poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 1.58 - Próba odwagi


Dzień od samego rana był szary i pochmurny. Po niebie przetaczały się ciężkie, popielate obłoki, w powietrzu wisiała zapowiedź deszczu. Dzielnica targowa Denerim opustoszała, zupełnie jakby ludzi przepłoszyła niepogoda. Dzięki temu panował względny spokój, dało się otworzyć okno bez obawy, że się ogłuchnie. Co nie zmieniało faktu, że większość osób miała tego dnia paskudny humor. Weylon nie należał do wyjątków, a jego nastrój uległ znaczącemu pogorszeniu, kiedy drzwi mieszkania skrzypnęły cicho. Obejrzał się na wejście i przez osobę, którą ujrzał, popsuł sobie humor na najbliższe kilka dni.
Do pomieszczenia spokojnie wkroczyła ta sama dziewczyna, którą kilka dni temu odesłał stąd wraz z jej towarzyszami. Stanęła w progu z pogodnym uśmiechem, podparła się pod boki i przekrzywiła głowę, przyglądając się mu. Może i byłby skłonny uwierzyć, że przybyła z pokojowymi zamiarami, gdyby nie blask w jej oczach. Cała postać dziewczęco się do niego śmiała – oprócz oczu.
— J… jesteś z powrotem? — wydusił, siląc się na niedowierzający głos.
Drzwi raz jeszcze zaskrzypiały i tym razem na deskach rozległy się kroki kilku osób. Za plecami dziewczyny stanęli jej towarzysze i wszyscy wbili w zdumionego Weylona ponure spojrzenia. Mężczyzna przełknął ślinę.
— Zdziwiony? — odezwała się wtedy ona. — Spodziewałeś się, że zginiemy? — spytała szczerze zainteresowana.
Weylon odetchnął głęboko, starając się zebrać myśli. Jej obecność – ich obecność – oraz świadomość tego, co miało im się stać, oznaczały, że jego bracia zawiedli. Nie postanowił jeszcze, jaką taktykę obierze.
Dziewczyna chrząknęła cicho, by go pospieszyć z odpowiedzią.
— Ależ nie, cieszę się, że żyjecie! — zapewnił żarliwie.
Maska delikatności opadła, twarz dziewczyny wykrzywiła się we wściekłym grymasie, a oczy rozbłysły. Gniew, który się w nich pojawił, wcale nie ucieszył mężczyzny. Poczuł się nagle jak zapędzona w potrzask sarna.
— Zabiliśmy twoich ludzi, a ty dalej łżesz! — wycedziła niskim głosem.
Postąpiła dwa kroki w stronę Weylona i zacisnęła dłonie w pięści.
Strach mężczyzny został zastąpiony przez gniew oraz niespodziewany przypływ odwagi. W głębi serca doskonale wiedział, że nagła zmiana została wywołana desperacją, jednak miał zamiar dać się jej porwać. W końcu była to jego ostatnia szansa.
— Moi bracia zginęli w służbie Andrasty! — krzyknął, rozkładając ręce. — Oby zabrała ich dusze do siebie, a wasze strąciła w otchłań! Za Andrastę! — ryknął, unosząc ramiona nad głowę.
Półmrok ponurego dnia został rozgoniony przez krótki, mocny rozbłysk błyskawic. Wyładowanie elektryczne przeskoczyło po palcach Weylona, wystrzeliło rozradowane wprost do zdumionej dziewczyny, by otulić jej ciało śmiercionośnymi objęciami i ukołysać do ostatniego, najdłuższego snu. Jednak mężczyzna nie spodziewał się, że tuż przed jego ofiarą niespodziewanie wyrośnie błękitna, świetlista ściana, która wchłonie czar jak wyschnięta ziemia wodę. Zamrugał, patrząc na stojącego tuż obok dziewczyny młodzieńca.
— Nawet tego nie próbuj — syknął ostrzegawczo, sięgając do rękojeści miecza zawieszonego w pokrowcu na plecach.
Weylon cofnął się spłoszony, rozpaczliwie próbując wymyślić, jak wydostać się z tarapatów. Wtedy poczuł, jak coś potężnego oplata się wokół jego nóg i go unieruchamia. Szarpnął się rozpaczliwie i spojrzał na podłogę, szukając pęt. Ujrzał wyrastający prosto z desek kamień, który zamknął w silnym uścisku jego stopy, uniemożliwiając jakąkolwiek ucieczkę. Zrozpaczony przywołał magię, kiedy usłyszał szybki tupot nóg.
Uniósł głowę w ostatniej chwili, by ujrzeć przecinający powietrze sztylet. Potem ostrze zagłębiło się w jego gardle, rozerwało skórę i odebrało życie, gorąca krew trysnęła na twarz Ellen, zdobiąc ją jaskrawą mozaiką. Strażniczka cofnęła się o krok od ofiary, a Morrigan zniwelowała zaklęcie, pozwalając martwemu zwalić się na posadzkę.
— Wspaniale — parsknęła wściekła Ellen i spróbowała otrzeć twarz.
Uklękła przy nieruchomym ciele.
— W tym wypadku mogliśmy przycisnąć go od razu — zauważyła chłodnym głosem Morrigan. — Teraz, mimo że daliśmy się wrobić, nadal niczego nie mamy — dodała nadzwyczaj pocieszająco.
Dziewczyna westchnęła ciężko, od niechcenia przeszukując kieszenie w kamizelce oraz spodniach trupa, jakby nie wierzyła, że znajdzie tam cokolwiek przydatnego.
— Wiem, wiem — skwitowała zirytowana i wstała z podłogi. — Przeszukać dom. Gdzieś muszą być jakieś wskazówki — poleciła zrezygnowana.
Przyjaciele posłusznie rozeszli się po mieszkaniu, szukając jakichkolwiek poszlak. Zevran i Wynne skierowali się do pomieszczenia przypominającego kuchnio-spiżarnię, zaraz dołączył do nich Alistair. Morrigan oraz Sten skupili się na szafkach i kredensach, Lelianę zainteresowały zamknięte drzwi, a Ellen zabrała się do sprawdzania najmniej prawdopodobnych miejsc ukrycia czegokolwiek istotnego.
Po kilku minutach z drugiego pokoju wyszedł Zevran, trzymając w ręku grubą książkę.
— Łap, Strażniczko — odezwał się.
Kiedy Ellen obróciła się do niego, rzucił jej znalezisko. Chwyciła księgę i zajrzała zainteresowana do środka. Przebiegła wzrokiem treść, sprawdziła tytuł i zmarszczyła czoło.
— Zevranie, co to jest? — spytała zdezorientowana.
Książka o smoczych sektach niewiele mogła im pomóc.
— Widziałaś notatki na marginesach? — mruknął, wskazując tomisko. — Albo coś tu śmierdzi, albo ktoś prowadził podwójne życie — podsumował, podchodząc do dziewczyny, podczas gdy ona czytała dopiski. — Pamiętasz naszych kultystów znad Kalenhad? Wygląda na to, że mieli z Weylonem bardzo wiele wspólnego, choćby wiarę. — Wyszczerzył zęby w szarmanckim uśmiechu.
— To nie ma sensu. Te notatki… nic z tego nie rozumiem — przyznała szczerze, kartkując księgę. — To nie trzyma się kupy. Co mają smoki do Andrasty i Genitivusa?
— Zresztą smoki nie żyją — wtrącił Alistair, stanąwszy w progu.
Kiedy wszyscy na niego spojrzeli, skrzywił się.
— Miałem na myśli, że wyginęły — poprawił się.
— Zostały wymordowane przez nevarrańskich łowców smoków w 5:12 wieku Wyniosłego, a zielarzy i płatnerzy pozbawiono tym samym świetnego i bardzo cennego materiału rzemieślniczego — wyrecytowała Strażniczka i oddała księgę Zevranowi.
Dopiero wtedy zauważyła, że w pomieszczeniu zapanowała grobowa cisza, a oczy wszystkich zostały w nią wlepione. Uśmiechnęła się nerwowo i wzruszyła ramionami, odgarniając za ucho kosmyk włosów.
— Miałam wymagającego nauczyciela — wyjaśniła oględnie.
Wolała nie rozwodzić się nad wspomnieniem starego, dobrego Aldousa, doskonale wiedząc, że nie przyniesie to niczego dobrego. Swoją drogą zabawne, jak łatwo przypominała sobie jego lekcje, kiedy nie czuła przymusu pamiętania o wszystkim.
— Albo byłaś… bardzo pilnym uczniem — sprostował złośliwie Zevran, odkładając księgę na wielki stół ustawiony na środku pokoju.
Ellen obrzuciła go karcącym spojrzeniem.
— Nic z tych rzeczy, byłam wielkim utrapieniem. Ale to już przeszłość — mruknęła cicho, a potem potoczyła pełnym nadziei wzrokiem po pozostałych, oczekując, że ktoś jeszcze coś odkrył.
— Ellen, masz jakiś drut? — spytała nagle Leliana, szarpiąc się z klamką.
Strażniczka popatrzyła na nią zdumiona.
— Te drzwi są zamknięte na klucz, trzeba sprawdzić, co skrywają — wytłumaczyła, wskazawszy palcem deski.
— Coś powinnam mieć — stwierdziła dziewczyna i ruszyła do przyjaciółki, grzebiąc w niedużej torbie przytroczonej do pasa.
Przesunęła na bok kawałek chleba i ładny kamień, który znalazła podczas podróży, chwilę jeszcze pomacała dno bagażu, aż wreszcie wydobyła wąski kawałek druta. Podała go Lelianie z uśmiechem. Łuczniczka bez słowa wzięła go, wsunęła jeden koniec do otworu na klucz i przysunęła ucho do desek, majstrując przy zamku. W pokoju zapanowała pełna wyczekiwania cisza, wszyscy zapatrzyli się na Lelianę, zastanawiając się zapewne, czy Ellen będzie musiała… zapukać do tych biednych drzwi.
Zawsze można było poprosić Stena o ich wyważenie, ale kiedy zabierała się do tego Strażniczka, było przynajmniej wesoło.
Mechanizm kliknął, zamek odskoczył i łuczniczka nacisnęła klamkę, przekraczając próg pomieszczenia. W tej samej chwili jęknęła i machnęła ręką, żeby nie szli za nią, ale Ellen już stała obok. Dopiero wtedy zrozumiała, co tak zdruzgotało przyjaciółkę. W pokoju unosił się ciężki, duszący odór gnijącego ciała, właściwie nie dało się oddychać, tak potwornie cuchnęło. Strażniczka zasłoniła usta dłonią i z trudem powstrzymała odruch wymiotny, ledwie przełknąwszy żółć.
Rozejrzała się załzawionymi oczami i ruszyła na ugiętych kolanach w głąb sypialni brata Genitivusa, przyglądając się kufrom, półkom na książki, regałom oraz rozrzuconym dokoła notatkom. Jeśli nie tu, to już nie wiedziała, gdzie mogłaby znaleźć wskazówki.
— Na oddech Stwórcy — sapnął Alistair, stanąwszy w progu, ale z tego miejsca aż go cofnęło, tak silny był smród.
Ellen obejrzała się i potrząsnęła głową, dając znać, by nikt tu już nie wchodził, bo ona oraz Leliana to i tak za duże poświęcenie w szeregach. Potem pomyślała, że trudno mówić tu o jakimkolwiek oddechu, nawet sam Stwórca udusiłby się na miejscu.
Leliana uklękła przy zamkniętej skrzynce położonej na szafce nocnej, przymrużyła oczy i wsunęła do otworu na klucz drut, by zabrać się do otwierania zamka. Ellen zajrzała za ścienny załom, gdzie jeden regał przechodził w drugi i tworzył swojego rodzaju kwadratową wnękę w pokoju. Aż jęknęła, widząc przykryte płótnem ciało. Dłuższą chwilę wahała się z podniesieniem materiału, ale w końcu uznała, że musiała to zrobić, bo inaczej nigdy się nie dowie, czy to Genitivus.
Jej oczom ukazał się mężczyzna na oko trzydziestoletni, najpewniej z niegdyś czarnymi włosami, jednak dokładne rysy twarzy straciły wyrazistość. Skóra się rozlazła, a dziewczyna z przerażeniem dostrzegła pełznącego po policzku białego, tłustego robaka. Wytrzeszczyła oczy, zdusiła pisk w gardle i szybko zakryła ciało z powrotem, czując, że jeszcze chwila, a zwróci cztery ostatnie posiłki na podłogę sypialni Genitivusa.
Leliana postukała ją w ramię, potrząsnęła trzymanymi w garści notatkami i obie, zupełnie jak wystrzelone z procy, wypadły z pokoju do salonu. Odór jednak zdążył się już roznieść po całym mieszkaniu, więc przyjaciele, nie potrzebując niczyjej zachęty, niemal wybiegli z budynku i zatrzymali się dopiero na ulicy.
Ellen aż usiadła na drodze, odetchnęła głęboko wilgotnym powietrzem i odchyliła głowę, mając wrażenie, że jeszcze chwila w sypialni, a smród wyżarłby całe jej wnętrzności.
— Co masz? — wydyszała, przenosząc wzrok na równie ucieszoną wiatrem Lelianę.
Łuczniczka westchnęła, spojrzała na trzymane kartki i zaczęła je przeglądać, marszcząc czoło. Powoli na jej twarzy wykwitł uśmiech.
— To notatki Genitivusa, informacje o poszukiwaniach urny. Napisał, że odszukał legendarną świątynię, w której to prochy miały zostać ukryte, i udaje się właśnie tam, by zbadać budowlę. Sanktuarium leży na obrzeżach południowej części Gór Mroźnego Grzbietu, u jego podnóży powstała wioska Azyl. Tu jest mapa Fereldenu, na której zaznaczono tę miejscowość — zrelacjonowała i uśmiechnęła się szeroko, podając zdobycz Ellen.
Strażniczka raz jeszcze przejrzała papiery, pokiwała głową, a potem złożyła je w kostkę i wcisnęła do małej torby przy pasie. Spojrzała na niemal pusty plac targowy.
— W takim razie w drogę. Idźcie prosto do koni, ja podejdę jeszcze do sierżanta straży miejskiej, powinni coś zrobić z tym bałaganem w domu Genitivusa — zdecydowała i uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Idę z tobą! — zadeklarował się Zevran i zasalutował, szczerząc w uśmiechu zęby.
Ellen zaśmiała się cicho i skinęła głową.
— No to postanowione. Zaczekajcie na nas pod bramami miasta — poleciła, pomachała przyjaciołom na pożegnanie i razem z elfem skierowała się na plac targowy, by odszukać na nim ich ulubionego sierżanta.
Na szczęście żadne z nich nie usłyszało niezbyt przyjemnego, acz bardzo cichego komentarza Alistaira, który nie wydawał się zanadto uradowany towarzystwem, w jakim obracała się jego przyjaciółka. Zaraz Wynne wzięła go pod ramię i wciągnęła do bezsensownej, typowo kobiecej pogawędki, dlatego nie miał czasu dłużej się irytować.
Ellen tymczasem wraz z Zevranem uszła spory kawałek, jednak nigdzie nie widziała Kylona. Znudzona nagłą ciszą, która zapadła, i zaniepokojona wizją włóczenia się dokoła bez celu, postanowiła podjąć rozmowę.
— Podoba ci się zawód skrytobójcy? — rzuciła pierwsze pytanie, splotła ręce na plecach i pochyliła się, by z tej pozycji spojrzeć na idącego obok Zevrana.
Elf uśmiechnął się do niej.
— A czemu nie? — odparł, zaraz jednak westchnął głośno. — Życie Antivańskiego Kruka niesie ze sobą wiele korzyści. Wszyscy cię szanują. Boją się ciebie. Władze przymykają oko na twoje wykroczenia. Inne zyski też są warte uwagi. A co do zabijania, cóż… — urwał i przeczesał palcami jasne blond włosy. — Niektórych po prostu trzeba uśmiercać. Czy może jesteś innego zdania? — spytał, przenosząc na nią czujne spojrzenie.
Ellen poczuła się nieswojo. Kiedyś, nim Plaga się rozpoczęła, bez wahania by powiedziała, że nie, że mordowanie nie było wyjściem z żadnej sytuacji. Ale teraz, przemierzywszy tyle mil szlakiem krwi oraz martwych ciał, tyle razy starłszy się z najróżniejszymi wrogami, poznawszy najpodlejszych ludzi kroczących po ziemi… teraz wiedziała, że czasami zabójstwo to jedyne rozwiązanie.
Jednym z jej pragnień było zamordowanie osoby, która zniszczyła cały jej świat na własny kaprys. Wiedziała, że jeśli dożyje dnia, kiedy będzie mogła to zrobić, zatopi ostrze w jego ciele. Wtedy już nic jej nie powstrzyma.
— Nigdy nie zabiłeś nikogo niewinnego? — zmieniła nieco temat, nie chcą dzielić się tak osobistymi przemyśleniami z elfem.
— To dopiero ciekawe słowo: niewinny — rzucił i prychnął.
Uniosła zdumiona brwi.
— Ile znasz osób, które mogą przyznać, że są naprawdę niewinne? Lecz jeśli mówisz ogólnie, na przykład o dzieciach, krewnych, przypadkowych przechodniach i temu podobnych… nigdy celowo, ale wypadki się zdarzają — odparł i uśmiechnął się do niej.
Prawdę mówiąc, nieco ją zdziwiły jego słowa. Podświadomie była przekonana, że usłyszy, iż zabijał jak leciało, byle uzyskać zamierzony efekt.
— To niefortunne, lecz śmierć przychodzi po nas wszystkich. Jeśli nie z moich rąk, to od ciężkiej choroby. Albo upadku ze schodów. Lub z łap łotra — wyliczył.
Ellen niemal bezwiednie dodała w myślach „lub od zdrady”.
— W końcu to i tak względne — podsumowywał w międzyczasie elf.
— Bardzo praktyczne podejście — stwierdziła rozbawiona i uśmiechnęła się do niego.
— „Wypadki się zdarzają”, mawiamy. A kiedy mi za to płacą, wypadki zdarzają się o wiele częściej — skwitował żartobliwie, patrząc na nią roześmianymi oczami. — A co się tyczy czerpania przyjemności z zabójstwa, to czemu nie? W tym akcie jest coś z artyzmu, satysfakcji zatopienia swego ostrza w ciele celu i wiedzy, że jego życie jest w moich rękach — zamruczał.
Ellen uśmiechnęła się ponuro pod nosem i pokiwała głową, zapatrzywszy się w ziemię pod stopami. Przypomniała sobie te nagłe zrywy drugiej osobowości, tej, którą dostrzegł w niej Duncan, gdy przybył do Wysokoża, tej, która była prawdziwą Szarą Strażniczką. Nagłe napady furii, kiedy odnosiła wrażenie, że ostrze sztyletu było przedłużeniem jej ręki.
— Wiem, co masz na myśli — odparła krótko, te przemyślenia też postanowiwszy zachować dla siebie.
Nie była pewna, czy wstydziła się bezwzględnej Ellen, czy jej się bała, czy odczuwała dumę z jej istnienia.
— Oczywiście życie Kruka ma też wiele wad — zastrzegł po chwili milczenia Zevran. — Brak możliwości wyboru, bycie traktowanym jak towar, zasady… ileż tam było zasad — westchnął ciężko i pokręcił głową nad swoim nieszczęsnym losem. — Ale sam zawód skrytobójcy? Podoba mi się. W miarę możliwości będę wykonywał go dalej, nawet jeśli nie pozostanę Krukiem. Powiedz szczerze, widzisz mnie w innym fachu? — zagadnął i uśmiechnął się szarmancko.
Ellen spojrzała na niego zdezorientowana.
— Czemu nie? — odparła, wzruszając ramionami.
Rozejrzała się po placu, szukając wzrokiem Kylona, jednak sierżant gdzieś zniknął, nawet straż miejska nie kręciła się dokoła tak jak zawsze.
— Możesz robić, co chcesz — dodała i spojrzała na niego pogodnie.
— Tyle że zadowala mnie jedynie robienie tego, w czym jestem dobry — mruknął, splótł ręce za głową i odchylił się, by spojrzeć w zasnute chmurami niebo. — To talent, który niewielu posiada, więc nie wiem, dlaczego nie miałbym go wykorzystać — stwierdził w zamyśleniu. — Oczywiście to tylko czcze rozważania. Mamy spore szanse na to, że wcześniej zginiemy, pożarci przez pomioty bądź wytropieni przez Kruki. A wyobrażam sobie, że zginęlibyśmy bardzo makabryczną śmiercią — podsumował i uśmiechnął się wesoło. — Miło jednak sobie o tym pogawędzić.
— Na twoim miejscu powstrzymałabym się od podobnych komentarzy przy reszcie z drużyny — skwitowała Ellen, skręcając w jedną z uliczek, kiedy dostrzegła znajomego gwardzistę.
Zevran dogonił ją kilkoma szybszymi krokami.
— Podejrzewam, że morale tym nie podniesiesz, a możesz dostać ode mnie w zęby za zniechęcanie towarzyszy do walki — wyjaśniła i uśmiechnęła się z przekąsem.
Zevran jeszcze chwilę wpatrywał się w nią zdumiony, by nagle parsknąć głośnym śmiechem, który zwrócił na nich uwagę straży. Zanadto się tym nie przejął i zaśmiewał się do rozpuku jeszcze wtedy, kiedy zbliżali się do czekającego na nich z uśmiechem Kylona.
— Chciałbym to kiedyś zobaczyć — westchnął wreszcie elf i otarł łzy rozbawienia z oczu, zatrzymując się kawałek za Ellen.
— Witam, Kylonie — odezwała się, słowa Zevrana puściwszy w niepamięć. — Wybacz, że zawracam ci głowę, ale jest pewna sprawa. Problem, tak właściwie — przyznała.
— Co się znowu stało? — spytał zaniepokojony sierżant.
Ellen westchnęła, niezadowolona, że musiała przysparzać mu więcej zmartwień, podczas gdy i tak nie radził sobie ze swoimi niekompetentnymi ludźmi.
— Chodzi o dom brata Genitivusa. Pod asystenta uczonego podszył się oszust, zabiwszy prawdziwego Weylona. Znaleźliśmy dziś zwłoki w sypialni, już w trakcie rozkładu, i, niestety, zostaliśmy zmuszeni zabić tego, który podawał się za pomocnika — wytłumaczyła, patrząc na sierżanta spokojnie. — Nie wiemy jeszcze, kto za tym wszystkim stoi, ale obiecuję, że odszukamy Genitivusa. Ciebie prosiłabym tylko o posprzątanie w mieszkaniu, my musimy wyruszać.
— Och… tak, oczywiście, niezwłocznie wyślę tam kilku ludzi — mruknął zafrapowany i potarł palcami pokrytą kilkudniowym zarostem brodę. — Co też się dzieje z tym światem? — dodał. — Dziękuję, Strażniczko, że się tym zajęliście. Posprzątamy po was.
— Dziękuję. Zevran, idziemy — rzuciła do elfa, skłoniła sierżantowi głowę, a potem skierowała się do wyjścia z Denerim.
Skrytobójca ruszył za nią, trochę zdezorientowany milczeniem Ellen. Zwykle buzia się jej nie zamykała, a teraz zapatrzyła się w ziemię i sposępniała. Postanowił jednak nie pytać, bo nauczył się już, że czasami lepiej jej nie zaczepiać.
Zwłaszcza w takich sytuacjach.

W podróż wyruszyli od razu, kiedy Ellen z Zevranem wrócili z Denerim. Strażniczka nie narzuciła morderczej szybkości, uznawszy, że byłoby to całkowicie bezsensowne – Góry Mroźnego Grzbietu znajdowały się przy zachodniej granicy Fereldenu, podczas gdy Denerim leżało na północnym wschodzie. Forsowanie koni na samym początku mijałoby się z celem, powinni utrzymać równe, spokojne tempo, wtedy z pewnością szybciej dotrą na miejsce, niż zajeżdżając wierzchowce niemal na śmierć.
W ten sposób podróżowali cały dzień od opuszczenia Denerim, dlatego wieczorem nie znaleźli się na skraju lasu Brecilian, jak poprzednim razem po wyjechaniu ze stolicy, a kawałek za Smoczym Szczytem. Spotkali również nieszczęsnego Bodahna, który najzwyczajniej w świecie nie dał rady za nimi nadążać, i Ellen naniosła na jego mapę wioskę Azyl. Umówiła się z kupcem, żeby poczekał na nich w osłoniętym miejscu nieopodal miejscowości, po czym wyruszyli dalej.
Dwie godziny później, gdy niebo pociemniało jeszcze bardziej, a dokoła zaległ mrok nocy, Strażniczka zarządziła rozbicie obozu. Przyjaciele zabrali się do dzieła nadzwyczaj ochoczo, wyczerpani długim dniem oraz podróżami z jednego końca Fereldenu na drugi.
Niedługo potem kończyli kolację i część z nich kładła się spać – jak Leliana czy Zevran – a część rozsiadała się przy ognisku z wyraźną ulgą – jak Ellen czy Wynne.
Dziewczyna zaczęła już przysypiać, wsłuchując się w miarowe trzaskanie płomieni oraz szorowanie piachu o ścianki misek, które mył Alistair, kiedy nagle ktoś dotknął jej ramienia. Podskoczyła jak oparzona, otworzyła szeroko oczy i spojrzała na stojącą za jej plecami Morrigan. Czarownica uśmiechnęła się krzywo, łypiąc na pozostałych towarzyszy siedzących przy ognisku.
Ellen nie trzeba było tłumaczyć, że kobieta wolałaby pomówić na osobności. Pospiesznie wstała, posłała zebranym uśmiech i odeszła wraz z Morrigan w mrok nocy,. Alistair odprowadził obie panie uważnym spojrzeniem, nie do końca zadowolony z tego, że Strażniczka szła na osobności z wiedźmą, po czym spojrzał na siedzącą z nim jeszcze Wynne.
Westchnął i powrócił do szorowania misek.
— Co byś zrobiła, gdyby ktoś ci powiedział, że cię kocha? — spytał powoli, bardzo uważnie dobierając słowa, jakby się bał, że palnie coś głupiego.
Kiedy tylko skończył zdanie, uznał, że mimo swych starań właśnie chlapnął tę cholerną głupotę. Nie mógł się już wycofać, więc dzielnie zapatrzył się na miskę w ręku.
— Pewnie w pierwszej kolejności sprawdziłabym, czy nie ma problemów ze wzrokiem — stwierdziła rozbawiona Wynne.
Alistair zmarszczył niezadowolony czoło.
— Czy to ktoś, o kim powinnam wiedzieć? — zagadnęła czarodziejka, dostrzegłszy zachowanie Strażnika.
— Nie — odparł szybko, poderwawszy głowę, jednak skarcił się w myślach za zbyt ekspresyjną reakcję.
Obrócił miskę w dłoni.
— To znaczy udawaj, że jesteś kobietą… — zaczął niezgrabnie, starając się wszystko ubrać w słowa tak, by rozmowa zachowała pozory zwykłego „co by było, gdyby…”.
— Ja jestem kobietą, Alistairze, więc to nie powinno być zbyt trudne — przypomniała coraz bardziej rozbawiona Wynne, przyglądając się zakłopotanemu Strażnikowi.
Był uroczy, kiedy się wstydził, a teraz, nawet mimo panujących ciemności, na jego policzkach wyraźnie rysowały się coraz głębsze rumieńce.
— Ach, to… nie o to mi chodziło — westchnął.
Zdusiła chichot, przyglądając się mu z żywym zainteresowaniem. Alistair popatrzył na nią wzrokiem zbitego psa, a potem przeciągnął dłonią po twarzy.
— Po prostu… udawaj, że jesteś inną kobietą — poprosił zrezygnowany, nie wierząc, że się wpakował w tę pogawędkę. — I że ktoś ci powiedział, że cię kocha. Jak byś zareagowała? — zadał kluczowe pytanie i odetchnął głęboko.
Gorzej już być nie mogło, taka prawda.
— Cóż, to zależy — odparła, starając się przestać śmiać w duchu i wziąć całą sprawę na poważnie, chłopak wyraźnie potrzebował pomocy. — Czy ten ktoś ot tak to z siebie wyrzuca? Czy ja też go kocham? — wyliczyła naprędce wszystkie niezbędne okoliczności, spojrzawszy na chwilę w niebo. — Muszę znać kontekst.
— Ja… — zaczął, po czym westchnął i wyraźnie zmarkotniał.
Gdyby sam znał cały ten kontekst, nie pytałby o to Wynne.
— Nie wiem, czy też go kochasz — mruknął z nutą goryczy w głosie.
Nagle, jakby sobie coś przypomniał, uśmiechnął się delikatnie.
— Może i tak — powiedział cicho, po czym znów spojrzał na Wynne. — Ty… spędziłaś z tą osobą dużo czasu — wyjaśnił powoli.
Czarodziejka westchnęła i pokręciła głową. Te podchody przestawały mieć jakikolwiek sens, młodzieniec zachowywał się jak niedojrzały dzieciak. Właściwie pod tym względem był takim dzieciakiem – wychowywał się w Zakonie, gdzie nie było mowy o pierwszych miłościach, podrywaniu, zawodach sercowych. Tak łatwo mógł się sparzyć i zostać zranionym…
— Może powinieneś zaczekać na właściwy moment? — podsunęła, brutalnie przerwawszy grę w gdybanie. — Mógłbyś zostać z nią sam na sam w obozie, dać jej jakiś prezent — wyliczyła na poczekaniu, uśmiechając się.
— Och, nie chodziło mi o mnie — zapewnił pospiesznie.
Zdecydowanie zbyt pospiesznie, i doskonale o tym wiedział, ale wolał już nie brnąć w te nieporozumienia.
— Tylko… zapomnij, że cokolwiek mówiłem — poddał się i poskładał umyte miski.
— Jak sobie życzysz — mruknęła rozbawiona, chwilę jeszcze młodzieńca obserwując.
Potem, ponieważ nieobecność Ellen się przedłużała, oboje udali się na spoczynek, by odpocząć przed kolejnym dniem ciężkiej podróży. Nie było wątpliwości, że Strażniczka zerwie ich wszystkich skoro świt i siłą wsadzi na wierzchowce, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Dziewczyna, kiedy tylko wraz z Morrigan odnalazła dostatecznie odosobnione miejsce, spojrzała wyczekująco na czarownicę, zastanawiając się, o co mogło jej chodzić. Rzadko sama inicjowała rozmowę.
— Studiowałam należący do matki grimuar — stwierdziła kobieta.
Strażniczka uniosła zdumiona brwi i dopiero po chwili przypomniała sobie, że sama jej przyniosła księgę.
— Chcesz usłyszeć, co w nim znalazłam? — spytała.
Skinęła krótko głową, jednocześnie mówiąc:
— Czego się dowiedziałaś?
— Nie tego się spodziewałam — mruknęła Morrigan i skrzyżowała ręce na wysokości piersi. — Miałam nadzieję, że znajdę w nim zaklęcia i informacje na temat mocy, którą posługuje się matka. Tymczasem nic z tego — parsknęła, przymrużając oczy, kiedy wpatrywała się z uporem w ziemię.
Ellen dostrzegła, że jej mięśnie delikatnie drżą od napięcia, zupełnie jakby, mimo zawodu, znalazła w grimuarze coś, co nią wstrząsnęło. Przekrzywiła głowę, przyglądając się czarownicy uważnie.
— Mimo to wydajesz się poruszona — zaczęła ostrożnie.
— Poruszona? — powtórzyła zaskoczona i spojrzała na Strażniczkę z rozbawieniem.
Westchnęła i pokręciła głową.
— Tak, może to właściwie słowo — zgodziła się, po czym przeczesała upięte z tyłu głowy włosy palcami, uwalniając kilka ciemnych kosmyków. — W jej zapiskach porusza mnie szczególnie jedna rzecz. Tutaj Flemeth bardzo dokładnie opisuje, jak udało się jej przeżyć całe stulecia — mruknęła z wyczuwalną w głosie goryczą.
— Niech zgadnę — zaproponowała Ellen, uśmiechnąwszy się wesoło. — Pije krew? Pożera dzieci? — wyliczyła.
— Jesteś bliższa prawdy, niż mogłoby ci się wydawać — stwierdziła Morrigan. — Flemeth w ciągu swego długiego życia wychowała wiele córek. W legendach Chasyndów roi się od opowieści o Wiedźmach z Głuszy, ale ja nigdy żadnej nie widziałam. I zawsze zastanawiałam się, dlaczego — opowiedziała pokrótce.
Ellen skinęła głową, pamiętając rozmowę, którą kiedyś odbyły.
— Teraz już wiem — syknęła zdenerwowana wiedźma i zacisnęła dłonie w pięści. — Wszystkie te wiedźmy to Flemeth. Kiedy jej ciało zaczyna się starzeć i usychać, Flemeth wychowuje sobie córkę. A gdy nadejdzie właściwa chwila, przywłaszcza sobie jej ciało — wyrzuciła gniewnie na wydechu.
Ellen mrugnęła, wpatrując się w Morrigan jeszcze dłuższą chwilę, nim wreszcie dotarł do niej sens jej słów. Potrząsnęła głową, odkaszlnęła, starając się odzyskać głos, po czym spojrzała na czarownicę z niedowierzaniem.
— Jesteś pewna? — spytała ostrożnie, nie wierząc własnym uszom.
— Całkowicie — odparła.
Spojrzała ponuro na Ellen i Strażniczka w jednej chwili uwierzyła.
— Głównie o tym traktuje ta księga. O córkach, które Flemeth sobie… wychowała. O ich przysposobieniu i szkoleniu. Poznaję je wszystkie. Ja… — zaczęła, ale urwała.
Dziewczyna nie oderwała od niej wzroku.
— Mam być następna. Po to żyję — przyznała Morrigan.
— Dlaczego więc Flemeth ryzykowała, posyłając cię z nami? — spytała.
Przecież to zupełnie bez sensu, pomijając okrucieństwo całego tego układu, jaki sobie Wiedźma z Głuszy wymyśliła.
— Nie wiem — odparła i wzruszyła ramionami. — Może jest tak, jak mówiła: może mroczne pomioty zagrażają jej w równym stopniu, co wszystkim innym. A może wierzy, że dzięki tej podróży stanę się silniejsza — wyliczyła, wzniósłszy na chwilę wzrok do nieba.
Potem westchnęła.
— Z tej księgi wynika, że jeśli… żywicielka… jest potężna i wyszkolona w zakresie sztuk magicznych, Flemeth może dużo szybciej się w niej ulokować — wytłumaczyła ciszej, jakby z trudem przechodziło jej to przez gardło.
Ellen poczuła przemożną ochotę, by kobietę pocieszyć, ale nie do końca wiedziała, jak to zrobić, żeby Morrigan nie uznała tego za obrazę.
— I nie miałaś o tym zielonego pojęcia? — mruknęła z troską. — Tak mi przykro — stwierdziła szczerze.
— Niech ci nie będzie przykro — warknęła Morrigan i spojrzała na Ellen z ogniem w oczach. — Mnie nie jest. Jestem za to wściekła! — krzyknęła i ruszyła nerwowym krokiem dokoła oszołomionej dziewczyny. — Jest tylko jedno wyjście: Flemeth musi umrzeć. Nie będę siedzieć bezczynnie jak pusty worek, czekać, aż go napełnią — wyrzucała z siebie, coraz szybciej krążąc wokół Ellen. — Flemeth musi zginąć i potrzebuję w tym twojej pomocy — zawyrokowała, zatrzymując się i przenosząc na dziewczynę poważne spojrzenie.
Ellen z trudem przełknęła ślinę, otrząsnąwszy się z szoku.
— Zabić Flemeth? — powtórzyła powoli, przypomniawszy sobie chwile w Głuszy Korcari, kiedy obecność staruszki przyprawiała ją o dreszcze przerażenia. — Czy nie jest to dość ekstremalne rozwiązanie?
— Może się takim wydawać, jeśli myśleć o Flemeth jako matce — przyznała. — Zamiast tego pomyśl o niej jak o starożytnym plugawcu, który zamierza wykorzystać własne dziecko, by wydłużyć swe życie. Nie chciała, żeby te informacje dostały się w obce ręce, szczególnie moje. Ale wiem już wszystko. Jeśli nie zacznę działać, padnę ofiarą własnej głupoty — stwierdziła i spojrzała twardo w oczy Strażniczki, oczekując decyzji.
Jakkolwiek głośno rozsądek by nie wrzeszczał, że to szaleństwo, dziewczyna wiedziała, że nie zostawi tak Morrigan. Polubiła czarownicę, kobieta wielokrotnie ocaliła jej życie, wiedziały o sobie nawzajem więcej, niż mogłyby chcieć. I razem dzieliły wiele tajemnic oraz obowiązków. Choć Ellen jeszcze nie nazwałaby jej przyjaciółką, z pewnością nie potrafiłaby przejść obok jej problemów obojętnie.
— Dobrze. Pomogę ci, jeśli zdołam — obiecała.
— W takim razie musisz wrócić do chaty Flemeth w Głuszy Korcari… beze mnie — poleciła, uśmiechnąwszy się z wdzięcznością. — Jeśli będę w pobliżu, gdy zostanie zabita, nie mogę mieć pewności, czy natychmiast nie przejmie nade mną kontroli. Dlatego muszę zostać w obozie — wytłumaczyła rzeczowym głosem. — Stań z nią twarzą w twarz i zabij szybko. Wątpię, czy nawet wtedy będzie naprawdę martwa, ale całe lata zajmie jej poszukiwanie nowej żywicielki i odzyskanie mocy, o ile w ogóle będzie to możliwe — mruknęła, kręcąc powoli głową. — Muszę dostać w swe ręce jej prawdziwy grimuar. Z jego pomocą będę mogła bronić się przed nią w przyszłości. Reszta rzeczy z chaty należeć będzie do ciebie — zapewniła, unosząc spokojny wzrok na oszołomioną Ellen.
— Mówisz poważnie? — wydusiła, nie wierząc w to, co usłyszała. — Mam zabić Flemeth? Wiedźmę z Głuszy?
Plaga, Urna Świętych Prochów, a teraz Wiedźma z Głuszy. Cudownie, ciekawe czy ktokolwiek potem uwierzy w te opowieści, czy może uznają, że Strażniczka oszalała. O ile będzie komu i kiedy to opowiadać.
— Ona chce, żeby wszyscy myśleli, że jest niepokonana, ale wątpię, by tak było — stwierdziła Morrigan, niespecjalnie pocieszając tym Ellen. — Poza tym przecież jej nie zabijesz.
To już zupełnie dziewczynę załamało. Pójdzie ryzykować życiem, stoczy walkę, a wróg i tak nie umrze. Cudownie.
— Zobaczę, co da się zrobić — mruknęła niechętnie, marząc już tylko o posłaniu w namiocie.
Położyć się i odkryć, że to zły sen. Ona! Wiedźmę z Głuszy! Zabić Flemeth! Wolne żarty, prędzej sama zginie, wpadłszy do bagna.
— Jestem ci wdzięczna — odparła Morrigan z rzadkim, bo szczerym, uśmiechem. — Im szybciej rozwiążesz ten problem, tym szybciej odzyskam spokój umysłu.
Kilka minut później Ellen zagrzebywała się głęboko pod kocem, mrucząc pod nosem, że cały świat stanął na głowie. Naciągnęła przykrycie aż po czubek nosa i prychnęła zdenerwowana, starając się usnąć.
Istne szaleństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz