niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1.57 - Oszustwo Weylona


Przez zakurzone okno sali tronowej wpadały snopy złocistego światła, osadzając się na posadzce niczym plamy roztopionego kruszcu. Pomieszczenie było pogrążone w całkowitej ciszy, nikt nie szukał wśród milczących murów schronienia, zupełnie jakby królewska siedziba całkowicie opustoszała. Jednak wędrując spojrzeniem za lazurowym dywanem wiodącym w głąb komnaty, można było ujrzeć wielkie kamienne siedzisko – wręcz tron – na którym ktoś siedział.
Regent Loghain mac Tir wpatrywał się w ciemną posadzkę, mrużąc podkrążone oczy i opierając brodę na zaciśniętej w pięść dłoni. Na jego czole pojawiały się coraz głębsze zmarszczki zmartwienia, zdawało się, jakby uciekł myślami bardzo daleko. Bo i tak, w istocie, było. Horda pomiotów z każdym dniem stawała się coraz silniejsza, Plaga stwarzała coraz większe zagrożenie dla Fereldenu, bannowie coraz zacieklej bronili swych ziem oraz coraz odważniej zgłaszali sprzeciwy wobec władzy Bohatera Znad Rzeki Dein. I do tego wszystkiego jeszcze grupa Strażników – zaledwie garstka, tak prosta do zmiażdżenia – uparcie dążąca do pozbycia się go ze sceny politycznej.
W krąg świetlnych plam wkroczył wyprostowany mężczyzna. Rendon Howe zadarł brodę i spojrzał na władcę, splatając ręce na plecach. Przebiegł wzrokiem wodnistych oczu po twarzy Loghaina, jakby zastanawiając się, jak powinien rozpocząć wypowiedź, po czym chrząknął znacząco.
Teyrn nawet nie drgnął.
— Panie? Mam nowe wieści — odezwał się głośno.
Loghain jedynie zerknął na niego przelotnie, po czym poprawił łokieć na oparciu i spojrzał w bok, jakby nie mógł patrzeć na Howe’a.
— Eee… tak. Wydaje się, że walka przebiega dokładnie tak, jak… — pociągnął dzielnie mężczyzna, starając się udawać, że nie zauważył dziwnego zachowania władcy.
Trzasnęły drzwi, przerywając wypowiedź Howe’a, za plecami arla rozległy się szybkie kroki. Po chwili nieopodal zatrzymała się kobieta. Wysoka, o dość surowej, ale urodziwej twarzy, przenikliwych niebieskich oczach oraz złocistych włosach spiętych z tyłu głowy w dwa zakręcone warkocze, by odsłonić wyraźną linię żuchwy.
Królowa dumnie uniosła głowę i splotła ręce przed sobą, wbijając uważny wzrok w twarz zasiadającego na tronie mężczyzny.
— Dość — zażądała, obrzuciwszy Rendona Howe’a przelotnym spojrzeniem.
 Potem znów skupiła się na Loghainie.
— Chciałabym wiedzieć, co zamierzasz osiągnąć, ojcze — stwierdziła, zacisnąwszy usta. — Czy nie powinniśmy raczej walczyć z pomiotami, a nie ze sobą nawzajem? — zauważyła z nutą ironii, nie spuszczając z mężczyzny uważnego wzroku.
— Pokonamy pomioty, gdy zjednoczymy szlachtę, Anoro — odezwał się Loghain, uniósłszy głowę z dłoni i spojrzawszy na córkę z zainteresowaniem, jakim nie cieszył się u niego Howe. — To nie jest prawdziwa Plaga, cokolwiek wygadywał Cailan w swej próżności — wytłumaczył.
— Za pozwoleniem, panie, ale pomioty mogą niedługo osiągnąć nad nami przewagę liczebną — wtrącił nieśmiało Howe, uśmiechnąwszy się przymilnie do Loghaina.
Jego uwaga została zignorowana przez regenta, ale nie przez królową. Anora spojrzała na arla, zmarszczyła w zamyśleniu czoło, po czym przeniosła wzrok na ojca.
— Cailan prosił Orlesian o wsparcie, prawda…? — zaczęła powoli.
Pięść Loghaina gruchnęła z hukiem o oparcie tronu, z kamiennego mebla wzniósł się srebrzysty kurz i zatańczył wśród snopów światła.
— Nigdy! — ryknął Loghain.
Anora mimowolnie cofnęła się pół kroku, oszołomiona furią ojca.
— Razem z Marikiem wypędziliśmy ich z kraju! Nie zamierzam znów wpuścić tu tych psów! — zawołał i machnął ręką, by zaraz poderwać się z miejsca.
Anora pokręciła głową, obserwując zachowanie teyrna, po czym zacisnęła zęby i podeszła trzy kroki w przód.
— Pomóż nam, ojcze! — krzyknęła, powiodła wzrokiem za kręcącym się w złości mężczyzną. — Sami sobie nie poradzimy!
— Ferelden przetrwa sam! — warknął Loghain i znów wycelował palcem w córkę, ale zaraz odetchnął, przymknąwszy oczy. — Poprowadzę nas do zwycięstwa, Anoro — obiecał na powrót opanowany i opadł z powrotem na tron. — Musisz we mnie uwierzyć.
Anora zacisnęła zęby i wykonała taki ruch, jakby chciała się odwrócić oraz odejść, gdy nagle obrzuciła ojca przeszywającym spojrzeniem. W jej oczach odbiło się coś jeszcze prócz podejrzliwości.
— Zabiłeś Cailana? — spytała napiętym, drżącym głosem.
— Cailan umarł wyłącznie z własnej winy — odparł cicho i odwrócił głowę, uciekając przed spojrzeniem córki.
Anora oszołomiona pokręciła głową, cofnęła się kilka chwiejnych kroków, potem na jej twarzy wymalował się gniew. Gwałtownie zawróciła i wypadła niczym burza z komnaty, zostawiwszy ojca w milczącym towarzystwie spłoszonego Howe’a. Wielkie dębowe drzwi zamknęły się za nią głośniej niż dotychczas.
Loghain nacisnął palcami nasadę nosa i zamknął oczy, udając, że nikogo w sali nie było, że został zupełnie sam z problemami, grzechami oraz zmartwieniami.

— A on wtedy mówi: nigdy nie widziałem tak wielkiej dyni! — zakończyła Leliana, uśmiechając się szeroko, kiedy patrzyła na zaśmiewającą się do rozpuku Ellen.
Dziewczyna po raz kolejny otarła łzy z oczu.
— Naprawdę to powiedział? — spytała, odetchnąwszy kilkakrotnie dla uspokojenia.
Leliana poważnie pokiwała głową, co sprawiło, że Strażniczka znowu parsknęła śmiechem i pochyliła się nad szyją Taiki, ukrywając twarz w grzywie wierzchowca.
Byli w drodze już cały dzień, zostawili Denerim daleko za sobą i zbliżali się do przystani nad jeziorem Kalenhad. Zanosiło się na to, że pod wieczór powinni dotrzeć do celu, dlatego Ellen pozwoliła zwolnić konie i zrobić chwilę przerwy. Wszyscy przyjęli to z ulgą, wyczerpani tak długą oraz męczącą jazdą.
Do Tallona i Taiki zbliżył się dostojnym stępem Kreois. Siwy ogier parsknął głośno, czym zwrócił na siebie uwagę dwóch rozmawiających wesoło pań. Ellen podniosła się z klaczy i popatrzyła pytająco na Alistaira, otarłszy łzy z oczu.
— Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć — mruknął Strażnik.
Ellen szerzej otworzyła oczy, patrząc na przyjaciela, podczas gdy Leliana dzielnie starała się powstrzymać chichot. Kiedy oboje spojrzeli na nią dziwnie, machnęła na nich ręką, kierując Tallona bardziej na bok.
— Nie przejmujcie się mną, pogadajcie sobie — zaproponowała ucieszona i dogoniła kłusem jadącą z przodu na Altrivairze Wynne.
Ellen miała nieodparte wrażenie, że ich rozmowa dziwnym trafem będzie poruszała temat jej oraz Alistaira, zwłaszcza po pogawędce, jaką próbowała z nią odbyć Leliana, kiedy tylko ruszyli. Nieco się łuczniczka rozczarowała, gdy Strażniczka oznajmiła, że tylko załatwiali sprawy rodzinne Alistaira.
Dziewczyna spojrzała na młodzieńca, uśmiechając się pogodnie.
— Tak, Alistairze? — zachęciła go łagodnie, przekrzywiwszy głowę.
— Doceniam, że przyprowadziłaś mnie do siostry i że… — zaczął dzielnie, jednak jakby zabrakło mu oddechu, gwałtownie urwał i westchnął. — No, że mnie uspokoiłaś, kiedy wyszliśmy — wybrnął i posłał jej delikatny uśmiech.
Jej serce zatrzepotało, a było to wyjątkowo niedobre.
— Jesteś prawdziwą przyjaciółką, chciałem… ci to wreszcie powiedzieć — wydusił i uśmiechnął się pewniej.
Ellen poczuła, jak dziwny, trudny do wytłumaczenia entuzjazm ją opuszcza. Wreszcie zdołała zapanować nad emocjami i posłać przyjacielowi serdeczny uśmiech.
— Nawzajem — odparła, nie mogąc rozgryźć, skąd nagły zawód tak misternie wymieszany z uczuciem radości.
— No! — podsumował zadowolony i odetchnął z ulgą. — To skoro już mamy to z głowy, to jedźmy dalej — uznał, zaśmiał się nerwowo i nadzwyczaj szybko wyprzedził Taikę, odjeżdżając w stronę Stena.
Strażniczka chwilę jechała sama, zapatrzona w szyję Dzikiej. Postanowiła puścić w niepamięć te dziwne uczucia, które przed chwilą nią targały, i skupić się na tym, co ich czekało. Poszukiwania Urny Świętych Prochów brzmiały jak nazwa zabawy z dzieciństwa. Takiej z mapą skarbów oraz kuferkiem łakoci na końcu trasy. Tylko tu chodziło o ludzkie życie – o setki tysięcy ludzkich żyć. Każda jej decyzja była dźwignią uruchamiającą efekt domina. Kiedy nie znajdzie urny, Eamon umrze, nikt się nie sprzeciwi Loghainowi, Plaga zdobędzie przewagę i rozleje się na całe Thedas.
Nie mogła zawieść. Zawiodła już tyle osób – najważniejszych dla siebie również – że nie mogła znów źle wybrać. Wszystko musiało być dobrze, bo inaczej… upadnie po raz ostatni i nigdy się nie podniesie, wiedziała to.
— Czy miałaś do czynienia z plugawcami oprócz tych w wieży Kręgu? — usłyszała nagle obok siebie i aż podskoczyła, wbijając pięty w boki Taiki.
Klacz przysiadła na zadzie i uniosła przednie nogi na znak protestu. Strażniczka spojrzała na jadącą obok Wynne i poklepała Dziką, starając się ją uspokoić. Wierzchowiec po chwili zrównał krok z Altrivaire’m i na powrót stracił zainteresowanie otoczeniem, skrywając się we własnym świecie.
— Cóż, był jeszcze Connor — przypomniała Ellen.
— Ach, tak, Connor. Oczywiście — wymruczała, kiwając głową.
Gdy poczuła na sobie uważne spojrzenie Ellen, przeniosła na nią wzrok.
— Kiedy pierwszy raz ujrzałam plugawca, jego widok zmroził mi krew w żyłach. Minęły miesiące, nim ustały koszmary — zaczęła opowieść. — Najbardziej jednak przerażała mnie świadomość, że sama mogę z łatwością stać się jednym z nich — dodała ciszej i przygarbiła ramiona.
— Ale właśnie ta wiedza sprawia, że starasz się zachować ostrożność — zauważyła przytomnie Ellen, nie do końca rozumiejąc, skąd u Wynne ten niepokój.
— Jedno potknięcie… — szepnęła jakby do siebie czarodziejka.
Strażniczka odniosła wrażenie, że kobieta nie do końca jej słuchała.
— Wystarczy jedno potknięcie, by wszystko, czym jesteś, po prostu zniknęło… zastąpione przez szaleństwo — mruknęła, na jej twarzy odmalował się strach. — I nie można już tego cofnąć. Tak przynajmniej mówią.
— Masz co do tego jakieś wątpliwości? — spytała Strażniczka.
Wynne nie zaczynałaby z nią tak poważnej rozmowy bez powodu.
— Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy… czy plugawca nie można by w jakiś sposób… wyleczyć — przyznała. — Albo czy mag może zostać opętany i zachować zdrowe zmysły. Swoje człowieczeństwo — dodała i zmarszczyła czoło.
Ellen zastanowiła się nad tym, nie będąc do końca pewną, dokąd rozmowa zmierzała. Równie dobrze mogła to być zupełnie niezobowiązująca pogawędka, ale… skąd te emocje? Spojrzała w zamyśleniu na Wynne.
— Ten, komu uda się zachować człowieczeństwo, nie jest plugawcem — stwierdziła wreszcie, nie wiedząc, czy miała rację.
W końcu nie była ani templariuszem, ani magiem, była po prostu szlachcianką, która miała paskudnego pecha.
— Tak… Plugawca definiuje szaleństwo i okrucieństwo — zgodziła się Wynne.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Jeśli tego zabraknie, jeśli mag pamięta, kim jest tak naprawdę, to… nie jest plugawcem — podsumowała czarodziejka i odetchnęła uradowana. — Nigdy tego tak nie postrzegałam. Dziękuję, że pokazałaś mi to z innej perspektywy — zwróciła się do Strażniczki i posłała jej pełen wdzięczności uśmiech.
— Do usług — odparła Ellen.
Spojrzała na trakt, który wiódł ich dalej w głąb Fereldenu. Zastanowiła się, ile jeszcze czasu potrzebowali, by dotrzeć do doków nad jeziorem Kalenhad, po czym obejrzała się przez ramię na towarzyszy. Wyglądali na wypoczętych na tyle, by podjąć podróż, dlatego po kilku minutach wydała rozkaz do przyspieszenia. Miała nadzieję, że jak najszybciej rozwiążą ten problem i udadzą się prosto po Urnę Świętych Prochów.
Nawet jeśli ta urna miałaby wcale nie istnieć.

Niebo przybrało szkarłatną barwę zachodu, a powietrze przyniosło ze sobą słodki zapach chłodnej jeziornej wody, kiedy Ellen pozwoliła na kolejny odpoczynek. Znajdowali się wystarczająco blisko celu, by mogła się zgodzić na zwolnienie tempa, za trzydzieści minut powinni ujrzeć mury „Rozpuszczonej Księżniczki”. Miała nadzieję, że ta wyprawa przyniesie skutki, bo jeśli się okaże, iż jechali tak daleko właściwie po nic, naprawdę się zdenerwuje. A tego by Weylon raczej nie chciał.
Przyjaciele byli tak zmęczeni, że raczej stronili od rozmów, kontemplując uroki natury. Wokół rozbrzmiewały ostatnie ptasie trele przed zapadnięciem nocy, w oddali odzywały się świerszcze. Atmosfera sprawiała wrażenie sielankowej, Ellen z pewnością cieszyłaby się chwilą wytchnienia, gdyby nie jej zmartwienia. W takich momentach, kiedy miała zbyt dużo czasu na rozmyślania, przytłaczał ją ogrom odpowiedzialności, który na nich spoczywał, wszystkie błędy i świadomość utraconego świata. Nigdy nie sądziła, że gdziekolwiek mogło być tyle zła, ale… najwyraźniej bardzo mało wiedziała o życiu, kiedy mieszkała w Wysokożu.
— Przestań się na mnie gapić, kundlu — rozległo się za plecami dziewczyny.
Strażniczka obróciła się zaciekawiona w siodle i spojrzała na zirytowaną Morrigan.
— Nie mam nic dla ciebie! — warknęła czarownica, pochylając się nad człapiącym obok Entaine Shegarem.
Mabari zaskomlił, przekrzywiając łeb i wlepiając w kobietę błagalne brązowe ślepia. Strażniczka nigdy nie potrafiła oprzeć się temu spojrzeniu zbitego szczeniaczka, skutkiem czego Shegar bardzo często lądował u niej w łóżku albo dostawał najlepsze kawałki mięsa.
— Czemu się ciągle na mnie gapisz, ty zawszona bestio? — syknęła zdenerwowana Morrigan. — Nie masz za grosz wyczucia chwili. — Łypnęła na trakt, po którym jechali.
Shegar znów zaskomlił, nie spuszczając z czarownicy czarującego, słodkiego spojrzenia, zupełnie jakby ogłuchł.
— Lubię towarzystwo dzikich istot, a nie cuchnących, udomowionych wilków — dodała i spojrzała wymownie na psa.
Shegar przekrzywił łeb.
— Jak grochem o ścianę! — wściekła się Morrigan i przyłożyła łydki do boków Entaine, prosząc klacz o kłus.
Kiedy wyprzedzała Shegara, jeszcze warczała pod nosem.
— Szału można dostać! — usłyszała Ellen, ledwie czarownica zwolniła wierzchowca.
Shegar zaszczekał radośnie, zamerdał ogonem i potruchtał za kobietą z wywalonym jęzorem, najpewniej planując dalej nieszczęsną dręczyć. Strażniczka zaśmiała się cicho i pokręciła głową, rozbawiona przedziwną rozrywką, jaką znalazł sobie mabari.
— Uroczy zwierzak — odezwał się Zevran, więc Ellen przeniosła na niego wzrok i obdarzyła pogodnym uśmiechem. — Podobno jaki pan, taki kram.
— Hej! — zawołała święcie oburzona, żeby zaraz parsknąć śmiechem. — Pozostaje jeszcze kwestia tego, kto tu jest panem, a kto kramem. Bo nie zawsze czuję się jak pan — dodała wesoło.
— Wydaje mi się, że mimo wszystko to ty jesteś tym panem — uznał Zevran, uśmiechając się szeroko, po czym odwrócił wzrok.
Ellen przyszło do głowy frapujące pytanie, które natychmiast postanowiła zadać.
— Dlaczego właściwie chciałeś odejść od Kruków? — rzuciła, przekrzywiając głowę.
Kiedy Taika parsknęła gniewnie na Syrianę, dziewczyna poklepała klacz po szyi i odjechała kawałek dalej, żeby się wierzchowce nie pokopały.
— Cóż, to bardzo rozsądne pytanie — stwierdził Zevran i pokiwał w zamyśleniu głową. — W końcu zawód skrytobójcy przynajmniej zapewnia środki do życia. Po prostu nigdy nie miałem szansy na nic innego. —  Wzruszył ramionami. — Więc dlaczego nie miałem skorzystać z możliwości, kiedy się ona pojawiła?
— Nie wstąpiłeś do Kruków z własnej woli? — drążyła, mając wrażenie, że już kiedyś o tym wspominał, ale uciekło jej z pamięci.
— Mm? Prawdę mówiąc, gdy do nich wstępowałem, nie miałem pojęcia, że istnieją — mruknął z nutą goryczy.
Na widok zdumionych oczu Ellen zaśmiał się cicho.
— Miałem siedem lat, kiedy mnie kupiono. Podobno za trzy suwereny. To dobra cena, biorąc pod uwagę, że wyglądałem wtedy jak sama skóra i kości i nie wiedziałem, za który koniec sztyletu się łapie — wyjaśnił spokojnym tonem, zupełnie jakby opowiadał o kimś innym, nie o sobie. — Kruki w ten sposób nabywają wszystkich skrytobójców. Kupują ich młodo i wychowują tak, by potrafili tylko mordować. A jeśli nie radzisz sobie ze szkoleniem, giniesz — zakomunikował i znów wzruszył ramionami, posyłając jej uśmiech.
— To brzmi okropnie — wyszeptała zdruzgotana.
Przecież… siedmiolatek to jeszcze dziecko. Zabrać go od matki, rodziny, całego znanego świata, i rzucić w obce miejsce?
— Och, nie byłbym tego taki pewien — zbagatelizował i uśmiechnął się nonszalancko. — Kruki, którym umiejętności pozwalają przeżyć, zaznają wielu rozkoszy życia. W Antivii przynależność do Kruków oznacza szacunek. Daje bogactwo. Kobiety… i mężczyzn, czy co tylko zapragniesz — wytłumaczył. — Ale oznacza również, że zawsze robisz to, czego się od ciebie oczekuje. I że mogą cię spisać na straty. To klatka, choć pozłacana. Ale za to ciasna — podsumował i zmarszczył czoło.
Ellen jeszcze chwilę patrzyła na niego w oszołomieniu, zastanawiając się, czy potrafiłaby prowadzić takie życie nawet za cenę wszelkich wygód oraz rozkoszy. Doszła do wniosku, że wolałaby się zabić. Spuściła wzrok, starając się spojrzeć na to z perspektywy dziecka, któremu nie dano żadnego wyboru, dziecka pochodzącego z Antivii, gdzie Kruki były największą potęgą. Dla nich musiał to być prawdziwy zaszczyt.
— Chyba rozumiem — mruknęła ostrożnie.
— A co do moich planów na przyszłość… Zakładając, że będę jakąś miał — zastrzegł i zaśmiał się krótko. — To naprawdę nie wiem — przyznał i westchnął ciężko. — Ciekawie byłoby dla odmiany otworzyć własny interes. Oczywiście daleko od Antivii — mruknął.
Kiedy poczuł na sobie jej przenikliwe spojrzenie, drgnął nerwowo.
— A na razie oczywiście pójdę tam, gdzie ty — zastrzegł.
— A gdy pojawi się pierwsza możliwość zdradzenia mnie? — zapytała.
— Mam dać się zarżnąć? — parsknął rozbawiony i pokręcił z niedowierzaniem głową. — Mowy nie ma!
Potem skinął w stronę traktu.
— No, dość tych pogaduszek. Rozmawiając o Krukach, przyciągasz je, nie wiedziałaś? — dodał rozbawiony, a kiedy pokręciła głową, uśmiechnął się szeroko. — Powie ci to każda antivańska rybaczka.
— Na ich miejscu też bym o tym pamiętała — mruknęła, a potem wyprostowała się w siodle i uniosła się w strzemionach. — Ruszamy kłusem, bo nas tu noc zastanie, zanim dotrzemy na miejsce! — zawołała i machnęła ręką.
Po chwili wszyscy równym tempem wjeżdżali na wzgórze wznoszące się nad brzegiem jeziora Kalenhad, nad czubkami drzew widząc monumentalną, wielką wieżę Kręgu Maginów. Ellen zignorowała mimowolny dreszcz niepokoju, jaki nią wstrząsnął na widok znajomej budowli.

Drzwi niemal pustej karczmy zaskrzypiały cicho i stanęły otworem, do ciepłego pomieszczenia wdarł się chłód nocy. Czyszczący stoliki karczmarz obejrzał się przez ramię na wejście, zainteresowany, jaki nowy gość zawitał w jego skromne progi. Kilku ponurych klientów okupujących stare krzesła także spojrzało w tę stronę.
Ellen cicho zamknęła drzwi, odgarnęła za ucho krótkie włosy i przeniosła wzrok na niedużą, znajomą salę, uśmiechając się przyjaźnie. Kilku mężczyzn zamruczało pod nosem i powróciło do przerwanej rozmowy, podczas gdy Strażniczka wkraczała głębiej do pomieszczenia, kierując się do zaskoczonego właściciela przybytku. Wyglądało na to, że był pewien, iż już tu nigdy nie wróci.
— Witaj ponownie w „Rozpuszczonej Księżniczce” — odezwał się.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech; złożył leżącą na stoliku szmatę i wziął ją do ręki.
— Co mogę ci dziś podać? — spytał bez entuzjazmu.
— Czy jest tutaj brat Genitivus? — spytała, posyłając mu przyjazny uśmiech.
— Brat Geni… — zaczął, zaraz szeroko otwierając oczy.
Chrząknął, strzepnął z blatu kilka paprochów i znów spojrzał na Strażniczkę.
— Nie, oczywiście, że nie. Nigdy o nim nie słyszałem — odparł uprzejmie.
— Och, powiedziano mi, że się tu zatrzymał — rzuciła i oparła się na krześle.
— Ja… znam każdego, kto zatrzymuje się w mojej gospodzie, a o tej osobie nie słyszałem — zapewnił pospiesznie i pokiwał żarliwie głową.
— Wydajesz się podenerwowany — zauważyła spokojnie, uśmiechając się.
— Niby dlaczego miałbym się denerwować? — rzucił, nim przebrzmiały jej słowa.
Nagle się nad nią pochylił, przez co odruchowo cofnęła się pół kroku.
— Słuchaj, osoby, której szukasz, tutaj nie ma — szepnął, patrząc jej w oczy.
Zmarszczyła czoło.
— Powinnaś jak najszybciej wyruszać w drogę — poradził jej.
— Masz jakieś kłopoty? — spytała równie niskim głosem, przyglądając się mężczyźnie z troską. — Możesz mi zaufać — zapewniła.
Westchnął, przymknął oczy, a potem odważnie na nią spojrzał.
— O… oni mnie obserwują — wymamrotał, zająknąwszy się. — Nie mogę mówić swobodnie — dodała, na co Ellen odruchowo potoczyła po karczmie wzrokiem. — Nie! — syknął przerażony. — Nie rozglądaj się i nie podnoś głosu! — zażądał, a kiedy przytaknęła, odważył się mówić dalej: — Szukają osób, które pytają o Genitivusa. Powiedzieli mi, żebym zachowywał się, jak gdyby nigdy nic i zaprzeczał, że wiedziałem kiedykolwiek jego albo rycerzy — wytłumaczył szeptem.
— Kim się obserwujący cię ludzie? — spytała, zmrużywszy oczy.
A więc zasadzka. Czyżby Genitivus odkrył coś, co było dla kogoś niewygodne? Ale dla kogo niewygodnym mogłoby by być znalezienie zaginionej urny?
— Nie wiem. Powinnaś mieć się na baczności i szybko stąd odejść — mruknął troskliwie i westchnął ciężko. — Nie wiem, co stało się z rycerzami, ale wątpię, by spotkało ich coś dobrego.
— Dziękuję. Będę ostrożna — obiecała i ruszyła do wyjścia, chcąc jak najszybciej ostrzec czekających przed karczmą towarzyszy.
— Do widzenia i… niechaj Stwórca spojrzy na ciebie łaskawym okiem — powiedział, westchnął ciężko i powrócił do przerwanego zajęcia, już na dziewczynę nie patrząc.
Wyszła na pogrążone w ciemności nabrzeże, odetchnęła głęboko chłodnym wiatrem niosącym ze sobą słodki smak jeziornej bryzy, po czym rozejrzała się dokoła, próbując zlokalizować towarzyszy. Stali nieopodal „Rozpuszczonej Księżniczki”, rozmawiając cicho i pilnując koni. Pierwszy zauważył ją Shegar, zamerdał ogonem i podbiegł dwa kroki w przód, żeby ją powitać. Nagle stanął, stulił uszy i zjeżył sierść na grzbiecie, z jego gardła wydobył się ostrzegawczy warkot. Ellen, widząc zachowanie mabari, napięła mięśnie oraz rozejrzała się błyskawicznie dokoła.
Ujrzała stojącego w ciemności łucznika, napiętą cięciwę i strzałę o lśniącym grocie nałożoną na siodełko. Otworzyła szeroko oczy i rzuciła się w przód w tej samej chwili, w której pocisk bezgłośnie przeszył powietrze. Usłyszała własny rozpaczliwy wrzask, potem świat nagle się rozmazał. Odzyskała świadomość otoczenia w chwili, w której jej ramię przeszył ostry, piekący ból. Przypomniała się jej noc, kiedy upadło Wysokoże, przed oczami stanęli gwardziści, którzy wtargnęli do sypialni – wtedy też została postrzelona, jednak grot ledwie przeciął skórę. Tym razem rozerwał ciało głębiej, ale to nie było ważne.
Ważne, że osłoniła Lelianę.
— Co się dzieje?! — warknął Alistair, puszczając wodze Kreoisa.
Ogier odbiegł z dala od walki, podczas gdy jego jeździec dobywał miecza i parował cios nowych wrogów.
Ellen rozejrzała się zdezorientowana, starając się policzyć przeciwników. Ośmiu uzbrojonych mężczyzn ruszyło na nich z okrzykami triumfu na ustach, zaatakowali z taką pewnością, jakby ich wygrana była z góry przesądzona.
— Skupcie się, do ataku! — wrzasnęła i runęła na pierwszego z brzegu przeciwnika.
Zagłębiła sztylet w jego piersi i uśmiechnęła się dziko. Obróciła się gwałtownie, rozrywając ciało mężczyzny, i zaszarżowała na następnego wojownika. Płynnie przemknęła obok niego, ostrza gładko weszły pod płyty zbroi i zagłębiły się między żebrami. Szarpnęła się i już kopała kogoś innego w brzuch, starając się zwiększyć dystans od wrogów. Odskoczyła w tył, unikając uderzenia dwuręcznego ostrza, zawirowała i wskoczyła na plecy łucznika. Wbiła oba sztylety w jego ramiona, pchnęła do ziemi i, nim dotknęli gleby, chwyciła jego głowę i przekręciła gwałtownie, skręcając kark. Przetoczyła się po mokrej od wieczornej rosy oraz lepkiej od świeżej krwi trawie, uklękła i pchnęła sztyletem w udo stojącego najbliżej wojownika.
Usłyszała za sobą świst i spróbowała uskoczyć przed ciosem długiego miecza, ale w tej samej chwili wróg pokrył się grubą warstwą lodu, a ostrze zatrzymało się tuż nad jej głową. Rozejrzała się i na widok Alistaira odskoczyła w tył. Strażnik roztrzaskał lodową statuę. Zostali sami pod „Rozpuszczoną Księżniczką”, tylko na ziemi walały się martwe ciała.
Ellen otarła krew z ust i z cichym warknięciem ruszyła do pierwszego trupa. Niedbale go kopnęła, obracając na plecy. Spojrzała na zastygłą w grymasie bólu twarz, przebiegła wzrokiem po zbroi, ale nie dostrzegła niczego charakterystycznego.
Schowała broń i obejrzała się na towarzyszy.
— Przeszukać ciała, musimy się dowiedzieć, kim byli — poleciła, po czym sama uklękła nad oglądanym trupem i zabrała się do sprawdzania jego tożsamości.
Pozostali przystąpili do działania. Na dłuższą chwilę zapadła gęsta cisza, którą przerwał dopiero spokojny głos Zevrana:
— Ellen — rzucił, unosząc się znad jednego z ciał.
Dziewczyna spojrzała na niego nagląco i powróciła do przeglądania sakiewki kolejnego trupa.
— Widzisz ryciny na zbrojach i mieczach? — spytał, co zmusiło ją do przerwania zajęcia. — Podobnych używają najróżniejsi kultyści wyznających swoich wyimaginowanych bogów. Możliwe, że mamy do czynienia z jakimś zapomnianym przez świat kultem — stwierdził, obserwując Strażniczkę.
Ellen pokiwała głową i podniosła się z miejsca, zastanawiając się, jakie powiązania mieli kultyści z Urną Świętych Prochów. Nie chcieli, by była znaleziona, bo wtedy istota wiary zostałaby potwierdzona? Byli przeciwni Stwórcy i Andraście? A może… wręcz przeciwnie?
— Jest też wiadomość — wtrąciła Leliana, siadając na ziemi.
Shegar podbiegł do niej i zajrzał jej przez ramię, łapczywie wciągając powietrze.
— Ktoś nabazgrał tu notatkę, że należy odszukać i usunąć niegodnych. I że to rozkaz od Ojca — sparafrazowała, opuściła zwitek papieru i popatrzyła zdumionymi oczami na Ellen. — „Ojciec” napisano dużą literą. Mogłoby to oznaczać, że chodzi o osobę duchowną, ale przecież w Zakonie są tylko Wielebne Matki, żadnych Ojców — wymamrotała skonsternowana.
Ellen potarła kciukiem usta. Chwilę tak stała nieruchomo, zapatrzona w martwych wojowników, po czym ruszyła dokoła towarzyszy, coraz bardziej pochylając głowę, aż wreszcie włosy rzuciły na jej twarz cień. Pozostali tylko ją obserwowali.
— Do Denerim — rzuciła, gwałtownie się zatrzymawszy nieopodal drzwi gospody.
Spojrzała na zdezorientowanych towarzyszy i uniosła rękę, wskazując orientacyjny kierunek do stolicy.
— Natychmiast.
— Jak to: do Denerim? — spytał ostrożnie Alistair, rozłożywszy ramiona.
— Wracamy do Denerim. Musimy komuś złożyć wizytę — zakomunikowała. — Jedźcie przodem, dogonię was. Nie ma ani chwili do stracenia, żadnych zbędnych postojów, prosto do stolicy — zdecydowała i już miała się odwrócić, kiedy dostrzegła, że przyjaciele nie wyglądali na przekonanych.
Zatrzymała się wpół kroku.
— To rozkaz, nie prośba — stwierdziła z naciskiem.
Nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi karczmy i przekroczyła próg, wchodząc do głównego pomieszczenia. Jeśli piętnaście minut temu jej wizyta wzbudziła zainteresowanie, tak teraz w sali zapanowała grobowa cisza. Klienci popatrzyli na nią przerażeni, zdezorientowani krwią, która nadal pokrywała zbroję, włosy oraz skórę. Ellen bez słowa wyjaśnienia skierowała się do zdumionego karczmarza i uśmiechnęła się łagodnie.
— Ty… ty się z nimi rozprawiłaś! — zawołał, otwierając szeroko oczy. — O Stwórco, myślałem już, że ten koszmar nigdy się nie skończy! Bardzo ci dziękuję! — wyrzucił na wydechu. — Zagrozili, że jeśli komukolwiek o nich powiem, zabiją mi żonę i synka. Wiesz, kim byli? — spytał, wręcz promieniejąc ulgą.
— Nie, ale zamierzam się dowiedzieć — stwierdziła niskim głosem.
— Pewnie nie powinienem o to pytać, jestem tylko karczmarzem próbującym jakoś sobie radzić w życiu — westchnął mężczyzna i oparł się o ladę. — Są sprawy, o których nie muszę wiedzieć. Jeszcze raz ci dziękuję. Zawsze będziesz tu mile widziana — zapewnił żarliwie.
— Na mnie już czas. Uważaj na siebie — poprosiła, uśmiechnęła się, a potem zawróciła i ruszyła do wyjścia.
Wyszła na dwór, rozejrzała się dokoła czujnie, ale nie dostrzegła już żadnego zagrożenia. Ani przyjaciół. Uśmiechnęła się do siebie, odchyliła na chwilę głowę i spojrzała na srebrny księżyc zawisły na granatowym niebie. Westchnęła, po czym, kierując się dziwnym impulsem, przyłożyła palce do ust i zagwizdała.
Najpierw zdziwiła się widokiem nadbiegającej z ciemności sylwetki konia, jednak kiedy rozpoznała w kształtach swoją niesforną klacz, uśmiechnęła się szeroko. Taika jeszcze się nie zatrzymała, a Ellen już łapała czarną grzywę i wskakiwała na siodło, wcisnąwszy stopę w strzemię. Dzika sprawnie zawróciła, by zaraz ruszyć szybkim galopem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz