poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 1.59 - Błędne hasło


Dotarcie do podnóża Gór Mroźnego Grzbietu zajęło im cztery dni. Cztery bardzo męczące dni, na które składała się monotonna podróż, przejadły się już wszystkim gulasz na każdą kolację, rozstawianie wieczorem namiotów oraz zbieranie ich z samego rana. Po drugim dniu wszyscy, łącznie z końmi, mieli serdecznie dość tej wycieczki, Ellen jednak wytrwale udawała, że była głucha i ślepa na nieśmiałe pomruki buntu. Doskonale wiedziała, że nie chodziło tylko o sam fakt podróży – kilkakrotnie źle skręcili, bo niepoprawnie odczytała drogę na mapie, skutkiem czego już pięciokrotnie zdążyli się zgubić, co znacznie opóźniało tempo jazdy.
Czwartego dnia jednak ujrzeli zamglone, ośnieżone szczyty poszukiwanych gór i wszystkim, bez wyjątku, poprawił się humor. Strażniczka odniosła wrażenie, że nawet Sten był bardziej zadowolony, ale nie mogła mieć stuprocentowej pewności. Atmosfera trochę się popsuła, kiedy wyjechali zza zakrętu i odkryli, że trafili w ślepy zaułek zamknięty z przodu wielkimi głazami. Najpewniej spadły wraz z ostatnią lawiną, blokując trakt.
Ellen bardziej zaskoczył widok chudego, niedużego mężczyzny kręcącego się obok wyładowanego po brzegi wozu. Nie spodziewała się spotkać tu kogokolwiek, a już na pewno nie kupca, kim najpewniej był ich nowy towarzysz. Uniosła rękę, nakazując pozostałym trzymanie się bardziej z tyłu, i podjechała na Taice do mężczyzny, przywołując na usta pogodny uśmiech. Istniała pewna nikła szansa, że będzie znał te okolice i wskaże im odpowiednią drogę.
— Przepraszam — zaczęła ostrożnie, przekrzywiając głowę, żeby spojrzeć mężczyźnie w twarz, bo właśnie obrócił się tak, że przestała ją widzieć.
Podskoczył, jakby dźgnęła go sztyletem, i spojrzał przerażonymi oczami na wojowników.
— Będziecie mi musieli wybaczyć, jeśli zachowuję się trochę nerwowo — stwierdził, uśmiechnąwszy się z ulgą, po czym podszedł kawałek do Ellen.
Taika stuliła groźnie uszy, więc stanął, patrząc na klacz niepewnie.
— Niewielu zapuszcza się w te strony. To oczywiście część mojego problemu, nieprawdaż? — dodał marudnie i zerknął niezadowolony na wóz. — Muł przestraszył się bata i uciekł w leśną gęstwinę. Co mam zrobić w takiej sytuacji? — Pokręcił zrezygnowany głową.
Ellen uniosła brew, patrząc na mężczyznę z podejrzliwością. Czy on właśnie sugerował to, co myślała, że sugerował? Czy oni wyglądają jak stowarzyszenie miłosierdzia niosące pomoc każdemu potrzebującemu?
— Prosisz nas, żebyśmy odnaleźli twego muła? — spytała takim tonem, że nawet jeśli prosił, to powinien szybko zaprzeczyć.
— Och! Nie, nie, posłałem elfa, żeby się tym zajął — zapewnił pospiesznie, potrząsając energicznie rękoma.
Tym samym na twarzy Ellen znów wymalował się przyjazny uśmiech.
— Nie śmiałbym prosić o coś takiego nieznajomych… Pozwolisz, że się przedstawię — zmienił temat i również się uśmiechnął. — Felix de Grosbois, kupiec i przedsiębiorca, do usług — oznajmił i ukłonił się dwornie przed wojownikami.
Strażniczka pomyślała, że mężczyzna musiał pochodzić z Orlais lub też jego rodzina miała tam korzenie, ponieważ to nazwisko zdecydowanie nie brzmiało fereldeńsko. Jednak Felix nie mówił z tym charakterystycznym akcentem, więc całkiem możliwe, że urodził się w jej ojczyźnie, teraz wielu Orlesian przeprowadzało się do Fereldenu.
— Jestem Ellen — odparła grzecznie, dotykając szyi Taiki, żeby klacz przestała grzebać kopytem w ziemi.
Po chwili wierzchowiec posłuchał i stanął ze zwieszonym potulnie łbem.
— Miło mi cię poznać — dodawała w międzyczasie Ellen, nadal się uśmiechając.
— Zwykle nie podróżuję tą drogą, ale ponieważ toczy się wojna, miałem nadzieję, że uśmiechnie się do mnie szczęście i zastanę w górach dobrą pogodę — zaczął.
Ellen ze smutkiem wywnioskowała, że mężczyzna wcale nie był z tych rejonów.
— Niestety nie sprawdziło się ani jedno, ani drugie. Ta podróż była jak dotąd serią katastrof — poskarżył się żałosnym głosem.
Strażniczka pomyślała, że to zupełnie tak, jakby opisywał ich karkołomną wyprawę.
— Nie śmiem sugerować, ale może… zechcielibyście pomóc koledze podróżnikowi? — spytał ostrożnie, uśmiechając się.
Ellen spojrzała na niego podejrzliwie, po czym zastanowiła się, jakiej odpowiedzi powinna udzielić, żeby nie wpakować się w jeszcze większe tarapaty. Obejrzała się na przyjaciół, ale nie zauważyła żadnych jawnych protestów. Pomijając grymas irytacji na twarzy Morrigan.
— Pomóc koledze… — powtórzyła w zamyśleniu i przekrzywiła głowę. — Niby jak?
— Ze wszystkich rzeczy, które poszły źle, najgorsza jest sprawa artefaktu zakupionego przeze mnie w Jader — opowiedział Felix. — Ma to być rzekomo różdżka kontrolna. Do golema. Nic mi po niej, bo nie będę miał okazji do jej użycia… ale może tobie się przyda? — Uniósł zachęcająco brwi.
Ellen westchnęła ciężko. Na jaką cholerę jej patyk do golema? Nawet golema nie miała! Ale z drugiej strony mogłaby to potem oddać Bodahnowi, może on by na tym zarobił? Wyświadczyłaby przysługę dwóm osobom, a sama na tym nie ucierpi.
— Ile za nią chcesz? — spytała niechętnie.
— Nic — odparł, co sprawiło, że Ellen otworzyła bardzo szeroko oczy. — Nie chcę po prostu targać ze sobą czegoś, co jakiś bandyta uznać może za drogocenny kamień. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy ci się przyda — mruknął uczciwie, co jeszcze bardziej zbiło Strażniczkę z tropu. — Za dużo za nią zapłaciłem, żeby teraz, ot tak, po prostu wyrzucić — przyznał i uśmiechnął się z zakłopotaniem.
Ellen zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Na czym polega kruczek? — spytała.
Nie chciał pieniędzy, nie chciał żadnej przysługi?
— Kruczek? — powtórzył zaskoczony. — Tak… chyba jest tu jakiś kruczek, co? — dodał rozbawiony.
Ellen odetchnęła z ulgą. Wracamy do normalności!
— Polega na tym, że golema nie ma w komplecie z różdżką — wyjaśnił kupiec, rozkładając ręce.
Strażniczka znów spojrzała na niego z niedowierzaniem. Tylko tyle?
— Stoi podobno w wiosce na południe stąd. Czeka, by ktoś go uruchomił. Nawet gdybym mógł się tam udać, a uczynić tego nie mogę, to wioska została opanowana przez mroczne pomioty — stwierdził, kręcąc ze smutkiem głową.
Ellen otworzyła szerzej oczy i zapatrzyła się w kłąb Taiki. Mroczne pomioty?
— To z pewnością żaden problem dla takich śmiałków jak wy. A przynajmniej taką mam nadzieję — kończył tymczasem Felix.
— Myślę, że mogłaby mi się przydać ta różdżka — odparła powoli Ellen i przeniosła na mężczyznę spokojne spojrzenie.
Koniecznie musieli się udać do tej wioski, żeby sprawdzić, czy nie było ocalałych, i pozbyć się pomiotów, a przy okazji mogła poszukać tego golema, nic jej nie szkodziło.
— No i dobrze. Jak już wcześniej wspomniałem, golema znajdziesz na południe stąd, w miasteczku zwanym Honnleath — przypomniał usłużnie i uśmiechnął się z wdzięcznością. — Zaznaczę to miejsce na waszej mapie — zaofiarował się, a kiedy Ellen mu ją podała, zabrał się sprawnie do dzieła. — Po prostu unieś różdżkę i powiedz „dulef gar”. Wtedy golem się przebudzi, a przynajmniej tak mi mówiono — udzielał ostatnich instrukcji, zwracając Strażniczkę mapę. — Mam nadzieję, że ci się uda.
— A jeśli nie? — zagadnęła od niechcenia, chowając pergamin do torby.
Znając jej szczęście, nawet z tym miasteczkiem zaznaczonym na mapie z pewnością się jeszcze kilkakrotnie zgubią.
— Może moglibyście poszukać człowieka, który był właścicielem golema? — zaproponował Felix i podrapał się w łysinę. — O ile jeszcze żyje, oczywiście.
Wyciągnął z leżącego na ziemi worka patyk z białego kamienia długości przedramienia Ellen i podał go jej.
— W takim razie życzę szczęścia! A ja będę chyba musiał sam poszukać tego muła — burknął niezadowolony i zawrócił do porzuconego na trakcie wozu.
Ellen uniosła rękę na pożegnanie, zawróciła Taikę i podjechała do przyjaciół, chowając różdżkę kontrolną do torby. Kiedy wreszcie spojrzała na towarzyszy, posłała im uśmiech, nie do końca wiedząc, dlaczego panowała taka grobowa cisza.
— Jesteś pewna, że możemy nakładać drogi? — spytał Alistair, zmarszczywszy czoło.
Wyglądał na nie do końca ucieszonego pomysłem Strażniczki. Kiedy pozostali zawtórowali mu cichym pomrukiem, Ellen westchnęła ciężko.
— Honnleath leży niedaleko Azylu — zaczęła, odtworzywszy w pamięci lokalizację wsi na mapie. — Poza tym nie jadę tam dla golema, nie jestem taka głupia — parsknęła i spojrzała na nich karcąco.
Taika, jakby przeczytawszy to w jej myślach, ruszyła stępem i przejechała między końmi pozostałych, ruszając w drogę.
— Bardziej zależy mi na pomiotach, które się tam zalęgły — wytłumaczyła Ellen.
Leliana wymieniła spojrzenie z Alistairem i uśmiechnęła się szeroko, rozkładając ręce. Z miny Strażnika wyczytała, że takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
— Ma to jakieś podstawy logiczne — podsumowała i dogoniła kłusem Ellen, posyłając jej wesoły uśmiech.
W ten sposób ruszyli z powrotem na trakt, z którego zjechali, by znaleźć odpowiednie rozwidlenie i udać się do niedużego, najpewniej prawie zrównanego z ziemią Honnleath.

Podróż zajęła im trzy godziny. Miejscowość nie znajdowała się tak daleko od miejsca, w którym zostawili Felixa, jednak zawiłość górskich szlaków opóźniła tempo. Kiedy wreszcie wjechali na dróżkę prowadzącą między budynki, Ellen już krzywiła się brzydko, czując w nozdrzach paskudny odór towarzyszący obecności mrocznych pomiotów.
Spojrzała ponuro na wiszące na łuku bramnym trupy – zmasakrowane ciała, kołyszące się na wietrze tłustym od swądu palonego mięsa, po czym przeniosła wzrok na pierwsze domki. Towarzysze za jej plecami nie powiedzieli nic, jechali w milczeniu, zupełnie jakby plamy krwi, rozrzucone na ziemi kończyny oraz porzucone ciała nimi wstrząsnęły. W Ellen każdy przebyty metr i każda nowa ofiara pomiotów wzbudzała tylko nieokiełznaną furię. Coraz bardziej zatracała się w myśli, że całym złem tego świata – całym złem jej świata – były właśnie pomioty.
Gdyby nie one, nadal żyłaby z rodzicami w Wysokożu, a ci wszyscy ludzie dalej mogliby cieszyć się pokojem, małymi codziennymi radościami, stawiać czoła własnym drobnym problemom. Ale już nie mogli, bo nie żyli. Bo zabiły ich pomioty. Ona też nie mogła być w Wysokożu, bo przez Plagę  jej rodzina została zdradzona.
Nagle zza zakrętu wypadli biegiem ludzie. Kobieta oraz mężczyzna, w podartych ubraniach, z krwią pokrywająca niemal każdy fragment ciała. Już nawet nie krzyczeli, z obłędem w oczach pędzili przed siebie, co chwila oglądając się na zostawianą za sobą drogę. Nim Ellen zdążyła coś zawołać, zaraz za nimi wypadło dziesięć pomiotów – sześć hurloków i cztery krępe genloki. Pomioty z radosnym rzężeniem rzuciły się w stronę uciekinierów oraz nowych ofiar, potrząsając ostrzami broni.
Ellen poczuła, jak bariera, która zawsze ją hamowała podczas walki, gwałtownie pęka. Zwykle potrzeba było do tego bardzo okrutnej i wyczerpującej potyczki, teraz wystarczył sam widok tych potworów, by jej serce zalała nagła żądza krwi. Najpierw trochę się tego przestraszyła, spróbowała się uspokoić, ale potem dostrzegła ulgę w pełnych obłędu oczach ocalałych. I to wystarczyło, by litość ustąpiła miejsca brutalności.
— Ha! — krzyknęła, wbijając pięty w boki Taiki.
Klacz przysiadła na zadzie, stuliła uszy i parsknęła nerwowo, łypiąc na pomioty. Kiedy jednak jej jeździec nie zawahał się, prosząc ją o ruszenie, wykonała polecenie.
Pozostali nie zdążyli jeszcze nawet dobyć broni, a Dzika z Ellen na grzbiecie wpadła szarżą między pomioty, roztrącając zdumione potwory. Strażniczka wyrzuciła nogi ze strzemion, sięgnęła po sztylet i kopniakiem odtrąciła gramolącego się z ziemi genloka. Zeskoczyła wprost na jego pierś, kości chrupnęły głucho, jednak dziewczyna nie zwróciła na to uwagi. Wbiła ostrze w sam środek czoła pomiota, przekręciła je, a potem zerwała się do biegu na kolejnego przeciwnika, zostawiając trupa za sobą.
Przyhamowała, obróciła się na jednej nodze, biorąc zamach prawym ramieniem. Sztylet wbił się w szyję hurloka, przeciął mięśnie, zazgrzytał na kości kręgosłupa i po chwili głowa pomiota odtaczała się na bok, podczas gdy krew tryskała z szyi, pokrywając sobą ziemię pod nogami chwiejącego się cielska.
Wtedy do Ellen dołączyli pozostali. Alistair ruszył na wrogów na grzbiecie Kreoisa, siekąc mieczem i kosząc pomioty jak plony latem. Sten musiał zsiąść z Escalara, ponieważ jego dwuręczne ostrze utrudniało operowanie z grzbietu wierzchowca. Pozostali zatrzymali się poza zasięgiem pomiotów, łącznie z Zevranem, który rozpaczliwie próbował uspokoić Syrianę. Klacz, wbrew zapewnieniom handlarza, wcale spokojna nie była i na widok potworów wpadła w panikę, co uniemożliwiło elfowi włączenie się do walki.
Ellen uskoczyła przed ostrzem, po czym rzuciła się całym ciałem na hurloka, przewaliła go na ziemię i uderzyła gołą pięścią w wykrzywiony pysk. Syknęła rozjuszona, czując na skórze plugawy dotyk ciała pomiota, ugodziła go raz jeszcze, po czym wbiła sztylet w jego gardło tak mocno, że przeszył je na wylot i zagłębił się w ziemi. Dostrzegła kątem oka biorącego na nią zamach genloka, zmrużyła oczy i w ostatniej chwili odchyliła głowę na tyle, by ostrze przeleciało przez puste powietrze. Kopnęła pomiota w brzuch, przez co zatoczył się w tył; Alistair przebił jego ciało mieczem, a ona w tym czasie wyrwała sztylet z ziemi i skoczyła na równe nogi.
Z trudem złapała powietrze, tocząc dokoła wściekłym spojrzeniem. Była przekonana, że zostały jeszcze pomioty do zabicia, ale okazało się, że stali wśród krwi sami. Potrząsnęła głową i otarła usta z posoki, czując na języku jej cierpki, charakterystyczny smak. Już do niego przywykła, miała wrażenie, jakby, w bardzo pokrętny sposób, był jej częścią. W końcu przyjęła skażenie, by stać się Szarą Strażniczką, teraz zaraza krążyła w jej żyłach, była nią.
— Zostawić konie — poleciła lodowatym głosem, chowając sztylet do pokrowca.
Drugi zostawiła w ręku na wszelki wypadek.
— Przywiążcie je gdzieś i idziemy do wioski — rozkazała, odwracając się przodem do drogi. — Taika, zostań — zwróciła się do swojej klaczy, cmoknęła na Shegara i ruszyła przed siebie, kiedy tylko mabari ją dogonił.
— Ale pomioty… — zaczęła zaskoczona Leliana, bezradnie trzymając w dłoniach wodze Tallona.
Ellen zatrzymała się w połowie drogi do celu, obejrzała się przez ramię i spojrzała wprost na nią, a uśmiech, jaki wykwitł na jej ustach, był bardzo niepokojący.
— Naprawdę myślisz, że wypuszczę z tej wioski jakiekolwiek plugastwo? — spytała niskim głosem.
— Po prostu chodźmy — zaproponował ugodowo Alistair, kończąc wiązanie Kreoisa, po czym poklepał ogiera po szyi i ruszył za Strażniczką, posławszy Lelianie uśmiech.
Łuczniczka pokiwała głową, wymieniła spojrzenie z Wynne, a potem cała kompania podreptała za idącą pewnym krokiem Ellen wprost między budynki, wśród których czekały żądne krwi pomioty.
Przebicie się przez oddział wymagało dużo czasu i dużo energii, wioskę opanowało co najmniej pięćdziesiąt potworów, które rozpanoszyły się po wszystkich domach oraz ulicach. Równomiernie oczyszczali coraz to dalsze rejony wioski, aż wreszcie dotarli do głównego placu – na jego środku stał, wielkości rosłego człowieka, kamienny posąg.
Golem zastygły z uniesionymi do niebios ramionami, wygięty w nienaturalny łuk, jakby przyjmował na siebie potężny cios, wyglądał naprawdę złowieszczo, otoczony krwią oraz zniszczonymi budynkami. Nie mieli jednak zbyt wiele czasu na podziwianie go, bo spośród domów wychynęły mroczne pomioty i potyczka rozpoczęła się na nowo.
Kiedy ostatni potwór padł martwy na ziemię, w Honnleath zapanowała przerażająca, grobowa cisza. Wydawało się, jakby nie pozostał już nikt żywy w wiosce, jakby te dwie osoby, które godzinę temu uciekły przed pomiotami, były jedynymi, którzy przeżyli.
Ellen odetchnęła głęboko, stopniowo odzyskując opanowanie, po czym przeniosła wzrok na posąg. Ruszyła do niego wolnym krokiem, a pozostali, jeszcze łapiąc oddech po walce, podążyli w milczeniu za nią.
— Wydaje mi się, że to golem — mruknęła Wynne, zatrzymując się tuż obok Ellen.
Dziewczyna pokiwała głową, zastanawiając się, czy jak dotknie posągu, to on ożyje.
— Prawdopodobnie nieodwracalnie uszkodzony. Może istnieje sposób, żeby go uruchomić, choć nie byłoby to raczej zbyt mądre — zastrzegła i przeniosła na Strażniczkę karcące spojrzenie.
Ellen sięgnęła do torby i pogrzebała w niej chwilę, by wyjąć stamtąd białą kamienną różdżkę oraz pomachać nią przed oczami czarodziejki. Uśmiechnęła się, wycelowała przedmiotem w posąg, a potem spróbowała sobie przypomnieć hasło, jakie przekazał jej Felix, by uruchomić golema.
— Dulef gar — powiedziała głośno.
Minęła minuta, potem dwie, i nic się nie stało. Strażniczka opuściła ramię, zdezorientowana obrotem sytuacji. Przechyliła się, jakby prawdziwy golem miał się ukryć za posągiem, ale nikogo tam nie było. Potem popatrzyła na różdżkę, zupełnie jak gdyby mogła jej zdradzić, dlaczego nie nastąpił żaden cud i statua nie ożyła.
— Nie działa — podsumował równie zaskoczony Alistair, przerywając tym samym tę grobową ciszę panującą w wiosce.
Za jego plecami Zevran parsknął kpiącym śmiechem, jednak powstrzymał się od komentarza.
— Zauważyłam — mruknęła Ellen, marszcząc z niezadowoleniem czoło.
Zdenerwowana potrzasnęła różdżką, skrzywiła się, a potem wypuściła zrezygnowana powietrze.
— Przynajmniej pozbyliśmy się mrocznych pomiotów — dodała.
— Kupiec mówił, że moglibyśmy poszukać właściciela golema — przypomniała Leliana, spojrzawszy w zamyśleniu na posąg.
— Na co nam jakiś golem? To był tylko pretekst, żeby tu przyjechać — przypomniała Ellen i z cichym prychnięciem schowała różdżkę do torby. — A że przy okazji mogliśmy sprawdzić, czy Felix mówił prawdę, to już zupełnie inna historia.
— Zawsze możemy poszukać ocalałych — zasugerował Zevran, uznawszy, że innym sposobem nie da się Strażniczki namówić na podjęcie prób uruchomienia golema. — Może szczęśliwie właściciel tego czegoś przeżył i nam pomoże?
Ellen zmarkotniała, patrząc na elfa bez przekonania. Wolałaby już stąd iść, choć, nie mogła zaprzeczyć, intrygował ją ten golem. Słyszała o nich tylko opowieści i na lekcjach Aldousa, czasami przeczytała coś w książce. Ciekawe, jak to wszystko działało, jak golem się poruszał, słuchał rozkazów, czy dysponował własną inteligencją, czy – tak jak każdy jej mówił – był jak bezwolna marionetka.
Rozmyślania przerwał jej Shegar. Pies, upomniany do unikania walki z mrocznymi pomiotami, prezentował się najlepiej z całej drużyny. Teraz zachowywał się tak, jakby dostrzegł przy jednym z budynków śmiertelnego wroga – na przykład  hurloka albo genloka. Opuścił łeb, stulił uszy i zawarczał przeciągle, jeżąc sierść na grzbiecie.
Ellen momentalnie zdrętwiała i rozejrzała się dokoła, zamierając z uniesioną do schowania różdżką, zupełnie jakby miała jej posłużyć za broń.
— Co jest, piesku? — mruknęła, starając się dostrzec jakiekolwiek niebezpieczeństwo, ale Honnleath stało zupełnie puste.
Zmarszczyła czoło i schowała różdżkę do torby, przenosząc wzrok na mabari.
— Chyba coś wyczuł — podsunęła Wynne, również obserwując psa.
Potem, podobnie jak Ellen, uniosła wzrok i rozejrzała się dokoła, starając się zrozumieć, o co chodziło zwierzęciu. Wymordowali wszystkie pomioty, świadectwem tego były walające się dokoła zakrwawione ciała.
— Przeklęta zawszona bestia — parsknęła Morrigan, wykrzywiając brzydko usta.
Strażniczka doszła do wniosku, że czarownica również chciała już opuścić wioskę, jednak teraz nie mogła spełnić jej pragnienia. Jeśli istniała jakakolwiek szansa, że przeżyły pomioty, musiała to sprawdzić.
— Szukaj, Shegar — poleciła zachęcająco i klepnęła ogara w grzbiet.
Pies zaszczekał radośnie, zamerdał ogonem, a potem ruszył truchtem przed siebie, przyciskając nos do ziemi.
Ellen machnęła ręką na towarzyszy i ruszyła za mabari, przyglądając się mu ze zmarszczonym czołem. Shegar skierował się do drzwi zamkniętego budynku, pokręcił się chwilę przy wejściu, aż wreszcie kichnął, potrząsnął łbem i zaczął drapać w deski, prosząc, by mu otworzono. Strażniczka poleciła psu zostać, nacisnęła klamkę i przekroczyła próg.
Stanęła na pierwszym stopniu schodów prowadzących pod ziemię. Kilka sekund wahała się z zejściem, aż wreszcie westchnęła ciężko, dała przyjaciołom znak, by poszli za nią, i cmoknęła na Shegara, nie chcąc zostawiać go samego na dworze. W kompletnym składzie ruszyli w półmrok zejścia rozświetlany tylko zawieszonymi gdzieniegdzie pochodniami.
W końcu stanęli na równej kamiennej podłodze, tym samym wchodząc do niedużego pomieszczenia obstawionego pod ścianami kratkami na wino. Ellen zmarszczyła z obrzydzeniem nos, wyczuwszy w powietrzu gnijącą woń pomiotów zmieszaną ze słodkawym zapachem rozlanego gdzieś wina. Skrzywiła się, westchnęła ciężko i z Shegarem u nogi ruszyła do kolejnych drzwi, mając nadzieję, że jak najszybciej uporają się z problemem Honnleath i będą mogli udać się prosto do Azylu.
Kiedy przekroczyli próg następnego pomieszczenia, ich oczom ukazał się nad wyraz interesujący widok. Przed nimi, ukryci za świetlistą ścianą, kulili się ocaleli mieszkańcy wioski, a w barierę z zaciekłością tłukły pomioty. Używały do tego nie tylko broni, ale właściwie wszystkiego, co mogły znaleźć – gdy Ellen stanęła, zaskoczona zastaną sytuacją, przed jej twarzą przefrunęło stare krzesło i roztrzaskało się na osłonie.
Dopiero wtedy dziewczyna otrząsnęła się z szoku.
— Zabić wszystkie! — zawołała.
W tej chwili minął ją Alistair w towarzystwie Stena, do ściany ruszył biegiem Zevran, najpewniej planując zgotować pomiotom niezbyt miłą niespodziankę, natomiast na samym końcu do walki chciał się włączyć Shegar. Ellen chwyciła ogara za skórę na karku, przytrzymała go bezlitośnie, ignorując żałosne piśnięcia, a kiedy już poddał spór i spojrzał na nią, uśmiechnęła się znacząco.
— Ty tu zostajesz — przypomniała i pogroziła mu palcem. — Żadnej walki z pomiotami, waruj przy Lelianie — rozkazała, wyjęła sztylet i skoczyła do pierwszego z brzegu hurloka, by poderżnąć mu gardło.
Potyczka nie trwała długo. Chociaż pomioty miały przewagę liczebną, nie były w stanie przełamać linii ofensywnej ani Strażników, ani pozostałych wojowników. Po chwili na posadzkę chlusnęła posoka potworów i na kamienie posypały się odrąbane części ciał.
Gdy żaden pomiot już się nie ruszał – czy też żadna kończyna pomiota – Ellen schowała broń, przenosząc wzrok na kulących się za barierą ocalałych mieszkańców. Ludzie patrzyli na nich przerażonymi oczami, więc, mając nadzieję, że ich to trochę uspokoi, posłała im przyjazny uśmiech.
— Na Stwórcę! Jesteśmy uratowani! — zawołał jeden z wieśniaków i poderwał ręce nad głowę w wyrazie radości.
Pozostali mu zawtórowali, szczęśliwe okrzyki wypełniły całą piwnicę, a osłona opadła, umożliwiając wojownikom podejście do ludzi. Większość zaczęła pospiesznie opuszczać schronienie, by uciec jak najdalej od Honnleath, jednak jeden mężczyzna, na oko mający koło trzydziestu pięciu lat, z blond włosami związanymi w warkocz oraz subtelnym zarostem na brodzie, podszedł do nich z podejrzliwym wyrazem twarzy.
— Przysłał was bann, prawda? — spytał powoli. — Żebyście nas ocalili?
Ellen obdarzyła go zdumionym spojrzeniem. Dlaczego zawsze miała przybywać z czyjegoś rozkazu? Czy to takie dziwne, że chciała ich uratować? Może nie miała nic innego do roboty!
— Nie — odparła, próbując zdrapać cuchnącą posokę pomiotów z policzka.
Jak tylko stąd wyjadą, trzeba będzie rozejrzeć się za uroczym jeziorkiem.
— Jestem Szarą Strażniczką, tak samo jak mój przyjaciel — wyjaśniła, wskazując stojącego obok niej Alistaira. — Pozostali są naszymi towarzyszami.
— Szarzy Strażnicy? — powtórzył z niedowierzaniem i pokręcił głową. — Tutaj? Stwórcy niech będą dzięki za to, że zesłał nam takie szczęście! — zawołał i wreszcie obdarzył ich bardziej przyjaznym uśmiechem. — Jeśli nikt was nie przysłał, to co tu robicie? Jeśli można spytać.
Ellen zastanowiła się, czy tłumaczenie, że po prostu chciała zamordować trochę mrocznych pomiotów i ocalić bezbronnych mieszkańców przejdzie, jednak po krótkim wahaniu uznała, że z pewnością nie.
Rozejrzała się bezradnie za czymś, po co mogli tu przybyć, kiedy natrafiła spojrzeniem na Zevrana. Elf wykonał taki ruch ręka, jakby rzucał zaklęcie przy pomocy niewidzialnej różdżki, i wyszczerzył do niej zęby.
Najpierw Strażniczka chciała popukać się w czoło, ale potem zrozumiała przesłanie.
— Szukam właściciela posągu, który stoi na zewnątrz — odparła i przeniosła wzrok na mężczyznę, posyłając mu bardzo ładny uśmiech.
— Posągu, który stoi na zewnątrz? — powtórzył z niedowierzaniem. — Po co… och, chyba rozumiem — zmienił zdanie i westchnął ciężko, przeczesując związane włosy palcami. — Kupiłaś różdżkę kontrolną, zgadza się? — spróbował się upewnić, a kiedy skinęła głową, zmrużył oczy. — Przyszłaś po Shale. Ten przeklęty golem przyniósł nam tylko kłopoty. Matka sprzedała różdżkę wiele lat temu po tym, jak golem zabił mojego ojca — opowiedział oględnie, wpatrując się w słuchającą go z uwagą Ellen.
— Zabił twojego ojca? Co masz na myśli? — spytała zdezorientowana.
— Mój ojciec miał na imię Wilhelm, był magiem na usługach arlów Redcliffe i bohaterem wojny przeciwko Orlais — przedstawił rodzica.
Ellen zaczęła sobie mgliście przypominać, że rzeczywiście taka postać występowała na kartach historii, i to nawet wraz z golemem.
— I co mu z tego przyszło? Pewnego dnia matka znalazła go w pobliżu wieży. Miał tyle połamanych kości, że ledwo go poznała. Stała nad nim Shale — opowiadał dalej. — Mój ojciec nie zasłużył sobie na taki los. Ale jeśli naprawdę chcesz zbudzić Shale… cóż, teraz należy do ciebie — podsumował z rezygnacją.
Ellen poważnie się zastanowiła, czy na pewno tego chciała.
— Problem w tym, że różdżka nie działa. Nic się nie dzieje — przyznała wreszcie, bo nagły w tył zwrot i odwrót nie wydawał się jej dość dostojny.
— Możliwe, że, sprzedając różdżkę, matka podała błędne hasło — mruknął w zamyśleniu, pocierając brodę. — Mówiła, że już nigdy nie chce zobaczyć działającej Shale. Słuchaj, wyjawię ci hasło… ale najpierw musisz mi pomóc! — zastrzegł.
No tak, bo mi niczego nigdy nie podaje się jak na tacy, pomyślała zrzędliwie Strażniczka.
— Wiem, że ocaliliście mi życie i jestem wam za to wdzięczny, ale moja córka, Amalia, jest w tym laboratorium — wyrzucił z siebie i wskazał zamknięte za plecami drzwi, których Ellen wcześniej nie zauważyła. — Przestraszyła się i wbiegła zbyt głęboko, nim zdołałem ją zatrzymać. Nie wiem, jak przedostała się przez systemy obronne.
Strażniczkę natomiast wzmianka o systemach obronnych nadzwyczaj ucieszyła.
— Jeden z ludzi próbował pójść jej śladem i został zabity. Ale… wy moglibyście ją odszukać, prawda? — spytał ze szczerą nadzieją.
Ellen uciszyła wściekłe syknięcie Morrigan machnięciem ręki, nim czarownica zdążyła choćby wydać dźwięk. W zamian więc kobieta prychnęła oburzona.
— Co zabiło człowieka, który poszedł jej śladem? — spytała dziewczyna, marszcząc czoło.
Nie zamierzała zostawiać małej dziewczynki na pastwę losu – czy systemów obronnych. Niech szlag trafi to hasło, ale dziecku nie pozwoli umrzeć.
— Nie jestem pewien. Wiedziałem o barierze, miałem do niej hasło, ale reszta systemu? — mruknął, oglądając się przez ramię. — Nigdy tu nie przychodziliśmy, przenigdy — zapewnił z mocą.
— Zobaczymy, czy uda nam się ją znaleźć — obiecała i skierowała się do zamkniętych drzwi, machnięciem ręki nakazując pozostałym ruszenie za nią.
Usłyszała za plecami westchnienie ulgi.
— Naprawdę? Dzięki niech będą Stwórcy! — zawołał ojciec Amalii i przeciągnął dłonią po twarzy, próbując się uspokoić. — To laboratorium powinno być zaraz za drzwiami, na pewno blisko piwnicy. Ona musi tam być — mruknął bardziej do siebie.
Ellen stanęła w progu i spojrzała wprost w ciemność, zastanawiając się, czy nadal miała ochotę szukać dziewczynki wśród systemów obronnych nieżyjącego maga. Morrigan stanęła obok niej, mruknęła coś o bezdennej głupocie, po czym uniosła dłoń i przywołała kulę złocistego światła. Strażniczka posłała jej pełen wdzięczności uśmiech i ruszyła wąskim korytarzem, prowadząc przyjaciół w głąb ziemi.
Miała niejasne wrażenie, że i tym razem zagubione dziecko nie przybiegnie wprost w jej ramiona. Zaczynało ją to już trochę męczyć, ale z drugiej strony – chyba powinna przywyknąć, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz