niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.54 - Dzielnica targowa Denerim


Tłum był prawie nieprzebrany, na miejsce każdego ominiętego człowieka wchodziły trzy następne osoby. Nikt nie zwracał na pozostałych przechodniów uwagi, mieszkańcy potrącali się, deptali, popychali, niekiedy niemal tratowali. Ellen jednak, uparcie przepychając się przez tłok, doszła do wniosku, że ludzie zwyczajnie byli tak skołowani obecną sytuacją Fereldenu, iż po prostu nie mieli głowy do uprzejmości czy uważania na innych. Z drugiej strony krytyczne okoliczności wcale nie powstrzymywały kupców od wydzierania się wniebogłosy, każdy każdego próbował przekrzyczeć, co tworzyło w dzielnicy prawdziwy harmider. Kiedy tylko Ellen mijała stragan, krzywiła się brzydko, ogłuszona przez zachwalającego towar kupca.
Z niewyobrażalnym trudem dotarli do połowy targowiska, przez co znaleźli się nieopodal karczmy „Pod Nienażartym Szlachcicem”. Ellen nigdy w niej nie była, jednak jej ojciec mówił, że to ulubione miejsce spotkań większości szlachty. Zaklęła zdenerwowana pod nosem, kiedy znowu została potrącona i podeptana. Będąc tak drobną oraz niewysoką, nie miała siły przebicia, nie mówiąc już o towarzyszącym jej elfie, który nie odznaczał się powalającymi gabarytami. Sytuację ratował tylko warczący na przechodniów Shegar i, poniekąd, idąca za Strażniczką Taika. Klacz tuliła uszy i kłapała zębami na każdego, kto zanadto się do niej zbliżył.
Dziewczyna, prawdę mówiąc, nie wymyśliła jeszcze, jak niby mieliby coś zarobić czy chociażby znaleźć Genitivusa. Najlepiej byłoby kogoś zapytać, ale były marne szanse na to, by ktoś pomógł z dobrej woli. Czy nawet usłyszał zadawane pytanie.
— A więc jaki mamy plan, Strażniczko? — spytał Zevran, przekrzyczawszy hałas.
Couslandka spojrzała miażdżąco na elfa, więc skrytobójca szybko się zreflektował:
— Ellen.
— Nie wiem, naprawdę — westchnęła i pokręciła zrezygnowana głową.
— Hej, ty! — Usłyszała za plecami, poczuła na ramieniu czyjąś dłoń, która szybko została stamtąd zabrana, bo Taice się ta poufałość nie spodobała i spróbowała odgryźć śmiałkowi rękę.
Strażniczka dała znać Zevranowi, by poczekał, i obróciła się do tego, kto ją wołał. Spojrzała prosto w oblicze rosłego rycerza odzianego w ciężką płytową zbroję, z jasnymi blond włosami oraz gęstą, krótką brodą.
— Poznaję cię… z Ostagaru — stwierdził. — Na krew Andrasty, jesteś Szarą Strażniczką! Uczennicą Duncana! Zabiłaś mego przyjaciela oraz zacnego króla Cailana. Żądam satysfakcji, pani — stwierdził, celując w nią oskarżycielsko palcem.
Ludzie zaczęli zwalniać, zerkali na nich, mruczeli do towarzyszy uwagi na temat zajścia. Ellen, szybko skalkulowawszy, co się jej opłacało, wyprostowała się odważnie, podchodząc krok do rycerza. Zevran rozejrzał się nerwowo i dołączył do przywódczyni, gotów ją wesprzeć.
— Oskarżenia Loghaina pod adresem Strażników są fałszywe — ogłosiła bez cienia niepewności dziewczyna, patrząc w oczy rycerza.
Doskonale wiedziała, jak rozmawiać z takimi ludźmi, wielu wojowników jego pokroju spotykała w Wysokożu. Honor był dla nich wszystkim, zatem wystarczyło go odpowiednio podejść, by zwątpił w swoje przekonanie i by uniknęła walki jeden na jeden.
— A więc do zarzutów o zdradę dorzucasz jeszcze pomówienia? — zakpił, uniósł dumnie głowę i wykrzywił w złości usta.
Shegar siedzący u nogi Ellen zawarczał ostrzegawczo.
— Jak śmiesz podważać słowa teyrna Loghaina? — wycedził wściekły rycerz.
Ellen uśmiechnęła się kącikiem ust, przekrzywiając głowę. Jak widać trafiła na kolejnego wiernego pionka teyrna. Musiała więc uciec się do prostego podstępu, którym związałaby przeciwnikowi ręce i uniemożliwiła stoczenie pojedynku. Takie bijatyki w miejscu publicznym z pewnością nie ułatwią jej pozostania niewidoczną w tłumie.
— Jeśli się mylisz, zabiłbyś niewinną — stwierdziła, rozkładając ręce.
Zerknęła ostrzegawczo na Zevrana, przykazując mu, żeby milczał. Elf uniósł brew i skinął krótko głową, zgadzając się z poleceniem. Rycerz się zawahał, dla dodania sobie otuchy położył dłoń na mieczu, rozejrzał się bezradnie dokoła. Ellen tylko stała, unosząc brew i czekając na odpowiedź.
— Nie mogę ryzykować — orzekł wreszcie, mierząc ją nieprzychylnym spojrzeniem. — Choć czuję w kościach, że jesteś winna. Odejdź, Szara Strażniczko — zdecydował, cofając się ulegle dwa kroki.
Ellen odetchnęła w duchu.
— Jeśli znajdę kiedyś dowód twojej winy, spotkamy się ponownie — zastrzegł, a potem odszedł w stronę szyldu karczmy „Pod Nienażartym Szlachcicem”.
Strażniczka jeszcze chwilę stała, patrząc za rycerzem, by w końcu odetchnąć z ulgą i odwrócić się do Zevrana. Elf pokiwał głową z uznaniem, podczas gdy Strażniczka ruszała w dalszą drogę, a za nią Shegar oraz Taika. Zevran szybko się z nią zrównał.
— Sprytne zagranie, moje gratulacje — pochwalił ją, uśmiechając się zadziornie.
Skromnie wzruszyła ramionami.
— Wygląda na to, że masz doświadczenie w rozmowach z ludźmi jego pokroju — dodał ostrożnie.
— Rzeczywiście można tak powiedzieć — zgodziła się z elfem i posłała mu uśmiech.
Nie zamierzała jednak ciągnąć niebezpiecznego tematu, więc szybko znalazła inny wątek do poruszenia:
— Opowiedz mi o Antivii — poprosiła.
— O? — zdziwił się.
Uśmiechnęła się zachęcająco.
— Chcesz się dowiedzieć czegoś o Antivii, co? Jedynym sposobem, by naprawdę docenić to miasto, jest udanie się tam — stwierdził, odchyliwszy głowę, by spojrzeć w niebo. — Panuje tam ciepły klimat, nie mroźny i ostry jak w Fereldenie. W Antivii często pada deszcz, lecz kwiaty kwitną bez ustanku… a przynajmniej tak się mówi — skwitował z rozbawieniem, uśmiechając się pod nosem.
Ellen przyjrzała się elfowi uważnie, czując płynącą z jego słów tęsknotę za ojczyzną. Ona zapewne też nie potrafiłaby żyć bez Fereldenu, była z tym krajem związana bardzo mocno emocjonalnie.
— Nie chcesz tam wrócić? — spytała trochę ciszej.
Nagle, kiedy zaczęli rozmawiać, tłum przestał tak irytować i szło się łatwiej, co Strażniczka przyjęła ze szczerą ulgą.
— Nie chodzi o to, czy chcę tam wrócić — sprzeciwił się, zaciskając usta. — Nie mogę tego zrobić. Przynajmniej nie teraz — uściślił i spojrzał na nią krótko.
Dopiero wtedy zrozumiała, że przez problemy z Krukami odcięto mu drogę powrotną do ojczyzny.
— Ja pochodzę ze szlachetnego miasta Antivia, siedziby królewskiego pałacu — zmienił temat, w jego głosie rozbrzmiała duma. — Moja Antivia jest niczym jaśniejący klejnot pośród piasków. Czy ty pochodzisz z podobnego miejsca? — zagadnął szczerze zainteresowany.
Strażniczka zastanowiła się, czy pochodziła z jaśniejącego wśród piasków klejnotu, po czym uśmiechnęła się z rozbawieniem, spuszczając wzrok. Z pewnością to miejsce jaśniało, niekoniecznie jednak jak klejnot.
— Urodziłam się w Wysokożu, na północy — odparła, darując sobie poetyckie porównania.
Teraz, w łapach Howe’a, to miejsce wcale nie jaśniało, a do klejnotu bardzo mu daleko.
— Och? — mruknął zaskoczony. — Nigdy nie widziałem tego miejsca. Z pewnością ma swój urok — stwierdził, na co Ellen spojrzała na niego, nie spodziewając się takiej odpowiedzi. — I psy. — Popatrzył na idącego spokojnie Shegara, a potem zachichotał.
Dziewczyna nawet nie próbowała powstrzymać uśmiechu.
— Hmm. Wiesz, co jest najdziwniejsze? Mówimy o mojej ojczyźnie i bardziej niż za winem, ciemnoskórymi ślicznotkami i melodią fletu lilo… tęsknię za skórą — przyznał niespodziewanie.
— A to muszę usłyszeć — podsumowała rozbawiona.
Nie wiedziała, jak to zrobił, ale wprawił ją w lepszy nastrój, więc nie zamierzała tego marnować.
— Chodzi mi o zapach — uściślił elf, uśmiechnąwszy się do niej. — Całymi latami mieszkałem w małej klitce koło dzielnicy garbarzy, w budynku, gdzie Kruki składowały najmłodszych rekrutów jak w skrzynkach — opowiedział. — Przyzwyczaiłem się do tego zapachu, choć ludzie ciągle nań narzekali. Po dziś dzień zapach świeżej skóry przypomina mi przede wszystkim o domu.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Mówisz, jakbyś nie był w domu od bardzo dawna — zauważyła powoli.
Zevran jednak uśmiechnął się beztrosko i wzruszył ramionami.
— Och, wiem, że to nie było tak dawno. Jednak opuściłem Antivię po raz pierwszy i myśl o tym, że nigdy tam nie powrócę, sprawia, iż ciągle wracam tam myślami — stwierdził. — Zanim wyruszyłem, chciałem wydać resztki pieniędzy na skórzane buty, które zobaczyłem na wystawie. Doskonała robota, z najlepszej antivańskiej skóry… — westchnął ciężko i pokręcił głową. — Ach, głupio zrobiłem, że je sobie darowałem. Pomyślałem: „Zevranie, równie dobrze możesz je kupić po powrocie, w nagrodę za dobrze wykonane zadanie!”. I mam za swoje, co? — podsumował, posyłając jej znaczący uśmiech.
— Twój dom ciągle tam jest, Zevranie — mruknęła ciszej.
Poniekąd go rozumiała, w końcu doskonale wiedziała, że już nigdy nie wróci do Wysokoża, zatem… zatem nie miała teraz domu. Nigdzie. Bezdomna sierota. To chyba najbardziej ją bolało.
— To prawda, i pocieszam się tą myślą. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy — zauważył trochę rozweselony i uśmiechnął się, by zaraz spojrzeć na nią w ten irytująco bezczelny sposób. — Skąd miałem wiedzieć, że pokona mnie piękna Szara Strażniczka, która później daruje mi życie? Nie mogłem tego przewidzieć — orzekł.
Ellen prychnęła rozbawiona i wzniosła oczy do nieba, przeczuwając, że nie opędzi się od tych natrętnych komplementów. Może i były miłe, ale irytujące.
— „Piękna”, tak? — mruknęła kpiąco, rzucając elfowi znaczące spojrzenie.
— Mówię, że jesteś piękna, ponieważ to prawda — odparł ze spokojem i przeniósł na Ellen zainteresowany wzrok. — A nie powinienem?
— Ależ proszę bardzo — burknęła i wzruszyła ramionami, doskonale wiedząc, że nawet jeśli mu zabroni, i tak będzie się upierał przy swoim.
— I miło mi to słyszeć — skwitował zadowolony, zaraz rozglądając się dokoła; prawie dotarli do końca gęstego tłumu. — Teraz, jeśli wszystko ci jedno, wolałbym nie rozmawiać dłużej o Antivii. Przez to tęsknię za tym miastem i za porządnym posiłkiem.
— Dobrze, że Alistair cię nie słyszy — podsumowała rozbawiona Ellen i uśmiechnęła się szeroko do elfa.
Dzisiejsza poranna sprzeczka na temat śniadania teraz wydawała się jej śmieszna. Nikomu, kto wychowywał się w Fereldenie, kuchnia Alistaira nie przeszkadzała – bo gotował naprawdę dobrze. Jednak fereldeńskie potrawy nigdy nie cieszyły się uznaniem wśród obcokrajowców… jak samo państwo w sumie.
— Może lepiej by było, gdyby usłyszał, istniałaby wtedy szansa, że spróbowałby coś zmienić w swoim kunszcie — skwitował bezlitośnie elf.
Strażniczka pokręciła rozbawiona głową.
— Obawiam się, że to raczej ty będziesz musiał coś zmienić w swoich kubkach smakowych, bo fereldeńska kuch… — zaczęła rozweselona, powstrzymując głośny śmiech.
Gwałtownie urwała, zatrzymała się i zbladła, stając oko w oko z sierżantem milicji. Wstrzymała oddech, prostując się sztywno i nerwowo próbując wymyślić, co teraz – uciekać, walczyć, zawrócić, zignorować, co?! Zevran stanął tuż obok niej, jakby chciał dodać jej otuchy, i zmrużył oczy, cofając za siebie nogę.
— Przychodzisz, by donieść o kolejnym przestępstwie? — zaatakował ją dowódca.
Otworzyła szerzej oczy, nie rozumiejąc, co się działo.
— Przysięgam, całą tę dzielnicę powinniśmy otoczyć kordonem! Och — dodał zaraz, kiedy tylko się jej uważniej przyjrzał. — Mogę ci w czymś pomóc, Strażniczko? — spytał, obdarzając ją przyjaznym uśmiechem.
Jeśli przed chwilą była zdezorientowana, tak teraz została oszołomiona. Zmusiła umysł do przeanalizowania faktów i w końcu doszła do wniosku, że to mógł być podstęp, próba zaskoczenia jej – która akurat się powiodła. Uznała, że musiała iść w zaparte i udawać, że nie wiedziała, o czym sierżant mówił. Wymieniła krótkie spojrzenie z Zevranem.
— Skąd wiesz, kim jestem? — spytała, po czym ugryzła się w język.
Po prostu wspaniale, powinna dostać medal najwybitniejszego taktyka w historii Fereldenu!
Zevran poparł ją uderzeniem otwartą dłonią w czoło, nawet Shegar zaskomlił zrezygnowany. Chyba tylko Taika nie straciła wiary w amazonkę, zresztą klacz była zajęta straszeniem mężczyzn, którzy za blisko podeszli.
— Twoją podobiznę pokazano wyższym stopniem strażnikom pałacowym. Muszę przyznać, że rysunek nie do końca oddawał to, co widzę teraz — dodał sierżant i uśmiechnął się, zmierzywszy Ellen krytycznym spojrzeniem. — Nie martw się, nawet gdybym wierzył w „oficjalną wersję” wydarzeń, które miały miejsce w Ostagarze, to nie jestem przecież głupcem — uspokoił ją, podnosząc w przyjaznym geście ręce.
Ellen podejrzliwie uniosła brew.
— Gdybym polecił swym ludziom, by cię zatrzymali, rzuciliby się do ucieczki i pobiegli wylewać łzy na łona swoich kurtyzan, a mnie zostawiliby samemu sobie. Wystarczy mi, jeśli nie będziesz zakłócać spokoju na targu — skwitował.
Ellen znów zabrała głos:
— Potrzebujesz pomocy? — rzuciła na wydechu.
Skoro sierżant nie chciał jej zabić ani aresztować, a jego ludzie to ostatnie ofermy… istniała pewna szansa, że zdołają załapać się na zadanie dla nich, przy okazji zarobią, będzie też łatwiej wyciągnąć z niego informacje o bracie Genitivusie. To, że nie był wrogiem, nie znaczy, że był przyjacielem.
— Że co? — spytał oszołomiony.
Zevran wyglądał, jakby chciał zadać to samo pytanie.
— Mówisz poważnie? — spróbował się upewnić sierżant, a kiedy skinęła krótko głową, uśmiechnął się z niedowierzaniem. — To znaczy tak. Tak, przydałaby mi się pomoc — zgodził się z wyraźną ulgą. — Mamy tutaj dość popularny… przybytek… który wręcz roi się od najemników. Jeśli posłałbym tam moich chłopców, komuś naprawdę – Stwórco, broń – mogłaby stać się krzywda — wyjaśnił i wykrzywił usta w zrezygnowanym uśmiechu. — A ja musiałbym tłumaczyć ich ojcom, że służba gwardzisty jest naprawdę niebezpieczna.
— Co mamy zrobić? — spytała rzeczowo Ellen.
— Burdel nazywa się „Perła”. Obijcie pyski najemnikom, którzy nie dostosują się do twoich poleceń, dając im w ten sposób do zrozumienia, żeby przestali podskakiwać — wydał rozkaz. — Powiedziałem, byście dali im w skórę, nie zabili. Chcę, żeby to było jasne. Żadnego ognia, eksplozji czy Stwórca jeden wie, jaką jeszcze potworną śmierć możecie im zgotować — zaatakował ostrym głosem, celując w Ellen, a potem w Zevrana placem.
Kiedy dostrzegł zmieszaną minę dziewczyny, odchrząknął i opuścił rękę.
— Przepraszam. Przyzwyczaiłem się wydawać rozkazy moim chłopakom. Zostaw ich tylko przy życiu, a będę zadowolony — poprawił się ze skruchą.
— Gotowa do służby, sierżancie — odparła i posłała mężczyźnie szeroki uśmiech.
— Dziękuję, Strażniczko. Udanych łowów — pożegnał się i również się uśmiechnął.
Ellen, odchodząc od mężczyzny i kierując się do wyjścia z dzielnicy targowej, żeby udać się prosto do „Perły” (nawet ona wiedziała, gdzie się to miejsce znajdowało. Wyłącznie dzięki braciszkowi Fergusowi, który często się o spacery w tamte okolice kłócił z Eleonorą), zauważyła, że Zevran rzucał jej niedowierzające spojrzenie.
Zerknęła na niego pytająco.
— Ty chyba jesteś szalona, prawda? Nie widzę innego racjonalnego wytłumaczenia twojego postępowania — przyznał ni to zdruzgotany, ni to rozbawiony.
— Obawiam się, Zevranie, że musisz przywyknąć. Co do diagnozy nie ma stuprocentowej pewności, ale chyba coś w tym jest — odparła beztrosko i poklepała Shegara po grzbiecie.
Skrytobójca na chwilę przystanął, spoglądając w plecy Ellen, by zaraz parsknąć głośnym śmiechem. Kiedy zrównał z nią w końcu krok, jeszcze cicho chichotał.
— A ja myślałem, że zanudzę się na śmierć podczas służby u Szarej Straży. Podoba mi się twoje podejście do tej sprawy — stwierdził wesoło, szczerząc zęby do dziewczyny.
Ellen pomyślała, że chyba mogłaby bardziej zaufać Zevranowi. Zwłaszcza że naprawdę zaczęła go lubić, a obie te rzeczy powinny iść w parze.
Skinęła elfowi głową, uśmiechając się szeroko.

Lelianie i Wynne udało się kupić potrzebne towary za dość rozsądne ceny na różnych stoiskach. W ten sposób uzupełnili zapasy żywności, dorobili się nowego namiotu, jednak na zapasowy koc zabrakło już pieniędzy, więc Leliana uznała, że Zevran zadowoli się tym, który miał aktualnie. W końcu nie był najgorszy. Alistair w całym procederze kupowania przydał się tylko jako chodząca lista składników kulinarnych, bo, jako obozowy żywiciel, wiedział dokładnie, co z czego można zrobić i ile tego potrzeba. Ostatecznie nawet nie pozwolono mu się targować, bo tym skutecznie zajęła się Leliana. Zatem Strażnik, pokonany przez dwie kobiety, potulnie nosił za nimi torby i mówił, czy coś się do obozowej kuchni przyda, czy nie.
Kończyli właśnie drugie okrążenie wokół targu, kiedy Leliana sobie o czymś przypomniała. Podskoczyła, sięgnęła do podręcznego plecaka zawieszonego na ramieniu i wyciągnęła stamtąd niewielką skórzaną torebkę. Delikatnie strzepnęła z jej wieka kilka paprochów i podała ją czarodziejce, uśmiechając się.
— Wynne, to chyba twoje — mruknęła.
Alistair obejrzał się przez ramię, jednak widząc, że nie chodziło o noszenie kolejnych tobołów, znów skupił się na drodze.
— Och, moja torba ze składnikami! — zawołała zdumiona czarodziejka i wzięła od łuczniczki własność. — Dziękuję ci, moja droga. Zastanawiałam się, co się z nią stało — przyznała, przyciskając torbę do piersi jak najdroższy skarb.
— Zostawiłaś ją w obozowisku, przy ognisku — przypomniała uprzejmie Leliana.
— Ach… tak — mruknęła zafrapowana, przyczepiając torbę z powrotem do pasa tuniki. — Teraz sobie przypominam. Z wiekiem człowiek staje się roztargniony — stwierdziła rozbawiona i spojrzała z uśmiechem na idącą obok Lelianę.
Łuczniczka pokręciła głową, spoglądając na kobietę wymownie.
— Wynne, jesteś potężną czarodziejką — żachnęła się, kładąc dłoń na ramieniu staruszki. — Masz bystrzejszy umysł i jesteś mądrzejsza od wielu znanych mi ludzi. Także tych młodszych.
Wynne zaśmiała się dobrotliwie i poklepała Lelianę po ręku. Potem stuknęła palcem Alistaira w plecy, żeby zwolnił, na co młodzieniec posłusznie skrócił krok.
— Ach, powinnaś mnie widzieć jakieś piętnaście, dwadzieścia lat temu — stwierdziła rozbawiona Wynne, uśmiechając się do zdezorientowanej łuczniczki. — Od tamtego czasu mój ogień nieco przygasł. Dziękuję ci, Leliano… że pozbierałaś rzeczy za starą kobietę — mruknęła i rozejrzała się z uśmiechem.
Dziewczyna machnęła na czarodziejkę ręką, doszedłszy do wniosku, że nie przekona jej o tej znaczącej przewadze umysłowej nad innymi ludźmi. Westchnęła i zamilkła, tak jak jej towarzysze, przyglądając się mijanym straganom oraz przechodniom. Podobno brakowało kupców, a przecież tłumy były olbrzymie. Ciekawe, czy z konkretnego powodu, czy tak po prostu wyszło.
Nim się obejrzeli, wyszli z placu targowego i uciekli w jedną z bocznych uliczek, która przechodziła obok wejścia do karczmy „Pod Nienażartym Szlachcicem” i zakręcała dalej między kamieniczki. Cisza, jaka tam panowała, prawie zwaliła ich z nóg – tylko pod gospodą stała grupka dyskutujących żywo szlachciców, tu natomiast było zupełnie pusto.
— Hej! — zawołał Alistair, kiedy uszli kolejne metry i zostawili za sobą także karczmę. — „Cuda Thedas”! — Wskazał wejście do śmiesznego sklepu obwieszonego paciorkami, wisiorkami, talizmanami i koralikami.
Leliana uniosła brew.
— Arl Eamon kupił mi tu kiedyś laleczkę w kształcie golema — zaczął żarliwie opowiadać, zaraz jednak się skrzywił. — Kiedy byłem młody. Bardzo młody — poprawił się pospiesznie i uśmiechnął się do pań z zakłopotaniem.
Obie roześmiały się i po krótkiej wymianie zdań wspólnie doszli do wniosku, że mogli zajść do sklepu i zobaczyć, co miał aktualnie w sprzedaży. Co prawda na nic nie było ich stać, ale Ellen z pewnością jeszcze nie wróciła na miejsce spotkania, więc mieli trochę czasu. Po wizycie udadzą się prosto pod świątynny mur, gdzie powinni się zebrać po załatwieniu wszystkich spraw.
W „Cudach Thedas” panował nieco tajemniczy półmrok. Sklep utrzymany był w eleganckim stylu, podłogę oraz meble wykonano z ciemnego drewna, wszędzie stały regały z książkami, na deskach leżały czyste, drogie dywany. W środku kręciło się kilku klientów, za ladą naprzeciw wejścia stał sprzedawca – Wyciszony Kręgu. „Cuda Thedas” sprzedawały bowiem rekwizyty, mikstury i przedmioty wykonane przez Kręgi Maginów, czy raczej przez mieszkających tam Wyciszonych. Dlatego można tu było znaleźć niemal wszystko.
Grupa rozeszła się dokoła, przyglądając się różnym rzeźbom, wisiorkom, książkom, globusom oraz wszystkim innym przedmiotom, które wcale praktyczne nie były, ale ładnie wyglądały. Wspięli się aż na balkonik nad ladą, gdzie rozstawione zostały pozostałe towary. Leliana doszukała się nawet wydmuszki ze smoczego jaja, Alistair natomiast ze smutkiem odkrył, że nie było już laleczek golema. Wynne zainteresowała się rosłym posągiem.
— Hmm… — zamruczała pod nosem, stukając palcem w wargę. — Jadeit, rzeźbiony i polerowany, żeby przypominał dużego… — urwała i rozkaszlała się na tyle głośno, że zainteresowała towarzyszy.
Alistair oraz Leliana zajrzeli jej przez ramię.
— Och, rozumiem — westchnęła rozbawiona czarodziejka. — Cóż, to po prostu… niegrzeczne — skwitowała i odeszła do innej półki, na której leżały szkła powiększające oprawione w misterne ramki.
— Chyba niesmaczne — burknął Alistair i pociągnął za sobą Lelianę.
Łuczniczka zachichotała i Strażnik doszedł do wniosku, że nie chciał wiedzieć, z czego się śmiała.
W „Cudach Thedas” spędzili jeszcze chwilę, jednak po kilkunastu minutach Wynne stwierdziła, że starczy tego dobrego i że powinni udać się pod świątynię. Trochę przerażeni wizją przedzierania się przez tłum opuścili sklep i skierowali się na miejsce spotkania.
Leliana przez chwilę rozglądała się dokoła, po czym westchnęła zrezygnowana.
— Ja nigdzie w tym tłoku konia nie widzę, a wy? — spytała bez większych nadziei.
— Niestety, Taika znajduje się poza zasięgiem wzroku — potwierdził przypuszczenia Leliany Alistair. — Ale jestem przekonany, że Ellen świetnie sobie poradzi z zadaniem. — Uśmiechnął się do Leliany.
— Tak samo jak ty z pakowaniem zakupów — wtrąciła Wynne, na co Leliana zaniosła się głośnym śmiechem.
Alistair zrobił naburmuszoną minę i mruknął coś o tym, że nigdy więcej nie da się wkopać w takie idiotyzmy jak zakupy oraz ich noszenie.
Panie się jego bólem nie przejęły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz