niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.55 - Kapryśny Los


Burdel „Perła” okazał się bardzo dziwnym miejscem. Może gdyby Ellen nie wiedziała, gdzie tak naprawdę wchodziła, to nie miałaby tego uczucia, jednak fakt faktem – odniosła wrażenie, jakby budynek był… brudny. Mimo że w istocie w pomieszczeniach panował idealny porządek. Z nietęgą miną ruszyła wraz z Zevranem u boku przez pierwszą salę, uśmiechnąwszy się niepewnie do siedzącego za ladą ochroniarza. Wyglądało na to, że czytający właśnie książkę mężczyzna notował wszystkich wchodzących oraz wychodzących gości. Ledwie zerknął na przybyszy, zapisał coś na pergaminie i powrócił do lektury.
Strażniczka oraz skrytobójca poszli dalej czerwonym dywanem wiodącym ich do kolejnych drzwi. Ellen rozejrzała się ukradkiem, w hallu jednak stał tylko okrągły stolik w rogu, a przy nim głęboki, wygodny, purpurowy fotel, na ścianach zawieszono brzydkie, kiczowate obrazki. Natomiast wszędzie pełno było kwiatów.
Na całe szczęście główne pomieszczenie – coś na kształt skromnej karczmy – nie zostało udekorowane stokrotkami, różami oraz wszelkimi innymi kwiatkami, jakie tylko zobaczyć można było w hallu. W prawym rogu znajdowała się lada i bar, zza którego trunki wydawała urodziwa dziewczyna, naprzeciw drzwi stała kobieta o nadzwyczaj szerokich biodrach i dość mocnym makijażu. Z lewej strony widniało zamknięte przejście zapewne do sypialń, resztę powierzchni zajmowały drewniane ławy i stoły.
Kiedy Ellen przekroczyła wraz z Zevranem próg pomieszczenia, kobieta sprawiająca wrażenie psa pilnującego budy parsknęła i wskazała oskarżycielsko grupę uzbrojonych mężczyzn okupującą ławki.
— Przysłał was Kylon, prawda? Czas najwyższy, zróbcie coś z tymi najemnikami! — warknęła na Strażniczkę oraz skrytobójcę.
Ellen skinęła potulnie głową i przeniosła wzrok na cel.
— Osłaniaj mnie — mruknęła do elfa.
Zevran posłał jej uśmiech i skinął głową, puszczając ją przodem.
Na końcu sali właśnie rozgorzała bójka, Ellen kątem oka uchwyciła walczącą z mężczyznami kobietę. Jej uwagę szczególnie przykuły nadzwyczajne zdolności wojowniczki, dzięki którym błyskawicznie pozbyła się przeciwników. Nim Strażniczka wyciągnęła jakiekolwiek wnioski z widowiska, została zauważona przez najemników.
— Odwróć się i odejdź, nieznajoma — warknął grubym głosem jeden z mężczyzn, obracając się do niej. — To sprawa tylko i wyłącznie Białych Sokołów.
Ellen odetchnęła głęboko, zebrała w sobie odwagę i prychnęła kpiąco.
— Z rozkazu straży macie opuścić ten przybytek — oznajmiła głośno, starając się nie dać po sobie poznać, że banda uzbrojonych facetów ją niepokoiła.
— Posłuchajcie tylko tej gwardzistki! — zawołał rozbawiony najemnik, machnąwszy ręką na pobratymców.
Mężczyźni zgodnie zarechotali i podeszli bliżej drżącej od wstrzymywanej złości Ellen, by przyjrzeć się śmiesznej dziewczynce. Strażniczka doskonale wiedziała, że nie imponowała wyglądem.
— Ty mówisz nam, co mamy robić? — Wciąż kpiąco się uśmiechał.
Ellen wyprostowała się, unosząc brodę. Zanim się odezwała, zacisnęła niezadowolona usta i wykrzywiła je w brzydki, zirytowany grymas. Rechot ustał, najemnicy zamilkli, jakby zainteresowani nagłą zmianą w zachowaniu dziewczyny.
— Szlachcice potrzebują solidnych, niezawodnych żołnierzy — ogłosiła tonem wyniosłym, właściwie władczym. — A nie jakiejś hołoty — dodała dobitnie i prychnęła kpiąco, przyglądając się najemnikom bez cienia obawy.
— Ech… — mruknął cicho mężczyzna, garbiąc ramiona.
Spojrzał na Ellen niczym zbity pies.
— Coś w tym jest. Panowie, idziemy — rzucił do towarzyszy, a kiedy większość najemników ją wyminęła i on przechodził obok niej ostatni, dorzucił bardzo cicho: — Nie chcemy przecież zadzierać z Loghainem, prawda?
Strażniczka zacisnęła dłonie w pięści, ale przemilczała tę uwagę. Zdecydowanie jej to porównanie nie ucieszyło, jednak skoro dzięki temu wykonali zadanie i zarobią pieniądze, to mogła to ścierpieć. Posłała uśmiech właścicielce przybytku, która szczerze pochwaliła ją za doskonale rozegraną akcję oraz umiejętne wyproszenie najemników. Potem kobieta wróciła do swoich spraw i zupełnie straciła zainteresowanie tymczasowymi gośćmi „Perły”.
Zevran uśmiechnął się szeroko do Strażniczki i poklepał ją po ramieniu.
— To było niezłe. Szkoda tylko, że całą podniosłość chwili skopali tym Loghainem — skwitował i uniósł znacząco brew.
Ellen posłała mu krótki uśmiech, przenosząc wzrok na stojącą w rogu sali kobietę, która otrzepywała ręce z kurzu i przeganiała niedoszłych przeciwników.
— Daj mi chwilę — mruknęła Couslandka, zafascynowana tym, w jaki sposób wojowniczka poradziła sobie z awanturnikami.
Ściągnęła dłoń Zevrana z ramienia i ruszyła w stronę kobiety. Ledwie zbliżyła się na tyle, by przyjrzeć się wojowniczce o śniadej skórze oraz długich, ciemnobrązowych włosach, by zauważyć, jak bardzo była atrakcyjna, kobieta już odwracała się do niej i uśmiechała się szeroko.
— Patrzcie, kogo my tu mamy — stwierdziła, patrząc na idącego kawałek za Ellen Zevrana.
Strażniczka zwolniła kroku i zatrzymała się z boku, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego.
— Przychodzisz przeprosić za odebranie mi męża i zniknięcie bez śladu? — spytała, jakby rozmawiała ze starym, dobrym przyjacielem.
Zevran roześmiał się pogodnie, stając przy wojowniczce. Ellen uniosła wysoko brwi.
— Wiesz, że to nie było nic osobistego, Izabelo — rzucił uspokajająco. — I, jak widzę, wyszło ci to na dobre. Rozumiem, że odziedziczyłaś statek?
— Hmm — mruknęła Izabela, kiwając głową. — Właściwie to chyba nigdy nie lubiłam tego tłustego łajdaka. A dzięki „Syrenie” wiedzie mi się dużo lepiej niż jemu, gdy była jego własnością — przyznała z uśmiechem.
— Może należałoby nas sobie przedstawić? — wtrąciła Ellen.
— Istotnie — zgodził się pospiesznie elf, uśmiechnąwszy się przepraszająco. — Oto Izabela, sławetna królowa wschodnich mórz i najgroźniejsze ostrze w całym Llomerryn. Izabelo, moja droga, bez wątpienia rozbawi cię fakt, że podróżuję teraz w towarzystwie Ellen, Szarej Strażniczki — dokonał prezentacji, wskazując to na jedną, to na drugą.
Izabela przeniosła na Ellen zainteresowane spojrzenie i uśmiechnęła się z niedowierzaniem, mierząc dziewczynę bardzo krytycznym wzrokiem. Couslandka wytrzymała to ocenianie bez mrugnięcia okiem.
— Szara Strażniczka? — powtórzyła po Zevranie z dziwną nutą w głosie. — Miło mi — dodała i wyciągnęła do Ellen dłoń, którą dziewczyna bez wahania uścisnęła.
— Twoje umiejętności bojowe są imponujące — przyznała Couslandka, uśmiechając się nieśmiało.
Za jej plecami Zevran usiadł na jednej z ław blisko rozmawiających pań, oparł się o ścianę i przyjrzał się im uważnie.
— Zakładam, że widziałaś to małe przedstawienie — stwierdziła Izabela. — Jak dotąd żaden z tych biedaków mi nie sprostał. Są zbyt niezdarni i przewidywalni — wyjaśniła. — Zamiast opierać się na brutalnej sile, walczę szybko i posługuję się rozumem. Mówię o sobie, że jestem szampierzem, bo szlifowałam swoje umiejętności podczas wielu lat pojedynków z wojownikami.
Ellen uśmiechnęła się szeroko.
— Nauczysz mnie, jak zostać szampierzem? — spytała, jej oczy błysnęły entuzjazmem jak u małego dziecka.
Kobieta zaśmiała się, odchylając na chwilę głowę.
— To niezwykła prośba w ustach nieustraszonej pogromczymi mrocznych pomiotów — stwierdziła, a Ellen postanowiła nie zastanawiać się, czy została wykpiona. — Pochlebia mi, że chcesz się ode mnie uczyć, złociutka. Opanowanie tego stylu do perfekcji zajmie całe lata, ale mogę nauczyć cię podstaw — zgodziła się, ale nim Strażniczka się odezwała, uniosła uspokajająco dłoń. — Najpierw jednak chciałabym lepiej poznać moją potencjalną uczennicę, więc poprosimy o coś do picia — w tym miejscu wyraźnie zwróciła się do kręcących się między stołami kelnerek — a ty zrobisz mi ten zaszczyt i zagrasz ze mną w karty — powiedziała już do Ellen.
Strażniczka zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co też miała na celu ta zabawa. Na pewno Izabela coś wymyśliła, może to sprawdzian umiejętności – jakichkolwiek – może wytrwałości albo cierpliwości. Zresztą co jej szkodziło? Spojrzała krótko na Zevrana, dając mu znać, żeby się przypadkiem nie niecierpliwił, po czym uśmiechnęła się do Izabeli.
— W porządku. W co zagramy? — spytała, zajmując miejsce przy najbliższym z wolnych stołów.
Kobieta usiadła naprzeciw niej, wyciągając z kieszeni spodni talię kart.
Ellen odetchnęła w duchu, starając się nastawić na wszelkie możliwe gry. Wychowywała się w towarzystwie gwardzistów, więc nie można powiedzieć, by ich nie znała, jednak nigdy nie wiadomo, co Izabela wymyśliła.
— Grałaś kiedyś w „Kapryśny Los”? — spytała wojowniczka, a widząc, że Ellen kręci głową, uśmiechnęła się z zadowoleniem. — Łatwo się nauczyć, trudniej opanować do perfekcji. Trzeba uważać na posunięcia przeciwnika, jak i na swoje własne — wyjaśniła pobieżnie i położyła grubą talię na środku stołu.
Skinieniem głowy podziękowała za przyniesienie piwa i znów skupiła się na Strażniczce.
— Zanim zaczniemy, trzeba potasować karty. Mogę to zrobić — stwierdziła.
Ellen wahała się tylko krótką chwilę. To nie będzie zwykła rozgrywka, za wszystkim z pewnością krył się podstęp, więc, żeby rozgryźć jej poczynania, musiała ją obserwować. Uniosła wzrok z talii i uśmiechnęła się krótko.
— Ty je potasuj — poprosiła spokojnie, siadając wygodniej.
Karty zaszeleściły i po chwili Strażniczka przyglądała się rozłożeniu. Starała się jednocześnie skupiać na potyczce oraz na obserwacji Izabeli, było to jednak trudne. Zwłaszcza że momentami dochodziła do głosu jej wrodzona duma, która nie chciała zgodzić się na przegraną. Ciągnęły karty jedna za drugą, a Ellen miała wrażenie, że zaraz dostanie oczopląsu przez zezowanie w swoje rozłożenie i na Izabelę.
W końcu wojowniczka wybiła ją z rytmu, co dziewczynę tylko zirytowało.
— Wygląda na to, że skończyło nam się piwo. Poślę jednego z moich chłopców, by trochę nam przyniósł — stwierdziła, patrząc na Ellen znad kart.
Strażniczka niezadowolona z tej oczywistej dekoncentracji przeciwnika machnęła ręką na siedzącego nieopodal skrytobójcę.
— Zevran, przyniósłbyś to cholerne piwo? — spytała nadzwyczaj sympatycznym głosem, przeniósłszy na niego wymowne spojrzenie.
Elf, widząc, co się święci, uśmiechnął się cierpko, skinął głową i wstał, ruszając do lady. Nim wrócił z zamówionym trunkiem, obie panie na nowo pogrążyły się w grze, choć Ellen miała wrażenie, że przez to przeklęte piwo umknęło jej coś istotnego.
Zevran, stawiając kufle na blacie stołu, chwycił rękę Strażniczki i delikatnie ją przytrzymał, zwracając na siebie uwagę. Uśmiechnął się do niej.
— Mógłbym zająć ci chwilkę…? — spytał półgłosem, by zaraz odwrócić się do Izabeli. — Wybacz, Izabelo.
Kobieta machnęła beztrosko ręką, dlatego Ellen skupiła uwagę tylko na skrytobójcy, unosząc nagląco brwi. Elf westchnął, ukląkł i odchrząknął cicho.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że Izabela oszukuje, prawda? — spytał szeptem, słowa starając się wymówić do ucha dziewczyny, żeby ich towarzyszka tego nie usłyszała.
Ellen uśmiechnęła się lekko.
— Tak, wiem — odmruknęła, rzuciwszy Izabeli krótkie spojrzenie. — I bardzo mnie to denerwuje — dodała zgodnie z prawdą, uśmiechając się do elfa z rozbawieniem.
Zevran pokiwał głową, również unosząc kąciki ust w uśmiechu.
— Wydaje mi się, że poddaje cię próbie. Chce sprawdzić, czy zdołasz ją przechytrzyć — wyjaśnił.
Ellen mu nie przerywała, mile zaskoczona okazanym przez skrytobójcę wsparciem. Myślała, że w takiej sytuacji prędzej stanie po stronie dawnej przyjaciółki.
— Pomogę ci. Chyba wiem, jak ją ograć — dodał, uśmiechając się.
Poklepała go po dłoni i delikatnie pokręciła głową, jednak posłała mu pełen wdzięczności uśmiech.
— Dziękuję, Zevranie, ale już chyba wiem, jak sobie poradzić. W razie czego osłaniaj mnie — poprosiła z rozbawieniem.
— Postaraj się tylko nie zdemolować całego burdelu, Ellen. Byłaby to niewątpliwie bolesna strata dla społeczeństwa, pamiętaj — zgodził się, wyszczerzył w uśmiechu zęby i podniósł się z klęczek.
— Postaram się — obiecała solennie, zdusiwszy w gardle chichot.
— No i? — wtrąciła zirytowana Izabela. — Gramy dalej? Przestańcie tam szeptać! — dodała na pokaz zezłoszczonym głosem, kiedy jednak Ellen na nią spojrzała, na ustach kobiety igrał dziwny uśmieszek.
— Wybacz — pokajała się pospiesznie, zerknęła na Zevrana, który posłusznie usiadł na ławie, i powróciła do gry, dopracowując misterny plan.
— Ha! — zawołała nagle Izabela, wyciągnąwszy ze stosiku jedną z kart.
Uniosła ją, by pokazać obrazek Strażniczce.
— Karta anioła śmierci. Koniec gry. Obie musimy pokazać, jakie mamy karty — oznajmiła, więc Ellen, czując podświadomie, że przegrała, położyła je na blacie.
Izabela pochyliła się nad nimi, marszcząc czoło.
— Chyba nigdy nie widziałam tak dziwnego zestawu kart. W ogóle do siebie nie pasują — stwierdziła szczerze zdumiona. — Mam trzy anioły — przeszła do swoich kart. — Męstwa, prawdy, miłosierdzia, a do tego rycerza brzasku — wyliczyła, odkrywając po kolei każdą z wymienionych.
Kiedy skończyła, uśmiechnęła się szeroko.
— Wygrałam! Po tylu latach wciąż niepokonana. Czy kiedykolwiek spotkam lepszego od siebie? — rzuciła, rozsiadając się wygodnie na ławie.
Ellen uśmiechnęła się przesadnie uprzejmie i zgarnęła wszystkie karty, ustawiając je z powrotem w równy stosik. Potem położyła je na środku stołu.
— Chcę zagrać jeszcze raz — stwierdziła przymilnie.
— Ach, jesteś bardzo sympatyczna — mruknęła Izabela, rzuciwszy jej przeszywające spojrzenie. — A więc kolejna partyjka! Trzeba potasować karty — przypomniała.
Strażniczka uśmiechnęła się szerzej.
— Ty to zrób — poprosiła i przekrzywiła uroczo głowę.
Izabela raz jeszcze na nią zerknęła.
— W porządku… — zamruczała, zabierając się do zadania. — Na początek po pięć kart dla każdego gracza… I niech wygra najsprytniejszy! — ogłosiła, kończąc rozdawanie.
Od tamtej pory Ellen zamilkła, patrząc tylko w swoje karty i prawie nie zerkając na to, co robiła Izabela. Wyglądała na tak pochłoniętą grą, że dałoby się uwierzyć w jej zaangażowanie, gdyby nie to, że od początku rozdania nie wzięła żadnej karty ze stosiku.
— Ach, rycerz brzasku! — odezwała się Izabela i zerknęła na Strażniczkę, ona jednak nie zareagowała w żaden widoczny sposób. — Tego mi było trzeba!
Po kilku minutach milczenia wyprostowała się, spojrzała badawczo na Ellen i sięgnęła do stosika na środku stołu.
— Wezmę kolejną kartę — obwieściła. — Możesz zrobić to samo — przypomniała.
Nim mrugnęła, nagle ręka Ellen wystrzeliła w przód, a dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, wykręcając przegub. Izabela syknęła ni to z bólu, ni to z zaskoczenia, otwierając szerzej oczy, kiedy na blat stołu posypały się schowane w rękawie karty.
Ellen uśmiechnęła się zadowolona i usiadła z powrotem na miejscu, puszczając rękę Izabeli. Położyła karty na blacie i skrzyżowała ramiona, przekrzywiając głowę.
— Oszukujemy, jak widzę — skwitowała tylko bardzo zadowolonym głosem.
Izabela uśmiechnęła się pod nosem i pokiwała głową.
— Okazałaś się zręczna i sprytna, z przyjemnością przekażę ci moje umiejętności — stwierdziła i podniosła się, zgarniając karty ze stołu. — Chodź, będziemy potrzebować trochę miejsca — dodała, wskazując stojące nieopodal ławy.
— Zevran, pomóż — odezwała się Ellen i machnęła na skrytobójcę ręką, więc on, westchnąwszy ciężko, zabrał się do przesuwania mebli razem z paniami.
— Gratuluję posunięcia, sam bym lepiej tego nie rozegrał — mruknął, przechodząc obok Strażniczki.
Dziewczyna uśmiechnęła się rozbawiona i odciągnęła ławę na drugą stronę sali. Mijając się z elfem, odparła:
— Dziękuję za pochwałę, mistrzu.
Zevran spojrzał na nią z szerokim uśmiechem, nie mieli jednak czasu na dalsze rozmowy, bo Izabela zarządziła rozpoczęcie treningu. Ellen skupiła na kobiecie całą uwagę, na chwilę zapominając o czekającym ich zadaniu odnalezienia Genitivusa.

Nie mieli większych problemów z wydostaniem się z tłumu na głównym placu i wejściem w boczne uliczki – ludzie sami schodzili im z drogi, otwierając szeroko oczy na ich widok. Morrigan niespecjalnie się tym przejmowała, najzwyczajniej w świecie ignorując nerwowe szepty oraz trwożliwe wskazywanie palcami. Bez słowa szła obok rosłego qunari, od czasu do czasu spoglądając ukradkiem dokoła, upewniając się, że żaden gwardzista nie postanowił się nimi zainteresować. Zdawało się, iż byli całkowicie bezpieczni mimo rzucającego się w oczy wyglądowi.
Szybko również dowiedzieli się, w którą stronę powinni się udać, by odnaleźć handlarza końmi. Pomijając charakterystyczny zapach, w dobrze widocznym miejscu postawiono dużą tablicę informacyjną, więc Morrigan i Sten skierowali się w podaną na niej stronę, w dalszym ciągu się do siebie nie odzywając. Wiedźma co pewien czas zerkała na towarzysza, unosząc brew. Qunari byli nadzwyczaj ciekawymi osobami, nigdy nie spotkała się z przedstawicielem tej rasy, a teraz nadarzyła się dobra okazja do porozmawiania o różnych zagadnieniach, których w innym momencie nie byłoby jak poruszyć.
— Zaczynam sądzić, że qunari także mają własnych magów — odezwała się od niechcenia.
Na twarzy Stena nie dostrzegła żadnej reakcji, dlatego postanowiła brnąć dalej, nieco zirytowana tym ignorowaniem.
— Czy to prawda? — nacisnęła subtelnie, zmieniając brzmienie głosu na chłodniejsze.
— Nie zrozumiesz tego — odparł krótko, nawet na nią nie spojrzawszy.
Wiedźma uniosła bardzo wysoko brwi, po czym prychnęła głośno.
— Nie zrozumiem? — powtórzyła. — Uważasz, że brak mi intelektu, aby to ogarnąć? — zasugerowała, unosząc z pokazową fascynacją brew. — A może martwi cię, że będę współczuć mym, tak zwanym, braciom? — zgadywała dalej.
— Sama się domyśl — zaproponował znudzony tą dyskusją Sten i skręcił w odpowiednią uliczkę.
Ich oczom ukazała się spora stajnia z przyczepioną do jednej ze ścian zagrodą, za płotem spacerowały najróżniejsze konie. Morrigan zachichotała, słysząc odpowiedź.
— I to niby miało mnie rozgniewać? — rzuciła kpiąco.
— Chcę, aby wasza rasa miała właściwe, cywilizowane podejście do magii — stwierdził bardzo niskim głosem, wbiwszy w Morrigan ostrzegawczy wzrok.
Kobieta uniosła brwi, zaraz jednak uśmiechnęła się z zadowoleniem pod nosem, niezrażona jego zachowaniem.
— To bardzo wrogie stwierdzenie — skwitowała.
Sten westchnął ciężko i pokręcił zrezygnowany głową.
— A ty dalej gadasz — mruknął, patrząc na nią z pobłażliwością. — Zadziwiające — podsumował i zatrzymał się przed furtką prowadzącą na podwórze handlarza.
Otworzył przejście, przepuścił Morrigan przodem i razem ruszyli do siedzącego na wielkim krześle niewysokiego człowieczka, który żuł w ustach źdźbło słomy. Wiedźma, domyśliwszy się, że qunari nie zabierze głosu w dyskusji, wyprzedziła towarzysza i pierwsza doszła do handlarza. Rzuciła na okrągły stolik sakiewkę z pieniędzmi i oparła się na blacie.
— Potrzebujemy jednego konia — oznajmiła, mrużąc oczy.
Handlarz mlasnął cicho, przyglądając się jej.
— Dla elfa — uściśliła.
Mężczyzna podrapał się po pokrytej kilkudniowym zarostem brodzie, raz jeszcze mlasnął, po czym bujnął się na krześle i zeskoczył z niego, ruszając drobnym kroczkiem do zagrody. Wiedźma odprowadziła go uważnym spojrzeniem.
— Syriana! Syriana, śliczna, chodź tu! — zawołał skrzekliwym głosem i potrząsnął trzymanym w dłoni postronkiem, wpatrując się w tabun spacerujących koni.
Po chwili ze stada wybiegła lekkim, zgrabnym kłusem zawołana klacz. Niewysoka, drobnej budowy, zdawało się, że była nawet mniejsza od Dzikiej, jednak z pewnością odznaczała się delikatniejszą urodą. O złocistej sierści poprzecinanej nieregularnymi, białymi plamami, ze ślicznym śnieżnym łbem i jasnobłękitnymi oczami prezentowała się wspaniale.
Jednak nie to Morrigan interesowało, kiedy handlarz podprowadzał wierzchowca do swoich klientów.
— Wytrzymała? — spytała rzeczowo.
Mężczyzna przytaknął.
— Płochliwa?
Tym razem zaprzeczył.
— Łatwa w prowadzeniu?
Kolejne potwierdzenie.
— Niech będzie, bierzemy. Pieniądze zostawiam na stoliku — skwitowała wiedźma, chwyciła uwiąz, ale na chwilę przystanęła. — Jest na nią jakiś sprzęt? — przypomniała sobie w ostatniej chwili.
Mężczyzna wskazał zawieszone na płocie siodło i ogłowie, po czym podreptał z powrotem na miejsce, przeżuwając źdźbło słomy w ustach. Morrigan pokiwała głową i ruszyła do wyjścia, prowadząc za sobą Syrianę. Sten ze spokojem wziął pod pachę rząd klaczy i znowu w idealnej ciszy ruszyli w drogę powrotną na umówione miejsce spotkania.

Shegar i Taika bardzo się ucieszyli na widok Strażniczki oraz skrytobójcy, kiedy ci wyszli z „Perły”. Najwylewniej powitał panią mabari, niemal przewaliwszy ją na plecy po tym, jak skoczył przednimi łapami na jej ramiona. Jednak z pomocą elfa odzyskała równowagę i całą grupą ruszyli w drogę powrotną, by odszukać sierżanta Kylona.
Prawie przez cały czas, gdy maszerowali bocznymi uliczkami, dziewczyna z wypiekami na twarzy opowiadała Zevranowi, czego nauczyła ją Izabela, co u niej doszlifowała i na co otworzyła jej oczy. Była tak zaaferowana opowieścią o swoich osiągnięciach, że nawet elf dał się wciągnąć i słuchał jej z zainteresowaniem, przez co prawie zderzyli się ze zbliżającym się do nich sierżantem w towarzystwie jednego z oddziałów.
Tylko dzięki Shegarowi katastrofa nie nastąpiła – pies szczeknął ostrzegawczo, przerywając rozmowę.
— Miałem nadzieję, że was znajdę — stwierdził Kylon, zatrzymawszy się przed Strażniczką i skrytobójcą z uśmiechem.
Ellen skinęła głową, opuszczając ręce, którymi chwilę temu szybko gestykulowała.
— Słyszałem o tym, co się stało w „Perle” — dodał i uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Nie wiem, jak się to wam udało, ale wyszli, nie stawiając oporu. Jeśli chodzi o… pracownice „Perły”… — mówił dalej, poklepawszy Ellen po ramieniu.
Przerwał mu kpiący, niski śmiech. Zebrani od razu się rozejrzeli, by natrafić na grupę uzbrojonych mężczyzn zbliżającą się do nich wolnym krokiem. Strażniczka przymrużyła oczy, obracając się przodem do potencjalnego przeciwnika. Rosły wojownik przewodzący pozostałym trzymał w dłoni topór, którego ostrze płonęło najprawdziwszym w świecie ogniem, a na stali połyskiwał jasnopomarańczowy symbol. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, zrozumiawszy, że miała przed sobą zaklętą broń.
Nikt poza mną nie ma prawa rozkazywać moi ludziom — oznajmił obcy, celując palcem w sierżanta.
Jego podwładni ustawili się w szyku bojowym, było ich co najmniej dziesięciu. Ellen mimowolnie przełknęła ślinę.
— Należy ci się lekcja szacunku.
— Rozumiem — skwitował Kylon, uśmiechając się pod nosem.
Przeniósł spojrzenie na Strażniczkę.
— Nie obchodzi mnie ich życie. Będzie niezła jatka — podsumował beztrosko.
W następnej chwili dziewczynę ogłuszył bojowy okrzyk dobywający się z dziesiątek męskich gardeł. Obie strony starły się ze sobą w walce i tylko dzięki Zevranowi nie została zmiażdżona przez ten bitewny ścisk. Elf złapał ją za ramię i w porę wyciągnął z zamieszania, stawiając obok Shegara oraz Taiki. Klacz przytupała wściekła, tuląc uszy.
— Nie mieszaj się w sam środek walki — poradził jej Zevran, obserwując potyczkę. — Atakuj z obrzeży, znienacka, nie daj się wciągnąć w szał bitewny, bo zginiesz. Nie jesteś typowym ciężkim wojownikiem. — Spojrzał na nią poważnie.
Skinęła głową. Nie spodziewała się, że jednego dnia dostanie wskazówki odnośnie walki od szampierza oraz skrytobójcy, jednak uznała, że dostosuje się do porad, skoro chciała przeżyć. Uśmiechnęła się.
— Shegar, bierz ich — warknęła, a pies z niskim pomrukiem ruszył na wrogów i wbił się pierwszemu boleśnie w łydkę, szarpiąc ją jak kawałek wołowego mięsa. — Ty też, Zev. Bierz ich — dodała rozbawiona.
Elf spojrzał na nią z niedowierzaniem, potem roześmiał się i ramię w ramię skoczyli do przeciwników, atakując ich od tyłu. Ellen nie poczuła wyrzutów sumienia, kiedy pierwszego wroga wyciągnęła z bitwy poprzez wbicie mu sztyletu w plecy. Przeciągnęła drugim ostrzem po gardle nieszczęśnika, odtrąciła trupa i ruszyła na następnego, doszedłszy do wniosku, że ten sposób wcale nie był taki zły.
Kiedy jednak trochę się rozluźniło w samym środku bitwy, nie wytrzymała. Obróciła sztylety w dłoniach i wskoczyła między walczących, by stamtąd wyeliminować większość kłopotliwych wojowników. Tym sposobem nagle w ulicy zostali sami, tylko w towarzystwie Kylona oraz kilku gwardzistów z jego oddziału, którzy przeżyli. Ellen spojrzała na ścielące się dokoła ciała.
— Są tacy, którzy atakują cię z własnej woli? — spytał sierżant, otarłszy z brody strużkę krwi. — Czyżby byli aż tak głupi?
Zaraz jednak o czymś sobie przypomniał, sięgnął do paska i odczepił od niego całkiem ciężką sakiewkę. Wręczył ją zdyszanej Strażniczce.
— Oto obiecana zapłata. Jeśli jesteś zainteresowana, będę mieć dla was kolejne zadanie. A teraz wracam do dzielnicy handlowej. Boczne uliczki są, jak na mój gust, zbyt niebezpieczne — skwitował i uśmiechnął się do niej.
Nim odszedł, pospiesznie chwyciła jego ramię i zatrzymała go w miejscu. Spojrzał na nią pytająco, więc odetchnęła i posłała mu uśmiech.
— Wiesz może, gdzie mieszka brat Genitivus? Szukam go — spytała, w duchu zaciskając kciuki, żeby odpowiedział.
— Brat Genitivus? Drugie drzwi na prawo, jeśli staniesz plecami do karczmy „Pod Nienażartym Szlachcicem” — odparł i odmaszerował wraz ze swoimi ludźmi.
— Ile? — spytał Zevran, wskazując ruchem brody sakiewkę.
Ellen odwiązała rzemyk i zajrzała do środka. Potrząsnęła mieszkiem, monety z brzękiem podskoczyły, a ona zdumiona uniosła brwi, nie dowierzając temu, co widziała.
— To będzie z jakieś sześć suwerenów — wydusiła oszołomiona. — To… strasznie dużo! — dodała, jakby Zevran nie zdawał sobie z tego sprawy.
— A mówią, że straż taka biedna, nie? — skwitował rozbawiony i ruszył swobodnym krokiem w stronę dzielnicy targowej.
— No wiesz? — prychnęła święcie oburzona i dogoniła elfa, by zaraz zachichotać. — W sumie masz rację — stwierdziła po chwili. — No to teraz pod świątynię! Chyba się za bardzo nie spóźnimy, nie?
— No nie wiem — mruknął rozbawiony.
W przyjaznej atmosferze skręcili w ostatnią uliczkę dzielącą ich od dzielnicy targowej, już słysząc panujący na placu hałas. Ellen mimowolnie się skrzywiła, schowała sakiewkę do podręcznej torby i odetchnęła.
Niedługo wyrwą się z Denerim. Jeszcze chwila.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz