poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 1.61 - Górska przełęcz


Posąg zadrżał.
Najpierw tylko jego uniesione ramiona drgnęły, potem ruch przeniósł się w dół, na pozostałe partie ciała, jakby twór zaciekle walczył z pętającymi go siłami. Wreszcie szarpnął rękoma, uwalniając je, wyprostował z cichym zgrzytem kamienia, poruszył głową, a matowe, błękitne ślepia rozżarzyły się jaśniejszym światłem, skruszone kryształy tkwiące w jego ciele zalśniły, jakby ktoś tchnął w nie życie. Posąg oderwał od ziemi najpierw jedną, następnie drugą nogę i postawił je z powrotem, prostując się z wyraźną ulgą.
Ellen zdała sobie sprawę z tego, że stała z rozdziawionymi niezbyt mądrze ustami, dlatego pospiesznie je zamknęła i opuściła różdżkę kontrolną, przyglądając się nieufnie golemowi. Jak takie coś żyło? Od razu się na nich rzuci, czy może najpierw zbada teren? Umiało w ogóle mówić? Co myślało? Czy było świadome swojej egzystencji przez okres nieużywania?
Tym razem to nawet nie jest mag odezwał się golem głosem niskim, dość grubym, a jednak o delikatnej, dźwięcznej nucie.
I, co najbardziej oszołomiło Ellen, normalnie otwierał usta, mimika twarzy była taka sama jak u żywego człowieka. To odkrycie okazało się takim zaskoczeniem, że nie wyczuła w głosie golema irytacji.
Pewnie różdżka przypadkiem wpadła jej w ręce. Typowe podsumował.
Er… wydusiła zdezorientowana dziewczyna i podrapała się po nosie, patrząc na istotę ze zmieszaniem.
Czy golem mówił do siebie, czy do niej? Na pewno natomiast o niej.
I ja ciebie witam wybrnęła wreszcie i popatrzyła głupio na różdżkę, jakby to miało coś wyjaśnić lub zmienić.
Stałam tutaj, w tym miejscu, i obserwowałam, jak biegają wokół mnie ci głupi, mali wieśniacy westchnął golem, podczas gdy Strażniczka przyswajała fakt, że był kobietą. Trwało to bardzo długo. Wiele, wiele lat ciągnął opowieść, westchnąwszy ciężko.
Och, biedactwo! zawołała za plecami Ellen Leliana i pokręciła głową nad losem golema. To musiało być… bardzo, bardzo nudne zauważyła ze współczuciem i uśmiechnęła się pocieszająco do nowej znajomej.
I wieśniacy nie mieli pojęcia, że są obserwowani? spytał zdumiony Alistair, wytrzeszczywszy oczy.
Popatrzył zdruzgotany po towarzyszach.
Straszne mruknął pod nosem.
Zaczynałam już przyzwyczajać się do ciszy skwitował golem i przeniósł wzrok na Ellen.
Dziewczyna przełknęła ślinę.
Powiedz mi, czy wszyscy wieśniacy nie żyją? spytał, przekrzywiając głowę.
Strażniczka westchnęła i rozejrzała się dokoła, jakby szukała ocalałych. W końcu jednak doszła do wniosku, że wypadało odpowiedzieć, dlatego odważnie spojrzała na golema.
Nie, nie wszyscy odparła zgodnie z prawdą, zastanawiając się, po co to temu czemuś do szczęścia.
Planowało ich wytropić i zabić?
A więc niektórym udało się uciec? domyśliła się istota i westchnęła ciężko, jej oddech lekko rozwiał krótkie włosy Ellen. Wielka szkoda. — Pokręciła zawiedziona głową.
Masz jakieś imię? zagadnęła Strażniczka, kiedy cisza się przedłużyła i stała się niezręczna, a golem dalej się na nich patrzył ze znudzeniem.
Być może odparła istota i przymrużyła lśniące ślepia. Ale po tych wszystkich latach, gdy nazywano mnie „golemem”, mogło wypaść mi z głowy zauważyła z dobrze wyczuwalnym jadem. „Golemie, przynieś mi to krzesło”. „Bądź tak dobry, golemie, i zgnieć tego głupawego bandytę”. No i nie zapominajmy o: „Golemie, podnieś mnie. Chodzenie mnie już zmęczyło” przedrzeźniła swojego, prawdopodobnie, dawnego pana, czyli Wilhelma, a jej głos stał się nieco skrzekliwy.
Potem popatrzyła podejrzliwie na Ellen.
Ta… ma różdżkę kontrolną, prawda? Zbudziłam się, więc musi… mieć mruknęła niepewne.
Strażniczka zauważyła już, że golem zwracał się do niej w trzeciej osobie (co ją, prawdę mówiąc, coraz bardziej śmieszyło), dlatego szybko zorientowała się, iż te słowa skierowane były bezpośrednio do niej. Uśmiechnęła się i uniosła wyżej srebrnawy patyk.
Bez wątpienia ma, trzyma ją w ręku przedrzeźniła golema.
Widzę różdżkę kontrolną, ale nie czuję uściśliła. No, dalej. Niech wyda mi jakieś polecenie zażądała niecierpliwie i przytupała, od czego zadrżała ziemia pod stopami Ellen.
W porządku westchnęła i rozejrzała się, zastanawiając się, co mogła istocie rozkazać.
Potem zdecydowała się na coś bardzo prostego.
Przejdź tam rzuciła i machnęła różdżką w kierunku jednego z domów.
Golem popatrzył na nią przenikliwie, mrużąc oczy, po czym westchnął.
I… nic? Nic nie czuję mruknęła istota i podrapała się w głowę, co, prawdę mówiąc, wyglądało naprawdę zabawnie. Nie czuję przymusu, by wykonać tej polecenie. To chyba znaczy, że różdżka jest… popsuta? podsunęła w oszołomieniu.
Ellen wzruszyła ramionami, przyglądając się przyrządowi bez większych emocji. Jakoś ją to nie zdziwiło, całe to zamieszanie wokół golema od początku było głupim pomysłem.
Nie powinnaś się z tego powodu cieszyć? spytała od niechcenia, mając na uwadze, że dzięki temu golem odzyskał własną wolę i, właściwie, wolność.
Hmm. Nie można mi rozkazywać, a to by znaczyło, że… zamyśliła się i tym razem podrapała się w brodę. Mam wolną wolę, zgadza się? mruknęła.
Kiedy Ellen skinęła głową, widocznie się zafrapowała.
To po prostu… co teraz pocznę? Nie mam żadnych wspomnień poza tymi z okresu, gdy obserwowałam wioskę. Nie mam celu… czuję się zagubiona przyznała, spoglądając w zamyśleniu w ziemię, by nagle popatrzeć na stojącą bezradnie Ellen. A co ta na to? Musiała mnie przywrócić do życia w jakimś konkretnym celu, prawda? Co zamierza ze mną zrobić? zainteresowała się.
Nic nie zamierzam z tobą robić przyznała zgodnie z prawdą Strażniczka i wzruszyła ramionami.
Przez chwilę zastanawiała się, czy wyrzucić różdżkę kontrolną, ale potem doszła do wniosku, że kiedyś mogłaby się przydać. Dlatego zaniechała tego pomysłu i po prostu uśmiechnęła się krzywo.
Ach. Jakież to… niespodziewane? A jednocześnie pokrzepiające stwierdziła zaskoczona istota i westchnęła, najwyraźniej niepocieszona odpowiedzią. Domyślam się, że mam dwa wyjścia, zgadza się? Mogę pójść z tą albo… pójść gdzie indziej zauważyła nadzwyczaj błyskotliwie. Ja… nie wiem nawet, co znajduje się poza granicami tej wioski.
A co chcesz robić? zagadnęła spokojnie Ellen.
Tak długo obserwowałam tę wioskę, moje wcześniejsze wspomnienia są w najlepszym razie mgliste wyjaśniła smutnym głosem, rozkładając wielkie ramiona. No więc nie mam zielonego pojęcia, co chcę robić. Cieszę się, że mogę się wreszcie ruszyć, to mało? dodała zdenerwowana i łypnęła groźnie na Strażniczkę.
Ellen pomyślała, że potrzeba ruchu nie była zbyt górnolotnym planem na przyszłość, dlatego zastanowiła się nad tym, co zrobić z golemem. Skoro już go obudziła i nawet wdała się z nim w pogawędkę, powinna wziąć odpowiedzialność za to, czego się dopuściła.
Możesz pójść z nami zaproponowała, uznawszy, że nie miała wiele do stracenia.
Właściwie niczego nie traciła, a zyskiwała potężnego sojusznika. To już coś!
Czy na pewno chcesz brać z nami to coś? odezwał się nieśmiało Alistair, pokazując palcem golema.
Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że ostatnimi czasy coraz bardziej wątpił w Ellen, ale jej decyzje stawały się kontrowersyjne.
Może być niebezpieczne. I jest ogromne zauważył.
Potraktuj ją jak przenośny taran zaproponowała żartobliwie.
Celna uwaga mruknął nie do końca przekonany i westchnął ciężko, przeczesując palcami jasne włosy. W każdym razie lepsze to niż ja dodał złośliwie i rzucił Strażniczce znaczące spojrzenie.
Ellen pokręciła z lekkim uśmiechem głową.
W takim razie pójdę razem z tą… na razie zdecydował golem, zignorowawszy obiekcje Alistaira. Przy okazji – na imię mi Shale przedstawiła się ni stąd, ni zowąd.
Och, a więc to jest imię? Myślałam, że jakiś specjalistyczny termin odnoszący się do golemów, zdumiała się w duchu dziewczyna, jednak nie dała tego po sobie poznać, nie chcąc urazić nowej towarzyszki podróży.
Ja jestem Ellen odparła z uśmiechem i dotknęła wielkiego ramienia golema. Miło mi cię poznać. — Skinęła głową, a potem zawróciła i machnęła ręką, nakazując, by pozostali ruszyli za nią.
To powinno być interesujące skwitowała Shale, w jej głosie zabrzmiał cień szczerego zdumienia, jednak dziewczyna nie dociekała, o co mogło chodzić.
Skierowali się do wyjścia z Honnleath, mijając po drodze zakrwawione trupy pomiotów i zmasakrowane ciała mieszkańców – czy raczej ich fragmenty.
Strażniczka powróciła myślami do tajemniczej wioski Azyl oraz poszukiwań Urny Świętych Prochów. To było kompletne szaleństwo, jak niby mieli pomóc w ten sposób arlowi? Może brat Genitivus – o ile jeszcze żył – będzie znał odtrutkę dla Eamona? Ponieważ ona, tak po prawdzie, ani przez chwilę nie wierzyła, by urna istniała i mogła jakkolwiek pomóc.
Minęli drepczącą po trawniku kurę i dziewczyna popatrzyła na zwierzę zdezorientowana. Nie sądziła, że jakakolwiek istota przeżyła szturm pomiotów, jednak ona musiała na czas rzezi schować się w dziurze i teraz, kiedy wszystko się uspokoiło, wylazła w poszukiwaniu ziaren. Ellen uśmiechnęła się, przenosząc wzrok na rysujące się kawałek dalej sylwetki koni, i straciła zainteresowanie kurą.
Wtedy rozległ się rozpaczliwy ptasi wrzask, potem huk oraz cisza, która przyprawiła spłoszoną Strażniczkę o lodowate dreszcze na plecach. Obejrzała się wraz z przyjaciółmi na nieszczęsną kurę i zobaczyła tylko krwawą, nieco opierzoną miazgę w trawie oraz stojącą nad tym Shale.
Dziewczyna popatrzyła zdezorientowana na spryskanego szkarłatnymi kroplami golema.
Shale wzruszyła ramionami i ruszyła energicznym krokiem w dalszą drogę, zostawiając towarzyszy ze zmiażdżoną kurą.
Chyba… nie lubi ptaków odezwał się nadal oszołomiony Alistair. Swoją drogą, jako posąg ma do tego pełne prawo dodał rozbawiony i uśmiechnął się szeroko.
To będzie… długa podróż westchnęła Ellen, wzniosła oczy do pogodnego nieba i ruszyła w ślad za Shale, mając w duchu nadzieję, że golem lubił konie.
Kiedy przyszli, wszystkie wierzchowce grzecznie się pasły, oganiając lśniące boki od natrętnych much. Na widok Ellen Taika poderwała łeb i zarżała cicho, nastawiając uszy. Sprawnie poprowadzili konie na drogę i ich dosiedli, szykując się do wyruszenia. Strażniczka sprawdziła jeszcze mapę, upewniła się, którędy powinni pojechać, po czym popatrzyła na stojącą bezradnie Shale.
Dasz radę pobiec? Żaden koń cię nie udźwignie mruknęła, uśmiechając się nieśmiało.
Golem prychnął kpiąco i posłał dziewczynie miażdżące spojrzenie.
Oczywiście, że dam. Wyglądam tej na słabeusza? rzucił urażony i ruszył przodem.
To naprawdę będzie długa podróż podsumowała Leliana i westchnęła ciężko.
Ellen skinęła głową i machnęła ręką, dając towarzyszom znak do wyjazdu.

Droga do Azylu okazała się o wiele bardziej kręta, niż na to wyglądało. Na mapie szlak prezentował się całkiem przyjaźnie, podczas gdy w rzeczywistości był naprawdę zdradliwy oraz niebezpieczny. Wąska kamienista ścieżka prowadziła wzdłuż nagich skalnych zboczy gór, wodząc podróżników za nos i narażając ich na upadek z urwiska. Na początku nadmierna ostrożność wystarczała, ale po ujechaniu głębiej między Góry Mroźnego Grzbietu droga stała się jeszcze wilgotna, kopyta koni zaczęły się groźnie ślizgać.
Ellen, prowadząc Taikę po szlaku, doszła do ponurego wniosku, że to wszystko jej wina.
Gdybym się nie uparła na to Honnleath, zjechalibyśmy jak cywilizowani ludzie z głównego traktu pod Redcliffe i pojechalibyśmy normalną ścieżką warczała wściekła, łypiąc z niezadowoleniem na gromadzącą się u stóp góry mgłę.
Miała nadzieję, że obłok się nie podniesie, jeszcze tego by brakowało.
Ale wtedy ci wszyscy ludzie by zginęli pocieszała ją cierpliwie Wynne, odzywając się właściwie jako jedyna w drużynie, jeśli nie liczyć marudzącej przywódczyni. Podjęłaś właściwą decyzję, a niedogodności podróży wliczone są w ryzyko zawodowe tłumaczyła kojącym głosem.
I nie zdobyłabyś przenośnego tarana wtrącił ponuro Alistair, jadąc tuż za czarodziejką.
Łypnął nieufnie na krawędź półki skalnej, która wyznaczała granice ich szlaku.
Ellen, rozwidlenie! krzyknęła jadąca z przodu Leliana, zatrzymawszy Tallona.
Obejrzała się na towarzyszy, marszcząc czoło, kiedy patrzyła na mleczną mgłę.
Pogoda się psuje mruknęła, garbiąc się w siodle.
Chwila! zawołała Strażniczka i puściła wodze Taika, obracając się do przytroczonej do siodła torby.
Klacz momentalnie się zatrzymała, tworząc na szlaku kolejkę wierzchowców.
Dziewczyna wyjęła z bagażu mapę, ostrożnie ją rozłożyła, a potem rozprostowała na szyi Dzikiej, mrużąc oczy, by coś dojrzeć wśród podnoszącej się mgły. Kiedyś nie mogłaby pozwolić sobie na taką bezczelność na grzbiecie klaczy, ale, z nieznanych Ellen powodów, Taika niespodziewanie ją zaakceptowała i, poniekąd, zaufała.
Gdzie my, do cholery, jesteśmy? mruczała, sunąc palcem po namalowanych na pergaminie drogach.
Po dwukrotnym prześledzeniu trasy przebytej z Honnleath w końcu zorientowała się, gdzie utknęli.
W prawo! zdecydowała.
 Ledwie ujechali dziesięć, może dwadzieścia metrów w stronę, którą wybrała Strażniczka, a mgła dotarła na wysokość, gdzie się znajdowali. Biały obłok szczelnie otulił całe zbocze, ograniczając widoczność do tego stopnia, że zostali zmuszeni zatrzymać konie. Ellen nie zastanawiała się długo nad decyzją – ledwie widziała szyję Taiki, na której siedziała, nie wspominając o drodze pod nogami. Westchnęła ciężko i wyrzuciła nogi ze strzemion.
Zsiadamy! krzyknęła do towarzyszy i zeskoczyła z grzbietu klaczy, ciężko lądując na śliskiej od unoszącej się w powietrzu mgły skalnej półce.
Zdjęła wodze przez łeb wierzchowca i ruszyła przodem, prowadząc za sobą konia.
Stukot kopyt był jedynym dźwiękiem, który zakłócał przejmującą ciszę panującą w górach. Ellen przez pewien czas przyglądała się unoszącej się z jej ust parze, szybko jednak się tym znudziła i spróbowała dostrzec drogę, którą się poruszali. Mgła okazała się naprawdę gęsta, utrudniała podróż jak tylko mogła, co popsuło Strażniczce humor. Dodatkowo wszechogarniająca pustka oraz dobijający brak zajęcia bynajmniej nie poprawiały jej samopoczucia. Miała nadzieję, że niedługo pogoda się poprawi. Chyba że w górach było to normalne.
Po kilkudziesięciu minutach obłok, ku uldze Ellen, rozrzedził się, ukazując szerszą drogę, która się przed nimi rozciągała. Mogli nieco przyspieszyć, choć Strażniczka nie zgodziła się na ponowne wejście na konie. O tyle dobrze, że przynajmniej dało się już iść w czyimś towarzystwie i nawiązać rozmowę tak, by nie patrzeć w białą parę, tylko na czyjąś twarz.
Sytuację tę wykorzystała Wynne, zrównując się z idącą uparcie do przodu Ellen. Poklepała Altrivaire’a po szyi, spojrzała na dziewczynę, a potem westchnęła głośno, przenosząc wzrok na drogę częściowo skrytą we mgle.
Muszę cię zapytać, co dla ciebie znaczy bycie Szarą Strażniczką mruknęła powoli, jakby bardzo starannie dobierała słowa.
Zerknęła krótko na nadal ponurą Ellen.
O ile się orientuję, chodzi o to, żeby zabić jak najwięcej mrocznych pomiotów burknęła dziewczyna, dając upust irytacji.
Przedzierali się przez dziewicze góry w cholernej mgle i nawet nie mieli pewności, czy ich poświęcenie przyniesie rezultaty! Wprost wymarzony moment na filozoficzne rozmowy.
Tak, oczywiście, ale bycie Strażnikiem to przecież coś więcej niż tylko zabijanie pomiotów i ratowanie świata przed Plagą zgodziła się Wynne, skarciwszy Ellen spojrzeniem.
Dziewczyna znów poczuła się jak małe dziecko na lekcjach poczciwego Aldousa, kiedy to kolejny raz udzieliła durnej odpowiedzi na banalne pytanie.
Tak naprawdę najważniejsza jest służba stwierdziła z naciskiem Wynne. Strażnicy służą wszystkim bez wyjątku: elfom, krasnoludom, ludziom wyliczyła.
Chcesz powiedzieć, że służę jako obrońca? mruknęła niechętnie Ellen, poddawszy się woli czarodziejki i pogodziwszy się z faktem, że czekała ją ta mądra rozmowa.
Szary Strażnik stoi na straży ludzi. Robi to dlatego, że przetrwanie ich wszystkich jest ważniejsze od niego lub niej jako jednostki wytłumaczyła, patrząc poważnie na Ellen.
Dziewczyna z irytacją pomyślała, że wiedziała o tym wszystkim, poczuła się jednak dziwnie, kiedy usłyszała to w końcu od kogoś. Duncan… nigdy nie miał okazji jej tego wytłumaczyć, choć wydawało się to takie oczywiste.
A zatem to ty, nie oni, pełnią służbę kończyła w tym czasie czarodziejka.
Będę o tym pamiętać zapewniła Ellen, poprawiając wodze Taiki w dłoni.
Pełna świadomość zadania, jakie spoczywało na jej barkach, wcale nie ułatwiała parcia dalej, jednak dziewczyna wiedziała, że nie było już drogi odwrotu. Mogła się poddać w Ostagarze – i zginąć. Ale teraz wszystko spoczywało w jej rękach.
Dobry król – prawdziwy król, któremu leży na sercu dobro królestwa – używa swej władzy, by rządzić stanowczo, lecz sprawiedliwie. Jego pierwszym zadaniem jest służba poddanym ciągnęła niewzruszenie Wynne.
Ellen uderzyła myśl, że właśnie tak postępował jej ojciec, potem natomiast dopadło ją nieodparte skojarzenie, iż zaczynała się upodabniać do niego. Zaraz jednak skarciła się w duchu za naiwność. Nigdy nie będzie kimś tak wspaniałym jak Bryce Cousland, jakkolwiek by się nie oszukiwała. Zgarbiła ramiona, zamykając na chwilę oczy.
Król, który tego nie robi, który uważa, że władza jest jego prawem, a nie przywilejem, który nadużywa jej do prywatnych celów, jest tyranem zarysowała różnicę Wynne i popatrzyła na Ellen, zainteresowana jej reakcją.
Nie chcę władzy szepnęła dziewczyna i uniosła rękę, odszukując we mgle szyję Taiki.
Wczepiła palce w długą grzywę klaczy.
Nigdy jej nie chciałam dodała, zaciskając zęby.
Uciekała przed nią na wszelkie sposoby, jednak ona nadal cudem ją doganiała.
Jeśli żyjesz w odosobnieniu, a twoje czyny nie wypływają na nikogo prócz ciebie, wówczas możesz robić, co tylko ci się podoba stwierdziła twardym głosem Wynne. Ale jeśli masz siłę, wpływy i władzę, każdy twój krok jest jak kropla spadająca na nieruchomą taflę przejrzystej wody. Kropla tworzy falę, a fala się rozszerza. Pomyśl o tym, jak daleko może zajść i jak wiele zmienić zaproponowała i uśmiechnęła się łagodnie, zauważywszy przygnębienie dziewczyny. Jak zmieni się staw pod wpływem tej jednej kropli? rzuciła i po tych słowach zapadła dłuższa chwila ciszy. Ale dość już na dziś tych wykładów. Muszę przestać, nim całkowicie cię zanudzę zdecydowała.
Strażniczka nie odpowiedziała, zapatrzona w ziemię pod swoimi stopami.
Myśl, że była kroplą spadającą do nieruchomego stawu, wydawała się dość… ciekawa. Ale jeśli naprawdę każda jej decyzja mogła wywołać taką falę konsekwencji, to nie miała pewności, czy okazałaby się odpowiednią osobą do tego zadania. Rany przeszłości może już się zagoiły, jednak blizny pozostały. I nie potrafiła sobie z nimi poradzić, były jak cierń, który wszedł pod skórę, ale niemożliwy do zlokalizowania oraz nieustannie uwierający. Przychodziły takie chwile, kiedy skupiała się tylko na jego nieprzyjemnej egzystencji w ciele, a wtedy bardzo łatwo mogła zawieść.
Jak zza ściany dotarł do niej pogodny głos Alistaira, z trudem wyrwała się z ponurych rozmyślań i skupiła się na tym, co mówił. Najpierw myślała, że pytał o coś ją, ale szybko zrozumiała, że znowu rozmawiał z Shegarem.
Uśmiechnęła się delikatnie, przysłuchując się niecodziennemu dialogowi.
Słyszałem kiedyś taką starą legendę o Psich Wojownikach, którzy w czasach dawnych plemion żywili swoje mabari mięsem pokonanych opowiedział ogarowi.
Mabari zaskomlił cicho i opuścił łeb, łypiąc na Strażniczka. Nie wyglądał na przekonanego do tej historii, rozejrzał się ukradkiem, zupełnie jakby szukał drogi ucieczki przed niewygodnym towarzystwem.
Cóż, tak słyszałem przypomniał Alistair, uśmiechając się bardzo złośliwie, kiedy obserwował markotnego Shegara. Czasem było to ludzkie mięso rzucił niefrasobliwie, jakby nie miało to większego znaczenia.
Mabari znacząco się rozkaszlał, demonstrując, co myślał o zjadaniu ludzi, ale przestał udawać, kiedy zabrakło mu oddechu. Popatrzył z wyrzutem na Alistaira, tuląc uszy do łba.
Och, jakbyś potrafił wyczuć różnicę prychnął Strażnik i pokręcił z politowaniem głową. Być może ktoś już cię czymś nakarmił podsunął konspiracyjnym głosem, rozejrzał się dokoła, sprawdzając, czy ktoś podsłuchiwał, po czym nachylił się do ogara. Albo kimś sprostował podle.
Shegar podwinął pod siebie ogon i zaskomlił jak zbity pies – na którego, po prawdzie, w tej chwili wyglądał – kuląc się na ziemi, jakby dostał lanie od młodzieńca. Z pewnością wizja zjadania ludzi go nie ucieszyła.
Nigdy bym cię nie nakarmiła ludzkim mięsem wtrąciła uspokajająco Ellen i uśmiechnęła się czule do psa, wyciągając do niego dłoń.
Mabari zamerdał ogonem i ochoczo podbiegł do pani, wsadzając pysk pod jej rękę.
Wiesz, jeśli on to zje, to nie będzie kanibalizm zauważył z uśmiechem Alistair, wzruszając ramionami.
Shegar zawarczał na młodzieńca ostrzegawczo, co ostatecznie zakończyło nieprzyjemną rozmowę na temat upodobań kulinarnych bojowych zwierząt.
Prawdę mówiąc, Ellen ucieszyła się z ciszy, która zapadła po tej wymianie zdań. Chociaż nastrój na szlaku stał się od razu bardzo ponury i nieco straszny, przynajmniej mogła skupić myśli na czekającym ich zadaniu. Starała się ułożyć plan działania, jednak doskonale wiedziała, że poruszali się na ślepo. A tego nie lubiła.
Po dwóch godzinach ciągłego męczącego marszu pogoda wreszcie się ulitowała i nieznacznie się poprawiła – mgła przerzedziła się do tego stopnia, że można było dostrzec niemal całą drogę, po której się poruszali. Ellen z niepokojem zauważyła, że powietrze znacząco się ochłodziło, a słońce zawisło tuż nad horyzontem, szykując się do przyjścia nocy. Miała nadzieję, że dotrą na umówione miejsce spotkania z Bodahnem przed zmrokiem, bo podróżowanie w tych warunkach i w dodatku w ciemności byłoby zwykłą głupotą oraz brakiem odpowiedzialności.
Idźcie dalej tą drogą, ja sprawdzę, co jest w górze ścieżki postanowiła, zatrzymując Taikę.
Nie miałaby śmiałości zlecić tego komuś innemu, zresztą w przypadku klaczy była pewna, że poradzą sobie w trudnych warunkach. Nie chciała narażać towarzyszy na niebezpieczeństwo.
Jesteś pewna? spytała Leliana, patrząc, jak dziewczyna wkłada stopę w strzemię i przerzuca nogę nad grzbietem Dzikiej.
Na szlaku jest niebezpiecznie wtrącił Alistair, przyglądając się Ellen z niezadowoleniem.
Poklepał po szyi rosłego siwego ogiera, jakby chciał uspokoić tym samego siebie.
Dam sobie radę, będzie ze mną Taika rzuciła beztrosko i uśmiechnęła się pokrzepiająco do zmartwionych przyjaciół. Zaraz wrócę, nie pospadajcie ze skarpy, kiedy mnie nie będzie poprosiła żartobliwie i pogoniła klacz.
Taika bez wahania ruszyła energicznym stępem w górę drogi, nastawiając czujnie uszy. Kopyta zastukały głośniej na skalnej półce, a kłęby półprzezroczystej mgły zwinęły się spłoszone pod nogami klaczy, by zaraz uciec przed zmiażdżeniem i rozpłynąć się poza krawędzią. Ellen usiadła pewniej w siodle, zerknęła nerwowo na przepaść, po czym odetchnęła głęboko, przymykając oczy. Musiała zaufać wierzchowcowi, inaczej z pewnością coś się stanie.
Mgła zaczęła się przerzedzać, jednak niewiele to pomogło przy zapadającym zmierzchu. Kształty do tej pory rozmazywane przez białe obłoki teraz zostały przykryte warstwą mroku, która ukryła je w swoich objęciach. Ellen zaczęła żałować, że pojechała sama, bo, choć nie bała się ciemności, to poczuła się nieswojo nocą, bez nikogo na szlaku w ponurych, dzikich górach.
Myślisz, że dałoby się przyspieszyć? spytała cicho, dotykając szyi Dzikiej. Powinnyśmy jak najszybciej odszukać Bodahna, by pozostali nie podróżowali w takich ciemnościach dodała, jakby próbowała przekonać do tego samą siebie.
Nie była najlepszym jeźdźcem, cała nadzieja pozostawała w klaczy.
Taika parsknęła cicho, machnęła łbem i ruszyła lekkim, ostrożnym kłusem, uważnie stawiając nogi na śliskiej powierzchni. Ellen uczepiła się jej najpierw kurczowo, otworzywszy szeroko oczy, ale zaraz uświadomiła sobie, że w ten sposób wcale jej nie pomagała, dlatego spróbowała się rozluźnić i pojechać bardziej rytmicznie.
Klacz, wbrew mimowolnym obawom dziewczyny, okazała się nadzwyczaj stabilnym wierzchowcem w tych ekstremalnych warunkach. Poruszała się spokojnie i pewnie, zachowywała czujność za nie obie, pilnując, by nie stracić równowagi. Strażniczka po chwili poczuła się dzięki temu bezpieczniej, zdołała się rozluźnić.
Szkoda, że zostawiłam z nimi Shegara zamruczała, bezwiednie dotykając ciepłej szyi Dzikiej. Mógłby wytropić Bodahna i nas do niego zaprowadzić, a tak? Pewnie prędzej spadniemy niż do niego dotrzemy marudziła, rozglądając się z niepokojem.
Ciemność coraz bardziej gęstniała, pochłaniając kolejne górskie szczyty.
Taika parsknęła, uniosła wyżej łeb, po czym zastrzygła uszami i nagle ruszyła galopem. Nieprzygotowana na to dziewczyna pisnęła przestraszona i zachwiała się w siodle, starając się odzyskać równowagę. Wsparła się na szyi Dzikiej, otwierając szeroko oczy z przerażenia.
To… to na pewno nie było mądre!
Śliczna, zwolnij! zawołała, próbując zagłuszyć tętent kopyt. Spadniemy, zabijemy się i roztrzaskamy! rzuciła z przekonaniem, zastanawiając się, czy powinna szarpnąć za wodze, czy może klaczy zaufać.
Istniało ryzyko, że gdyby spróbowała ingerować w równowagę Taiki, klacz by się potknęła.
Dzika machnęła łbem i wyciągnęła dalej nogi. Ellen poczuła, jak jej mięśnie napinają się, jakby się do czegoś szykowała. Strażniczka nie wiedziała, co się za moment stanie aż do chwili, w której ujrzała, że szarość zmroku załamuje się na środku drogi, zapadając się w nieprzeniknioną ciemność. Wciągnęła ze świstem powietrze, puściła wodze, chwytając grzywę Dzikiej, i wezwała imię Stwórcy.
W następnej chwili Taika odbiła się od krawędzi przepaści i skoczyła nad przerażającą pustką, celując w mleczne kłęby mgły unoszące się kawałek dalej. Serce Ellen niniejszym zatrzepotało w piersi, zupełnie jakby chciało z niej wyfrunąć, po czym nagle zamarło, wstrzymując rozpaczliwy bieg. Przez bardzo krótką chwilę była pewna, że obie runą w przepaść i utopią się w białym obłoku mgły.
Wtedy kopyta Taiki trafiły na półkę skalną, rozległ się charakterystyczny stukot, który odbił się echem od górskich zboczy. Strażniczka przytrzymała się grzywy, z trudem łapiąc oddech, podczas gdy wierzchowiec ruszał dalej energicznym galopem. Dziewczyna przysięgła sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi, po czym skuliła się na grzbiecie.
Nie czekało na nią więcej niespodzianek. Taika biegła równym tempem, zachowując ostrożność i nie szalejąc. Głuchy stukot kopyt uderzających o skałę wżarł się w umysł, dźwięk stał się monotonnym, nieco irytującym elementem tła podróży, dlatego bardzo się zdziwiła, kiedy nagle ucichł.
Stój rzuciła zdezorientowana, unosząc wyżej ręce z wodzami, przez zaskoczenie zapomniawszy, jak poprawnie zatrzymać konia.
Jednak Dzikiej wystarczyło samo hasło – zaparła się nogami i zahamowała, nastawiając uszy. Ellen poprawiła się w siodle, rozglądając się czujnie dokoła. Po chwili dotarło do niej, że musiały zjechać ze skalnej drogi i znaleźć się w międzygórskiej dolinie. Zaklęła cicho, pochmurniejąc.
Przydałoby się światło burknęła niezadowolona, garbiąc plecy. Szkoda, że żadnego nie mamy, bez niego nie sprawdzę mapy dodała marudnie, przykładając łydki do boków klaczy.
Taika ruszyła spokojnym stępem, zwiesiwszy łeb, a Ellen potoczyła po okolicy uważnym spojrzeniem. Miała nadzieję, że trafiły w dobre miejsce, bo błądzenie wśród Gór Mroźnego Grzbietu byłoby prawdziwą głupotą. Zwłaszcza nocą!
Cmoknęła cicho na wierzchowca i ruszyły lekkim galopem, nie chcąc marnować czasu. Przez chwilę martwiła się o przyjaciół, ale zaraz uznała, że świetnie sobie sami poradzą; skupiła się na otoczeniu, szukając wzrokiem charakterystycznych punktów.
Kiedy dostrzegła migoczący w oddali płomień, najpierw pomyślała, że to tylko przywidzenie, jednak im bliżej podjeżdżały, tym wyraźniejsze było zjawisko. Dziewczyna w końcu uwierzyła, że to ognisko w obozie, i przemknęło jej przez myśl, iż mógł to być Bodahn. Pospieszyła Dziką, starając się zachować chłodny dystans do całej sytuacji, jednak po dziesięciu minutach jazdy okazało się, że ostrożność była całkowicie zbędna.
Krasnolud powitał ją bardzo serdecznie i zmartwił się, że przyjechała zupełnie sama. Szybko mu wytłumaczyła, dlaczego zostawiła przyjaciół, i ustalili, że Bodahn przygotuje dla nich kolację, podczas gdy będą do niego jechać. Nim Strażniczka ruszyła po towarzyszy, wypytała kupca o Azyl. Dowiedziała się, że na zboczu góry, u której stóp rozbił obóz, z pewnością ktoś mieszkał, ale nie potrafił powiedzieć niczego więcej. Uzbrojona w te informacje zawróciła po przyjaciół.
Dotarli całą grupą do obozu bez większych problemów, nad przepaścią Wynne i Morrigan wyczarowały most, po którym przedostali się na drugą stronę. Kiedy wreszcie zatrzymali się przy ognisku w obozie, zziębnięci oraz głodni, Bodahn podał im gorącą zupę, beztrosko opowiadając o wieściach z kraju. Nikt go, tak naprawdę, nie słuchał, po posiłku wypakowali z bagaży tylko koce, resztę wrzucili na wóz krasnoluda i, głusi na ostrzeżenia, że nocami w górach było zimno, legli prosto na ziemię przy ognisku, niemal natychmiast zasypiając.
Pierwsza obudziła się Ellen, jeszcze przed świtem, zmuszona do tego przez nieprzyjemny sen z udziałem mrocznych pomiotów oraz paskudne zimno przenikające ją na wskroś. Usiadła zaspana na wilgotnej ziemi i rozejrzała się dokoła nieprzytomnym wzrokiem, marszcząc czoło. Otaczała ją gęsta, mleczna mgła, tak nieprzenikniona, że dziewczyna nie widziała nawet własnych stóp. Otuliła się szczelniej kocem i pogłaskała Shegara, w którego bok wtuliła się w nocy, i spróbowała przekonać samą siebie, że czas zbierać się w drogę.
Obudzenie przyjaciół oraz nie podeptanie ich okazało się prawdziwym wyzwaniem. Zanim usiedli zaspani do skromnego i szybkiego śniadania, mgła zdążyła już opaść na tyle, że ukazała zza swojej kurtyny najbliższe otoczenie. Markotni oraz zmęczeni osiodłali konie, a Ellen wypytała krasnoluda o drogę, by się nie zgubić po wejściu na zbocze. Chwilę później wszyscy siedzieli już na wierzchowcach.
Tak więc ruszyli w stronę wskazaną przez Bodahna, odprowadzani jego żarliwymi zapewnieniami o pilnowaniu powierzonych mu rzeczy i zbieraniu wszelkich informacji z Fereldenu, by wszyscy byli na bieżąco z decyzjami Anory, królowej, oraz jej regenta, Loghaina. Także Sandal, syn kupca, gorąco żegnał wojowników, choć w jego przypadku ograniczało się to do głośnego i radosnego wykrzykiwania „zaklęcie! Zaklęcie!”. Młody krasnolud z pewnością był częściowo niedorozwinięty, może przez wpływ lyrium, z którym pracował przy zaklinaniu broni oraz zbroi. Jednak nie sposób było odmówić mu niesamowitych umiejętności wychwalanych przy każdej nadarzającej się okazji przez Bodahna.
Ścieżka, którą wskazał im krasnolud, była dość bezpieczna, a już na pewno bezpieczniejsza od skarpy prowadzącej od Honnleath do doliny, gdzie schronił się kupiec. Jednak wciąż pozostawała śliska oraz kamienista, nie dało się jechać szybciej niż ostrożnym, spokojnym stępem. Ellen, przewodząca całej grupie, dość wcześnie zrozumiała poważny błąd, jaki popełnili – może i teraz konie okazywały się przydatne, ale co zrobią z nimi na miejscu? Z pewnością nie było tam publicznych stajni.
Stać poleciła, uniósłszy rękę.
Taika grzecznie się zatrzymała, choć potknęła się na śliskim kamieniu i, straciwszy równowagę, zjechała kawałek w dół po drodze, niemal wpadając zadem na stojącego za nią Tallona.
Co znowu? rzuciła z tyłów Morrigan takim głosem, że Strażniczka powinna natychmiast wydać rozkaz do podjęcia marszu.
Konie. Co niby z nimi zrobimy? rzuciła dziewczyna, obróciwszy się w siodle tak, by widzieć towarzyszy.
Alistair, ku jej irytacji, wzruszył bezradnie ramionami.
Do kieszeni ich nie schowamy warknęła zdenerwowana. Nie będzie gdzie ich w Azylu zostawić, dlatego myślę, że lepiej dać je do pilnowania Bodahnowi. My możemy wspiąć się na zbocze pieszo zdecydowała, zawracając Taikę.
Nie ma to jak nadłożenie drogi z samego rana westchnął Alistair, posłusznie kierując Kreoisa za Dziką.
Ellen posłała mu takie spojrzenie, że zaśmiał się nerwowo i rozłożył ramiona.
Nic nie mówiłem!
Strażniczka prychnęła cicho, dając upust irytacji.
Nikt się już potem nie odezwał, nie chcąc bardziej dziewczyny denerwować. Także Bodahn, po wyrażeniu bezbrzeżnego zdumienia, ograniczył się tylko do niezbędnych odpowiedzi oraz kiwania głową. O dziwo zwrócenie koni pod opiekę krasnoluda wcale nie trwało bardzo długo i wkrótce potem wspinali się tą samą drogą, którą niedawno przemierzali na grzbietach wierzchowców.
Ellen niespodziewanie poczuła wobec zwierząt szczery szacunek i wdzięczność, ponieważ okazało się, że utrzymanie równowagi na górskim szlaku było niezwykle trudne. Stopy ślizgały się na wilgotnej ziemi, kamienie osuwały się w dół zbocza przy najmniejszym obciążeniu, a dokoła nie było niczego, za co dałoby się złapać.
Strażniczka dwukrotnie zaryła nosem w ziemię, nim Zevran zadeklarował się jej pomóc. Co prawda jego wsparcie nieco ją zaskoczyło – nie wyglądał na osobę gotową do takich poświęceń – ale nie pogardziła podanym ramieniem. Chwilę szli w milczeniu, słysząc za plecami głosy rozmawiających towarzyszy, przez co Ellen niemal zapomniała o obecności elfa, zamyśliwszy się nad zadaniem, które ich czekało, i samą wioską Azyl.
Mam pytanie, jeśli można zagadnął niespodziewanie Zevran, przerywając zastanowienie dziewczyny.
Spojrzała na niego zaciekawiona, nie do końca rozumiejąc, dlaczego elf tak intensywnie wpatrywał się w jej oczy.
Pytaj śmiało odparła z uśmiechem, wzruszając ramionami.
Speszona wzrokiem towarzysza zapatrzyła się w drogę, po której się wspinali.
Chodzi o to: przysięgałem ci służbę, prawda? zaczął, westchnąwszy głośno.
Ellen zerknęła na niego krótko, nieco zaniepokojona jego słowami.
Rozumiem też cel twojej wyprawy i wszystko jest w porządku zapewnił pospiesznie, jakby wyczuł podejrzliwość dziewczyny. Chciałem zapytać o to, co zamierzasz zrobić ze mną, gdy skończy się to zamieszanie. Z czystej ciekawości sprecyzował, powracając do swobodnego głosu.
Ellen tak zaskoczyło to pytanie, że aż się potknęła i prawie zaryła nosem w ziemię, gdyby nie Zevran, który bohatersko ją przytrzymał, ratując przed upadkiem. Jakoś się pozbierała i popatrzyła na elfa wielkimi oczami.
Dlaczego miałabym coś z tobą robić? wydusiła, unosząc bardzo wysoko brwi.
Och, nie mam na myśli nic konkretnego zapewnił, uśmiechając się dziwnie, co kazało się jej zastanowić, czy rzeczywiście mówił prawdę. Można by przypuszczać, że gdy zakończy się twoja wyprawa jako Szarej Strażniczki, nie będziesz potrzebowała towarzystwa skrytobójcy zauważył nonszalanckim tonem, nadal bardzo dziwnie się uśmiechając. Czy może się mylę? — Popatrzył na nią przeszywająco.
Wizja ukończenia tej podróży oraz pokonania Plagi była dla Ellen tak abstrakcyjna, że zupełnie nie miała pomysłu na odpowiedź. Zevran niewątpliwie był prawdziwym optymistą, skoro z góry założył ich sukces. Poza tym dziewczyna wyczuła, że elf oczekiwał pewnej określonej informacji, której mu zwyczajnie nie mogła udzielić. Domyślała się, że miało to wiele wspólnego z jego naturą podrywacza, ale taki scenariusz na pewno nie był dla niej.
Uśmiechnęła się, wiedząc już, co mu powie.
Zawsze przyda się towarzystwo przyjaciela stwierdziła, przenosząc na niego pogodne spojrzenie.
Właśnie jako kogoś takiego go widziała, nieco irytującego oraz szczerego do bólu przyjaciela.
Naprawdę? wyrwało się mu ze zdumieniem, jakby zupełnie się tego nie spodziewał. Hmm. Może byłoby miło tak o sobie myśleć, skoro o tym mowa przyznał powoli.
Po chwili posłał jej pogodny uśmiech.
Dobrze znać swoje możliwości z wyprzedzeniem uznał, przymrużając łobuzersko oczy, i obejrzał się przez ramię.
Ellen podążyła za jego wzrokiem, jednak dostrzegła tylko idącego za nimi Alistaira podtrzymującego Wynne. Zupełnie nie zrozumiała, o co chodziło Zevranowi.
Ale to temat na inną rozmowę. Na razie przed nami dużo roboty, prawda? zakończył niespodziewanie, uśmiechając się znacząco.
Nie da się ukryć podsumowała, dalej uważnie przyglądając się elfowi i zastanawiając się, co miał na myśli.
Szybko porzuciła te rozmyślania i skupiła się na drodze, ufnie wspierając się na towarzyszu.
Żadne z nich nie było świadome ponurego spojrzenia, jakim obdarzał plecy idących z przodu kompanów Alistair. Nagła irytacja, jaka go ogarnęła, kiedy Zevran ujął Ellen pod ramię, nie chciała minąć mimo usilnych prób pozbycia się jej. Cierpliwie sobie tłumaczył, że tylko się przyjaźnili, że to nic więcej, a jego niechęć do elfa wynikała z faktu, że był groźnym skrytobójcą i mu nie ufał, martwiąc się o Ellen. W końcu to jego przyjaciółka, jedyna towarzyszka w fereldeńskiej Szarej Straży, to przecież normalna reakcja!
Nie przejmuj się Zevranem odezwała się niespodziewanie Wynne, obdarzając Alistaira łagodnym uśmiechem. On jest jak dziecko, lubi się bawić, ale niczego nie traktuje poważnie. Ellen nie należy do osób, które by taki układ interesował.
Niewiele to poskutkowało, Alistair jeszcze bardziej się nachmurzył.
Zaskakująco dobrze go poznałaś przez te kilka dni, od kiedy Ellen przyjęła go do drużyny burknął, wyraźnie podkreśliwszy, kto go chciał w ich wesołej gromadce.
Raz jeszcze łypnął na parę, mrużąc oczy.
Zbliża się tydzień poprawiła go ze spokojem. Zresztą to widać, każdy już to dostrzegł… oprócz ciebie dodała z irytacją i spojrzała na niego karcąco.
Nie było tematu fuknął zdenerwowany i zapatrzył się naburmuszony w drogę, próbując zapomnieć o całym świecie.
Jak sobie życzysz poddała się czarodziejka.
Po dziesięciu minutach doszli do rozwidlenia i, podług znaku, który stał na poboczu, skręcili w lewo, gdzie mieli natrafić na małą wioskę Azyl. Na całe szczęście ta droga okazała się bezpieczniejsza i, przede wszystkim, suchsza, dzięki czemu każdy mógł iść o własnych siłach bez obawy, że zaraz upadnie. Ellen, rozglądając się z ciekawością i kontemplując iglaste drzewa, zastanawiając się, czy naprawdę zrobiło się zimno, czy tylko jej się zdawało, natrafiła wzrokiem na idącą leniwie Shale. Uśmiechnęła się do golema, jednak w odpowiedzi usłyszała tylko ciężkie westchnienie.
Dlaczego tak wzdychasz? zagadnęła przyjaźnie, przekrzywiając głowę.
Co? mruknęła Shale, przenosząc zdezorientowany wzrok na Strażniczkę. Ach, o to chodzi dodała, nim Ellen powtórzyła pytanie. Rozmyślam tylko nad beznadziejnością zadania, jakie przed tą stoi. Najprawdopodobniej skończy się to tym, że zostanie po tej i tej kompanach mokra plama na kamieniu pod stopami mrocznych pomiotów przepowiedziała optymistycznie, wzruszając ramionami.
Ellen uśmiechnęła się krzywo, zastanawiając się, czy się śmiać, czy płakać.
Uronię po tej tragedii jedną łzę zapewnił golem, kiwając głową w zadumie.
Dobrze chociaż wiedzieć, że cię to obchodzi rzuciła rozbawiona Strażniczka.
Tak jest. Jedna łza, a później wyruszę na północ zdecydowała, patrząc zamyślona przed siebie. A może na zachód? Jeszcze nie postanowiłam.
Ellen przytaknęła z uśmiechem, szczerze rozbawiona wizją świetlanej przyszłości, którą roztoczyła przed nimi Shale. Wstyd przyznać, ale sama podejrzewała, że tak właśnie skończą.
Co to? warknął nagle golem, strasząc pogrążoną w myślach Strażniczkę. Słyszała szum skrzydeł? dopytywała Shale, rozglądając się podejrzliwie po otaczających ją drzewach.
Ellen uniosła brew, przypatrując się towarzyszce ze zdumieniem.
W pobliżu mogą być gołębie rzuciła konspiracyjnym głosem, pochyliwszy się do dziewczyny. Powinniśmy mieć się na baczności dodała bojowym tonem, prostując się groźnie, jakby zamierzała zniszczyć wszystkie ptaki w całym Fereldenie.
Tak, bez dwóch zdań zgodziła się Ellen, dusząc w piersi śmiech.
Wyglądało na to, że prócz hordy pomiotów będą musieli zgładzić również hordę gołębi, bo inaczej Shale nie zazna spokoju.
W końcu ponad wierzchołkami drzew ujrzeli wąskie smużki popielatego dymu świadczące o czyjejś obecności. Ten widok poprawił nastrój Strażniczce, która zaczęła już wątpić w istnienie jakiegokolwiek Azylu. Uśmiechnęła się z ulgą, odgarnęła włosy z twarzy i potarła zziębnięte ramiona, przyglądając się skonsternowana zalegającym na ziemi kupkom śniegu. Robiło się coraz zimniej, a oni nie mieli ciepłych okryć. Kiedy tylko dotrą na miejsce, muszą się zaopatrzyć w odpowiednie odzienia.
Po kolejnych kilku minutach marszu dotarli do zabezpieczonej drogi wiodącej prosto do niedużej, pogrążonej w ciszy wioski. Wszyscy zgodnie stanęli, przyglądając się celowi swojej podróży.
Nigdy nie słyszałem o tym, by miała się tu znajdować jakakolwiek wioska odezwał się powoli Alistair, przerywając dojmującą ciszę. Czy to miejsce jest chociaż na mapie? zwrócił się skonsternowany do Ellen.
Na naszej jest odparła, odrywając wzrok od drogi i przenosząc go na twarz Strażnika. Ale na żadnej innej go nie widziałam uzupełniła, uśmiechając się do przyjaciela. No nic, chodźmy. Trzeba znaleźć brata Genitivusa, uleczyć Eamona i przy okazji ocalić świat rzuciła, wywróciła oczami i ruszyła przodem.
Bez problemu odparł Alistair, prychnąwszy z rozbawieniem. Jak się sprężymy, to pewnie zdążymy na obiad dodał, uśmiechając się z przekąsem.
A kto wtedy stawia piwo? zainteresował się rozweselony Zevran.
Mogę się poświęcić. Tylko miejmy to z głowy poprosiła Ellen znużonym głosem.
W takim razie wypijemy zdrowie Strażniczki! zdecydował, rozkładając ramiona.
Wioska Azyl z każdym przebytym metrem rosła w oczach, wzbudzając w sercu Ellen coraz większy niepokój. Nie lubiła takich przeczuć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz