niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.56 - Pierwszy krok


Kiedy Ellen i Zevran nadeszli pod świątynię, rozmawiając pogodnie i śmiejąc się co chwila, wszyscy już byli na miejscu. Tym większe zdziwienie wywołał u wojowników widok bardzo dobrze dogadującej się ze skrytobójcą Strażniczki, jeśli wziąć pod uwagę to, jak się uwielbiali rano. Alistair wymienił pytające spojrzenie z Lelianą, na co łuczniczka wzruszyła ramionami. Jej ta zmiana nie przeszkadzała, jednak co o tym myślał Strażnik, tego nie wiedziała.
— Zawieszenie broni? — rzuciła do przyjaciółki, gdy tylko Ellen zbliżyła się na tyle, by usłyszeć jej pytanie.
Strażniczka spojrzała na nią najpierw zaskoczona, potem uśmiechnęła się pogodnie.
— Chyba można tak powiedzieć — skwitowała i wskazała ruchem brody leżące przy ich nogach torby. — Załatwiliście coś? — zmieniła temat.
— Tak, proszę — odparła Leliana i podała dziewczynie zakupy, żeby mogła je sobie przejrzeć i stwierdzić, czy wywiązali się z zadania.
Podczas gdy Ellen kucnęła na ziemi i grzebała w zawartości torby, pozostali patrzyli na nią, czekając na werdykt. Musiało to wspaniale wyglądać, ponieważ co niektórzy przechodnie przystawali i spoglądali na niecodzienną grupę ze zdumieniem. Wreszcie Ellen wyjęła głowę z worka, uśmiechnęła się zadowolona i wstała.
— Morrigan, co z koniem? — zwróciła się do wiedźmy, nie zauważywszy żadnego wierzchowca oprócz Taiki.
Która, swoją drogą, wyjadała ze świątynnego ogródka rabatki, co bardzo bawiło religijnego templariusza drużyny.
— Kupiony i postawiony w stajni — odparła kobieta i uśmiechnęła się krótko do Strażniczki.
Ellen przytaknęła zadowolona, odetchnęła głęboko, po czym machnęła ręką w kierunku karczmy „Pod Nienażartym Szlachcicem”.
— Wiemy, gdzie mieszka brat Genitivus. I zarobiliśmy jakieś siedem suwerenów — pochwaliła się skromnie i posłała przyjaciołom uśmiech.
Zevran przymrużył zadowolony oczy, drapiąc Shegara za uchem, bo pies całą drogę domagał się pieszczot.
— Pewnie nasz kochany elf kogoś kropnął — mruknął pod nosem Alistair, zdradzając się z rosnącą wobec skrytobójcy sympatią.
Ellen spojrzała na Strażnika zaskoczona.
— Co? Nie! — zawołała i potrząsnęła głową. — Załatwiliśmy jedną kłopotliwą sprawę dla milicji, pozbyliśmy się najemników z „Perły” — wytłumaczyła, uśmiechając się.
— Byliście razem w burdelu? — wtrąciła Leliana, jednak kiedy troje zainteresowanych rzuciło jej mordercze spojrzenia, zaśmiała się nerwowo. — Nie w tym sensie. Dlaczego akurat tam? — poprawiła się, unosząc uspokajająco ręce.
— Bo tam lubią przebywać kłopotliwi najemnicy — wyręczył Ellen Zevran.
Posłał łuczniczce krótki, znaczący uśmiech.
— Zresztą nie tylko najemnicy, jakby się tak zastanowić — dodał zaraz.
— Chodźmy może do Genitivusa, co? — przerwała dyskusję Strażniczka i rzuciła Zevranowi karcące spojrzenie.
— To gdzie on mieszka? — podchwycił temat Alistair i podniósł torbę z zakupami, pogodzony już z tym, że musiał ją wszędzie targać.
Wynne poklepała go w nagrodę po ramieniu.
— Drugie na prawo drzwi… — zaczęła Ellen, odtwarzając informację w pamięci. — Jak się stanie plecami do „Nienażartego Szlachcica” — dokończyła, przykładając palec do brody, po czym skinęła głową. — Idziemy?
Drużyna ruszyła pełnym składem w olbrzymi tłum na placu targowym. Tym razem jednak ludzie schodzili im z drogi dobrowolnie, przerażeni różnorodnością oraz grozą bijącą od dziwnej grupki. Ellen uznała, że skoro milicja nie zamierzała ich wymordować, to taki sposób podróżowania był o wiele wygodniejszy.

— Zapukaj, Ellen, nie rozwalaj drzwi — upomniał ją ostatni raz przed wykonaniem karkołomnego zadania Alistair.
Rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie, zamierając z uniesioną dłonią.
— Przecież umiem pukać! — obruszyła się.
Strażnik pokiwał dla świętego spokoju głową, wznosząc oczy do nieba.
— Tak, doskonale o tym wiemy — zgodził się z nią z rozbawieniem.
Leliana zaśmiała się pod nosem, przypomniawszy sobie incydent z Redcliffe.
— Och, możesz już przestać mi to wypominać? — żachnęła się Ellen i z rozmachu gruchnęła pięścią w deski tak, że aż zatrzeszczały. — Widzisz, to przez ciebie! — dodała zdenerwowana.
— Jasne, wszystko zawsze moją winą — westchnął zrezygnowany Alistair.
Kiedy Ellen zabiła go wzrokiem, uśmiechnął się niewinnie.
— Chyba nikogo nie ma — mruknęła, wpatrując się w nadal zamknięte drzwi.
Leliana, wiedziona przeczuciem, chwyciła ramię dziewczyny i zacisnęła na nim palce.
— Ale nie wyważaj drzwi! — poprosiła pospiesznie.
— Czy wyście się na mnie uwzięli? — fuknęła Ellen i spojrzała na Lelianę z wyrzutem.
Alistair westchnął.
— Po prostu dbamy o mienie publiczne… i prywatne. Przy tobie nic nie może czuć się bezpieczne — wyjaśnił, uśmiechając się z rozbawieniem.
Pozostali przysłuchiwali się rozmowie z taktownym milczeniem, nie do końca wiedząc, o co chodziło. A ponieważ nie było sensu pytać, pozostawało czekać, aż się sprawa wyjaśni poprzez dostanie się do domu brata Genitivusa.
— Nie wiem jak wy, ale ja zazwyczaj sprawdzam, czy drzwi są zamknięte — wtrącił Zevran, przepchnął się obok Alistaira i najzwyczajniej w świecie nacisnął klamkę.
Zamek kliknął, zgrzytnął, odskoczył i przejście stanęło otworem. Nieco zaskoczony sukcesem elf niepewnie pchnął deski, a wtedy drzwi ze skrzypnięciem uchyliły się szerzej, ukazując ukrytą w półmroku sień.
Wreszcie skrytobójca otrząsnął się na tyle, by uśmiechnąć się nonszalancko i z dworskim ukłonem zaprosić zebranych do środka.
— Panie przodem — zaanonsował, szczerząc zęby.
— Toście się dobrali — skwitowała Leliana i weszła do domu zaraz za Ellen.
Alistair, wchodząc tuż za Wynne, mruknął coś o kulturze oraz dobrym wychowaniu, przy okazji rzuciwszy Zevranowi nie do końca przychylne spojrzenie. Elf był jednak na takie przejawy sympatii bliźnich odporny, bo zamknął za całą grupą drzwi i dogonił ją w salonie. Pomieszczenie było długie, z wielkim biesiadnym stołem na środku, pod ścianami stały regały zapełnione książkami, naprzeciw wejścia do pokoju znajdowały się jeszcze jedne zamknięte drzwi, tuż po prawej stronie kolejne. Ellen rozejrzała się zdezorientowana, zastanawiając się, po co samotnemu uczonemu tak wielki salon.
Dostrzegła podnoszącego się sprzed regału mężczyznę, który spojrzał na przybyłych z szokiem wymalowanym na twarzy. Był młody, nie miał więcej niż trzydzieści pięć lat, z czarnymi sterczącymi we wszystkie strony włosami i kozią bródką. Przerażenie, które pojawiło się w jego oczach na widok wojowników, utwierdziło Ellen w przekonaniu, że dobrze zrobili, zostawiając Shegara oraz Taikę na zewnątrz.
— Tak? — spytał mężczyzna, siląc się na chłodny głos.
Wyprostował się dostojnie, wycierając ręce z kurzu o spodnie.
— Co wy tutaj robicie? — Zmrużył oczy.
— Brat Genitivus, jak mniemam? — spróbowała się upewnić Ellen, uśmiechnąwszy się najładniej jak umiała.
— Nie — odparł zaskoczony.
Strażniczka przez chwilę myślała, że pomylili domy, i już chciała się wycofać, ale mówił dalej:
— Nie, jestem Weylon, asystent Genitivusa — przedstawił się. — Kiedy się zjawiliście, byłem… miałem nadzieję, że przynosicie wieści o bracie Genitivusie… Zdaje się, że to płonna nadzieja — podsumował ze smutnym uśmiechem.
Ellen poczuła, że nogi się pod nią gną. Jak to – wieści o Genitivusie? Czyżby brat zaginął? Ale jak? Dlaczego teraz? Dlaczego choć raz nie mogli mieć wszystkiego jak na tacy, tylko musieli się miotać z miejsca na miejsce w poszukiwaniu elementów układanki?
— Czy bratu Genitivusowi coś się przytrafiło? — spytała napiętym głosem.
Trochę się opanowała, kiedy Alistair położył jej dłoń na ramieniu i zacisnął na nim palce, dodając otuchy. Odetchnęła głęboko.
— Brata Genitivusa nie widziałem od wielu dni. Nie odezwał się ani słowem, to do niego niepodobne — wyjaśnił, spoglądając na Ellen oczami zbitego psa. — Obawiam się, że coś się stało. Jego badania nad Urną mogły sprawić, że znalazł się w niebezpieczeństwie.
— Myślisz, że ma kłopoty z powodu Urny? — drążyła.
Ale niby dlaczego? Kto mógłby mieć kłopoty przez szukanie prochów zmarłej kobiety? Chyba że wpadł w dziurę albo wilczy dół, to można zrozumieć.
— Być może Urna została zagubiona celowo — zauważył Weylon.
Dziewczyna zastanowiła się, czy uczony tak by podszedł do sprawy relikwii.
— Modlę się o bezpieczny powrót brata Genitivusa, ale nadzieja gaśnie z każdym dniem. Ja… próbowałem wysłać kogoś po niego — przyznał, przeczesując włosy palcami. — Niedawno byli tu rycerze z Redcliffe, szukali go, posłałem ich jego śladem. Przepadli tak samo jak on — wyznał.
Ellen zacisnęła zęby, postępując krok w przód, przez co dłoń Alistaira zsunęła się z jej ramienia.
— Dokąd ich wysłałeś? — spytała twardym głosem.
— Nie, nie pytaj mnie, dokąd się udali — sprzeciwił się. — A co będzie, jak pójdziecie ich śladem i was także spotka pech? — zauważył zirytowany, potrząsając głową. — Te poszukiwania to klątwa. Pewne rzeczy nigdy nie powinny zostać odnalezione. Teraz to wiem — wyznał łamiącym się głosem i zwiesił głowę.
— Szlag by to, powiedz mi wreszcie, zanim stracę cierpliwość! — warknęła naprawdę zirytowana, postępując kolejny krok, i tym razem Weylon pospiesznie się cofnął.
Alistair znów chwycił ramię Ellen i delikatnie przyciągnął ją z powrotem.
— No dobrze, już dobrze! — zawołał spłoszony mężczyzna, krzywiąc się. — Przed odjazdem powiedział tylko, że zatrzyma się w jakiejś gospodzie nad jeziorem Kalenhad, żeby przyjrzeć się czemuś w okolicy — burknął.
— Co dokładnie chciał tam zbadać? — spytała podejrzliwie.
Byli tam wcale nie tak dawno temu, nie przypominała sobie, żeby cokolwiek wyglądało jak Urna Świętych Prochów. Poza tym tam znajdowała się tylko jedno gospoda… „Rozpuszczona Księżniczka”. Czego uczony mógłby chcieć od tego zatęchłego miejsca?
— Nie wiem — mruknął Weylon, łypiąc coraz mniej przychylnie na Ellen. — Przejrzałem jego notatki, ale dowiedziałem się tylko tego, że wybiera się do tej gospody. — Wzruszył ramionami.
Leliana wcale nie musiała syczeć ostrzegawczo, by Strażniczka zauważyła pewną nieścisłość w zeznaniach. Uniosła uprzejmie zainteresowana brew, przyglądając się Weylonowi uważniej.
— Przed chwilą mówiłeś, że powiedział ci to w rozmowie, a teraz nagle znalazłeś to w notatkach? — spytała przymilnym głosem.
— Tak… oczywiście, że mi powiedział, ale przejrzałem też jego rzeczy, żeby sprawdzić, czy nie ma tam jakichś wskazówek — odparł pospiesznie Weylon.
Ellen, niezdecydowana jeszcze, czy mężczyzna kręcił czy nie, zmrużyła oczy.
— Rozumiem, że nic nie znalazłeś? — spytała.
— N… nie — wydusił, kręcąc głową. — Wszystko wskazywało na to jedno miejsce — zapewnił, by nagle wycelować palcem w drzwi wyjściowe. — Marnujesz czas. Jeśli upierasz się, by iść śladem brata Genitivusa, ruszaj czym prędzej! — zaproponował.
Ellen zmarszczyła czoło i skrzyżowała ręce na wysokości piersi.
— Chciałam tylko lepiej zrozumieć sytuację, nim wyruszymy — wytłumaczyła spokojnie, odruchowo rozglądając się kątem oka.
Nic w pokoju nie wskazywało na nieprawidłowości. Co było zatem nie tak?
— Tak, tak, oczywiście. To bardzo mądrze — pochwalił, uśmiechając się wymuszenie. — Ale czas na nikogo nie czeka. Idźcie śladem Genitivusa, jeśli musicie, ale uważajcie na siebie — pożegnał wojowników.
— Dobrze. Idziemy — poleciła Ellen i zawróciła, ruszając do wyjścia.
Towarzysze wydali zdumiony pomruk nieśmiałego sprzeciwu, jednak posłusznie poszli za Strażniczką, chwilowo nie kwestionując jej decyzji.
Zaczęli kwestionować, kiedy znaleźli się na ulicy.
— Ellen, jesteś pewna? On coś ukrywa — mruczała Leliana, patrząc uważnie na przyjaciółkę.
— Strażniczko, z całym szacunkiem, wodził nas za nos jak nic! I chcesz to tak po prostu zostawić? — wtrącał się w międzyczasie Zevran.
— On nas oszukał. Coś jest nie tak, wprowadził nas w błąd. Powinniśmy go przycisnąć — dodawała gniewnie Morrigan.
— Jeśli rozegramy to inaczej, możemy stracić trop — ucięła ostro Strażniczka. — Nie wolno nam działać pochopnie, powinniśmy zagrać w jego grę. Możliwe, że dzięki temu znajdziemy więcej poszlak. — Uśmiechnęła się.
— A jeśli to pułapka? — spytał Alistair.
— Wtedy wejdziemy w nią razem i razem z niej wyjdziemy — odparła beztrosko, wzruszyła ramionami i znowu się uśmiechnęła, tym razem jednak pogodniej.
Strażnik westchnął ciężko i pokręcił głową z rezygnacją.
— Niech ci będzie — zgodził się z rozbawieniem.
— W takim razie ruszajmy w drogę, nad jezioro Kalenhad — poleciła i machnęła orientacyjnie ręką w kierunku wyjścia z dzielnicy targowej.
Znów zatopili się w tłum, zostawiając za sobą nieduże mieszkanie brata Genitivusa oraz podejrzanego Weylona, wkraczając w sieci zastawionej pułapki.

Zbliżali się już do wyjścia z dzielnicy targowej, a dokładniej do świątyni, kiedy nagle ktoś złapał jej ramię i przytrzymał ją tak mocno, że musiała stanąć. Z trudem odzyskała równowagę i rozejrzała się, próbując zlokalizować tego, kto ją chwycił.
Widząc Alistaira zapatrzonego w jeden z niedużych domków po tej stronie targu, zmarszczyła czoło, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodziło. Pozostali dopiero po chwili zauważyli, że brakowało Strażników, i zatrzymali się kawałek dalej.
— Zaczekaj — poprosił cicho, jakby dziewczyna miała zamiar dokądkolwiek iść.
Ellen powiodła wzrokiem od przyjaciela do domów i z powrotem.
— Czyżby to było tu? Ten budynek z żółtymi drzwiami — zamruczał.
Couslandka podążyła spojrzeniem w pokazaną stronę. Wtedy spłynęło na nią olśnienie – przecież w dzielnicy targowej miała mieszkać jego przyrodnia siostra. Mówił jej o tym pewien czas temu, obiecała, że spróbują ją odwiedzić przy najbliższej okazji. A bliższej okazji raczej nie będzie.
— Idźcie po konie i poczekajcie przy głównej bramie Denerim! — zawołała, machając do przyjaciół.
Leliana i Wynne wymieniły spojrzenia.
— Niedługo do was dołączymy! — dodała, widząc, że nikt się nie kwapił, by iść.
— Niech ci będzie, ale nie narozrabiajcie za bardzo! — odkrzyknęła łuczniczka i w szerokim uśmiechu pokazała niemal wszystkie zęby.
Strażniczka poważnie się zastanowiła, czy doniczka na parapecie tego domu nie mogłaby spaść na łeb jej ukochanej przyjaciółki.
— Po prostu idźcie! — warknęła mniej uroczo i nagle cała grupa potulnie się odwróciła, ruszając w dalszą drogę.
Przy niej został tylko Shegar oraz… Taika próbująca podwędzić jabłka ze straganu.
— Śliczna, pójdź z nimi — poprosiła Ellen, uznawszy, że obecność klaczy była kłopotliwa. — Poczekaj tam na mnie przy Lelianie. — Poklepała wierzchowca po szyi.
Dzika poważnie zastanowiła się nad ofertą, parsknęła z dezaprobatą, po czym ruszyła kłusem w stronę oddalającej się grupy, bezczelnie potrącając przechodniów. Ellen zastygła z uniesioną do głaskania ręką.
— Posłuchała — szepnęła do siebie, zaraz jednak przeniosła zatroskany wzrok na Alistaira, który jakby nie zarejestrował faktu, że życie toczyło się dalej mimo trafienia pod mieszkanie jego siostry. — Nie wolałbyś zobaczyć się z nią sam na sam? — zasugerowała, poczuwszy się nagle jak intruz.
— Wyglądam na zdenerwowanego? — odparł i zerknął na nią przelotnie.
Ellen z zaskoczeniem zauważyła, że już dawno nie był taki blady.
— No bo jestem — podsumował z krzywym uśmiechem. — Nie wiem, czego się spodziewać. Chciałbym tam pójść z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko — mruknął cicho.
Strażniczka uśmiechnęła się delikatnie i sięgnęła po jego rękę, w tym jednak momencie podskoczył i potrząsnął głową, więc szybko cofnęła dłoń.
— Albo może… odejdziemy. Naprawdę nie mamy czasu na tę wizytę, prawda? — zauważył nerwowo. — Może powinniśmy iść — uznał, kiwając głową.
— Dobrze, zobaczmy, czy jest w domu — zgodziła się na niewypowiedzianą prośbę młodzieńca i pewnie chwyciła jego rękę.
Pociągnęła go w stronę drzwi, on jednak się nie ruszył, stojąc jak wrośnięty w ziemię.
— Czy ona w ogóle będzie wiedzieć, kim jestem? Czy wie, że istnieję? — mruknął, jakby zapomniał o Ellen i o tym, że dziewczyna go ciągnęła. — Moja siostra. Tak dziwnie to brzmi… „siostra”. „Siooostra” — powtórzył, przeciągając samogłoskę.
Potem znowu potrząsnął głową i niespodziewanie zawrócił, przez co szarpnął Strażniczką.
— Bredzę. Może powinniśmy iść. Chodźmy. Po prostu… chodźmy — zdecydował, ciągnąc w stronę wyjścia z Denerim jak pies chcący pójść na spacer.
Ellen jednak już postanowiła i nie zamierzała się z postanowienia wycofać. Czując, że przeciągnie się z Alistairem przegra, puściła jego dłoń, zgrabnie uciekła pod jego ramieniem na drugą stronę i pchnęła go w plecy, uśmiechając się znacząco. Strażnik wytrzeszczył oczy i postąpił kilka kroków w stronę żółtych drzwi, zmuszony do tego przez przyjaciółkę.
— Żadne „idziemy stąd” — żachnęła się, uparcie pchając Alistaira w stronę domu. — Nie wiem, kiedy tu znowu zawitamy, a skoro już oddelegowałam pozostałych, to zróbmy to, co chciałeś zrobić, dobra? Potem to ja będę odpowiadała na durne pytania Leliany, nie ty, doceń moje poświęcenie. — Ostatni raz pchnęła przyjaciela i niniejszym znaleźli się pod progiem.
Pojawił się kolejny problem – Alistair nie zamierzał zapukać. Ellen westchnęła ciężko, wywróciła oczami i już wzięła zamach na deski, kiedy Strażnik oprzytomniał. Złapał jej nadgarstek, powstrzymując ją od tego.
— Nie, wiesz, może jednak ja? Wolałbym od razu nie wyważać siostrze drzwi, to trochę niekulturalne — rzucił, uśmiechając się nerwowo.
Podczas gdy Ellen na niego fukała, on grzecznie zapukał jak normalny cywilizowany człowiek. Odpowiedziała im jednak cisza.
— Nie ma jej. Chodźmy — zdecydował Alistair i zabrzmiało to tak, jakby się bardzo z tego ucieszył.
Nie udało się mu jednak uciec, bo Ellen znowu znalazła się za jego plecami.
— Nie denerwuj mnie, Strażniku — warknęła. — Naciśnij tę cholerną klamkę i miejmy to już za sobą.
Alistair, chcąc czy nie, wykonał polecenie. Może uznał, że znoszenie wściekłej Ellen było gorsze niż wizyta u przyrodniej siostry, która pewnie nawet nie wiedziała o jego istnieniu, może kierowały nim inne motywy. Ostatecznie klamkę nacisnął, pchnął drzwi i przekroczył próg, a za nim weszła Ellen w towarzystwie Shegara.
Pomieszczenie okazało się bardzo małe, wręcz ciasne. Kiedy stanęli w nim w komplecie, trudności sprawiłoby jakiekolwiek obrócenie się w którąkolwiek stronę. Wyglądało na to, że dom naprawdę był pusty. Zanim jednak ten fakt dotarł do umysłu Strażnika, Ellen już szturchała go nagląco w żebra.
— Yyy… — wydusił Alistair. — Jest tam kto? — spytał, bezwiednie postępując krok w przód.
Tym sposobem Ellen znalazła się za jego ramieniem, skąd mogła bezpiecznie obserwować sytuację i nie brać w rozmowie czynnego udziału.
— Eee? — odezwał się zdumiony kobiecy głos i zza ściany wyłoniła się głowa właścicielki budynku.
Ellen poczuła gwałtowny ścisk w żołądku, widząc, że była to ta sama osoba, którą spotkała w Pustce w koszmarze Alistaira. Niewysoka, o miedzianych, matowych włosach, przenikliwym spojrzeniu zielonych oczu oraz długim, nieco szpiczastym nosie wcale nie przypominała Strażnika. Dziewczyna przez dłuższą chwilę rozpaczliwie doszukiwała się jakiegokolwiek podobieństwa, bo, skoro byli rodzeństwem, nawet przyrodnim, w czymś podobni powinni być. Ale nie byli.
— Płótna do prania? — rzuciła kobieta. — Trzy miedziaki za wszystko, nie ma lepszej oferty. I proszę nie wierzyć w to, co mówi Natalia, ona jest cudzoziemką i zedrze z was ostatni grosz — oznajmiła, zatrzymując się przed potencjalnymi klientami.
— Ja… nie jestem tu po pranie — wyznał Alistair, choć kosztowało go to dużo wysiłku. — Nazywam się Alistair. Jestem… cóż, to zabrzmi trochę dziwnie, ale nazywasz się Goldana, prawda? — wyrzucił z siebie na wydechu, jakby się bał, że jeśli zaczeka, już nigdy tego nie powie. — Jeśli tak, to chyba jestem twoim bratem — mruknął ciszej.
— Moim czym? — powtórzyła zszokowana i cofnęła się o krok. — Tak, jestem Goldana… skąd znasz moje imię? — spytała ostro. — Co to za wygłupy?
Ellen poczuła się naprawdę zbędna. Nie powinna wtrącać się w tak osobiste sprawy, dlatego uznała, że sobie pójdzie. Tak będzie najrozsądniej. Przestąpiła z nogi na nogę i uśmiechnęła się nerwowo, unosząc rękę w geście pożegnania.
— Może powinniście zostać sami? — zaproponowała, siląc się na beztroski ton, jednak trudno jej było się opanować.
Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, jak by to było, gdyby się okazało, że Fergus żył. Gdyby odzyskała swojego braciszka. Te myśli były złe, powinna jak najszybciej stąd iść, pozbyć się ich i… Ktoś chwycił jej nadgarstek i zacisnął na nim palce. Zaskoczona uniosła głowę i natrafiła na zrozpaczone spojrzenie Alistaira.
— Nie! Nie idź! — zawołał, jakby się bał, że Strażniczka się mu wyrwie i ucieknie.
Kiedy zobaczył, że dalej stała, wyraźnie się zmieszał.
— Ja… proszę, zostań na razie — dodał ciszej, by zaraz znów spojrzeć na Goldanę. — Słuchaj, nasza matka… Dawno temu, zanim umarła, pracowała jako służąca na zamku Redcliffe. Wiesz coś o tym? Ona… — zaczął nerwowo.
— Ty! — zawołała Goldana i wycelowała w niego palcem.
Alistair urwał, Ellen uniosła brwi. Zapadła chwila krępującego milczenia, podczas której Strażniczka zastanawiała się, czy powinni się cieszyć z tego olśnienia Goldany.
— Wiedziałam! Powiedzieli mi, że nie żyjesz! — wykrzyknęła kobieta. — Powiedzieli mi, że dziecko zmarło razem z matką, ale wiedziałam, że kłamią!
— Powiedzieli ci, że umarłem? — wydusił zszokowany Alistair. — Kto? Kto ci to powiedział?
— Ci na zamku! — rzuciła zdenerwowana. — Mówiłam im, że dziecko to król, a oni powiedzieli mi, że zmarło. Dali mi parę miedziaków, żeby mnie uciszyć, i odesłali! — opowiedziała, maszerując nerwowo po izbie. — Wiedziałam! — warknęła i tupnęła nogą.
— Przykro mi. Ja… nie wiedziałem — mruknął zafrapowany Alistair, przeczesał włosy palcami. — Dziecko nie umarło. Ja nim jestem, jestem… twoim bratem — stwierdził ciszej i uśmiechnął się do Goldany, nieśmiało, jednak zawarł w tym wiele ciepłych uczuć.
Ellen poczuła dziwne ukłucie gdzieś na wysokości serca, zupełnie jakby… poczuła się zazdrosna. O ten uśmiech. Potrząsnęła nerwowo głową, odganiając od siebie te myśli, by skupić się na Goldanie. W duchu oczekiwała nagłego wybuchu radości, łez, rzewnych powitań i tego wszystkiego, co powinno towarzyszyć jednoczącej się rodzinie.
Bardzo się pomyliła.
— I co mi to daje?! — krzyknęła kobieta. — Zabiłeś matkę, tak jest, a ja musiałam sobie jakoś radzić! Parę miedziaków na długo nie wystarczyło, a kiedy wróciłam, wyrzucili mnie! — wygarnęła wściekła.
Ellen zmarszczyła czoło. Mimo że nie chciała się mieszać w te sprawy, postąpiła krok w przód i stanęła ramię w ramię z przyjacielem.
— To przecież nie wina Alistaira, prawda? — zauważyła cichym głosem, zdobyła się nawet na uśmiech.
— A kim ty, na Stwórcę, jesteś? — warknęła pogardliwie Goldana i zmierzyła ją bardzo nieprzychylnym spojrzeniem.
Ellen przez chwilę zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby siedzieć cicho.
— Wywłoką, która czyha na jego pieniądze? — rzuciła kobieta, uśmiechając się kpiąco.
Ellen nie zdążyła się wściec, nie zdążyła poczuć się dotkniętą tymi słowami, właściwie nic nie zdążyła, kiedy Alistair chwycił jej ramię i przyciągnął ją bliżej siebie, jakby chciał osłonić przed Goldaną. Gdy spojrzała w jego twarz, pobladła zdumiona – już dawno nie widziała takiego gniewu w jego oczach.
— Hej! — warknął. — Nie mów tak do niej! — zażądał drżącym od furii głosem, coraz mocniej zaciskając palce na ramieniu Ellen.
Dziewczyna zapomniała nawet pisnąć z bólu.
— To przyjaciółka i Szara Strażniczka! Tak jak ja! — dodał zdenerwowany.
— Aaa, rozumiem — zamruczała ociekającym kpiną głosem Goldana. — Książę i do tego Szary Strażnik. Cóż, kimże ja jestem, żeby źle myśleć o kimś tak dostojnym? — szydziła.
Zaraz jednak zmieniła ton na ociekający nienawiścią:
— Nie znam cię, chłopcze. Twój królewski tatuś dobrał się do mojej matki i zabrał mi ją, i co ja z tego mam? Nic — warknęła, celując w Strażnika palcem. — Ale mnie wykiwali! Powinnam była powiedzieć wszystkim! Mam pięć gąb do wykarmienia i jeśli nie umiesz mi z tym pomóc, to żaden z ciebie pożytek — skwitowała.
— Ja… — zająknął się, nagle uszła z niego cała złość.
Ellen zrozumiała, że Goldana trafiła w jego słaby punkt: bo co niby zawiniły w tym wszystkim dzieci?
— Przykro mi, ja… Nie wiem, co powiedzieć — przyznał cicho, opuszczając głowę.
Strażniczka zacisnęła zęby i po raz kolejny uciekła spod ręki Alistaira, by stanąć nieznacznie z przodu.
— Goldano, Alistair przyszedł tu odnaleźć swoją rodzinę — spróbowała raz jeszcze.
Przecież kobieta nie mogła być aż tak interesowna, odnalezienie zaginionej rodziny zawsze było cudowne. Na pewno było. Szkoda, że nigdy się nie dowie, jakie to uczucie.
— Cóż, znalazł ją. — Goldana wzruszyła ramionami. — I co mi to daje? Nic, ot co, nic, dopóki on nie zapewni rodzinie godnego życia.
Jakie godne życie? Jakie godne, skoro on sam śpi na gołej ziemi?, pomyślała ze złością Ellen, jednak nic nie powiedziała.
— Bardzo chciałbym ci pomóc, ale… nie sądzę, że mamy… dość pieniędzy — wydukał zgodnie z prawdą Alistair. — Chciałbym… — zaczął, próbując dobrać odpowiednie słowa.
— Ty, książę, wchodzisz tu w swojej frymuśnej zbroi i to wszystko, co możesz mi dać? — warknęła Goldana, mierząc Alistaira lodowatym spojrzeniem. — Musisz naprawdę myśleć, że jestem głupia.
— Nie, zaczekaj — poprosił, uniósłszy na nią przerażony wzrok. — Wcale tak nie myślę! — A ja tak, przemknęło Ellen przez głowę. — Chcę pomóc, jeśli mogę — dodał łamiącym się głosem.
— Chcesz pomóc? — podchwyciła Goldana, uśmiechnąwszy się chłodno. — Idź do swoich wielmożnych znajomych i powiedz im, że dzieci twojej siostry nie żyją w warunkach, na jakie zasługują! Zrób to! — zażądała.
W tym momencie Ellen wykonała ten sam ruch i stanęła tak, by częściowo zasłonić Alistaira. Zmrużyła jaśniejące determinacją oczy i wykrzywiła usta, wpatrując się w Goldanę.
— Chodźmy, Alistairze — odezwała się łagodnym głosem. — Nie masz tu czego szukać — stwierdziła i chwyciła jego ramię.
— Masz rację — mruknął cicho. — Nie wiem, po co tu przyszedłem. — Uśmiechnął się krzywo.
— Ja też nie wiem, po co tu przyszedłeś ani czego się spodziewałeś — podchwyciła Goldana wyniosłym tonem.
Ellen momentalnie skojarzyło się to z tym, jak mówiły rozpieszczone, zadufane w sobie córki arlów i bannów, sądząc, że pochodzenie ze szlacheckim nazwiskiem czyniło je ludźmi należącymi do lepszego gatunku.
— Ale tutaj tego nie znajdziesz! A teraz wyjdź, wynocha z mojego domu! — krzyknęła Goldana, celując palcem w drzwi.
Tego już było za wiele. Wystarczył jeden ruch ręki i sztylet już spoczywał w dłoni Ellen. Strażniczka, nim zdążyła opanować złość, przytknęła ostrze do odsłoniętego gardła Goldany, uśmiechając się zimno.
— Ktoś powinien ci obciąć ten jęzor — zamruczała niskim głosem.
Kobieta otrząsnęła się z szoku i z okrzykiem przerażenia rzuciła się na ścianę za sobą. Mało brakowało, a Ellen ruszyłaby za nią, jednak Alistair złapał jej nadgarstek i przyciągnął gwałtownie do siebie, uniemożliwiając to. Spojrzała na niego przelotnie, wciąż drżąc od powstrzymywanej złości.
— Nie! — warknął ostro i siłą odebrał dziewczynie sztylet. — Zostaw… zostaw ją w spokoju — poprosił, odetchnąwszy głęboko. — To w końcu jej dom. Chodźmy — zdecydował, zawrócił i pociągnął za sobą Ellen, wyprowadzając ją przez próg.
Ledwie drzwi się za nimi zamknęły, Strażniczka złapała broń i wyrwała ją z dłoni Alistaira, by nerwowo schować na prawowite miejsce. Przez chwilę szarpała się z pokrowcem, bo ręce tak się jej trzęsły, że nie mogła niczego porządnie zrobić.
Kiedy uporała się z zadaniem, spojrzała na przyjaciela, bo zauważyła, że wpatrywał się z uporem w ziemię.
— Cóż, to było… — zaczął, wyczuwszy na sobie jej wzrok. — Nie to, czego się spodziewałem. Delikatnie mówiąc — przyznał z krzywym uśmiechem. — To jest rodzina, o której myślałem całe swoje życie? Ta jędza to moja siostra? Nie wierzę — stwierdził z ponurym rozbawieniem i przeciągnął dłonią po twarzy, starając się zebrać myśli. — Ja… chyba spodziewałem się, że zaakceptuje mnie bez słowa. Rodzina powinna tak właśnie robić, prawda? — spytał ostrożnie.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści i opuściła niżej głowę. Oczywiście, że powinna.
— Czuję się jak… jak kompletny kretyn — przyznał ze skruchą.
— Nie potrzebujesz jej — warknęła gniewnie przez zęby i poderwała głowę, patrząc wyzywająco w jego przygaszone oczy. — Masz innych, którym na tobie zależy — dodała przez ściśnięte gardło, i znów uciekła spojrzeniem w bok.
— Niby komu? — parsknął.
Niespodziewanie poczuła się tak, jakby wymierzył jej policzek.
— Jedyną osobą, której na mnie zależało, był Duncan. A jego już nie ma — stwierdził gorzko, kręcąc wolno głową.
— Mnie na tobie zależy — wyszeptała.
Nie wiedziała, co tak naprawdę kryło się za tymi słowami i co ze sobą przyniosą, ale wiedziała, że musiała to powiedzieć.
Zapadła dłuższa chwila ciszy. Czuła na sobie jego zszokowane spojrzenie, jednak nie potrafiła zdobyć się na to, by na niego popatrzeć. Miała wrażenie, jakby bardzo się wygłupiła, wyznając mu to, ale z drugiej strony wcale nie żałowała. Wydawało się jej, że tak trzeba, więc to zrobiła. Cokolwiek miał oznaczać ten ścisk w żołądku i szybkie bicie serca.
— Ja… dziękuję — odezwał się wreszcie. — Cieszę się, że jesteś tu ze mną — dodał ciszej.
Przez chwilę chciała na niego spojrzeć, uśmiechnąć się, ale odwrócił się przodem do wyjścia z dzielnicy targowej, uciekając przed jej wzrokiem. Znowu trochę zabolało.
— Idźmy już. Nie chcę o tym dłużej rozmawiać — poprosił obojętnym tonem i ruszył pewnym siebie krokiem do bram miasta, pod którymi mieli na nich czekać przyjaciele.
Ellen podążyła za nim, uparcie wpatrując się w ziemię.
Tak strasznie żałowała, że zmusiła Alistaira do odwiedzenia przyrodniej siostry, że nie potrafiła go pocieszyć po odrzuceniu, że sama nie rozumiała, co się tak naprawdę z nią działo. Dlaczego nie umiała się pozbierać po czymś takim, jakby to bezpośrednio uderzyło także w nią? A zwłaszcza jego słowa – „Niby komu?”.
Uśmiechnęła się gorzko pod nosem, opuszczając niżej głowę.
Nagle otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, czując, jak ktoś delikatnie chwyta jej dłoń. Uniosła spojrzenie i zajrzała prosto w oczy Alistaira, dostrzegła jego pokrzepiający uśmiech. Zacisnęła palce na jego ręku, przenosząc wzrok na ulicę, którą szli. Nagle zrobiło się jej o wiele cieplej na sercu, a cały niepokój niespodziewanie zniknął. Wcale nie chciała się zastanawiać, dlaczego tak się stało. Ważne, że było.
Że był.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz