poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 1.60 - Ratunek w laboratorium


Korytarz prowadzący w głąb ziemi był niski i wąski, nawet Ellen musiała się garbić, żeby nie zaryć głową w sufit. W najgorszej sytuacji znalazł się rosły Sten, który szedł zgięty niemalże wpół – najlepiej natomiast miał Shegar czy na przykład niewysoki Zevran. Jedynym źródłem światła w ciemnościach pozostawała kula trzymana przez Morrigan, która rzucała złocisty blask na kamienne ściany oraz podłogę. Strażniczka ze zdumieniem zauważyła, że, mimo panującej w przejściu wilgoci, nigdzie nie było choćby śladu porostów, pleśni, mchów czy jakichkolwiek innych charakterystycznych dla takich miejsc roślin.
Po kilku minutach marszu w ciszy dotarli do kolejnych zamkniętych drzwi. Ellen zwolniła przed nimi, ostrożnie dotknęła nasiąkniętych wodą desek i zmarszczyła czoło, próbując sobie wyobrazić, jakie też systemy obronne mogły być tu założone. Wreszcie obejrzała się na towarzyszy, zastanawiając się, czy powinni dalej iść. Może poszłaby tam sama? Nie chciała narażać przyjaciół na niebezpieczeństwo.
— No, dalej, Amalia czeka — zachęciła ją Leliana i posłała radosny uśmiech. — Wchodzimy razem, wychodzimy razem, pamiętasz?
Ellen uśmiechnęła się niemrawo, odetchnęła i nacisnęła klamkę, otwierając drzwi. Stanęli w progach niedużej – aczkolwiek zdecydowanie większej od opuszczanego korytarza – jaskini. Było tu, dziwnym trafem, więcej światła niż w przejściu, w półmroku rysowały się kontury kamiennych filarów dodatkowo wyostrzane przez światło Morrigan.
Strażniczka odetchnęła świeżym, wilgotnym powietrzem, zastanawiając się, jakim cudem nie czuć tu stęchlizną, tylko dopiero co zerwanymi ziołami. Zrozumiała to dopiero wtedy, kiedy wraz z pozostałymi wkroczyła głębiej do jaskini.
— Och, szałwia — mruknęła zdumiona Wynne, przyglądając się wyrastającym spomiędzy kamieni roślinom. — I elfi korzeń. I trupikorzeń. I grzyby głębinowe — wyliczała z zapałem. — No nie, nawet mięta orlesiańska. — Zaśmiała się pod nosem.
— Ktoś sobie tu urządził całkiem przyjemny ogródek — podsumował Alistair, przyglądając się zadbanym ziołom porastającym nagi kamień.
Z czułością dotknął szerokiego, zielonego liścia elfiego korzenia.
— Jak to możliwe, że one tu rosną? Przecież nie mają światła ani wody — mruknął, przenosząc wzrok na pozostałych.
— Cóż za odkrywcze stwierdzenie — prychnęła Morrigan, wywracając oczami. — Sam do tego doszedłeś, czy ktoś ci pomógł? — dodała sympatycznie, posyłając Strażnikowi zjadliwy uśmiech.
— Magia, Alistairze — wtrąciła Wynne, nie pozwalając rozgorzeć kolejnej kłótni. — To magia utrzymuje je przy życiu, ziemia jest nią cała nasiąknięta — wytłumaczyła.
— No dobra, chodźmy dalej — postanowiła Ellen, uśmiechnęła się dziarsko i ruszyła energicznym krokiem przed siebie.
Kiedy jednak wyszła z kręgu światła promieniującego z wyczarowanej przez Morrigan kuli, zatrzymała się i zaczekała na czarownicę, nie chcąc wchodzić w całkowite ciemności.
Jaskinia płynnie przechodziła w kolejny wąski korytarz, który prowadził jeszcze trochę w dół, jednak nie był wyjątkowo długi. Po chwili stanęli w normalnym, można rzec – cywilizowanym pomieszczeniu. Pod koniec sali ustawiono biurko oraz krzesło, w ścianach znajdowały się liczne wnęki. Na samym środku leżało nieruchome ciało mężczyzny.
Ellen momentalnie się zatrzymała i machnęła dłonią, rozkazując pozostałym stanąć. Rozejrzała się uważnie dokoła, poszukując pułapek, które mogły zabić mieszkańca Honnleath.
— Dziwne to laboratorium — stwierdził Alistair, przerywając grobową ciszę.
Strażniczka zerknęła na niego i uśmiechnęła się pod nosem.
— Zawsze kojarzyło mi się z kolbami, parującymi miksturami i jakimiś wybuchami, a nie z… biurkiem — dodał, wzruszając ramionami.
Rzeczywiście mebel nie prezentował się zbyt… dostojnie.
— Leliano, widzisz jakieś pułapki? — zwróciła się do łuczniczki Ellen, doszedłszy do wniosku, że niczego nie dostrzegała, a wzrok miała przecież bardzo wyczulony.
Spojrzała na przyjaciółkę z nadzieją.
— Nie. Nie mam pojęcia, co zabiło tego biedaka — stwierdziła zafrapowana kobieta i przeczesała palcami włosy, przechylając głowę, jakby dzięki temu mogła coś zauważyć.
— Dobra — westchnęła Strażniczka i wygięła sobie palce. — Robimy tak: zostajecie tu i czekacie, aż powiem, że droga czysta — zdecydowała, uśmiechnęła się z przekąsem, a potem ruszyła pewnym krokiem przed siebie.
— Ellen! — warknął Alistair.
Nikt nie zdążył jednak dziewczyny zatrzymać, bo nagle w załomach w ścianach poruszyło się powietrze. Strażniczka stanęła, rozejrzała się spłoszona, a potem krzyknęła cicho, cofając się gwałtownie. W jej stronę ruszyły cztery półprzezroczyste cienie, istoty zarzęziły z zadowoleniem na widok dziewczyny, wyciągając do niej patykowate ramiona. Ellen poczuła, jak nogi gną się jej w kolanach, a ciało odmawia posłuszeństwa. Serce zatłukło się rozpaczliwie w piersi, przerażone tym, co zjawiło się w laboratorium. Strażniczka zachwiała się, wpatrując się wielkimi oczami w ciemnofioletowe cielska.
Nie wiedziała dlaczego, ale zawsze była przekonana, że już nigdy więcej nich nie spotka, a one tymczasem pojawiały się w najmniej prawdopodobnych momentach i atakowały. Była już skłonna myśleć, że postanowiły ją prześladować tak długo, aż się nią nie pożywią.
— Jasna cholera — wycedził przez zęby Alistair, dobywając miecza i ruszając biegiem do sparaliżowanej Strażniczki.
Dopadł do niej akurat w chwili, gdy pierwszy cień zawisł nad drżącą dziewczyną, gotowy do rozpoczęcia uczty. Młodzieniec poderwał tarczę, wepchnął Ellen za siebie i wycelował mieczem w nie do końca materialne cielsko istoty. Jakże on nie znosił tych potworów!
— Regniese c’ambre — warknął, ostrze rozżarzyło się jasnobłękitnym światłem, które bardzo szybko ukształtowało się w coś na podobieństwo ochronnej kopuły i odepchnęło cienie w tył, uniemożliwiając dokończenie posiłku.
Ellen otrząsnęła się z szoku, odetchnęła głęboko i stanęła bardziej prosto, przytrzymawszy się Alistaira. Przymknęła na ułamek sekundy oczy, potem obejrzała się na towarzyszy, wołając:
— Morrigan, Wynne, wesprzyjcie Alistaira! Leliana, osłaniaj ich! Pozostali: stać! — rozkazała ostrym głosem i sama pospiesznie się wycofała, doskonale wiedząc, że nie przyda się w walce z istotami z Pustki.
Zwłaszcza że miała niesamowitą zdolność poddawania się im.
Morrigan nie trzeba było dwa razy powtarzać. Uniosła kostur, zamykając oczy, mruknęła pod nosem zaklęcie, a potem uderzyła bronią w posadzkę, wysyłając do jednego z cieni śnieżną ścieżkę. Po chwili istota zastygała nieruchomo, zatrzaśnięta w lodowej pułapce, a Wynne, uniósłszy obie dłonie, posyłała w jej stronę wielki głaz w kształcie ludzkiej pięści. Cień roztrzaskał się na tysiące drobnych kawałków, które posypały się z cichym klekotem na kamienną posadzkę.
W tym czasie Leliana trafiła jedną ze strzał w jasne ślepie istoty, Alistair rozpłatał lśniącym mieczem dwa kolejne cielska i po chwili po cieniach nie zostało ani śladu, jeśli nie liczyć drobinek lodu walających się na ziemi.
— No to już wiemy, co zabiło biedaka — skwitowała Ellen i z uśmiechem skinęła towarzyszom głową, gratulując dobrze rozegranej walki. — Pozostaje poszukać Amalii, chociaż nie potrafię sobie wyobrazić, jak przebrnęła przez te systemy obronne — dodała zafrapowana i ruszyła przodem, nie czekając na odpowiedź.
— To dziecko — przypomniała Wynne, zawieszając kostur na ramieniu. — Jest małe i zwinne, mogło się przemknąć tak, że nie zwróciło na siebie uwagi — zauważyła, wzruszając ramionami, kiedy przytrzymywała Shegara, żeby pies nie ruszył bez opieki.
Mabari, mimo swych niewątpliwych zalet, nie mógł się zaliczyć do małych oraz zwinnych.
— Czyli jak nasza Ellen — zauważył bezczelnie Zevran i wyszczerzył zęby do oburzonej Strażniczki.
Dziewczyna prychnęła na elfa i godnie odwróciła wzrok, decydując się nie zwracać uwagi na zaczepki towarzysza.
— A mimo to została zaatakowana! Co to się dzieje z tym światem, coś strasznego — westchnął teatralnie, kręcąc głową.
— Cienie jej nie lubią — wytłumaczyła mu Leliana, mimowolnie przypominając sobie walki w Redcliffe, kiedy próbowali przedostać się do opanowanego przez demony zamku.
Od tamtego czasu Couslandka miała poważne problemy z tymi istotami.
— Możecie przestać mnie obgadywać? — żachnęła się Ellen, obróciwszy się przodem do pozostałych, przez co szła tyłem do wyjścia z laboratorium. — Ja tu nadal jes… — zaczęła wzburzona, jednak przerwał jej cichy zgrzyt.
Zastygła w miejscu, napiąwszy mięśnie, i bardzo powoli rozejrzała się kątem oka, czując lodowaty dreszcz na plecach. Taki dźwięk wydawał zwykle uruchomiony mechanizm… czegoś. Wolała nie uruchamiać żadnych mechanizmów, bo zwykle bywało to niezdrowe oraz niebezpieczne.
Niespiesznie uniosła jedną nogę, przestawiła ją, potem drugą, i w ten sposób stanęła przodem do kierunku podróży.
— O nie — zdążyła szepnąć Leliana, gdy pułapka się uruchomiła.
Wielkie ząbkowane ostrze wychynęło z posadzki i ruszyło na nogi nieszczęsnej Strażniczki, dziewczyna jednak była szybsza. Rzuciła się w bok, przekoziołkowała kawałek i zerwała się do pionu. W tym momencie kolejna broń runęła z sufitu, zmierzając do głowy Ellen – Couslandka kucnęła, garbiąc ramiona, a potem bardzo szybko podskoczyła, nim następne ostrze skróciło ją w kolanach. Raz jeszcze rzuciła się w przód i przypadła do ściany w ostatniej chwili, by nie zostać poszatkowanym przez wystrzelone z otworów w skale drobne sztylety.
Przywarła do bezpiecznego kamienia tak, jakby chciała wejść weń i, oddychając szybko, popatrzyła na zastygłe na posadzce ostrza.
— O ty w życiu — podsumował Zevran, otrząsnąwszy się z szoku. — Stawiam ci piwo — obiecał, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Myślę, że teraz bardziej by się przydał terapeuta — sprostował Alistair, ruszając dokoła ostrzy i czujnie rozglądając się na wypadek, gdyby zapas pułapek nie został wyczerpany przez Ellen.
— No to przecież mówię, tak? — oburzył się elf i podążył za Strażnikiem, szczerząc zęby w uśmiechu. — Nawet dwa piwa!
Wynne pokręciła głową i poszła tuż za Lelianą, spoglądając z troską na oszołomioną Strażniczkę, która jeszcze nie planowała odkleić się od ściany. Kobieta miała cichą nadzieję, że zaraz dziewczynie przejdzie.
— No, Ellen, idziemy dalej — zachęcił przyjaciółkę Alistair, stanąwszy obok niej.
Chwycił rękojeść sztyletu, który wbił się w ścianę tuż przy głowie dziewczyny, i wyrwał ostrze z kamienia, odrzucając je na posadzkę. Popatrzył zmieszany na opadający powoli kosmyk jej włosów.
— No cóż, i tak są krótkie — uznał.
— Nie denerwuj mnie — wychrypiała Strażniczka i bardzo powoli odeszła od ściany, nadal blada oraz oszołomiona. — Chodźmy… po prostu chodźmy dalej — poprosiła, zaśmiała się nerwowo i szybko przeszła przez pobliskie drzwi, wchodząc na dziwną, drewnianą kładkę rozciągniętą w łuku nad podziemnym jeziorem.
Alistair mimowolnie się uśmiechnął, słysząc jej ciche złorzeczenia, które niepokojąco brzmiały jak: „cholerne smarkacze, zamiast trzymać się blisko rodziny, to latają jak dzikusy po laboratoriach, a potem porządni obywatele muszą za to płacić”. W następnej chwili, kiedy znaleźli się gdzieś w połowie mostu, wśród dźwięku roztrzaskujących się kropli na skałach oraz skrzypiącego pod stopami drewna usłyszeli coś jeszcze. Dziecięcy, delikatny głosik, dziwnie rozbawiony i beztroski:
— Jak to? — spytała dziewczynka. — Nigdy nie wspinałaś się na drzewo? Czy kotki nie lubią łazić po drzewach? — dociekała.
— Amalia — sapnęła zdumiona Ellen, po czym rzuciła się biegiem przez most, nie czekając na towarzyszy.
Pozostali wymienili spojrzenia i pomknęli za nią, jednak dziewczyna okazała się naprawdę szybka – przynajmniej na krótkich dystansach. Ledwie zeszli z mostu i dotarli do ostrego zakrętu, Strażniczka zatrzymała ich ruchem dłoni i nakazała pozostać w ciszy w ukryciu. Sama ruszyła dalej, do wielkiej sali o wysokim sklepieniu, w której stała drobna blondyneczka. U jej stóp siedział rudy kot i lizał spokojnie łapę, końcówka jego ogona drgała lekko.
Towarzysze Ellen wychylili się zza zakrętu, nie rozumiejąc, dlaczego dziewczyna ich zatrzymała. Alistair spojrzał zdezorientowany na dziwny plac, na którym na ruchomych płytach ktoś poustawiał puste czary. Tylko dwa elementy układanki płonęły, pozostałe wyłącznie w lewym górnym rogu, przy jednym z zapalonych, zupełnie jakby płomień się przenosił do czar.
— Och, spójrz! — zawołała dziewczynka, pokazując drobnym paluszkiem zbliżającą się Ellen.
Bynajmniej nie zwracała się do Strażniczki.
— Ktoś przyszedł się pobawić! — oznajmiła podekscytowana i uśmiechnęła się do Couslandki.
— Jesteś bezpieczna — stwierdziła Ellen, zatrzymując się kawałek od Amalii.
Spojrzała uważnie na kota, zastanawiając się, co to stworzenie tu robiło.
— To dobrze. Twój ojciec się zamartwiał — dodała i uśmiechnęła się łagodnie.
— Ojciec…? — mruknęła tak, jakby już o nim zapomniała. — Och. Możesz mu powiedzieć, że u mnie wszystko w porządku. Może tu do nas dołączy — uznała pogodnie, jednak spojrzała na Ellen mniej przychylnie. — Tak czy siak powinnaś sobie iść, jeśli nie chcesz się bawić — oznajmiła, krzyżując rączki na wątłej piersi. — Nie podobasz się Kici. — Wydęła usta.
Ellen spojrzała na myjącego futro kota i zmarszczyła czoło. Coś się tu nie zgadzało, ale co? Miała dziwne wrażenie, że dziewczynka nie do końca wiedziała, co się wokół niej działo, zupełnie jakby coś zajmowało jej umysł. To kazało Strażniczce zachować czujność.
— Musimy iść, Amalio — upomniała dziecko i wyciągnęła do niego dłoń, niezmiennie uśmiechając się przyjaźnie. — Ojciec czeka.
Jaką tajemnicę skrywasz?
— Nie mogę iść! — zawołała oburzona Amalia, załamując ręce nad brakiem zrozumienia ze strony Ellen. — Kicia mówi, że nie mogłaby ze mną pójść, a ja jej nie zostawię — wytłumaczyła, wskazując z czułym uśmiechem kota. — Byłaby całkiem sama.
Kicia… mówi?, przemknęło przez myśl Strażniczce, ale nie zdążyła wyciągnąć żadnych  wniosków czy też zastanowić się, co te słowa mogły oznaczać. Jej uwagę przykuł kot, który wstał z podłogi i przeciągnął się, przymrużając ślepia.
— Jesteś taka miła, Amalio — zamruczała kocica, co wprawiło Ellen w osłupienie.
Spojrzała na zwierzę szeroko otwartymi oczami, nie wierząc w to, że się właśnie odezwało.
— Bardzo bym za tobą tęskniła, gdybyś sobie poszła — zapewniła Kicia, a jej mordka rozjaśniła się tak, jakby zwierzę się uśmiechnęło.
Wtedy do Ellen dotarło, czym to było. Wielokrotnie miała do czynienia z Pustką, potworami żyjącymi za Zasłoną oraz demonami, teraz też rozpoznała wroga. Choć nigdy by się nie spodziewała spotkać opętanego kota, jednak wszystko było już dla niej jasne. Poczuła, że strach mrozi ją od środka; chwyciła nadgarstek Amalii i szarpnęła ją do siebie, starając się nie spanikować.
— Amalio, odsuń się od tej istoty! — warknęła, obrzucając demona nienawistnym spojrzeniem. — Szybko! — zażądała, zaciskając palce na ręku dziewczynki.
— Nie! — pisnęła przestraszona i spróbowała się wyrwać, co zaskoczyło Strażniczkę. — Zostaw mnie w spokoju — jęknęła i nadepnęła Ellen na stopę, dlatego Couslandka, nadal zdumiona przebiegiem rozmowy, puściła dziewczynkę. — Kiciu! — zakwiliła Amalia, cofając się za kocicę.
— Nic, co powiesz, nie przekona Amalii, żeby z tobą poszła — zamruczała demonica, mrużąc złociste ślepia. — Ona tylko mnie teraz kocha. Jestem jej przyjaciółką, a ty kimś zupełnie obcym — zauważyła bardzo zadowolona.
Ellen wykrzywiła usta w brzydkim grymasie i odetchnęła głęboko, starając się uspokoić. Czyli demon pożądania, tak? Potyczka z takim będzie trudna, musiała być sprytniejsza od tej istoty. Amalia nie pójdzie dobrowolnie, ale uwierzy potworowi we wszystko, co ten powie, więc otwarty atak mógłby doprowadzić do nieszczęścia.
— Co jej zrobiłaś? — spytała niskim głosem, jednocześnie rozpaczliwie szukając w głowie pomysłu na uratowanie dziewczynki.
— Nic jej nie zrobiłam. Jestem pozbawiona wszelkiej mocy. Mag już o to zadbał, nieprawdaż? — parsknęła Kicia i wskazała łebkiem płyty z czarami na ogień.
Ellen zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Nie mogę opuścić tej komnaty. Amalia mnie znalazła. Po dziesięcioleciach w izolacji jej towarzystwo jest… mile widziane — oznajmiła demonica i otarła się o nogi dziewczynki, mrucząc przymilnie.
Amalia westchnęła z zadowoleniem i kucnęła, głaszcząc rude futerko kota. Na jej buzi malowała się prosta, dziecięca radość, która tylko bardziej rozjuszyła Ellen. I co miała w tej sytuacji zrobić? Związano jej ręce!
— Wygląda na to, że jesteśmy w impasie, pozwól więc, że zaproponuję pewnego rodzaju… kompromis — odezwała się Kicia.
Ellen zwiększyła czujność, doskonale wiedząc, że układanie się z demonami było głupotą.
— Uwolnij mnie, śmiertelniczko, i pozwól mi zatrzymać dziewczynkę — podała warunek, nie odrywając spojrzenia od Couslandki. — Pozwól nam wrócić do jej ojca i na zawsze opuścić to miejsce — uściśliła i machnęła niecierpliwie ogonem.
Ellen uśmiechnęła się kącikiem ust, jednak na tyle subtelnie, by demon tego nie zauważył.
Miałaby pozwolić na opętanie Amalii? Z drugiej strony jeśli zrobi teraz cokolwiek pochopnego, Kicia mogła bez problemu przejąć władzę nad ciałem dziewczynki, która jeszcze ją do tego zachęci. Nie, trzeba przechytrzyć je obie.
— Nie sądzisz, że jej ojciec zauważy, iż coś jest nie tak? — zasugerowała, starając się zyskać czas na obmyślenie planu.
Przesunęła wzrokiem po płytach, domyślając się, że były kluczem do wolności demonicy.
— Śmiertelnicy dają się często zaślepić nadziei — zauważyła istota i przeciągnęła się zadowolona. — Widzą to, co chcą widzieć. Jeśli ojciec pragnie ujrzeć Amalię żywą i zdrową, być może taką właśnie ją ujrzy — podsumowała i, gdyby tylko miała ramiona, z pewnością by nimi wzruszyła.
Ellen nabrała powietrza, zerknęła kątem oka na pozostających w kryjówce towarzyszy, a potem odetchnęła. Odrzuciła krótkie włosy z twarzy i spojrzała spokojna na demona.
— Uwolnię cię, a dziewczynkę możesz sobie zabrać — oznajmiła obojętnym głosem, jakby ją ta kłopotliwa sytuacja przestała obchodzić.
Alistair wytrzeszczył oczy, oszołomiony tym, co usłyszał. Nim się zastanowił, już chciał ruszać do Strażniczki, by ją powstrzymać – choćby ogłuszyć – gdy ktoś chwycił go za ramię i przytrzymał. Spojrzał wzburzony na Morrigan.
— Zaufaj jej, templariuszyno — syknęła wiedźma, zacisnęła mocniej palce na jego ręku, wbijając boleśnie paznokcie w skórę, po czym go puściła, przenosząc wzrok na plecy Ellen.
Alistair zaklął cicho, jednak nie ruszył się już, rozpaczliwie wierząc, że dziewczyna nie postradała zmysłów i miała lepszy plan niż uwalnianie demona oraz pozwalanie na opętanie dziecka.
— Dziękuję. Jesteś bardzo łaskawa — zamruczała Kicia, przymrużając z zadowoleniem ślepia. — Więziona jestem przez magiczne okręgi. A zbliżyć się do nich może tylko śmiertelnik — zastrzegła i przeszła się kawałek przy nogach Ellen. — Może ty poradzisz sobie tam, gdzie dziewczynka zawiodła — uznała z kpiną, siadając pod jednym ze słupów.
— Och, to takie ekscytujące! — pisnęła Amalia i klasnęła w dłonie. — Kicia będzie wolna! — zanuciła uszczęśliwiona i popatrzyła z nadzieją na Strażniczkę.
Ellen bez słowa ruszyła do płyt, przyglądając się im uważnie. Najpewniej trzeba było połączyć płomieniem jedną czarę ognia z drugą, ale Amalia zaplątała się w tym na samym początku. Strażniczka odetchnęła, podeszła do rozpalonych konstrukcji i spróbowała którąś przesunąć na wolne miejsce. Okazało się, że chodziły bardzo gładko, więc dziewczyna zajęła się rozgryzaniem systemu, jaki pozwalał na zapalenie poszczególnych czar.
Odkryła, że zależało to od  ustawienia płyt – każda z nich miała jakby języczek łączący ją z jedną z płyt obok, ale na każdej ten języczek był ustawiony w inną stronę. Musiała więc tak dobrać płyty, by stworzyć płonącą ścieżkę aż do drugiej płonącej cały czas czary. Westchnęła, zmarszczyła czoło i zabrała się do pracy.
Rozbrojenie systemu zabrało jej koło dwudziestu minut. Dwukrotnie zaczynała od początku i dwukrotnie musiała połowę zmieniać, bo nagle okazywało się, że brakowało płytki, ale w końcu wsunęła ostatnią na miejsce i ognisty szlak zapłonął od jednej czary z ogniem do drugiej. Nie czekając na oklaski, wyprostowała się i skierowała się długimi krokami do demona oraz Amalii.
— Tak… czuję, jak magia słabnie — zamruczała istota, jej ślepia rozbłysły niepokojąco.
Ellen nawet nie drgnęła, patrząc na wroga ze spokojem.
— Och… zapomniałam już, jakie to uczucie być wolną istotą! — zachwycała się dalej, naprężając z radości grzbiet.
— Kiciu? — mruknęła niepewnie Amalia i cofnęła się o krok od zwierzęcia. — Co się dzieje? — spytała ostrożnie i popatrzyła przestraszona na Strażniczkę.
— To coś wspaniałego, moja droga — zapewniła demonica i obróciła się do niej z niskim, przerażającym pomrukiem budzącego się potwora. — Dla nas obu — dodała, ruszając na ugiętych łapach do ofiary.
W tym momencie Ellen postąpiła krok w przód, chwyciła kota za futro na karku i rzuciła nim o pobliski filar, skutecznie odsuwając od przestraszonej Amalii. Obracając się za wrogiem, dobyła sztyletów. Ostrza zawirowały z cichym świśnięciem w powietrzu, kiedy Strażniczka ustawiała jedną broń na wysokości twarzy, a drugą celowała w oszołomionego kota zbierającego się z posadzki.
— Trzymaj łapy z dala od dziewczynki, demonie! — krzyknęła pełnym furii głosem, jej oczy rozbłysły ostrzegawczo, gdy uginała nogi w kolanach, szykując się do walki.
— Zdrada! — zasyczała wściekła Kicia, sierść na jej grzbiecie stanęła na sztorc, ogon poderwał się pionowo. — Nie dostaniesz dziewczynki! — wściekła się, ruszając w długich susach na Ellen. — Jest moja! — zawyła rozpaczliwie.
— Kiciu, przerażasz mnie! Nie wpuszczę cię do środka! Nie wpuszczę! — załkała przerażona Amalia, kuląc się za osłaniającą ją Ellen.
— Teraz! — wrzasnęła Strażniczka, wchodząc ślizgiem pod lecącego kota.
Sztylet zagłębił się w drobnym ciałku i rozharatał brzuch istotki, jednak kiedy Couslandka obróciła się przodem do wroga, zamiast zwierzęcia ujrzała demonicę pożądania w prawdziwej formie. Uśmiechnęła się lodowato, widząc krwawą ranę na jej boku.
— Tędy, słonko! — krzyknęła Leliana, chwytając dłoń Amalii i ciągnąc ją do wyjścia.
Dziewczynka obejrzała się przerażona na kocią przyjaciółkę, a potem puściła się biegiem tam, gdzie kazała jej łuczniczka.
W tym czasie pozostali ustawili się dokoła wściekłej demonicy, dobywszy broni. Istota rozejrzała się i zasyczała rozjuszona, szykując się do ataku. Nikt nie drgnął, spokojnie czekając, aż demon zareaguje.
— To koniec… Kiciu — stwierdziła Ellen.
Istota została niemal rozerwana na strzępy przez ciosy, które otrzymała w ułamku sekundy. Sala rozbłysła od wyładowania elektrycznego oraz ognistego pocisku, ostrza broni zabarwiły się ciemną posoką wroga, strzały przeszyły poranione ciało. Kiedy demonica osunęła się, konająca, na posadzkę, Ellen podeszła do niej wolnym krokiem, posłała krótki, bardzo zimny uśmiech, i wbiła sztylet w sam środek rogatej głowy, miażdżąc ostatnie resztki życia.
— Dobra, to było dziwne — westchnęła, posyłając przyjaciołom uśmiech.
Schowała z powrotem broń.
— Strasznie dużo czasu zajęła ci ta zagadka. Wstyd, Strażniczko — rzucił złośliwie Zevran i sprawnie uchylił się przed ciosem wymierzonym przez dziewczynę.
Ellen prychnęła zdenerwowana, ruszając w stronę wyjścia.
— Nie uwierzę, że poradziłbyś sobie lepiej — burknęła urażona, starając się nie dać po sobie poznać, jak ją to oskarżenie zirytowało.
Nigdy nie była dobra w zagadkach logicznych!
— A ty, Alistairze, nie podzielisz się z nami swoimi wątpliwościami? — zagadnęła nagle przesłodzonym głosem Morrigan, przenosząc triumfalny wzrok na młodzieńca.
Strażnik zabił czarownicę spojrzeniem, po czym, widząc, że cała uwaga skupiła się na nim, uśmiechnął się nerwowo i wzruszył ramionami.
— Nie ma się czym przejmować, już się ich pozbyłem — zadeklarował pospiesznie.
Ellen uniosła brew, pokiwała głową, a potem westchnęła, rozmasowując sobie kark. Nigdy więcej szukania zagubionych dzieci, czy ona wyglądała na opiekunkę wszystkich biednych, wystraszonych i uciśnionych? Nie potrafiła sobie wyobrazić Duncana biegającego po Fereldenie za grupą spłoszonych smyków.
— Wracajmy na górę, do ojca Amalii. Mam dość tych cholernych podziemi — skwitowała, skrzywiła się znacząco, po czym ruszyła śmiało przodem, prowadząc przyjaciół tą samą trasą, tylko tym razem ku powierzchni.
— Uważaj, żeby ci coś głowy nie odcięło. Byłaby to niewątpliwa szkoda — rzucił z tyłów Zevran, najwyraźniej obrawszy sobie dokuczanie Ellen za nowy cel.
— Och, spadaj — usłyszał w odpowiedzi.
Zaśmiał się w głos, pokręcił głową, a potem uchylił się przed kolejnym ciosem, tym razem wymierzonym mu przez Lelianę.
— Ach, ta kobieca solidarność — westchnął teatralnie.
— Zamknij się, elfie — burknął zirytowany Alistair.
— I alistairowa — poprawił się adekwatnie Zevran.
Tym razem zaśmiało się też kilka innych osób, co bynajmniej nie ucieszyło Strażniczka. Mruknął pod nosem przekleństwo i zapatrzył się zdenerwowany w ziemię, zastanawiając się, co podkusiło Ellen, by przygarnąć tego głupiego skrytobójcę.

Kiedy wydostali się z laboratorium, już bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek czy niezapowiedzianych spotkań, mężczyzna czekał na nich nieopodal drzwi, tuląc do siebie uśmiechniętą Amalię. Strażniczka odetchnęła w duchu, ucieszona, że z dziewczynką wszystko w porządku, po czym przeniosła wzrok na jej ojca.
— Udało się wam! — zawołał uradowany na ich widok i przycisnął do siebie córkę. — Uratowaliście ją! Bardzo wam dziękuję! — dodał i poklepał Ellen po ramieniu.
Strażniczka przestraszona pomyślała, że gdyby nie trzymał drugą ręką dziecka, to jeszcze by ją przytulił, dlatego odsunęła się o krok.
— Tatusiu, przepraszam, że uciekłam! — wtrąciła Amalia i uśmiechnęła się skruszona. — Tak się bałam! — przyznała szczerze i mocniej się do niego przytuliła.
— Nic się nie stało, motylku — mruknął kojąco i pogładził ją po jasnej główce. — Jesteś już bezpieczna. Wszystkie niedobre stwory sobie poszły — wyjaśnił, po czym przeniósł wzrok na czekających wybawców córki. — Hasło do uruchomienia Shale brzmi „dulen harn”, o ile nadal cię to cholerstwo interesuje — mruknął z nutą goryczy w głosie. — Na twoim miejscu bym go nie dotykał — dodał. — Powinniśmy już iść. I to szybko. Jeszcze raz dziękuję. Zawdzięczamy wam życie — powtórzył, uśmiechnął się do nich, a potem skierował się z córką do wyjścia z piwnicy.
— Jesteś pewna? — spytała Wynne, kiedy i oni ruszyli do drabiny prowadzącej na powierzchnię. — Ten golem zabił swojego właściciela — przypomniała.
— Jestem ciekawa, a nie pewna — poprawiła Ellen, wchodząc na pierwszy szczebel. — Zresztą nas jest osiem osób, a Wilhelm był w pojedynkę. Sten, weźmiesz Shegara? — poprosiła qunari i uśmiechnęła się do niego ślicznie.
Olbrzym mruknął coś pod nosem i złapał ogara, wsadzając go sobie pod pachę. Pies zrobił tak żałosną minę, że Ellen i Leliana roześmiały się w głos.
— Dziękuję! — rzuciła Strażniczka, po czym wydostała się na powierzchnię.
Pomogła pozostałym wyjść z piwnicy, a kiedy w komplecie stanęli na wioskowej drodze, skierowali się do trwającego nieruchomo posągu. Ellen sięgnęła do torby i wydobyła z niej srebrzystą różdżkę kontrolną. Odetchnęła głęboko, przymknęła oczy, zatrzymała się przed golemem, niepewnie uchyliła powieki.
Raz, dwa, trzy, policzyła w myślach i uniosła kijek, celując nim w posąg.
— Dulen harn — powiedziała głośno.
Długą chwilę nic się nie działo, dokoła panowała cisza, tylko ptaki świergotały gdzieś w oddali. Wtedy Ellen wydało się, że ziemia pod jej nogami zadrżała. Niepewnie uniosła wzrok na posąg i zapatrzyła się na niego z rozdziawionymi ustami.
Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie świadkiem czegoś tak dziwnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz