niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.53 - U bram miasta


W ciszy obozu poniósł się krótki, ostry krzyk.
Siedząca przed ogniskiem Ellen, zasłuchana w ekspresyjną opowieść Leliany, poderwała głowę, rozglądając się dokoła z niepokojem. Łuczniczka przerwała wpół słowa, zamierając z rozchylonymi ustami, zaraz jednak uśmiechnęła się z pobłażliwym rozbawieniem i wskazała kraniec obozu, dokąd kilkanaście minut temu udał się Shegar. Wyglądało na to, że to właśnie mabari był źródłem całego zamieszania.
Obóz rozbili niecałą godzinę po zmroku, na polanie osłoniętej z trzech stron ścianą gęsto rosnących drzew. Ponad ich głowami rozciągało się tylko upstrzone migoczącymi gwiazdami ciemnogranatowe niebo, a przed nimi znajdował się niemal czarny o tej godzinie trakt oraz lśniące w oddali światła domów z Denerim. Zatrzymali się na tyle blisko stolicy, by móc słyszeć cichy szum przepływającej przez nią rzeki Drakon, jednak Ellen uznała, że nie było sensu wchodzić do Denerim nocą, kiedy niczego nie załatwią, a tylko narażą się rzezimieszkom czyhającym w ciemnych uliczkach.
W obozie odpoczywali już od trzech godzin i kilka osób poszło spać – między innymi Zevran, chwilowo pozbawiony namiotu. Elf zapewnił, że doskonale poradzi sobie bez dachu nad głową i owinął się dodatkowym kocem na granicy światła oraz cienia, zasypiając na gołej ziemi. Także Morrigan opuściła towarzyszy, udając się na ubocze, jak to miała w zwyczaju, i Strażniczka założyła, że wiedźma poszła spać. Pozostali jeszcze cicho rozmawiali, a chwilę temu Alistair zostawił przyjaciół i wszyscy uznali, że udał się na spoczynek.
Najwyraźniej jednak nie.
— Sprawdzę to — zaproponowała Ellen, wstając z miejsca.
Otrzepała luźne spodnie ze źdźbeł trawy, zmarszczyła czoło i ostrożnie ruszyła w półmrok, nie do końca wiedząc, czego mogła się w pobliżu Shegara spodziewać. Rozszarpanych zwłok?
Jednak nie, nikt nikogo nie rozszarpał. Alistair stał nadal w jednym kawałku, klnąc siarczyście i z prawdziwą pasją, jakiej jeszcze u niego nie słyszała. Mabari warczał znacząco i jeżył sierść, wpatrując się ze złością w stojącego obok Strażnika. Ellen pospiesznie omiotła spojrzeniem otoczenie pokłóconych, a widząc wywróconą miskę z jedzeniem psa, zaczęła się domyślać, co mogło się stać.
— Ty mały… — zaczął młodzieniec, wbijając w ogara pełne mordu spojrzenie.
— Napastujesz mojego psa? — wtrąciła Ellen, uśmiechając się szeroko.
Stanęła nieopodal dwóch rozjuszonych panów, jednak bardziej po stronie Shegara, krzyżując ręce na wysokości piersi.
— Ja napastuję twojego psa? — powtórzył oburzony Alistair.
Opuścił przyciskaną do piersi rękę i prychnął na przyjaciółkę. Shegar zawarczał niemalże triumfalnie.
— Powiedziałbym, że jest odwrotnie — burknął zdenerwowany Strażnik. — Twój futrzasty przyjaciel chyba się na mnie obraził, bo podszedłem zbyt blisko jego jedzenia. —Przelotnie spojrzał na dziewczynę, jakby nie wierzył, że go poprze. – Ugryzł mnie. Zobacz. — Niepewnie wyciągnął do niej rękę.
Dziewczyna westchnęła i delikatnie ujęła dłoń Alistaira, przyglądając się czerwonemu śladowi ugryzienia. Ostrożnie przesunęła palcami po rance, na co Strażnik syknął ostrzegawczo. Wolał, żeby się Ellen nie zabierała do jakiegokolwiek leczenia, prędzej by poszedł z tym do Wynne niż do niej. Z całym szacunkiem dla Szarej Strażniczki.
Mimowolnie przyjrzał się jej twarzy, bo rzadko patrzył na nią z bliska. Zdarzało się, że trzymał przyjaciółkę przy sobie, jednak zazwyczaj była zwrócona do niego plecami – najczęściej w takich sytuacjach próbował ją po prostu powstrzymać od zrobienia czegoś głupiego. Teraz jednak była naprawdę blisko, a, co chyba najważniejsze, zupełnie nie zorientowała się, że dzieliła ich tak mała odległość. Uśmiechnął się do siebie, przyglądając się, jak opadają jej na czoło pojedyncze kosmyki ciemnych włosów, jak lekko mruży śliczne oczy, jak rumieńce wywołane ciepłem ogniska uroczo malują się na jej policzkach.
Potem skupił się na jej dotyku, zaczął śledzić wzrokiem tor ruchu palców na jego nadgarstku, na tym, jak odczuwał muśnięcia opuszków, na mrowieniu ciała, dziwnych dreszczach. Bezwiednie wstrzymał oddech, nie panując nad własnymi reakcjami.
— Prawie nie ma krwi — mruknęła, przez co otrząsnął się trochę i spojrzał trzeźwiej na jej twarz, starając się opanować wyobraźnię. — Mimo wszystko nie powinien był tego robić — dodała głosem na pograniczu ostrzegawczego warknięcia, zwracając wzrok na stojącego obok psa.
Mabari zaskomlił i spuścił łeb, podwijając pod siebie ogon. Wyglądał tak, jakby chciał rozpłaszczyć się przed panią i błagać o wybaczenie. Alistair pomyślał, że gdyby Ellen spojrzała na niego w ten sposób i tak się odezwała, zrobiłby to samo, co Shegar.
— Czasem zapominam, że to pies bojowy — wziął zwierzaka w obronę, uśmiechając się uspokajająco.
Spojrzała na niego groźnie, zaraz jednak jej wzrok złagodniał.
— Będę miał nauczkę — dodał, mrugnął do nieśmiało merdającego ogonem mabari, a potem skinął w stronę ogniska. — Nie idziesz spać? Późno się robi. Jutro z samego rana jedziemy do Denerim, czy nie tak? Będziesz zmęczona — upomniał Strażniczkę.
— Ja… chciałam z tobą porozmawiać — przypomniała, opuszczając nisko głowę.
Zacisnęła opuszczone wzdłuż ciała dłonie w pięści.
Strażnik spojrzał na nią uważnie, marszcząc czoło. Przez chwilę zastanawiał się, czy to na pewno dobry pomysł, biorąc pod uwagę to, co czekało ich następnego dnia, jednak w końcu uległ. Poniekąd przez ciekawość, o co mogło dziewczynie chodzić, a poniekąd przez dziwne poczucie winy, gdy patrzył na jej trud, z którym to wyznała.
— To chodźmy — poprosił półgłosem i wskazał mrok rosnących nieopodal drzew.
Uchwycił jeszcze jej blady uśmiech i podążył za nią, głowiąc się, co ją dręczyło przez ostatnie kilka dni.

Leliana spojrzała za odchodzącą do ogara Ellen i uśmiechnęła się zadowolona do Wynne. Czarodziejka jednak nie zwróciła na nią większej uwagi, dokładnie przeglądając zawartość podręcznej torby z ziołami. Mamrotała pod nosem nieznane łuczniczce nazwy, coraz bardziej marszcząc czoło, więc w końcu kobieta postanowiła zachować swoje sugestie dla siebie. Chociaż lubiła snuć przypuszczenia względem tego, czy dana para się zejdzie, to jednak z drugiej strony chodziło o Ellen.
— Przypominasz mi panią Cecylię — rzuciła, czując potrzebę odezwania się.
Nie lubiła, kiedy nikt niczego nie mówił, wolała słuchać ludzi niż niepokojących odgłosów natury, które tylko nadwyrężały napięte nerwy. Uśmiechnęła się do czarodziejki, widząc jej zdezorientowaną minę.
— Kogo? — wydusiła zszokowana Wynne.
Ostrożnie zamknęła wieko torby i położyła ją na ziemi z taką czułością, jakby w środku nie trzymała ziół, a własne dziecko.
— To była orlesiańska dama — odparła Leliana, uśmiechając się coraz szerzej. — Moja matka służyła u niej aż do śmierci. Pani Cecylia pozwoliła mi zostać, nie wyrzuciła mnie na ulicę. — Na chwilę opuściła spojrzenie, czując nieprzyjemny ucisk w sercu na mgliste wspomnienie matki. — Trochę ją przypominasz — podjęła przerwany wątek. — Otacza cię aura szlachetności.
— Och, dziecko — westchnęła rozbawiona Wynne i pokręciła głową. — Daleko mi do szlachty.
— Przekonałam się, że szlachectwo to nie kwestia pochodzenia — sprzeciwiła się Leliana, kręcąc głową. — Spotkałam ludzi wysokiego rodu, którzy byli małostkowi i źli. Nawet prawdziwych degeneratów! — parsknęła. — Ale są też ludzie pełni godności i wdzięku. Niezależnie od tego, kim się urodzili. Uważam, że nawet prosty chłop może mieć niezwykle szlachetną duszę, która będzie z niego promieniować — wytłumaczyła, uśmiechając się z zadowoleniem. — Ty masz w sobie coś takiego, podobnie jak Cecylia.
— Ależ… dziękuję ci, Leliano — wydukała zszokowana Wynne, uśmiechając się ciepło do łuczniczki. — To bardzo miłe, że tak mówisz.
— To po prostu prawda — skwitowała.
Zaraz rozejrzała się uważnie.
— Ellen jeszcze nie wróciła, a wszyscy poszli spać, przynajmniej na to wygląda. Myślisz, że też mogłybyśmy udać się na spoczynek? — zagadnęła na inny temat, przenosząc wzrok na czarodziejkę.
— Myślę, że tak. Ellen najpewniej ma coś do załatwienia, skoro tak zwleka, a jutro wstajemy skoro świt — zauważyła Wynne. — Dobrej nocy, moja droga — pożyczyła Lelianie i skierowała się do rozstawionego namiotu.
Łuczniczka pokiwała głową, jeszcze chwilę posiedziała przed ogniskiem z nadzieją, że przyjaciółka zaraz wróci i będzie mogła przestać się o nią martwić, po czym westchnęła ciężko. Nim udała się na spoczynek, wzięła rzucone na ziemię rzeczy Ellen i przeniosła je pod namiot Strażniczki. Dopiero wtedy poszła spać.

Odeszli od obozu nie na tyle, żeby całkowicie stracić go z oczu, ale wystarczająco, by znaleźć się poza zasięgiem słuchu towarzyszy. Ellen jednak nie stanęła nawet wtedy, kiedy Alistair zwolnił kroku, sugerując, że już mogli rozpocząć rozmowę. Zmarszczył czoło, spojrzał na plecy dziewczyny i westchnął ciężko.
— Już wystarczy, Ellen. Nie ma sensu iść dalej — odezwał się łagodnie, stanowczo się zatrzymując.
Wreszcie się na niego obejrzała.
— Jestem… jestem winna wyjaśnienia — mruknęła, posłusznie stając. — Jestem ci to winna — poprawiła się, nadal badając spojrzeniem rosnącą pod jej stopami trawę.
Jesteś to winna nie tylko mnie, pomyślał od razu, marszcząc czoło, ale zaraz skarcił się w duchu. Jakakolwiek rozmowa o tym, co ją dręczyło, wymagała od niej wielkiego poświęcenia… czego wciąż nie mógł zrozumieć. Najpewniej wynikało to z ran wyniesionych z przeszłości oraz brzemienia podjętych niegdyś decyzji. Podejrzewał, że miało ścisły związek z mordem w Wysokożu, o którym już kilkakrotnie wspominała, ale wciąż nie znał tylu szczegółów, by zrozumieć jej postępowanie.
Do tej pory było w porządku, dlaczego więc akurat teraz…?
Otrząsnął się z rozmyślań, poczuwszy na sobie jej zaniepokojony wzrok. Skinął głową i posłał jej pokrzepiający uśmiech, chcąc trochę ośmielić. Jeśli się nie przemoże, nigdy nie wydostaną się z błędnego koła domysłów oraz wzajemnych oskarżeń.
— Widzisz… ja… to nie takie proste — jęknęła, garbiąc ramiona.
Zdusił w piersi odruchową reakcję instynktu opiekuńczego, spróbował skupić się tylko na jej słowach.
— Miałam pewne postanowienie, kiedy przybyłam do Ostagaru. Chciałam… nie chciałam żyć. Nie zasługuję na to.
Zdrętwiał, słysząc, że nie użyła czasu przeszłego, ale mówiła już dalej, nie dając mu dojść do słowa:
— Szukałam śmierci, bo życie przestało być potrzebne, istotne. Wycofałam się z tego, częściowo, po spotkaniu mrocznych pomiotów. A gdy Loghain zdradził, gdy uratowała nas Flemeth… postanowiłam, że umrę po Pladze, bo mam zadanie. Couslandowie nie uchylają się od odpowiedzialności. — Głos się jej załamał. — I jak wyruszyliśmy do Lothering, postanowiłam… ale nie mogłam wprowadzić tego w czyn, bo tak bardzo cierpiałeś po śmierci Duncana, po prostu nie mogłam. Przypomniałam sobie o tym dopiero niedawno w Redcliffe — dokończyła i westchnęła ciężko, jakby czekała na cios kata.
Alistair przetrawił wszystko, co usłyszał, podchodząc do sprawy z ogromną ostrożnością, zupełnie jak do rozjuszonego mabari. Po chwili zastanowienia uznał, że układance brakowało istotnego elementu. Rozmasował sobie kark.
— Co postanowiłaś przed Lothering? — spytał spokojnie.
Spojrzała na niego ze szczerym zdumieniem, jakby odpowiedź powinna być oczywista. Westchnęła i powróciła zainteresowaniem do ciemnej trawy.
— Duncan był dobrym liderem. Przywódcą surowym oraz wymagającym, na dłuższą metę nie tolerował słabości, likwidował je w swoich ludziach i… chciałam być do niego podobna, chciałam, żeby zadanie było najważniejsze, chciałam nauczyć się podchodzić do niego bez emocji, chłodno i spokojnie, tak jak on. Ale jestem za słaba, by z czymkolwiek sobie poradzić, a teraz już nie wiem nawet, kim jestem ani gdzie jest mój dom. Nie nadaję się na Szarą Strażniczkę, jestem największą pomyłką Duncana — wyrzuciła z siebie na wydechu, po czym wyminęła go i ruszyła szybkim krokiem w drogę powrotną.
Alistair stał w ciemności jeszcze kilka długich minut, rozmyślając nad tym, co mu powiedziała. Nie sądził, że jej problemy były tak pokręcone i głęboko zakodowane. Nigdy by nie przypuszczał, że nękały ją takie myśli, że uwikłała się w tyle umysłowych zasadzek. Choć stracił Duncana, nigdy nie planował swojej śmierci czy nie gubił się w poczuciu własnej tożsamości. Rany zadane przez upadek Wysokoża musiały być głębokie. A ona musiała być słabsza i delikatniejsza, niż sądził cały świat. Czy może tylko on tkwił w tym niewybaczalnym błędzie?
W końcu potrzeba upewnienia się, że wszystko z nią w porządku, przeważyła. Zawrócił, zastanawiając się, od kiedy tak bardzo chciał się nią opiekować.

Dziewczyna wróciła chwiejnym krokiem do obozu, nawet na chwilę nie uniosła spojrzenia, wpatrując się pustym wzrokiem w ziemię. Myśli również miała blade, swobodne, pozbawione określonego celu czy tematu – stały się obrazami. Obrazami odbytej rozmowy, minionych dni, bezsensownych planów na najbliższą przyszłość.
Zupełnie jakby ta prosta szczerość, na którą się zdobyła, wyparła z niej resztki tożsamości i charakteru. Teraz czuła, jeszcze wyraźniej niż w Ostagarze, że była tylko pustą skorupą. Może to dlatego, że przyznała się do tego komuś poza sobą, może po prostu dopiero teraz zrozumiała to z całą wyrazistością. Zresztą to nie było ważne, ważna powinna być Plaga. To dlaczego tej pustce towarzyszyło poczucie utraty czegoś ważnego, tęsknoty za czymś oczywistym?
Bez słowa minęła Shegara, nie zauważywszy jego nieśmiałego machnięcia ogonem, przez co pies pomyślał, że nadal była na niego zła, i położył się potulnie na ziemi. Nie zwróciła także uwagi na czujnie obserwującą ją w ciemnościach Taikę, jakby lśniące bystro ślepia wcale nie istniały. Oprzytomniała dopiero wtedy, kiedy stanęła w kręgu złotego światła rzucanego przez płonące ognisko i spojrzała na rozstawiony namiot.
Ktoś przyniósł do niego jej rzeczy, leżały tuż przed wejściem, skrupulatnie poukładane oraz bezpieczne. Przesunęła spojrzeniem po zbroi, broni, dodatkowym kocu i zapasowych luźnych ubraniach, by wreszcie sobie uświadomić, że nikogo w obozie teraz nie widziała. Okręciła się na pięcie i rozejrzała się dokoła trzeźwiej.
Rzeczywiście jej najbliższe otoczenie było puste. Kiedy szła porozmawiać z Alistairem, przy ognisku siedziała Leliana, Wynne, nieopodal spacerował Sten, kontemplując widoki. Teraz stała sama, pozostawiona w całkowitej pustce.
— Nie śpisz, Strażniczko? — rozległ się za jej plecami niski, całkiem przyjemny dla ucha głos, przyprawiając ją o dreszcze przerażenia.
Zdrętwiała.
Kiedy się obejrzała, natrafiła na roziskrzone orzechowe oczy Zevrana. Pustka wycofała się z serca, pozwalając ocenić sytuację. W pobliżu nie było nikogo z jej przyjaciół, Alistair jeszcze nie przyszedł, a elf zaszedł ją od tyłu, zapewniając sobie szerokie pole do manewru. Nie zapomniała, że miał ich zabić. Przeszła krok w bok, ustawiając się tak, by widzieć jego ręce.
— Mam imię — warknęła nieprzyjemnym głosem.
— Och, z pewnością — stwierdził, uśmiechając się przekornie.
— Co? — mruknęła zdezorientowana, by zaraz wytrzeszczyć oczy.
Nie przedstawiła się! W tamtym momencie nie miała głowy do czegoś takiego jak swoje imię. Westchnęła, spuszczając wzrok.
— Ellen. Nazywam się Ellen — stwierdziła i spojrzała twardo w oczy elfa.
Zevran uniósł brew, zainteresowany jej reakcją. Przekrzywił głowę, pozwalając sobie na pełen zadowolenia, a nawet rozbawiony uśmiech.
— Ellen…? — zawiesił znacząco głos.
Tylko Ellen — zawarczała z naciskiem.
Nieświadomie wyprostowała się, unosząc wyżej brodę, co nadało jej nad wyraz władczy wygląd. Gdyby tylko się zastanowiła, zrozumiałaby, jak Eleonora Cousland zyskiwała posłuch u wszystkich gwardzistów.
— Jak sobie życzysz, Strażniczko — odparł bez zająknięcia Zevran.
— Znalazłeś dla siebie miejsce? Nie jest ci zimno bez namiotu? — zagadnęła.
Zevran uśmiechnął się uprzejmie.
— Owszem, znalazłem. Koc w zupełności wystarczy, dzisiejsza noc nie zapowiada się chłodna. Najwyżej przeniosę się w pobliże ogniska, jeśli moje kości przemarzną do szpiku — zapewnił solennie.
— Zatem dobrej nocy, skrytobójco — skwitowała, skinęła mu głową i sztywno się odwróciła, ruszając długim krokiem do leżącego nieopodal Shegara.
Zevran uśmiechnął się pod nosem, odprowadzając ją spojrzeniem, po czym zawrócił do swojego zacisza, planując ułożyć się do snu. Z początku sądził, że Strażniczka będzie osobą niezbyt ciekawą, pozbawioną jakichkolwiek głębszych uczuć, które mogły być wyprane przez przeżyte bitwy. Tymczasem spotkał rozdartą, delikatną dziewczynę bez najmniejszego pojęcia o wojnie, dowodzeniu oraz rządzeniu, chwytającą się rozpaczliwie instynktu, który podpowiadał jej, jak się zachować i jakie decyzje podjąć. Zaczęła go interesować – przynajmniej nowa służba nie będzie nudna.
Ellen kucnęła przy Shegarze i pogładziła łeb psa, uśmiechając się smutno. Nie potrafiła panować nad niektórymi nieprzyjemnymi reakcjami i miała nadzieję, że przyjaciele nie będą już pytali o nic związanego z jej przeszłością.
— Piesku, mógłbyś przypilnować nocą naszego elfa? — spytała cicho, a kiedy mabari zamerdał ogonem, uśmiechnęła się szerzej, wstając.
Widząc kątem oka, że Alistair zbliża się od obozu, pospiesznie odwróciła się do niego plecami i uciekła do namiotu. Couslandowie nie uchylali się od odpowiedzialności, a ona właśnie najzwyczajniej w świecie zrobiła tchórzliwy unik.
Sama już nie wiedziała, czy zostało w niej coś z Couslandów.

Nie była pierwszą, która się rano obudziła. Kiedy wstała, część przyjaciół już krzątała się po obozie i przygotowywała do drogi, dlatego przyłączyła się do nich, zabierając się do pakowania, ubierania, jedzenia oraz składania namiotu. Kątem oka zauważyła, że Zevran brał aktywny udział w porannych pracach, więc wyglądało na to, że nie próbował uciekać. Albo że Shegar mu to uniemożliwił.
Ostatecznie śniadanie zjedli we wspólnym gronie, choć pospiesznie. Nawet Morrigan nie odsuwała się bardzo daleko, usiadła na kamieniu kilka metrów od pozostałych i zajęła się swoją porcją. Zjedli we względnej ciszy – krótką rozmowę na początku śniadania zainicjował Zevran, pytając, czy zawsze będą żywieni przez Alistaira. Krótka sprzeczka pozwoliła na utwierdzenie wszystkich w przekonaniu, że jedzenie elfowi nie do końca smakowało.
Potem zabrali się do siodłania koni, co też zrobili we względnym pośpiechu. Tylko na moment Ellen przerwała oporządzanie Taiki, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że ktoś nieustannie taksował ją nachalnym spojrzeniem. Syknęła pod nosem i rozejrzała się dokoła, podpiąwszy popręg klaczy. Natrafiła wzrokiem na oczy Zevrana. Elf posłał jej bezczelny uśmiech, nie próbując kryć się z tym, że tak się jej przyglądał. Zmarszczyła groźnie czoło i stanęła do niego przodem.
— Na wszystkich się tak gapisz? — warknęła, krzyżując ręce na wysokości piersi.
Zevran zachichotał, co tylko bardziej rozeźliło już i tak mocno zirytowaną Strażniczkę. Dla uspokojenia oparła się plecami o łopatkę Taiki, a klacz, po raz pierwszy, odkąd została kupiona, nawet nie stuliła uszu na amazonkę.
— Nie na wszystkich — odparł bez zmieszania, obdarzając ją szerokim uśmiechem. — Ale na taką piękną kobietę? Czemu nie?
W pierwszym odruchu prawie się zarumieniła, jednak zdołała opanować reakcję i wymusić na sobie zachowanie idealnego spokoju.
— Z pewnością przyciągasz spojrzenia nie tylko mężczyzn, lecz nawet innych kobiet. Czy to ci przeszkadza? — spytał bezczelnie.
— Szczerze mówiąc, przeszkadza — wycedziła.
Zevran ucichł na dłuższą chwilę, zastanawiając się, co tak naprawdę miała na myśli.
— W takim razie przestanę — obiecał i rozejrzał się, próbując zlokalizować Stena.
Widząc rosłego Escalara, uśmiechnął się zrezygnowany.
— Przyjmij moje przeprosiny. To ruszamy w drogę, skoro mamy temat z głowy? — spytał, kierując się do swojego towarzysza podróży. — Zapewniam cię, że będę patrzył gdzie indziej — dodał, chwytając tylni łęk i wsiadając na ogiera za wielkim qunari.
— Wspaniale — fuknęła Ellen, włożyła stopę w strzemię Taiki i przerzuciła nogę nad jej grzbietem.
Rozejrzała się, a widząc, że przyjaciele byli gotowi do drogi, machnęła ręką i skierowała klacz z powrotem na trakt. Ponieważ większość osób w grupie zajęła się rozmową, także Strażniczka postanowiła odwrócić myśli od wizji zbliżającego się do nich miasta. Skierowała Taikę do Stena, ignorując jadącego z qunari Zevrana, co elf skwitował szerokim uśmiechem.
— Czy Ferelden jest dla ciebie dziwny? — spytała, przekrzywiając głowę.
— Mało powiedziane. Nikt nie ma tu swojego miejsca — stwierdził spokojnie qunari, spojrzawszy z góry na drobną Ellen. — Wasi rolnicy pragną zostać kupcami, wasi kupcy marzą o szlachectwie, a szlachcice zostają wojownikami — wyliczył, najdłużej się jej przyglądając przy ostatnich słowach.
Zevran uniósł zainteresowany brew.
— Nikogo nie zadowala jego obecna sytuacja.
— A podoba ci się coś w Fereldenie? — nie dała za wygraną.
— Macie tu… interesującą kuchnię — mruknął wojownik, co początkowo Strażniczka skojarzyła z poranną dysputą o żywieniu przez Alistaira. — Macie coś takiego… nie ma na to słów w języku qunari. Małe pieczywo, jak chleb, ale słodkie i kruche — opisał ostrożnie, marszcząc czoło.
Ellen otworzyła szeroko oczy, zaskoczona słowami Stena. Zaniosła się serdecznym śmiechem, szczerze rozbawiona relacją przyjaciela. Coś wspaniałego!
— Nigdy bym nie pomyślała, że jesteś ciasteczkowym potworem — stwierdziła między salwami śmiechu, kręcąc wesoło głową.
— Nie wiem, o co ci chodzi — burknął urażony Sten. — Nie jestem żadnym potworem. Ale to małe pieczywo… Nie mamy takich rzeczy w naszej ojczyźnie. Trzeba to naprawić — uznał z przekonaniem, pokiwał głową i zmarszczył czoło.
Ellen ochoczo się z nim zgodziła, wyobrażając sobie zajadającego się ciastkami Stena. Postanowiła, że kupi wielkiemu qunari łakocie w Denerim, o ile uda się im cokolwiek w stolicy zarobić.
Podróż zajęła im niecałe czterdzieści minut. Rozległe mury stolicy rozciągnęły się przed nimi niczym złowieszczo rozłożone ramiona wroga, a Strażniczka doznała wrażenia, jakby całe miasto na nich czekało, jakby było jedną wielką pułapką. Westchnęła cicho, obejrzała się na przyjaciół, po czym niepewnie wjechała z Dziką pod łuk bramy wjazdowej.
Gwardziści nie rozpoznali w nich Szarej Straży. Nawet na nich nie spojrzeli, dlatego dostali się do Denerim bez żadnego sprawdzania tożsamości, celu wizyty, niczego. Również fakt, że stanowili barwną zbieraninę, nie zrobił na mężczyznach żadnego wrażenia. Ellen zmarszczyła czoło, zastanawiając się, od kiedy fereldeńskie straże wykazywały się taką lekkomyślnością. Zapewne od momentu, w którym władzę przejął Loghain mac Tir.
Pierwsza główna ulica prowadziła do miejskiej stajni, gdzie można było zostawić konie bez opłaty. Ostatnimi czasy niewielu kupców przyjeżdżało do Denerim, jak się dowiedzieli, dlatego znalazły się miejsca niemal dla wszystkich wierzchowców. Niemal, ponieważ Taika dosadnie odmówiła wejścia do budynku i zamknięcia w ciasnym boksie. Musieli ustąpić, dlatego klacz została na zewnątrz, a oni ruszyli do dzielnicy targowej.
Ellen niespecjalnie się zdziwiła, kiedy Leliana półgłosem zawiadomiła ją, że Taika szła za nimi niczym cień, strasząc przechodniów. Dzielnica targowa była rozległym placem pełnym rozlicznych wąskich uliczek, starych kamienic oraz budynków, wielkiej świątyni poświęconej Stwórcy i Andraście oraz obszaru, na którym kupcy rozstawiali stragany i nawoływali do nabycia ich towarów. Nieważne, czy był akurat ruch, czy przestój w handlu, dzielnica targowa zawsze pozostawała głośna, zaludniona, pełna strażników i przestępców.
— Rozdzielimy się, żeby szybciej załatwić wszystkie sprawy — zdecydowała, przyjrzawszy się mijającym ich ludziom.
Wszyscy zerkali nerwowo na ich grupę i pospiesznie czmychali byle dalej.
— I żeby nie zwracać na siebie aż takiej uwagi — dodała po chwili zastanowienia. — Morrigan, Sten, pójdźcie kupić konia dla Zevrana i nadstawcie ucha na różne wieści — poprosiła, wręczając im ostatnie oszczędności, za które dało się zakupić wierzchowca.
Niniejszym i ona, i Leliana zostały bez grosza przy duszy.
— Alistairze, Wynne, Leliano, zdobądźcie potrzebne rzeczy i prowiant za te marne pieniądze, które jeszcze wam zostały, nie oszczędzajcie, wydajcie wszystko, co macie — dodała, przenosząc wzrok na przyjaciół. — Ja, Zevran, Shegar i… i Taika spróbujemy coś zarobić i dowiedzieć się, gdzie znajdziemy dom brata Genitivusa — zdecydowała i uśmiechnęła się pokrzepiająco. — Uważajcie na siebie.
Chwilę potem wszyscy rozchodzili się we własne strony, przepychając się przez tłum i próbując dotrzeć do celu. Ellen kilkakrotnie obejrzała się za przyjaciółmi, potem zerknęła na towarzyszącego jej elfa i odszukała dłonią łeb Shegara. W końcu zniknęli w tłoku, stając się niemal niezauważalnymi dla patrolujących dzielnicę gwardzistów. Choć i tak nie wyglądało na to, by Loghain spodziewał się wizyty Szarej Straży w Denerim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz