Przestań. Nikogo nie zawiodłaś, a teraz się tylko niepotrzebnie męczysz. Stanęliśmy po to, żeby odpocząć, nie po to, by zaganiać się na śmierć obok jakiegoś cholernego drzewa — sprzeciwił się, mocniej ją obejmując. — Nie myśl o tym, cokolwiek cię ostatnio dręczyło. Jesteś wtedy straszna i paskudna, nie myśl o tym.
Usłyszał jej ciche parsknięcie i z ulgą doszedł do wniosku, że się roześmiała. Niepewnie poluzował uścisk na tyle, że mogła się od niego odsunąć, ale ramion nie cofnął.
Kiedy cisza się przedłużyła, postanowił sam ją przerwać:
— Chciałem porozmawiać z tobą o tym, co się stało — zaczął, zastanawiając się, jakich słów użyć, by wyrazić to, co chciał powiedzieć.
Poczuł, że się spięła, od razu zrozumiał, że na myśl przyszła jej ich kłótnia. Mimowolnie przyciągnął ją bliżej.
— W Redcliffe — wyjaśnił.
— Myślę, że poszło nam całkiem dobrze, nie sądzisz? — mruknęła.
— Chciałem ci tylko podziękować. Zadałaś sobie tyle trudu, żeby ocalić rodzinę arla, i udało ci się, choć łatwiej by było całą sprawę zignorować — stwierdził, starając się opanować gorzką nutę, która wdarła się przy ostatnich słowach. — Było tyle śmierci i zniszczenia, że… Cóż, cieszę się, że coś jednak udało nam się ocalić, jakkolwiek mało by tego nie było — skwitował i, już niemal pewny, że się uspokoiła, puścił ją. — Byłem to winny arlowi.
— Jeśli uda nam się powstrzymać Plagę, ocalimy dużo więcej — zauważyła i schyliła się po upuszczone sztylety.
— Masz rację. Miejmy nadzieję, że gdy do tego dojdzie, z Fereldenu zostanie coś, co da się uratować — mruknął, marszcząc z troską czoło. — No dobrze. Teraz, gdy ciepłą, puszystą część dnia mamy już za sobą, możemy wrócić do rytuału ćwiartowania — uznał i delikatnie chwycił jej ramię.
Ruszyli razem do obozu, zostawiając zdewastowane drzewo w ciemności. Bardzo szybko okazało się, że Ellen była nadzwyczaj głodna, więc przez kolejną godzinę odgrzewali ostygły gulasz i rozmawiali cicho, podczas gdy reszta obozu spała w idealnej ciszy.
Alistair pozwolił sobie uwierzyć, że Strażniczce humor poprawił się na tyle, by wszystkich nie przerażała. Nie wiedział jednak, co ją tak zasmuciło, a to go irytowało.
Chciał wiedzieć, żeby jej pomóc.

Wyruszyli dwie godziny po wschodzie słońca z bardziej uśmiechniętą Ellen. Wszyscy odetchnęli z ulgą, bo, choć nadal nie wiadomo było, co ją gryzło, zdecydowanie przyjemniej podróżowało się z sympatyczną Strażniczką niż taką ponurą i, krótko mówiąc, paskudną. Chyba tylko Wynne podejrzewała, co dziewczynę męczyło przez ostatnie kilka dni.
Pozostało im jeszcze pół drogi do Denerim, dlatego Strażniczka zgodziła się, żeby przejść do stępa i pozwolić odpocząć koniom. W gwarze przyjacielskich rozmów oraz parskania wierzchowców nagle usłyszeli tupot nóg. Taika stanęła bez polecenia Ellen i zapatrzyła się w trakt, który znikał za zakrętem za wielką skałą. Na drodze pojawiła się poczochrana, w obdartych ubraniach kobieta. Widząc ich, jęknęła i jeszcze przyspieszyła, co chwila się potykając na drżących nogach.
Taika stuliła uszy, parskając gniewnie.
— Och, dzięki Stwórcy! — wysapała nieznajoma.
Ellen zmarszczyła czoło i dotknęła szyi Dzikiej, żeby ją trochę uspokoić.
— Potrzebujemy pomocy! Zaatakowali nasz wóz, proszę, pomóżcie nam! — krzyknęła, jednak nie czekała na odpowiedź.
Ruszyła biegiem w drogę powrotną, przekonana, że wojownicy podążą za nią.
Strażniczka zerknęła przez ramię na towarzyszy, jakby szukała u nich pomocy. Leliana zacisnęła usta i skinęła głową. Kiedy również Wynne oraz Alistair wyrazili niemą zgodę, Ellen przyłożyła łydki do boków Taiki i cmoknęła. Po raz pierwszy, odkąd Strażniczka dosiadała klaczy, Dzika poważnie zawahała się z ruszeniem. Przysiadła na zadzie, zakołysała się na ugiętych nogach i dopiero po chwili pokłusowała za przerażoną podróżniczką. Mocno stuliła uszy i zadarła łeb, jakby wcale nie chciała tam iść.
Zza zakrętu wyłoniły się zmasakrowane ciała wołów, wywrócone wozy, rozprute skrzynie oraz połamane deski. Ellen zwolniła Dziką, widząc, że kobieta również przestała biec i teraz spokojnym krokiem zmierzała do kogoś stojącego w samym środku rozgardiaszu. Dziewczyna zmrużyła oczy, widząc, że mężczyzna ubrany był w dobrą skórzaną zbroję, a na jego plecach w osłonkach wisiała broń. Taika parsknęła głośno i przytupała w miejscu, podczas gdy towarzysze dziewczyny ustawiali konie trochę bardziej z przodu i z boku.
W pierwszej chwili Ellen nie zrozumiała, co się działo. Kobieta skinęła mężczyźnie głową i obróciła się tak, by go odsłonić. Dopiero wtedy Strażniczka mogła się obcemu przyjrzeć – ciemniejsza, ładnie opalona skóra, blond włosy sięgające ramion z kilkoma kosmykami opadającymi na czoło oraz czarny tatuaż na skroni, dwie faliste linie ciągnące się od czoła niemal po żuchwę. Dostrzegła szpiczaste uszy i nim zdążyła wyczuć, że coś było nie tak, uśmiechnął się przebiegle i skinął ręką.
Zza wozów po obu stronach traktu wyłonili się wojownicy. Wszyscy w pełnym uzbrojeniu, z orężem, pojawili się prawie znikąd. Niektórzy wyskoczyli spod płacht przykrywających ładunki, inni zza dużych kamieni, których tu nie brakowało. Ellen usłyszała gniewne syknięcie Morrigan i rozejrzała się po bokach – znajdowali się w czymś na kształt parowu, a na położonych trochę wyżej półkach skalnych, po obu stronach traktu, ustawili się łucznicy, co najmniej sześciu czy siedmiu po prawej oraz po lewej.
Ellen powróciła spojrzeniem do nieznajomego. Czyżby pułapka?
Brudna kobieta uniosła ręce, a wokół jej dłoni zawirowały wiązki wyładowań elektrycznych. Czarodziejka uśmiechnęła się dziko, podczas gdy obcy elf dobywał dwóch ostrzy – sztyletu oraz krótkiego miecza, którym można było operować jedną ręką.
— Tu zginą Szarzy Strażnicy! — krzyknął.
Jego towarzysze ruszyli do zdezorientowanych wojowników spokojnym krokiem, jakby byli pewni, że wygrali potyczkę. Ellen pochyliła się nad szyją Taiki, próbując wymyślić plan. Dostrzegła, że jej przyjaciele dobywają własnego orężu, gotując się do walki, konie zaczęły niespokojnie parskać.
— Ellen! — zawołała Leliana, obejrzawszy się na stojącą w tyle dziewczynę.
Strażniczka usłyszała skrzypnięcie nad głową i przestraszona spojrzała w górę, tylko po to, by ujrzeć zwalające się na nią drzewo. Krzyknęła cicho, jednak nie zdążyła nic zrobić. Taika, przed chwilą cała napięta, nagle kwiknęła głośno, stuliła uszy i skoczyła w przód, uciekając spod pnia i tym samym ratując siebie oraz amazonkę.
Kiedy drzewo gruchnęło na ziemię, w powietrze wzbiły się obłoki kurzu, które przysłoniły Strażników i ich towarzyszy. Łucznicy opuścili niżej napięte łuki, nie wiedząc, gdzie dokładnie celować. Pozostali wojownicy także stanęli, czekając, aż pył opadnie i widoczność się polepszy. Z pyłu wyłoniła się sylwetka ciemnej klaczy. Wierzchowiec wspiął się, zarzucając łbem, szczupłe przednie nogi uderzyły o powietrze, stulonych uszu nie było widać spod czarnej grzywy. Kiedy Dzika opadła, wyglądała jak szykujący się do walki pies.
Ellen również nie wyglądała przyjaźnie, trzymając w lewej ręce jeden ze sztyletów, a prawą ściskając wodze.
W następnej chwili przyłożyła łydki do boków wierzchowca i wraz z towarzyszami ruszyła do walki, w głowie mając tylko jedną myśl: Przekonajmy się, kto tu zginie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz