poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 1.62 - Wioska Azyl


— Co robicie w Azylu? — spytał obojętny głos, przyprawiając idącą śmiało do wejścia do wioski Ellen o nieprzyjemny dreszcz.
Strażniczka zatrzymała się gwałtownie, wlepiając zdezorientowane spojrzenie w wyłaniającego się zza drzew iglastych mężczyznę.
Chwilę temu była święcie przekonana, że nikogo w miejscowości nie odszukają, zdawała się pusta oraz cicha, tymczasem ktoś pilnował wejścia. Przyjrzała się wojownikowi uważnie, jego surowej, pociągłej twarzy i przeszywającym, ciemnym oczom, dziwnie zamglonym, jakby nie do końca kontaktował z rzeczywistością. Zerknęła przez ramię na towarzyszy, uczucie niepokoju wzmogło się.
— Nic tu dla was nie ma — zapewnił mężczyzna, przyglądając się grupce bez większego zainteresowania, jakby codziennie przeganiał z progu swojego domu Wiedźmy z Głuszy, qunari, Antivańskie Kruki, Szarych Strażników oraz tym podobnych gości.
— Mamy tu pewną sprawę do załatwienia — stwierdziła zgodnie z prawdą Ellen, starając się zabrzmieć sympatycznie, żeby wzbudzić w obcym trochę zaufania.
— Nie, nie macie — padła zdecydowana odpowiedź, która zbiła dziewczynę z tropu.
Wymieniła zszokowane spojrzenie z Lelianą, zaskoczona tą bezczelnością. Czy tu naprawdę nie wolno było wpuszczać podróżnych do miejscowości, zwłaszcza że znajdowali się w zimnych, nieprzystępnych górach? A gdyby nie prezentowali się tak dobrze oraz groźnie, tylko błagaliby o ratunek, też by ich pogoniono jak bezpańskie, natrętne psy?
— Wiedziałbym, gdyby ktoś spodziewał się… gości — zapewnił strażnik, spoglądając ze znudzeniem na stojącą ze zmarszczonym czołem Ellen.
Strażniczka wykrzywiła w irytacji usta i poważnie zastanowiła się nad tym, jak mogła przekonać mężczyznę, by wpuścił ich za bramę. Nie chciała na wstępie robić sobie wrogów – jeśli mieli odszukać zgubę, potrzebowali pomocy miejscowych.
— Jest tutaj brat Genitivus? — spytała prosto z mostu, nie mając ochoty na zabawę w durne podchody.
— Kto? — mruknął bez przekonania, unosząc brew.
Ellen wypuściła zrezygnowana powietrze. Pudło, najwyraźniej.
— Może Wielebny Ojciec Erik wie, o co ci chodzi. Niestety właśnie świadczy duchową posługę dla mieszkańców wioski i nie wolno mu przeszkadzać — oznajmił strażnik, wzruszając ramionami.
Strażniczka jeszcze mocniej zmarszczyła czoło, jednak jej zaskoczenie wyraziła Leliana. Prychnęła cicho i postąpiła krok w przód, by być lepiej widoczną w tym niedużym tłumie, jaki utknął pod bramą Azylu.
— Wielebny ojciec? — powtórzyła. — Pierwsze słyszę — dodała, rozkładając bezradnie ręce, i spojrzała pytająco na Ellen.
Dziewczyna również wzruszyła ramionami, będąc tak samo zdezorientowaną, co była zakonnica. I były templariusz, jak wywnioskowała po zerknięciu na Alistaira. Żadne z nich nigdy nie słyszało o wielebnych ojcach, zwykle świątyniami Zakonu – a właściwie zawsze – zarządzały wielebne matki.
— Tu, w Azylu, zawsze tak było. Nie kwestionujemy tradycji — oznajmił bez większego przejęcia strażnik i spojrzał nieprzychylnie na Lelianę.
Ellen delikatnie wepchnęła przyjaciółkę z powrotem za siebie. Chociaż wysoka łuczniczka i tak była dobrze widoczna zza drobnej oraz niskiej Strażniczki.
— Wasze tradycje aż tak różnią się od naszych? — spytała szczerze zaciekawiona, przekrzywiając głowę z ładnym uśmiechem.
Z lekcji historii pamiętała, że górskie ludy – czy może nawet już plemiona – mocno izolowały się od pozostałej części narodu, uważając mieszkańców nizin za osoby gorsze lub zwyczajnie niebezpieczne, jednak nigdy się z tym nie spotkała. Właściwie nigdy nie podróżowała tak wysoko w góry, ale, patrząc na to z tej strony, podczas tej Plagi wiele rzeczy robiła po raz pierwszy, więc przestało ją to specjalnie dziwić.
— U nas nie wszystko jest tak jak na nizinach — stwierdził strażnik, wlepiwszy w Ellen przeszywające, nieprzychylne spojrzenie, jakby poruszyła zakazany temat.
Strażniczka poczuła, że niniejszym bardzo poważnie przegrała.
— Dobrze więc — pokajała się grzecznie, unosząc ręce w obronnym geście i cofając się dwa kroki. — Wybacz — dodała pod nosem, starając się tak bardzo nie krzywić.
Nie miała pojęcia, za co dokładnie mieszkańca Azylu przepraszała, ale wiedziała, że to będzie najrozsądniejsze posunięcie. Jeśli nie mogła do niego trafić rozsądnymi argumentami oraz w miarę inteligentną rozmową, to spróbuje się w jakikolwiek sposób podlizać, nie widziała innej możliwości.
— Możecie dokonać zakupów w naszym sklepie — zgodził się wspaniałomyślnie strażnik, na co oczy Ellen zabłysły nieśmiałym entuzjazmem. — A potem zabierz swych towarzyszy i ruszajcie w drogę — zażądał, zstępując ze ścieżki, którą zagradzał, i wpuszczając wojowników do Azylu.
Ellen skinęła głową, machnęła ręką na pozostałych i podążyła przodem, uważnie przyglądając się miejscowości, do której trafili.
Dokoła stały pojedyncze kamienne domki z drewnianymi dachami, ziemię pokrywała cienka warstwa śniegu, w oddali dostrzegła stadko dziobiących ziarna kur. Poza tą grupką ptaków, której na szczęście nie zauważyła Shale, w wiosce nie było nawet śladu życia. Mimo że nie należała do największych, jakie Ellen w swoim życiu ujrzała, wydawało się, że to miasteczko duchów.
Dziewczyna uniosła brwi, niepewnie zagłębiając się między budynki i czujnie obserwując otoczenie, jakby ktoś miał ją nagle zaatakować. Znając jej szczęście, pewnie byłby to złośliwy twór Pustki, taki jak cień albo mniejszy demon albo może plugawiec.
— Zrobiło się zimno, czy tylko mi się wydaje? — rzucił kpiąco rozbawionym głosem Alistair, wskazawszy kciukiem kierunek bramy wioski, żeby sprecyzować, kogo miał na myśli.
Bo zimno, ogółem, rzeczywiście było. Ellen w tamtym momencie z całą mocą zdecydowała, że jak tylko znajdą sklep, zaopatrzą się w ciepłe płaszcze. Potem bezczelnie przeprowadzą przeszpiegi w Azylu. Ten strażnik chyba nie myślał, że dobrowolnie opuszczą wioskę bez zdobycia żadnych informacji?
— Coś ukrywają — skwitowała Morrigan, wzruszając ramionami. — To chyba oczywiste, nieprawdaż? — dodała, przeniósłszy przeszywający wzrok na plecy Ellen.
Strażniczka skinęła ochoczo głową, w duchu współczując czarownicy z powodu stroju, jaki miała na sobie. Właściwie trafniej byłoby powiedzieć, że z powodu stroju, jakiego na sobie nie miała. Ellen po cichu jednak wierzyła, że Morrigan rzuciła na siebie zaklęcie rozgrzewające. Mogłaby je rzucić także na grupę, ale taka prośba z pewnością skończyłaby się dla nich marnie. A zwłaszcza dla niej jako liderki. Porzuciła pomysł, nim nawet do końca się ukształtował w jej głowie.
— Ach, spokojne, zamknięte społeczności — westchnął teatralnie Zevran, założywszy ręce za głowę. — Tyle tylko, że za zamkniętymi drzwiami zawsze kryje się coś paskudnego. — Rozejrzał się dokoła. — Mam nadzieję, że używają łańcuchów i poproszą, żebym się przyłączył — zakończył radośnie i wyszczerzył zęby.
— Zevran! — skarciła go rozbawiona Ellen, wzniosła oczy do nieba, a potem skierowała się na drogę wiodącą pod zbocze, na szczycie którego również dostrzegła domki.
Może tam znajdował się sklep? Oczywiście, chciała jak najszybciej rozeznać się w okolicy i dowiedzieć się wszystkiego o bracie Genitivusie, jednak lada moment mogła zamarznąć, a Strażniczka-sopelek raczej na niewiele się przyda. Ewentualnie byłaby w stanie oderwać się od dachu i roztrzaskać komuś głowę przy upadku.
Westchnęła ciężko, porażona błyskotliwością swoich przemyśleń, i doszła do wniosku, że zimno odmroziło jej mózg. Oby nie trwale.
— Interesująca strategia — zagrzmiał wtedy chrypliwym głosem Sten, płosząc zamyśloną Strażniczkę.
Ellen zatrzymała się i obejrzała się zdezorientowana na olbrzyma, unosząc brwi, podczas gdy on wymijał pozostałych towarzyszy i ustawiał się tuż przed dziewczyną. W takich chwilach, kiedy stała przy qunari, wydawała się jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości.
— Powiedz mi: zamierzasz podróżować na północ, aż stanie się ona południem, i wtedy zaatakujesz arcydemona od tyłu? — spytał z kpiną, świdrując Strażniczkę przeszywającym spojrzeniem.
Ellen, nie wiedząc jeszcze, jak miała tę wypowiedź odebrać, uśmiechnęła się nieśmiało i rozłożyła bezradnie ręce. W porę ugryzła się w język, zanim odpowiedziała, że podróżowali na północny wschód.
— Na pewno się tego nie spodziewa — zauważyła wesoło i zerknęła na pozostałych, wyczuwając nieprzyjemne napięcie w powietrzu.
— Ja byłbym bardzo zaskoczony, gdyby mój wróg wykonał odwrót zamiast zaatakować — zgodził się ponurym głosem Sten, nie spuszczając wzroku z drobnej Couslandki.
Ellen poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach, zacisnęła dłonie w pięści i odpowiedziała równie pewnym siebie wzrokiem, zirytowana oskarżeniem jej o odwrót. Przez cały ten czas nie uchyliła się od odpowiedzialności i szła do celu, jakim prawem zarzucał jej coś takiego? Jednak nie chciała się wściekać, może źle go zrozumiała, może wszyscy mieli gorszy dzień, a jej obowiązkiem było to rozumieć, skoro im dowodziła.
— Sprowadza nas tu choroba arla Eamona — wyjaśniła cierpliwie, marszcząc czoło.
Usłyszała, że pozostali zaczynali cicho szeptać między sobą, jednak to zignorowała, skupiona na kolejnej potyczce, w jaką została wepchnięta. Tym razem w słowną.
— I to ma mu pomóc? — spytał.
— Prochy mogą go uzdrowić — zgodziła się, mocniej zacisnąwszy dłonie w pięści, jakby się powstrzymywała od wyprowadzenia ciosu w szczękę Stena.
Należało raczej przemilczeć, że z pewnością by nie sięgnęła tak wysoko.
Nie miała pojęcia, jak się zachować w takiej sytuacji. Do tej pory nikt nie kwestionował jej kompetencji przywódczych, została wepchnięta w tę rolę na siłę, właśnie przez towarzyszy, tymczasem była teraz świadkiem buntu. Nie wiedziała, jak z powrotem odzyskać posłuch i nie wiedziała, czy nie będzie to miało wpływu na relacje z pozostałymi. Nie chciała tracić w ich oczach tej marnej namiastki szacunku, jaki z trudem zbudowała.
— Podziwiam twoje nastawienie — stwierdził kpiąco Sten. — Ale zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie oszalałaś — dodał dobitnie.
Ellen mocniej się napięła, gorączkowo się zastanawiając, czy za tę zniewagę powinna już wyciągnąć konsekwencje. Nie potrafiła być dowódcą!
— Naszym celem jest arcydemon, a oddalamy się od niego, bo szukamy spalonych szczątków jakiejś kobiety. Nie będę za tobą ślepo podążał, gdy uciekasz przed walką — uznał, postępując krok w stronę stojącej przed nim drobinki.
Drobinki, w której oczach zajaśniał czysty gniew.
Jak śmiał zarzucić jej ucieczkę? Jak śmiał zarzucić jej tchórzostwo? Przez cały ten czas, od kiedy zbudziły ją krzyki w Wysokożu tamtej pamiętnej nocy, szła odważnie przed siebie. Owszem, wahała się, zastanawiała się nad wycofaniem, a jednak doszła aż tu. Sten nie miał pojęcia. Nie miał pojęcia, o czym mówił, jakie argumenty wyciągał.
Czy może doskonale o tym wiedział? Czy naprawdę chciał ją sprowokować, naprawdę chciał sprawdzić, kim w istocie była, czy dysponowała wystarczającą siłą?
W tym momencie nie miała pewności, czy pragnęła dalej utrzymywać przywództwo, ale wiedziała, że nie zamierzała pozwolić się obrażać.
— Wcale nie uciekam, Sten — uświadomiła mu drżącym od wstrzymywanej złości głosem, starając się, by każde słowo zabrzmiało wyraźnie.
— Wcale nie, przejmuję dowodzenie — zarządził, nie oderwawszy od twarzy Ellen świdrującego wzroku.
To krótkie zdanie wprawiło ją w osłupienie. Uniosła wyżej głowę i zamrugała, wpatrując się w Stena bez zrozumienia. Jak to – przejmuje dowodzenie? Tak po prostu? I ona miała się wycofać z podkulonym ogonem, bo w jego oczach zawiodła, bo jemu się nie podobała jako dowódca, bo zamierzał poprowadzić ich według własnego widzimisię?
— Co takiego? — spytała na głos.
Słowa zabrzmiały nadzwyczaj spokojnie, jakby cała złość uleciała z dziewczyny, zostawiając po sobie idealne opanowanie.
— Broń się, Strażniczko — zażądał Sten, dobywając wielkiego, dwuręcznego miecza, i wycelował ostrzem w szyję Ellen. — Załatwimy to tu i teraz — dodał, przymrużając oczy, kiedy obserwował stojącą nieruchomo przeciwniczkę.
— Nie no, wy chyba nie na poważnie? — odezwał się spłoszony Alistair i wykonał taki ruch, jakby chciał postąpić kilka kroków w przód i ich rozdzielić, jednak zatrzymała go wyciągnięta dłoń Couslandki.
Spojrzał na przyjaciółkę zmieszany.
— Nie mieszaj się. Cofnąć się i się nie wtrącać — wydała krótkie rozkazy, nie odrywając wzroku od Stena. — Nikt nie będzie zarzucał Couslandom tchórzostwa — dodała niższym głosem.
— Ale… — zaczął znowu Alistair, przerażony wizją walki olbrzymiego qunari, istnej maszyny do zabijania, z drobną Ellen.
— Słyszałeś, cofnij się i daj się im pobawić — skarcił go Zevran, szarpnąwszy nieczule za łokieć, żeby Strażnik wrócił do szeregu.
— Zaczynajmy — zaproponowała Ellen, uśmiechając się kącikiem ust, rozłożyła ręce i popatrzyła wyzywająco na qunari.
— A broń? — szepnął pod nosem zaniepokojony Alistair, walcząc z przemożną ochotą, żeby przerwać tę całą maskaradę.
Doskonale jednak wiedział, że to Strażniczka miała całkowity posłuch u grupy i gdyby nawet próbował przemówić Stenowi do rozsądku, spotkałoby się to ze zrozumieniem na poziomie zerowym.
Wtedy dwuręczne ostrze gwałtownie uderzyło, z niezwykłą szybkością, w jaką broń tej wielkości nie wprowadziłby żaden człowiek, nawet najbardziej krzepki. Nie natrafiło jednak na ofiarę, wbiło się w ziemię. Ellen lądowała już miękko kawałek dalej, na ugiętych nogach, z czujnym spojrzeniem wbitym w przeciwnika, pochylona i napięta.
Sten znów wziął zamach, ostrze ze świstem przecięło powietrze, Strażniczka odskoczyła, a kiedy qunari wyprowadził cios rękojeścią w jej głowę, bez najmniejszego trudu wygięła się w tył i opadła przedramionami na ziemię, unikając uderzenia. Wsparła cały ciężar ciała na rękach, wbiła łokcie w zamarzniętą glebę i wykopała w dłoń qunari, którą trzymał miecz, by odtrącić od siebie broń.
Sten cofnął się sprawnie, unikając ataku, podczas gdy Ellen przeturlała się w tył, w mgnieniu oka dobyła sztyletów i ruszyła na rosłego wojownika, celując w jego bok. Zablokował cięcie dwuręcznym mieczem, wyprowadził atak w ramię Strażniczki, ale ona już lądowała kilka metrów dalej i ponownie ruszała, okrążając przeciwnika.
Walka była przedziwna. Qunari nie można było odmówić ani zręczności, ani krzepy, radził sobie z atakami Ellen, jednak wydawało się, jakby został częściowo zepchnięty do defensywy. Dziewczyna doskakiwała do niego i zaraz uciekała, igrała z większym oraz o wiele silniejszym przeciwnikiem, prowokowała, czasami bez przekonania atakując.
W pierwszej chwili Alistair doszedł do wniosku, że zwyczajnie nie chciała zranić Stena, w końcu traktowała go jak przyjaciela i nie planowała nikogo z drużyny tracić. Potem uświadomił sobie, co mu strategia dziewczyny przypominała. Tak samo Ellen walczyła z ogrem. Porównanie niezwykle go rozbawiło, przez co zachichotał cicho pod nosem, zaskoczony trafnością tej wizji.
Strażniczka zawiodła Stena aż pod linię pobliskich drzew iglastych, przenosząc tam potyczkę. Chwilę wymieniali się ciosami, które ani razu celu nie sięgnęły, gdy w końcu Ellen sprowokowała ryzykowny atak. Uderzenie nie trafiło w nią – kucnęła, unikając zranienia, a ostrze zatopiło się w pniu wielkiej sosny, nieruchomiejąc na chwilę. Na chwilę wystarczająco długą, by Strażniczka zdołała wskoczyć na klingę, przebiec po niej dwa kroki, a potem odbić się od metalu i wylądować na plecach Stena. Otoczyła jego szyję ramieniem, wspierając się stopami na umięśnionych barkach, i przytknęła ostrze sztyletu do odsłoniętego gardła, z trudem łapiąc oddech.
Wydawałoby się, że oto Strażniczka wygrała, jednak Sten chwycił ją olbrzymią dłonią za kark i zszarpnął z siebie jak natrętnego kociaka, który wspiął się po jego spodniach. Bez najmniejszych oporów cisnął zdumioną dziewczyną o ziemię, uderzenie poniosło się dokoła głuchym hukiem, aż Zevran oraz Leliana syknęli ze współczuciem przez zęby. Sten ruszył do przeciwniczki, by zakończyć dzieła, podczas gdy ona rozpaczliwie próbowała sobie przypomnieć, gdzie była ziemia, a gdzie niebo.
Wtedy poderwała głowę, przesunęła wzrokiem po sylwetce wojownika, po czym skoczyła w przód, nawet nie trudząc się prostowaniem. Przemknęła pod linią obrony, sparowała jedno cięcie, rzuciła się na jego klatkę piersiową i całą siłą rozpędu go przewaliła, siadając na nim okrakiem. Nim zdążył zareagować, poderwała sztylet nad głowę i wymierzyła cios w jego gardło, nawet nie mrugnąwszy okiem.
Leliana krzyknęła cicho w przerażeniu, jednak Wynne przytrzymała jej łokieć, na wypadek gdyby łuczniczce wpadło do głowy powstrzymywanie Strażniczki. Pozostali patrzyli na to w całkowitym oszołomieniu.
Ostrze jednak nigdy nie sięgnęło pierwotnego celu, wbiło się w ziemię tuż przy szyi Stena, ale nawet nie przecięło skóry. Strażniczka złapała oddech, puściła rękojeść, popatrzyła w oczy qunari, a potem zeszła z niego i wyciągnęła w jego stronę dłoń, by pomóc mu wstać.
Olbrzym jeszcze chwilę wpatrywał się w przeciwniczkę, jednak chwycił jej rękę i podniósł się, nie odrywając od niej spokojnego spojrzenia.
— Myliłem się — stwierdził, puściwszy dłoń Ellen. — Jesteś wystarczająco silna. Co teraz? — spytał, najpewniej oczekując, że zostanie wydalony z drużyny lub zabity za nieposłuszeństwo.
Strażniczka po prostu się uśmiechnęła, przekrzywiając głowę.
— To zależy od ciebie — uznała, wzruszając bezradnie ramionami.
Sten milczał krótką chwilę.
— Prowadź. Pójdę za tobą — zdecydował i podniósł miecz.
Nim Ellen zdążyła się schylić po sztylet, sam wyrwał broń z ziemi i podał jej bez słowa, zaraz ruszając z powrotem do szeregu.
Strażniczka znowu się uśmiechnęła, schowała ostrze i popatrzyła na towarzyszy, jakby szukała oznak buntu. Nikt nie odezwał się słowem, przyglądając się jej uważnie, dlatego machnęła ręką w stronę drogi, którą szli.
— Nie przedłużajmy więcej — zaproponowała i ruszyła przodem.
Pozostali podążyli grzecznie za nią, a prowadzone do tej pory ściszone rozmowy całkowicie umilkły, jakby niektórzy bali się, że skończą tak samo jak Sten – w pojedynku z dowódcą. Tak naprawdę rozmyślali o tym, czego byli świadkami, i otrzeźwił ich dopiero cichy dziecięcy głosik, który niespodziewanie rozbrzmiał kawałek z przodu. Zgodnie przyspieszyli kroku, Ellen wymieniła spojrzenie z Lelianą.
Za zakrętem ujrzeli smukłego chłopca. Nie mógł mieć więcej niż trzynaście lat, był dziwnie wychudły, jednak jego oczy jaśniały niezdrowym światłem. Brązową czupryną szarpał wiatr, podziurawione ubrania nie dawały żadnej ochrony przed zimnem, jednak dzieciak jakby tego nie zauważał, spoglądał niewidzącym wzrokiem w dal.
Dokoła niósł się monotonny, trochę przerażający wierszyk, który chłopiec wytrwale recytował:
Dalej, dalej, piękna Ann, gdzieżeś była, powiedz nam.
Byłaś w górze, w dole byłaś?
W mieście króliki goniłaś?
Dalej, dalej, piękna Ann, gdzieżeś była, powiedz nam.
Dalej, dalej, piękna Ann, łóżko ci wygodne dam.
Pod kołderką skryjesz się.
Burza tam nie sięgnie cię.
Dalej, dalej, piękna Ann, łóżko ci wygodne dam.
Dalej, dalej, piękna Ann, śpij spokojnie sobie tam.
Mszysty głaz, z palca kość,
Tylko Ann wie o tym dość.
Dalej, dalej, piękna Ann, śpij spokojnie sobie tam.
Ellen spojrzała zaniepokojona na Alistaira, kiedy jednak młodzieniec wzruszył ramionami, dając znać, że nie wiedział, o czym chłopiec mówił, Strażniczka westchnęła cicho. Ruchem dłoni nakazała pozostałym zostać z tyłu. Sama odważnie ruszyła do przodu, w stronę dziecka, na co ono zamilkło i zapatrzyło się na nią z niesamowitym spokojem oraz dziwną obojętnością, którą zaobserwowali już u strażnika.
— Kim jesteś? — spytało cicho. — Nie powinno cię tutaj być — dodało, cofając się krok przed zbliżającą się dziewczyną.
To ostatecznie przekonało ją, by się zatrzymała. Nie chciała straszyć chłopca, na razie był jedyną żywą osobą w Azylu, nie licząc dziwnego strażnika. Miała nadzieję czegoś się od niego dowiedzieć.
— Gdzie są pozostali? — zapytała łagodnie.
— W świątyni — mruknął chłopiec, wpatrując się w nią z podejrzliwością. — Mama chciała, żebym poszedł do świątyni… ale teraz nie może mi już mówić, co mam robić! Mam już dość słuchania ojca Erika, dzieciaków i dziewczyn. Wkrótce będę dostatecznie duży, żeby pójść na górę i… — rozkręcał się, jego oczy mocniej rozbłysły.
— Pójść na górę? — wtrąciła mimowolnie Ellen, przenosząc wzrok na górujący ponad wioską szczyt pogrążony w obłoku jasnej chmury.
— To nic takiego — stwierdził chłopiec, w jednej chwili powróciwszy do cichego i wypranego z emocji tonu. — Tam jest po prostu przyjemniej, ale ty tego nie zrozumiesz. To nie jest miejsce dla mieszkańców nizin.
— No dobrze — westchnęła Ellen, szybko zrozumiawszy, że za wiele od niego nie wyciągnie. — Wiesz może, gdzie znajduje się sklep? Chcemy zrobić zakupy i stąd wyjechać — wyjaśniła ciepłym głosem.
Chłopiec jeszcze chwilę się w nią wpatrywał, intensywnie do tego stopnia, że nieznacznie się zmieszała pod ostrzałem tego spojrzenia. Wreszcie dziecko wyciągnęło rękę i wskazało ścieżkę, którą najpierw obrali, wiodącą pod górę, gdzie na szczycie zbocza wznosiły się kolejne domy.
— Bardzo dziękuję. Do zobaczenia! — pożegnała się grzecznie, pomachała mu, a potem zawróciła do pozostałych, skinieniem głowy zarządzając ruszenie w odpowiednią stronę. — To nie jest normalna wspólnota, coś jest nie tak — mruknęła na tyle cicho, by podzielić się spostrzeżeniem tylko z towarzyszami.
— Wioska jest bardzo spokojna — stwierdziła Morrigan, przyśpieszywszy kroku i zrównawszy się z idącą z przodu Ellen.
Strażniczka zerknęła na nią.
— Pozory jednak często mylą — dodała czarownica, uśmiechając się pod nosem.
Dziewczyna skinęła głową i przeniosła wzrok na wyłaniające się zza zbocza budynki.
— Miejcie oczy otwarte — rozkazała napiętym głosem, samej rozglądając się czujnie. — Trzeba to miejsce potraktować jako jedną wielką pułapkę, inaczej możemy się nieprzyjemnie zdziwić.
Towarzysze odpowiedzieli jej zgodnym pomrukiem aprobaty, tylko Shale westchnęła głośno, demonstrując, tak dla odmiany, dezaprobatę. Jednak nie dyskutowała z decyzją Ellen i to dziewczynie w zupełności wystarczyło.
Kiedy dotarli pod drzwi, nad którymi wisiał stary, nieczytelny szyld, zdradzając, że znaleźli się przed sklepem, Strażniczka znowu ich zatrzymała. Nikogo jednak nie dostrzegła, również Shegar nie próbował ich ostrzegać, zatem dało się sądzić, że na razie było bezpiecznie.
— Morrigan, Sten, Shale, zostańcie pod drzwiami — zdecydowała, marszcząc czoło. — Reszta pójdzie ze mną. Nie, Shegar, ty też tu pilnuj — dodała, widząc, że pies już rusza ochoczo do wejścia prowadzącego do sklepu.
Ogar zaskomlił żałośnie, jednak posłusznie zawrócił i położył się na zimnej ziemi. Morrigan popatrzyła zaskoczona na Ellen, unosząc z uprzejmym zainteresowaniem brew.
— Czemu znowu mamy gdzieś zostawiać? — spytała, nawet nie próbując maskować niezadowolenia z tego faktu.
— Wolałabym, żeby nas nie otoczyli, kiedy będziemy w sklepie. Zostajecie w charakterze tylnej straży, przypilnujecie, by w razie konieczności dało się wydostać z budynku — wyjaśniła dziewczyna, postanowiwszy zignorować fakt, że brzmiało to jak marna teoria spiskowa.
— Tak, zacofani wieśniacy rzucą się na nas z widłami i pochodniami — parsknęła Morrigan, która nie zamierzała ignorować tej manii prześladowczej. — To już paranoja.
— Może i paranoja, ale źle się tu czuję — mruknęła Ellen, przesuwając spojrzeniem po górujących nad nimi drzewach. — To zajmie tylko chwilę — obiecała, nacisnęła klamkę i przekroczyła próg w towarzystwie pozostałych wojowników, których nie zostawiła u drzwi.
Sklep wydawał się niezwykle biedny. Półki zionęły pustkami, pod sufitem pająki założyły kolonie pająki, prawie nie było towarów. W tej istnej nicości za skromną ladą stał żylasty, niewysoki mężczyzna o gęstym szarym wąsie. Na jego obliczu pojawiło się zdumienie wymieszane z przerażeniem, kiedy Ellen wraz z towarzyszami weszła głębiej do sklepiku. Dziewczyna dostrzegła jeszcze jedne drzwi, szczelnie zamknięte, i doszła do wniosku, że musiały prowadzić do mieszkania sklepikarza. Pociągnęła nosem, czując dziwny, jakby znajomy, ale zniekształcony zapach.
— Coś cuchnie — mruknęła do Leliany, jednak nie poczekała na odpowiedź.
Skierowała się do lady, pozwalając towarzyszom rozejść się po pomieszczeniu.
— Kim jesteś? — zaatakował spłoszony mężczyzna, wyprostowawszy się sztywno za ladą. — Nie jesteś z Azylu.
Ellen westchnęła ciężko i zacisnęła z irytacją usta, zatrzymując się przed rozmówcą. Nawet od niego była trochę niższa, jednak już przywykła do swoich gabarytów.
— Dlaczego wszyscy mi to powtarzają, jak gdybym sama nie wiedziała? — parsknęła i zabębniła palcami w zakurzoną ladę.
— Yyy — wyraził się konkretnie, zmieszany jej odpowiedzią. — Rzadko ktoś nas odwiedza — wyjaśnił, spuściwszy z natarczywego tonu.
— Widziałeś człowieka, którego zwą bratem Genitivusem? — spytała, tocząc po sklepiku zainteresowanym spojrzeniem.
Gdy skończyła wypowiedź, powróciła wzrokiem do mężczyzny, żeby przypadkiem sobie nie pomyślał, że presja zmalała.
— Nie… Nigdy nie słyszałem tego imienia — zapewnił i wzruszył ramionami, robiąc znudzoną minę.
Ellen podświadomie wyczuła, że niczego z mężczyzny nie wyciągnie, zresztą mógł mówić prawdę, a wtedy nie było sensu naciskać. Jednak wrażenie niepokoju wzmogło się, zastukała nerwowo palcami w ladę i westchnęła głośno.
— To sklep, prawda? — rzuciła od niechcenia, by zmienić temat. — Muszę kupić kilka rzeczy.
— Nie mam zbyt wiele, ale rzuć okiem — zaproponował, odetchnąwszy z ulgą, i cofnął się pół kroku, zamaszystym ruchem ramienia prezentując zionące pustkami półki.
— Interesują mnie ciepłe płaszcze — sprecyzowała potrzeby i uśmiechnęła się wymuszenie uprzejmie.
— W jakich rozmiarach? — spytał, wychodząc zza lady i kierując się do stojącej w rogu pomieszczenia szafy.
Spojrzał podejrzliwie na towarzyszy dziewczyny, jakby się bał, że zaraz się na niego rzucą, by go zabić.
— Pokaż wszystkie, jakie masz — westchnęła z rezygnacją Ellen.
Zbyt dużego wyboru nie było, wyglądały tak samo, miały ten sam bury kolor i ten sam prosty krój, jednak, przede wszystkim, okazały się naprawdę ciepłe. Z pomocą Leliany udało się Ellen dobrać płaszcze niemal na każdego towarzysza – oprócz Shale i Shegara, oczywiście, tych dwoje miało własne sposoby na ogrzanie się. Zadowolona z zakupu, zapłaciwszy zarobionymi w Denerim pieniędzmi, skierowała się wraz z przyjaciółmi do wyjścia. Raz jeszcze pociągnęła nosem, przekonana, że ta woń coś jej przypominała, jednak nie miała czasu na zastanawianie się, wyszli przed sklep.
Tam Ellen rozdała pozostałym zakupione dla nich płaszcze. Każdy pospiesznie się w nie ubrał, nie mając ochoty zgrywać twardych oraz wytrzymałych, którym chłód nie przeszkadzał. Strażniczka również opatuliła się płaszczem (jedyny dziecięcy pasujący na nią, może i ten z największych, ale nadal dziecięcy, co nieco uraziło dumę dziewczyny) i odetchnęła z ulgą, nawet nie słuchając Morrigan mruczącej o tym niesamowitym szturmie, jaki wieśniacy na nich przypuścili, kiedy dziewczyna heroicznie kupowała ciepłe odzienie w miejscowym rozlatującym się sklepiku.
— Normalnie zaproponowałabym, żebyśmy się rozdzielili, jednak… — zaczęła, opanowawszy szczękanie zębami, i popatrzyła na towarzyszy z powagą. — To, moim zdaniem, zbyt niebezpieczne. Coś tu jest bardzo nie tak, nikt nie chce z nami współpracować, coś wyraźnie ukrywają. Musimy się dowiedzieć co i upewnić się, że brat Genitivus rzeczywiście nigdy tu nie dotarł, jak utrzymują — zdecydowała, ruszając dziarskim krokiem z powrotem w dół drogi. — Shegar, szukaj.
Pies zerwał się z ziemi, przycisnął uszy do łba i potruchtał przodem z przysuniętym do ziemi nosem, łapczywie nabierając powietrze.
Zaraz za nim podążyli pozostali wojownicy i po chwili niecodzienna grupa schodziła zamarzniętym wzgórzem z powrotem między drobne domki, by odkryć, jaką tajemnicę skrywał za szczelnie zamkniętymi murami Azyl.

2 komentarze: