niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.52 - Irytujący skrytobójca


Kiedy pierwsza salwa strzał przeszyła powietrze, a twarde groty zadudniły o trakt, Ellen zrozumiała, że potyczka wcale nie będzie taka prosta. Co prawda mieli już okazję ścierać się z przeważającymi ilościowo oddziałami, jednak ci wojownicy byli niezwykle dobrze wyszkoleni. Dziewczyna nie zdążyła jeszcze nikogo zaatakować, próbując ogarnąć chaos bitwy wywołany zdenerwowanymi końmi oraz atakującymi zewsząd wrogami. Taika tańczyła w miejscu, zarzucając łbem z oporami względem ruszenia do walki. Z drugiej strony zawsze dałoby radę zsiąść, jednak spłoszony wolny koń stanowił poważne zagrożenie, lepiej być na grzbiecie niż pod kopytami. Zresztą nie mogli pozwolić sobie na stracenie jakiegokolwiek wierzchowca.
Ellen usłyszała siebie wściekły syk należący do Morrigan. Odwróciła się w ostatniej chwili, by zdążyć zareagować i pomóc wiedźmie, która nie była w stanie jednocześnie utrzymywać osłony przed strzałami, wodzy Entaine oraz bronić się przed atakiem wojownika. Ellen brutalnie szarpnęła Taikę w bok, a kiedy klacz przeszła kilka chwiejnych kroków w odpowiednią stronę, energicznym cięciem pozbawiła śmiałka głowy. Dzika machnęła łbem, nastawiając uszy.
— Musimy coś zrobić z łucznikami — warknęła wiedźma, skinąwszy z wdzięcznością Ellen.
Strażniczka przytaknęła, wyrywając sztylet z szyi trupa i obracając go w ręku tak, by mogła w każdej chwili sparować cios.
— Są chyba najbardziej niebezpieczni, a póki interweniują, nie mogę usunąć tego cholernego maga — dodała Morrigan.
Ellen znów skinęła głową.
— Leliana! Osłaniaj Morrigan! — zawołała, unosząc rękę, by zwrócić na siebie uwagę łuczniczki.
Kobieta odszukała wzrokiem Strażniczkę, po czym przytaknęła, mrużąc oczy, kiedy brała na cel kolejnego wroga.
— Morrigan, spróbuj pozbyć się maga — dodała Ellen do walczącej obok wiedźmy.
Sama ścisnęła wodze Taiki i pochyliła się nad szyją klaczy.
— Dalej, piękna, pokaż, na co cię stać — mruknęła.
W chwili, kiedy powietrze przecięła kolejna salwa strzał, Taika przysiadła na zadzie, odepchnęła się od ziemi i rzuciła się galopem w stronę załomu między półką skalną a traktem. Ellen aż pisnęła przestraszona i ścisnęła nogami boki klaczy, by nie spaść. W dole rozległ się bolesny kwik, uszu dziewczyny dobiegł krzyk któregoś z przyjaciół, dlatego zacisnęła zęby i wczepiła się dłonią w grzywę, żeby poprawić równowagę.
Do pierwszego wroga dopadła Taika. Tuż przy mężczyźnie zahamowała ostro, a kiedy odwrócił do nich głowę, Ellen pomyślała, że nie chciałaby być teraz na jego miejscu i patrzeć w te roziskrzone, niemal demoniczne ślepia klaczy. Dzika bez wahania chwyciła łuk nieszczęśnika, łamiąc drewno na pół, odrzuciła zniszczoną broń na bok, a potem zacisnęła zęby na jego ramieniu. Kości z trzaskiem pękły, mężczyzna wrzasnął i zaraz staczał się bezwładnie w dół skalistego zbocza, zepchnięty przez rozjuszoną klacz. Ellen poważnie się zastanowiła, czy to, na czym siedziała, na pewno było koniem.
Dostrzegła, że kolejny łucznik celował w łeb Taiki. Nim klacz pozbierała się po ataku, by znowu ruszyć, Strażniczka wyrzuciła nogi ze strzemion i wskoczyła na siodło. Odbiła się od grzbietu wierzchowca, przesadziła jego głowę i wylądowała twardo na ziemi. Przeturlała się kawałek i cięła w wewnętrzną stronę kolan wroga. Łucznik osunął się, a Ellen, podniósłszy się, bezlitośnie poderżnęła mu gardło. Obok niej przebiegła Taika, zahamowała gwałtownie przed kobietą nerwowo unoszącą łuk i strąciła ją na ziemię uderzeniem zadu, by zaraz rzucić się z zębami na następnego wroga.
Ellen zaatakowała kolejnego łucznika, przykucnęła, cięła w nogi. Uskoczył, więc poderwała się, zamachnęła bronią, poprawiając drugą z lewej strony, na ziemię trysnęła krew. Nagle okazało się, że na tej półce skalnej były same. Bez zastanowienia zatopiła dłoń w długiej czarnej grzywie Taiki. Przytrzymała się i odbiła się od ziemi, kiedy klacz ruszyła galopem oraz zatoczyła wokół Strażniczki łuk.
Ledwie Ellen siadła w siodle, Dzika ostro przyhamowała i wykręciła wprost na kraniec półki skalnej. Dziewczyna nawet nie zdążyła się zastanowić, co się zaraz stanie, bo klacz ruszyła energicznym galopem, odbiła się od krawędzi i skoczyła. Alistair krzyknął zdumiony i mocnym kopnięciem zmusił poplamionego krwią Kreoisa do targnięcia w tył, kiedy nagle padł na niego cień.
Szeroko otwartymi oczami patrzył, jak Taika ląduje na ziemi, miażdżąc przednimi kopytami jednego z wojowników, który nie zdążył uciec, i zakręca ostro na bezwładnym ciele. Ellen, zupełnie jak lustrzane odbicie klaczy, pochyliła się wraz z nią, jakby nagle się ze sobą zrosły, nabijając na sztylet wojowniczkę, która napatoczyła się po drodze. Potem ruszyły galopem, znowu zostawiając towarzyszy.
Elf, który najprawdopodobniej wszystkimi dowodził, musiał gwałtownie uskoczyć w bok, kiedy śmignęła obok rozpędzona klacz. Mrugnął oszołomiony, pospiesznie zbierając się z ziemi i odprowadzając to zjawisko niedowierzającym spojrzeniem.
— Jasna cholera — mruknął pod nosem, by zaraz przeciągle stęknąć, bo spadł na niego cios wielkiego dwuręcznego miecza, który to ledwie zablokował własną bronią.
Spojrzał ponad skrzyżowanymi ostrzami na patrzącego na niego z grzbietu rosłego karego ogiera qunari, skrzywił się i uciekł w bok, zdecydowawszy, że powinien zmienić przeciwnika.
W tym czasie Ellen oraz Taika dotarły do połowy wzniesienia prowadzącego na półkę skalną. Strażniczka zmarszczyła czoło i na chwilę zdrętwiała, przez co klacz postawiła jeden nierytmiczny krok. Ellen dostrzegła to, co ją przestraszyło.
— Pułapka, uważaj! — warknęła, nawet nie pomyślawszy, że Taika mogłaby jej nie zrozumieć.
Klacz stuliła uszy i metr przed rozciągniętą nad ziemią linką odbiła się, przeskoczyła wyzwalacz i wylądowała kawałek dalej.
Tym razem nie rozdzieliły się podczas walki, Ellen tylko przechyliła się, puszczając wodze Taiki i teraz trzymając się jej jedynie nogami. Sztylet zagłębił się w pierwszym ciele i pociągnął je za sobą, dlatego dziewczyna, nim dotarły do kolejnego łucznika, dobyła drugiej broni i odcięła wrogowi głowę. Klacz zahamowała i strzeliła z zadu, a Strażniczka stęknęła głucho. Kiedy usłyszała trzask łamanych kości, uśmiechnęła się z zadowoleniem. Obie ruszyły na czterech ostatnich łuczników.
Leliana z trudem naciągnęła cięciwę, widząc, że Alistair potrzebował wsparcia. Od chwili, w której łucznicy mieli inny problem niż strzelanie do swoich ofiar, o wiele łatwiej się walczyło, jednak kobieta została unieruchomiona. Tallon dostał w łopatkę, co prawda wyrwała już strzałę, ale nie chciała zostawić wierzchowca samego, dlatego nie mogła przyjąć dogodnej pozycji na polu walki.
Całe szczęście, że Sten zajął się osłanianiem Morrigan, która kończyła rozprawianie się z magiem wrogów! Shegar dzielnie wspierał Alistaira, przemykając między nogami Kreoisa i atakując przeciwników z ziemi, podczas gdy Strażnik raził ich z grzbietu ogiera. Wynne oraz Altrivaire wycofali się na tyły, skąd uzdrowicielka rzucała wzmacniające zaklęcia. Kiedy między walczących wpadła Taika z Ellen na grzbiecie, potyczka skończyła się bardzo szybko. Ponieważ przeciwników zostało niewielu, nagle na polu walki nie stał już żaden wróg.
Przyjaciele rozejrzeli się zadyszani, chcąc się upewnić, czy to naprawdę wszyscy. Wreszcie Wynne podjechała do Leliany oraz Tallona, zsiadła z Altrivaire’a i zabrała się do leczenia rany wierzchowca. Alistair i Ellen zsunęli się z grzbietów własnych koni.
— Byłaś wspaniała, moja piękna — mruknęła cicho Strażniczka, gładząc pysk klaczy.
Shegar szczeknął z oburzeniem, przypominając o swoich zasługach, na co dziewczyna uśmiechnęła się rozbawiona.
— Ty także, piesku — zapewniła pogodnie, zaraz jednak spoważniała. — Widział ktoś tego elfa? — spytała głośno.
— Walczyłem z nim. Wydaje mi się, że legł gdzieś tam, ale nie zabiłem go. Możliwe, że dostał w głowę kamieniem, kiedy skakałaś ze swoją klaczą z głazu na głaz — stwierdził Sten, wskazując orientacyjnie wielką dłonią stronę, gdzie powinna szukać elfa.
— Dziękuję, Stenie. Alistairze, chodź ze mną — poprosiła, przenosząc wzrok na Strażnika. — Wy się ogarnijcie, niech Wynne uleczy wasze rany, potem dołączcie — poleciła, posłała im uśmiech i wraz z Shegarem u nogi oraz Alistairem prowadzącym za sobą Kreoisa poszła w odpowiednią stronę.
Taika rozejrzała się od niechcenia i ruszyła z własnej woli za Ellen, zwieszając łeb.
Strażnicy zatrzymali się nad nieprzytomnym elfem leżącym nieopodal jednego z większych kamieni. Ellen kucnęła obok i przyłożyła palce do szyi rannego, szukając pulsu. Nie dostrzegła żadnych poważnych ran, dlatego założyła, że żył – i miała rację. Zacisnęła usta, zastanowiła się chwilę, a potem z całej siły uderzyła zakładnika otwartą dłonią w twarz, żeby go ocucić. Alistair aż się skrzywił, jednak zabieg poskutkował, bo elf zmarszczył czoło i powoli otworzył oczy.
— Mmm… — zamruczał półprzytomnie. — Co? Ja… och — westchnął, dostrzegłszy stojącą nad nim Ellen.
Dziewczyna nie miała zbyt przyjaznej miny, dlatego elf raz jeszcze się skrzywił.
— A już myślałem, że obudzę się po drugiej stronie. Albo wcale, zależy, jak na to patrzeć — stwierdził i uniósł się na łokciu, żeby wygodniej usiąść.
Zaraz zamarł, bo Alistair wycelował sztychem miecza w jego szyję.
— Lecz widzę, że jeszcze mnie nie zabiliście — dodał nieznajomy, ostrożnie przełknąwszy ślinę.
— Łatwo można temu zaradzić — warknęła Ellen.
Za jej plecami stanęła Taika i wykręciła szyję tak, żeby widzieć leżącego elfa. Kiedy spojrzał na nią, stuliła uszy i parsknęła gniewnie.
— Co do tego nie mam wątpliwości — odparł z ponurym rozbawieniem. — Jesteście bardzo zdolni. Jednak skoro jeszcze tego nie zrobiliście, to trzymacie mnie przy życiu w jakimś celu, prawda? — zauważył i pozwolił sobie na lekki, znaczący uśmieszek.
To jeszcze bardziej zirytowało i tak urażoną zastawioną na nią pułapką Ellen.
— Zdecydowałam, że najpierw poddamy cię torturom — prychnęła.
— Och, więc oszczędziliście mnie dla zabawy? Lecz celem tortur zazwyczaj jest przesłuchanie, nieprawdaż? — zauważył beztrosko elf.
Shegar zawarczał znacząco.
— W takim wypadku, pomimo możliwości dobrej zabawy, oszczędzę ci tego trudu i przejdę od razu do rzeczy — zdecydował nieznajomy, znów lekko się uśmiechając. — Nazywam się Zevran. Dla przyjaciół Zev. Należę do Antivańskich Kruków i przybyłem tu w jednym celu: zabicia wszystkich ocalałych Szarych Strażników. Którego niestety nie osiągnąłem — wyrecytował, wiodąc wzrokiem od Ellen do Alistaira.
Za plecami Strażników rozległy się kroki – pozostali zbliżyli się do przesłuchiwanego więźnia, uporawszy się ze wszystkimi obrażeniami.
— Cieszę się, że ci się nie udało — skwitowała Ellen, zaciskając dłonie na ramionach.
— Na twoim miejscu czułbym się tak samo — zgodził się Zevran, a widząc, że na razie nikt nie planował go zabić, pozwolił sobie na oparcie się na kamieniu.
Alistair tylko uniósł wyżej miecz.
— Dla mnie jest to jednak przykry precedens, nie sądzisz? Wpadnięcie w niewolę swego celu może trochę zaszkodzić karierze skrytobójcy — zauważył elf.
Ellen zacisnęła usta.
— Cóż, twoja strata — parsknęła.
— To prawda. Moja strata — znowu się zgodził.
— Czym są Antivańskie Kruki? — spytała ciszej Strażniczka, słowa kierując bardziej do przyjaciół niż do więźnia.
W parowie panowała jednak taka cisza, że usłyszeli ją wszyscy.
— Wiem tylko tyle: to bractwo skrytobójców z Antivii. Są bardzo wpływowi i znani z tego, że zawsze wykonują zlecenia… przynajmniej w teorii — odparła usłużnie Leliana i uśmiechnęła się z rozbawieniem. — Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby wynająć tego tutaj. —Szturchnęła grotem trzymanej strzały but Zevrana.
— Zgadza się. Dziwię się, że nie słyszeliście tu o Krukach. W moich rodzinnych stronach jesteśmy dobrze znani — stwierdził z zaskoczeniem.
— Ale nie ze swej nadzwyczajnej biegłości, jak widzę — prychnęła Ellen, posyłając więźniowi złośliwy uśmiech.
— Och, pewnie. Tak postępujecie w Fereldenie? Szydzicie ze swych więźniów? Co za okrucieństwo — mruknął elf, wywróciwszy oczami.
Strażniczka zacisnęła usta i postanowiła zmienić temat, bo na bitwę na uszczypliwości nie mieli czasu.
— Kto zlecił nasze zabójstwo? — spytała.
— Pewien małomówny jegomość ze stolicy — odparł i wzruszył niedbale ramionami. — Nazywał się Loghain, czy coś podobnego. Tak, chyba tak — mruknął do siebie, marszcząc czoło, kiedy próbował sobie przypomnieć.
— Czy to oznacza, że jesteś wierny Loghainowi? — zaatakowała.
Mogła się tego spodziewać.
— Nie mam pojęcia, jakie macie z nim zatargi — stwierdził elf. — Pewnie to, co zwykle. Zagrażacie jego pozycji, tak? — rzucił od niechcenia, a dostrzegłszy odpowiedź w oczach Strażniczki, uśmiechnął się z zadowoleniem. — Poza tym nie, nie jestem wobec niego lojalny. Zawarłem kontrakt na wykonanie zlecenia — odparł i spróbował odsunąć się od miecza, Alistair był jednak uparty, nie zabrał ostrza z szyi zakładnika.
— Kiedy miałeś się z nim spotkać? — spytała ostrym głosem, bezwiednie zaciskając palce na ramionach.
Może dzięki tym informacjom zdołaliby dopaść Loghaina, bezbronnego oraz odsłoniętego, i wreszcie się go pozbyć? Nawet jeśli na spotkanie zjawiłby się ze strażą przyboczną, to dysponowali teraz tyloma ludźmi, że zastawienie pułapki byłoby…
— Nie miałem — przerwał snucie planów Zevran. — Gdyby mi się udało, wróciłbym do domu, a Kruki poinformowałyby Loghaina o wykonaniu zadania… o ile nie dowiedziałby się wcześniej. Gdybym zawiódł, byłbym martwy. Przynajmniej powinienem umrzeć, jeśli chodzi o Kruki. A wtedy nie musiałbym się widzieć z Loghainem — wytłumaczył i uśmiechnął się przekornie pod nosem.
Gdybyś zawiódł? — powtórzyła.
— Co mam powiedzieć? Jestem wiecznym optymistą. Choć szanse na sukces w obecnej sytuacji wydają się nikłe, nieprawdaż? — rzucił i zaśmiał się z własnego żartu.
Popatrzył po ponurych twarzach oprawców i zamilkł, markotniejąc.
— Nie, to chyba nie jest dla was śmieszne, co? — mruknął.
— Ile ci zapłacili? — ciągnęła przepytywanie Ellen.
— Ja niczego nie dostałem. Ale z tego, co mi wiadomo, Kruki otrzymały za to znaczną sumę — odparł z krzywym uśmieszkiem i ostrożnie odsunął od szyi ostrze.
Alistair z powrotem przysunął klingę.
— Jakby się zastanowić, czyni mnie to biednym jak mysz świątynna. Trzeba przyznać, że życie Antivańskiego Kruka nie jest dla ambitnych.
— To wszystko, co chciałam wiedzieć — przerwała mu Ellen.
— W takim razie, jeśli nie uprzesz się poderżnąć mi gardła czy zrobić coś równie makabrycznego, może wysłuchasz mojej propozycji? — spytał od razu, widząc, że Alistair niepokojąco napina ramię.
— Próbowałeś nas zabić! — zawołała oburzona.
Odruchowo skrzyżowała ręce na wysokości piersi i łypnęła groźnie.
— Nie udało mi się! — zastrzegł błyskawicznie. — Poza tym ktoś na waszym stanowisku nie powinien brać tego do siebie, nie sądzisz?
Ellen zacmokała zirytowana, zastanowiła się krótko, po czym zamruczała pod nosem przekleństwo.
— Słucham — warknęła niezadowolona. — Tylko szybko.
— Cóż, w dużym skrócie: nie udało mi się was zabić, więc już nie żyję. Tak to działa. Jeśli wy mnie nie zabijecie, zrobią to Kruki — wytłumaczył, słowa wyrzucając z siebie wyraźnie i pospiesznie.
Ellen zmarszczyła czoło, próbując go zrozumieć.
— Chodzi o to, że ja lubię żyć. A wy należycie do takich, którzy potrafią sobie poradzić z Krukami. Pozwólcie zatem, że będę wam służył — zaproponował i wlepił w Strażniczkę uważne spojrzenie.
To nie było to, czego się dziewczyna spodziewała. Prędzej błagania o litość, ostatniego życzenia lub tym podobnych. Ale propozycji służby – na pewno nie. Zająknęła się, potarła nos i westchnęła ciężko. Nigdy nie musiała się mierzyć z takim problemem, co niby miała mu odpowiedzieć?
— Co cię powstrzyma przed dokończeniem zlecenia później? — spytała wreszcie.
Shegar zawarczał krótko i położył się bliżej nogi Ellen. Alistair, który na chwilę opuścił niżej z zaskoczenia miecz, pospiesznie oręż uniósł.
— Mówiąc między nami, nigdy się mnie nie pytano, czy chcę wstąpić do Kruków. Kupili mnie jako niewolnika, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Lecz chyba spłaciłem już swój dług dziesięciokrotnie — skwitował. — Jednak jedyną drogą wyjścia jest trzymać z kimś, kogo nie zdołają ruszyć. Nawet gdybym was teraz zabił, mogliby mnie zlikwidować dla zasady, za porażkę przy pierwszej próbie. Naprawdę wolę zaryzykować z wami.
— Mam się spodziewać po tobie takiej samej lojalności? — prychnęła, rozpaczliwie próbując znaleźć powód, dla którego mogłaby się nie zgodzić na tę propozycję, a przy okazji mieć pretekst, by go zabić.
— Jestem bardzo lojalny — zapewnił, uśmiechając się zadziornie. — Aż do chwili, gdy ktoś zaczyna mi grozić śmiercią za niewykonanie zadania. Ale to chyba nic dziwnego, prawda? — zauważył i spojrzał porozumiewawczo na Ellen.
Kiedy Strażniczka zmrużyła w odpowiedzi oczy, westchnął ciężko.
— Chyba że zamierzasz zrobić to samo. W takiej sytuacji niewiele przemawia na moją korzyść.
— Do czego mi twoja służba? — mruknęła, czując, że zaczyna się poddawać.
Mimowolnie poczuła do elfa nikłą sympatię.
— Do czego? — powtórzył, wyraźnie się ożywiwszy. — Znam się na wielu rzeczach, od walki, przez ukrywanie się, a skończywszy na otwieraniu zamków. Mogę cię również ostrzec, jeśli Kruki spróbują czegoś bardziej… wyrafinowanego, skoro mój zamach zawiódł — wyliczył pospiesznie.
Widząc, że nie przekonał tym Ellen, bez wahania brnął dalej:
— Jeśli chcesz, mogę również stać i ładnie wyglądać. Mam ogrzać ci łóżko? Odprawiać nieproszonych adoratorów? — Szybkie spojrzenie na minę Strażniczki pozwoliło mu zmienić taktykę na zdecydowanie bezpieczniejszą. — Nie? — zreflektował się.
— Zanim pchniesz mnie od tyłu czy dopiero potem? — warknęła.
Świadomość tego, że z każdym jego słowem była bliższa wyrażeniu zgody, potęgowała złość, dlatego nie do końca zastanawiała się nad tym, co mówiła. Nie wiedziała, jak dwuznacznie to zabrzmiało do chwili, w której Zevran uśmiechnął się szeroko i zacmokał.
— Mówisz rzeczy, które doprowadzają mężczyzn do szału — skwitował.
Ellen, nim zdążyła zapanować nad emocjami, spurpurowiała niezdrowo na twarzy. Leliana za jej plecami zachichotała, Alistair natomiast zawarczał i uniósł miecz.
— Więc jak to będzie? — wrócił do poprzedniego tematu Zevran. — Mogę nawet polerować zbroję. Zapewniam cię, że nie dostaniesz lepszej propozycji.
— Czego chcesz w zamian? — burknęła, zignorowawszy upokarzający rumieniec.
— Cóż, zastanówmy się. Przydałoby się zostać przy życiu, jako że uczyniłoby mnie to nieco bardziej przydatnym — rzucił i, czując wygraną, pozwolił sobie na nonszalanckie odsunięcie miecza. — A jeśli w pewnym momencie zdecydujesz, że już nie jestem wam potrzebny, pójdę w swoją stronę. Do tego czasu jestem twój. Pasuje? — dodał i wbił w jej twarz wyczekujące, niemal świdrujące spojrzenie.
Ellen zamilkła na naprawdę długą chwilę, spuszczając głowę i zapatrując się w ziemię, jakby tam mogła znaleźć odpowiedzi. Cisza przedłużyła się do tego stopnia, że Morrigan zacmokała zirytowana, a Alistair zerknął na Strażniczkę, niepewny, czego się po niej spodziewać.
Wreszcie Ellen spojrzała na Zevrana.
— Dobrze. Przyjmuję twoją propozycję — stwierdziła.
Odpowiedź spotkała się ze zdumionymi sapnięciami oraz niekiedy oburzonymi okrzykami, jednak najbardziej ekspresyjnie zareagował Alistair. Drgnął tak gwałtownie, że niemal wbił miecz w gardło biednego elfa. Zaraz cofnął broń i spojrzał zdruzgotany na Ellen.
— Co?! — wydusił. — Zabierasz z nami skrytobójcę? Czy to na pewno dobry pomysł? — poprawił się, zmieniwszy ton głosu.
— Nie przejmuj się nim — poprosiła, posyłając przyjacielowi uśmiech. — Może się nam przydać — stwierdziła.
— Hmmm — mruknął niechętnie Alistair i ostatecznie schował broń, jednak rzucił Ellen jeszcze jedno pełne wyrzutu spojrzenie. — No dobrze, dobrze. Rozumiem, o co ci chodzi. Tak czy inaczej, jeśli czekamy na jakieś oznaki naszej desperacji, to chyba właśnie się pojawiły — dodał.
Shegar spojrzał na Ellen, na niego, na Ellen, a potem usiadł przy nodze Strażnika, jakby chciał go pocieszyć.
— Pomysł nie jest zły, ale na twoim miejscu uważałabym teraz na wszystko, co jem i piję — parsknęła Morrigan, wywróciwszy oczami.
Ellen podała elfowi dłoń i mocnym szarpnięciem postawiła go do pionu. Kiedy tylko stanął w miarę stabilnie i zabrał się do otrzepywania z ziemi, Taika parsknęła nie do końca zadowolona i dotknęła pyskiem łokcia amazonki. Ellen pogłaskała ją po nozdrzach.
— Witaj, Zevranie — wtrąciła Leliana, posyłając elfowi szeroki uśmiech ponad ramieniem Strażniczki. — Obecność Antivańskiego Kruka z pewnością nam się przyda.
— Och? — mruknął, przeniósłszy na nią zainteresowane spojrzenie.
Potem na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech.
— Jesteś więc kolejną towarzyszką podróży? Nie wiedziałem, że wśród poszukiwaczy przygód można spotkać taką piękność — stwierdził.
Leliana westchnęła ciężko i odwróciła się do Tallona, żeby wsiąść na ogiera.
— Albo i nie — skwitowała.
Ellen zaśmiała się cicho i już planowała wydać rozkaz do wymarszu, kiedy nagle odezwał się Zevran. Co dziwniejsze, przycisnął pięść do lewej strony klatki piersiowej, wlepiając w Strażniczkę poważne spojrzenie.
— Niniejszym składam ci przysięgę wierności ważną do chwili, kiedy zdecydujesz się mnie z niej zwolnić — oświadczył uroczystym tonem, uśmiechając się delikatnie. — Należę do ciebie – to właśnie przysięgam — dokończył i ulegle skłonił przed nią głowę.
— Eee, taaak… — wydusiła dziewczyna, rozglądając się nerwowo dokoła.
Mimowolnie znowu się zarumieniła.
— Może ruszajmy dalej? — spytał zimnym głosem Alistair, rzuciwszy Ellen miażdżące spojrzenie.
Dziewczyna podskoczyła jak poparzona, pokiwała głową, teraz zbierając myśli pod kątem taktycznym.
— Potyczka zabrała nam sporo czasu, nie zdążymy przed zmrokiem dotrzeć do Denerim. W takim razie ujedźmy tak daleko, jak damy radę, a potem rozbijemy obóz. Rano przyjedziemy do celu i tam zaopatrzymy się w jakiegoś konia dla Zevrana — zdecydowała, wsuwając nogę w strzemię i wskakując na stojącą nieruchomo Taikę.
Usadowiła się w siodle i obróciła klacz przodem do wyjazdu z parowu.
— Zevranie, pojedź z… — zaczęła, urwała, rozejrzała się po towarzyszach, potem lekko się uśmiechnęła. — Sten, weź go na Escalara — poprosiła z nieskrywaną satysfakcją, cmoknęła na Taikę, a Dzika ruszyła spokojnym stępem.
W czasie, kiedy elf dosiadał się z nietęgą miną do olbrzymiego qunari, pozostali natomiast doganiali wierzchowca Ellen, Strażniczka zwolniła klacz, czekając na Alistaira i Kreoisa. Zrównała się z nimi dopiero przy wjeździe do niedużego lasku, posłała Strażnikowi uśmiech i chrząknęła cicho, zwracając na siebie uwagę.
— Moglibyśmy porozmawiać w obozie? — spytała półgębkiem, jakby tak naprawdę wstydziła się o tym mówić.
Wlepiła wzrok w szyję Taiki.
Alistair spojrzał na nią zaskoczony, jednak zaraz uśmiechnął się i skinął głową, zgadzając się. Ellen również uniosła kąciki ust i odetchnęła z ulgą, zaraz skupiając się na drodze, którą jechali. Miała cichą nadzieję, że nie natkną się na żadnych bezdomnych skrytobójców. Zdecydowanie wyczerpali dzienny limit przygarniania do drużyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz