wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.63 - Brat Genitivus


Shegar zbiegł ze zbocza i poprowadził towarzyszy między skromne domki, ani na chwilę nie uniósłszy łba znad ziemi. Tuż za nim maszerowała dzielnie Ellen, rozglądając się czujnie, jednak po chłopcu nie było ani śladu i żaden inny mieszkaniec nie postanowił im się niespodziewanie objawić. Zaczynała się czuć coraz bardziej nieswojo, ale starała się ignorować to wrażenie.
Czyżby Shegar złapał trop? Tylko czyj? Brata Genitivusa nigdy nie widział, nie miał okazji wyczuć jego zapachu, ale może…?
— Czy to ptaki? — spytała nagle Shale, przyprawiając Ellen niemal o zawał serca, kiedy mocny głos golema rozbrzmiał w upiornej ciszy. — Powinniśmy je odszukać… i zniszczyć! — syknęła, rozglądając się z ogniem w oczach.
Ellen z prawdziwym trudem powstrzymała się od zabrania Stenowi jego dwuręcznego ostrza oraz urąbania nim kamiennej głowy towarzyszki. Odetchnęła głęboko, obróciła się do Shale i uśmiechnęła się wymuszenie, starając się rozluźnić napięte mięśnie twarzy.
— Zniszczymy je później, jeśli sami nie zostaniemy zniszczeni przez tych cholernych mieszkańców, których tu nie ma! — dokończyła o wiele mocniej i ruszyła znów za Shegarem, który cierpliwie czekał, aż będą mogli podjąć poszukiwania.
— Może tę coś zniszczy — burknęła urażona Shale. — Skoro taka malutka i pyskata, takie się najlepiej gniecie na miazgę. — Poczłapała za Strażniczką, która komentarz zignorowała.
— Właściwie trafna uwaga, jakby tak spojrzeć z tej strony, co? — podjął niespodziewanie Zevran, układając z wyprostowanych palców swego rodzaju ramkę, w której umieścił postać idącej żwawo Ellen. — Mała? Mała. Pyskata? Pyskata. Nic dodać, nic ująć, przynajmniej miło dla oka wywija bio… — ciągnął, uśmiechając się coraz szerzej.
W następnej chwili w ramce elfa pojawił się palec Strażniczki, którym prawie dziabnęła go we wścibskie oko, aż się Zevran zatrzymał. Opuścił konstrukcję z dłoni i spojrzał z zainteresowaniem na czerwoną na twarzy przywódczynię.
— Żeby ci to małe i pyskate nie dorobiło zaraz symetrycznego tatuażu z drugiej strony gęby — warknęła, wpatrując się morderczo w elfa. — Za darmo — prychnęła zdenerwowana i wystrzeliła jak z procy z powrotem do Shegara.
— A jakie drażliwe! – zawołał za nią, jeszcze bardziej zadowolony z efektu, jaki odniósł jego niewinny żarcik. — Z takimi to przynajmniej ciekawie, nie? — dodał porozumiewawczo do idącego obok Alistaira.
Widząc pochmurną minę Strażnika, machnął z rezygnacją ręką.
— E, z kim ja rozmawiam, ten to nawet nie wie, co to biustonosz — skwitował, wzruszył ramionami, a potem swobodnym krokiem wyprzedził młodzieńca, zrównując się z Lelianą.
— Ja mu ten blond czerep kiedyś ukręcę, nie ma siły — wycedził przez zęby Alistair, odprowadzając Zevrana niezadowolonym spojrzeniem.
W ogóle nie rozumiał, dlaczego się tak na elfa zdenerwował. Po prostu działał mu na nerwy ten niewydarzony skrytobójca jeden, kobieciarz cholerny, kochanek wszechczasów, psia go mać.
— Ależ oczywiście, Alistairze — westchnęła Wynne, poklepując Strażnika po ramieniu. — Niezwłocznie, drogie dziecko, niezwłocznie — poparła nieszczęśnika.
Leliana zachichotała, podobnie jak Zevran bardzo dobrze się bawiąc tym obopólnym – czy raczej Ellen oraz Alistaira – oburzeniem, jednak nieco bezsensowne pogawędki zostały brutalnie zakończone przez Shegara.
Ogar zatrzymał się gwałtownie, przez co nadal walcząca z rumieńcem Ellen na niego wpadła, wciągnął powietrze i zjeżył sierść, rozglądając się dokoła, jakby zgubił trop. Strażniczka pospiesznie wycofała się z psa i stanęła kawałek z boku. Musiał coś wyczuć, skoro tak się zachował.
Niespodziewanie skręcił i rzucił się biegiem do pobliskiego domu, powarkując gardłowo. Ellen obejrzała się przez ramię na towarzyszy, unosząc brwi. Zaraz podążyli za psem, nie chcąc go zgubić. Mabari zatrzymał się pod drzwiami jednego z budynków, skoczył na deski, szczekając z niezadowoleniem, i zaczął natarczywie drapać drewno.
Ellen syknęła spłoszona, oczami wyobraźni już widząc, jak się będzie musiała gęsto tłumaczyć z zachowania podopiecznego. Dopadła do Shegara i zdecydowanie go odepchnęła, karcąc za tak nieodpowiedzialne zachowanie. Ogar przypadł pokajany do ziemi, jednak sierść dalej jeżył, łypiąc groźnie na domek.
— Nikogo nie ma? — zastanowił się na głos Alistair i zajrzał przez okno do izdebki. — Taki hałas umarłego by zbudził — dodał, starając się coś dojrzeć przez zakurzoną szybę.
Ellen znowu syknęła niezadowolona i zamachała rękoma, co miało najpewniej oznaczać, żeby ktoś go od tego okna zabrał. Pierwsza przekaz pojęła Leliana, dlatego odciągnęła Strażnika i skarciła go spojrzeniem, powstrzymując chichot.
— Zapukajmy — zaproponowała Ellen z całą powagą, chociaż już wychwyciła złośliwy uśmieszek Zevrana. — Przecież mówię, że zapukamy — dodała z naciskiem, pokazawszy elfowi język.
— Ależ proszę, ja nic nie powiedziałem — wycofał się pospiesznie Zevran, jednak tego rozognionego spojrzenia ze Strażniczki nie zdjął.
— Nienawidzę cię — wyznała mu z głębokim uczuciem Ellen, po czym odwróciła się od drzwi i spróbowała ich nie roztrzaskać subtelnym pukaniem.
Nie było tak źle, co prawda załomotała w deski dość głośno, jednak i tak narobiła mniej hałasu niż dobijający się do drzwi Shegar. Jak nikogo nie było, tak nikogo nie było, jakby dosłownie cała wioska wymarła, już bez żadnych marnych wyjątków.
— No dobrze — westchnęła Ellen, spoglądając na drzwi podejrzliwie. — To daje pewne podstawy, by wejść do środka. W końcu mój ogar bojowy wyczuł stamtąd niebezpieczeństwo i… — zaczęła wymyślać plan awaryjny na wypadek, gdyby mieszkaniec przyłapał ich na włamie.
— A od kiedy to się bawimy w takie subtelności? — prychnął Zevran, przepchnął się między Lelianą a Wynne i bezczelnie nacisnął klamkę.
— Zevranie! — sapnęła z oburzeniem sędziwa czarodziejka, jednak na tym wykład o dobrym wychowaniu się skończył, ponieważ drzwi ani drgnęły.
— Zamknięte — zauważyła błyskotliwie Ellen.
— Nie da się ukryć, nasz genialny dowódco — zgodził się Zevran, schylił z szacunkiem głowę i grzecznie się wycofał, robiąc mistrzowi miejsce.
— Jeśli to całe zamieszanie nie będzie warte zachodu, ten kundel naprawdę tego pożałuje — burknęła Morrigan.
Shegar zapiszczał z oburzeniem, jednak nie podniósł się z ziemi, czekając na polecenie właścicielki.
— Dobra, koniec błaznowania, nie mamy czasu — zdecydowała Ellen, cofając się kilka kroków, po czym stanęła na jednej nodze, szykując się do rozwiązania ich tymczasowego problemu, jakim były zamknięte drzwi.
— I to lubię! — zawołał Zevran, podczas gdy Strażniczka, z nabytą już wprawą, bez trudu wyważała zatrzaśnięte przejście.
Deski upadły z głuchym hukiem na podłogę, wzbijając w powietrze chmurę kurzu, do pogrążonego w ciemności wnętrza wpadło mdłe światło słoneczne. Ellen odkaszlnęła, złapała z powrotem równowagę, po czym z Shegarem u nogi przekroczyła próg, ciekawsko zaglądając do środka. Niewiele widziała w tym mroku, jednak dostrzegła niewyraźne kontury mebli, stołu, paleniska, kilku krzeseł, w głębi sieni chyba znajdowały się kolejne drzwi.
Stanęła bezradna na środku pokoju, podczas gdy pozostali nieśmiało za nią wchodzili.
— Morrigan — rzuciła Ellen, mrużąc z wysiłkiem oczy, kiedy próbowała się dopatrzeć czegoś sensownego.
Czarownica bez większych protestów uniosła dłoń i przywołała nad nią kulę złocistego światła, tak jasnego w tym panującym w całym Azylu półmroku, o domku nie wspominając, że początkowo oślepiło zebranych. Potrzebowali chwili, by przyzwyczaić do niego oczy, jednak zanim mogli się przyjrzeć pomieszczeniu, rozległo się zaniepokojone warczenie Shegara.
Ellen rozejrzała się czujnie, jeszcze przymrużając powieki, ale żadnego zagrożenia nie ujrzała. Dostrzegła natomiast stojący pod ścianą niewielki, zbity z desek ołtarzyk. Ołtarzyk, podobnie jak podłoga przy nim, pokryty niemal w całości krwią. Świeżą krwią.
Strażniczka otworzyła szerzej oczy, przyglądając się leżącemu na zaplamionych deskach wielkiemu nożowi, po czym ruszyła tam w towarzystwie pozostałych. Nie odważyli się odezwać słowem, nawet jak stanęli półkolem wokół ołtarzyka.
— Nie spodziewałam się znaleźć czegoś tak niepokojącego — przyznała Leliana, odsunąwszy dłoń od ust, żeby było ją lepiej słychać.
— Może używają go do przyrządzania posiłków? — zaproponował Alistair i posłał towarzyszom uśmiech, mając nadzieję, że trochę ich tym rozpogodzi.
— Nie sądzę — mruknęła grobowym głosem Ellen, przyglądając się skapującej na posadzkę krwi.
— Staram się zachować optymizm — burknął, po czym westchnął ciężko i potarł tył głowy. — Druga możliwość jest trochę bardziej niepokojąca — dodał ciszej, uciekając wzrokiem w bok.
— To ludzka krew — zawyrokowała Morrigan.
— Nie to chciałam usłyszeć — stwierdziła ponuro rozbawiona Strażniczka i wzdrygnęła się, zamykając na chwilę oczy.
— Zastanawiam się… — odezwał się niespodziewanie Zevran, w dodatku bardzo poważnym głosem, dlatego większość spojrzała na niego wyczekująco. — Kruki często składały krwawe ofiary, co dawało im niesamowite moce — rzucił anegdotą.
— Coś jest bardzo nie w porządku z tą wioską, prawda? — podsumowała Wynne, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Ellen przytaknęła w ciszy, z trudem oderwała wzrok od zalegającej dokoła krwi, po czym parsknęła wściekła. Ruszyła do wyjścia, przepchnąwszy się między towarzyszami. Pozostali wymienili ze sobą zdumione spojrzenia i podążyli za Strażniczką, uznawszy, że oględziny najwyraźniej skończone.
— Idziemy do sklepu — zdecydowała, przemaszerowawszy po wyważonych drzwiach i wypadłszy na zewnątrz.
Dopiero tam odwróciła się do przyjaciół, przyglądając się im z ogniem w oczach.
— Zadamy panu sklepikarzowi kilka pytań — dodała, uśmiechnęła się złowieszczo pod nosem, a potem zawróciła i puściła się biegiem w drogę powrotną.
— Ale czy ten pośpiech to konieczny na pewno jest? — zawołał za nią Alistair.
Dziewczyna już zniknęła za rogiem pobliskiego budynku, a wraz z nią gnający przy niej Shegar. Strażnik machnął pokonany ręką.
— No to szybcy przodem, reszta popilnuje tyłów — uznał zrezygnowany, wzniósłszy oczy do nieba.
Tak więc Zevran oraz Leliana ruszyli za dziewczyną, nie chcąc jej całkowicie zgubić w wiosce, pozostali natomiast pomaszerowali ich śladami, starając się nie tracić tej dwójki z oczu. Okazało się to niewykonalne. Po chwili szli szybkim krokiem w odpowiednią stronę sami, bez towarzystwa trzech szybkonogich towarzyszy, którzy najpewniej już dotarli na miejsce i byli właśnie w trakcie przepytywania sklepikarza.
Alistair nie żałował, że zdecydował się zostać z Wynne. Gdyby Zevran rzucił jeszcze kolejny genialny komentarz, pewnie by nie wytrzymał. A tak przynajmniej zachowa stabilne ciśnienie i się zanadto nie będzie forsował.

Ellen dotarła na miejsce, zadyszana wpadła całym ciałem na drzwi sklepu i otworzyła je z rozmachem, już się nie martwiąc kulturą oraz dobrym wychowaniem. Wbiegła rozpędzona do środka, zostawiając otwarte przejście, zatrzymała się na środku pomieszczenia i, zanim jeszcze zlokalizowała sklepikarza, już odzywała się gniewnie:
— Co to ma znaczyć?! — zawołała, prostując się i odgarniając krótkie włosy z twarzy. — Co to za przedziwne, krwawe ołtarzyki chowane po kątach w domach? — sprecyzowała, omiatając spojrzeniem sklep, jednak… nikogo już nie było.
Shegar zjeżył sierść i zawarczał, rozglądając się, ale nie ruszył się z miejsca przy nodze pani, jakby się bał, że wtedy dziewczyna znajdzie się w niebezpieczeństwie. Ellen zachłysnęła się powietrzem.
— No i? — sapnęła Leliana, dobiegłszy do sklepu.
Tuż za nią wszedł Zevran, jednak oboje się zatrzymali, widząc, że sklepikarza nie było.
— Zniknął — mruknęła skonsternowana Strażniczka.
— I zostawił otwarty sklep. Ciekawe, czy ma jakiś alkohol — zainteresował się istotnym elf, unosząc znacząco brew z dziwnym uśmieszkiem.
— Idź mi z alkoholem, alkoholu mu się zachciało — zirytowała się Ellen, machnęła ręką na Zevrana i skierowała się do najbliższego kufra. — Przeszukajmy sklep, może znajdziemy coś ważnego — zdecydowała, kucając przed drewnianą skrzynią.
— Ta jest — mruknął Zevran.
Razem z Lelianą rozeszli się po pomieszczeniu, by wykonać polecenie przywódczyni. Tylko Shegar długą chwilę się nie ruszał, warując nieruchomo na posadzce, jedynie jego duży, wilgotny nos drgał nerwowo, wychwytując zapachy. Ellen nie zwróciła uwagi na niepokój psa, zajęta przeszukiwaniem zasobów materialnych ubogiego sklepiku, i po kilku minutach grzebania w najróżniejszych rzeczach znalazła coś dziwnego. Poniekąd dziwnego, bo, właściwie, niczego dziwnego w butach nie było, jednak…
Wyjęła je z nadpleśniałego pudełka i ułożyła na nogach, uważnie się im przyglądając. Nie zostały zbyt kunsztownie wykonane, proste, skórzane obuwie, jednak ta skóra, z której je wykonano… miękka, delikatna, o charakterystycznej woni. Ich rozmiar również nie był zbyt duży, może na nią by nie pasowały, ale na czyjąś trochę większą stopę – idealne.
— Ta skóra… antivańska? — mruknęła do siebie i mimowolnie obejrzała się na dokuczającego Lelianie Zevrana, mając w pamięci ich rozmowę z Denerim. — Cholera, nie znam się na tym — dodała zirytowana, zawahała się, jednak ostatecznie postanowiła zaryzykować.
Wpakowała buty do torby, schowała pudełko i zamknęła kufer, tylko krótką chwilę odczuwając wyrzuty sumienia względem tej bezczelnej kradzieży. Potem przypomniała sobie, że ktoś tu zarzynał ludzi jak zwierzęta na obiad, i całe poczucie winy szybko zniknęło.
— Macie coś? — rzuciła do towarzyszy i wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić, czy pozostali już ich dogonili.
Byli właśnie w połowie zbocza, kiedy Shegar z warkotem zerwał się z podłogi i potruchtał do zamkniętych drzwi nieopodal lady. Zevran oraz Leliana przestali przetrząsać kieszenie starych płaszczów i spojrzeli na ogara, podczas gdy Ellen powoli się do niego zbliżała, niepewna, jak miała rozumieć jego nagłe ożywienie.
— Ktoś tam jest? — mruknęła, na co pies szczeknął krótko, jeżąc sierść.
Obejrzała się przez ramię na podchodzących do niej towarzyszy, a potem chwyciła klamkę i pewnie ją nacisnęła, napierając na deski. I nic. Drzwi ani drgnęły.
— No co jest? — zirytowała się Ellen, nie wierząc, że nagle wszyscy nauczyli się, iż należało zamykać domy oraz ważne pomieszczenia na klucz.
— Dziś twój szczęśliwy dzień, Strażniczko — uznał Zevran, jednak uchwycił mordercze spojrzenie dziewczyny. — Ellen, znaczy się. W każdym razie to już drugie drzwi do wyważenia, powinnaś się cieszyć!
— Tak właściwie ja bym je mogła otworzyć — mruknęła nieśmiało Leliana, spoglądając to na elfa, to na Strażniczkę. — Znam się na otwieraniu zamków bez użycia klucza, te drzwi nie będą wyzwaniem.
— I popsujesz całą zabawę! — zdenerwował się Zevran, złapał łuczniczkę za ramię i odciągnął ją w tył. — Nie ma mowy, Ellen otwiera — zdecydował i wyciągnął w stronę dziewczyny uniesiony kciuk.
— Zaczyna mnie to irytować — przyznała cicho Strażniczka, sapnęła zdenerwowana, a potem stanęła na jednej nodze, drugą wykopując w deski.
Te były jeszcze mniej solidne niż w poprzednim budynku, do którego się włamywali. Upadły na podłogę niczym wyschnięta, stara tekturka przez przypadek przez kogoś szturchnięta. Ellen odetchnęła z zadowoleniem, postąpiła krok w przód, a potem gwałtownie zadławiła się wdychanym powietrzem.
— Na oddech Stwórcy, ktoś zrobił tu magazyn brudnych skarpetek naszej templariuszyny? — sapnął Zevran, przyciskając rękę do nosa, by choć trochę przytłumić okropny, ciężki odór, który wylał się z otwartego pomieszczenia.
— A więc to cały czas śmierdziało — mruknęła Leliana, cofnąwszy się kilka kroków.
— Pytanie tylko, kogo zabili — dodała zdławionym głosem Ellen i niechętnie przekroczyła próg pomieszczenia, walcząc z odruchem wymiotnym. — Że też od razu woni nie rozpoznałam, to pewnie przez to, że było wszystko szczelnie zamknięte, a sam sklep do sterylnych nie należy — mruknęła.
— Może ja tam pójdę? Nie ma potrzeby, żebyś wąchała kilkutygodniowych denatów — zaproponował Zevran, uśmiechając się krzywo zza rękawa.
— Nic mi nie będzie, nie takie rzeczy już robiłam — parsknęła, jednak wzdrygnęła się nieprzyjemnie, wyobrażając sobie, co zostało z takich kilkutygodniowych denatów. — Shegar ze mną pójdzie, wy zostańcie — dodała i ruszyła w głąb ciemnego pomieszczenia.
Mabari zamerdał ogonem, obejrzał się na stojących w progu wojowników, po czym dogonił panią, specjalnie się smrodem nie przejmując. Wręcz przeciwnie, zaczął węszyć z większym zainteresowaniem, kiedy już znalazł się w półmroku pomieszczenia. Ellen bynajmniej na węszenie ochoty nie miała, jednak oddychać musiała, co zaczynało przeobrażać się w fizyczną torturę. Stanęła nad stertą rozkładających się ciał, poczuła, jak całe śniadanie gwałtownie wraca jej do ust i z trudem przełknęła żółć, nakazując sobie najpierw trupy obejrzeć, potem natomiast cokolwiek paskudzić.
Kucnęła przy denatach i pochyliła się nad nimi, uważnie przyglądając się ich zbroi, herbom na tarczach, bo rysów twarzy już nie mieli. Ani włosów. Ogółem nie prezentowali się zbyt przystojnie. Wreszcie rozpoznała, przed stertą czyich trupów klęczała. Zachłysnęła się powietrzem, czego szybko pożałowała, zerwała się na równe nogi i wypadła biegiem z pomieszczenia. Bez słowa minęła zdezorientowanych Zevrana oraz Lelianę, doskoczyła do drzwi i szarpnęła za klamkę w tej samej chwili, w której przejście otworzył Alistair.
Strażnik zachwiał się, kiedy Ellen stanowczo go odepchnęła z drogi, i popatrzył za nią zszokowany. Dziewczyna zatrzymała się dopiero na rogu sklepu, zgięła się wpół i zwymiotowała wszystko, co tego dnia oraz jeszcze wieczorem zjadła.
— Nie jestem pewien, jak powinniśmy to rozumieć — stwierdził młodzieniec, obserwując kaszlącą głośno Strażniczkę ze zmartwieniem.
— Najlepiej zrozum to tak, że macie tu nie wchodzić — skwitował Zevran, stając w progu z nonszalanckim uśmieszkiem na ustach.
— Czemu tak cuchniesz? — spytał Alistair, skrzywiwszy się, i aż się cofnął kilka kroków od elfa, co chwila zerkając na ocierającą usta Ellen.
— W pokoiku przy sklepie znajdują się trupy. Czy raczej to, co się jeszcze nie rozłożyło — wyjaśniła Leliana, przepchnęła się obok elfa i wydostała się na świeże powietrze wraz z drepczącym u jej nogi Shegarem. — Żyjesz? — zwróciła się do Ellen.
— Żyję — wydusiła Strażniczka i skierowała się chwiejnym krokiem do przyjaciół, sprawiając wrażenie osoby bliskiej omdlenia.
Z tego powodu Alistair delikatnie ją przytrzymał, marszcząc coraz mocniej czoło.
— Te trupy tam… — zaczęła słabo, uśmiechnąwszy się do Strażnika z wdzięcznością. — To rycerze Eamona. Jakichś dwunastu, przynajmniej tak mi się wydaje, inni już się mogli rozpaść na mniejsze kawałki — dodała, skrzywiła się, a potem przycisnęła dłoń do ust, żeby przypadkiem znowu czegoś nie zwrócić.
— Rycerze arla? — powtórzył zdumiony Alistair. — Mówisz, że ich… zamordowano? — Przeniósł wzrok na niepozorny sklepik.
— Skoro odprawiają jakieś mroczne rytuały, to czemu by nie złożyć kilku rycerzy w ofierze, nie? — podsumował Zevran. — Zresztą proponuję pójść w górę tej drogi, widzę tam jakieś budynki, a nikogo w innych partiach wioski nie ma — zauważył poważniej, wskazując odpowiednią ścieżynę.
— Chodźmy. Byle dalej stąd — zgodziła się bez dyskusji Ellen i dzielnie ruszyła o własnych siłach, wychodząc na przód grupy.
Pozostali podążyli za nią, wymieniwszy zaniepokojone spojrzenia, jednak nie odezwali się, rozglądając się i szukając oznak życia w Azylu. Wyglądało na to, że droga wiodła do ważnego we wsi miejsca, po jej bokach ustawiono wysokie słupy, na szczycie których zawieszono zgaszone lampiony. Ścieżka wydawała się najbardziej zadbana i nawet ktoś ją odśnieżył.
Po kilku chwilach wspinaczki ich oczom ukazała się nieduża, wciśnięta w górskie zbocze drewniana świątynia. W witrażowych oknach odbijały się rzadkie promienie słońca, deski trzeszczały na przenikliwym, górskim wietrze, a dokoła niósł się dziwny, stłumiony dźwięk, którego Ellen nie mogła rozpoznać.
Z pomocą nadszedł jak zawsze czujny Zevran:
— Słyszycie? Ktoś śpiewa w świątyni — oznajmił, marszcząc czoło, kiedy przyglądał się budowli z podejrzliwością.
Rzeczywiście, formy życia w Azylu, a w dodatku śpiewające, to naprawdę dziwne zjawisko, przy którym należało trzymać się na baczności.
— Więc to miejsce nie jest jednak całkiem opuszczone? — rzuciła znudzonym głosem Shale, zatrzymując się na końcu grupki, kiedy drużyna stanęła u wrót świątyni.
— Wygląda na to, że zebrało się tam całe miasteczko — dodał elf, przekrzywiając głowę, by lepiej słyszeć monotonny, stłumiony śpiew.
— Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę zadać im kilka pytań — parsknęła Ellen, w pamięci nadal widząc obraz rozkładającej się sterty trupów na sklepowym zapleczu.
Popatrzyła czujnie na towarzyszy, a kiedy co poniektórzy skinęli głowami, ruszyła do drewnianych wrót z zamiarem wtargnięcia na mszę.
Główna nawa była niewielka, rozświetlona skąpymi promieniami słońca. Na podłodze nie stały żadne ławy, bezpośrednio przed ołtarzem zgromadził się spory tłum mieszkańców, którzy właśnie intonowali monotonnym głosem modlitwę, z pochylonymi głowami oraz zamkniętymi oczami, jakby zupełnie się w tym zatracili. Przed nimi stał mężczyzna z uniesionymi rękoma, miał na sobie dziwne ubranie – futro połączone z ciężkim materiałem, które w pewien sposób przypominało szaty magów z Kręgu. U jego boków, po dwóch na każdą stronę, klęczeli uzbrojeni wojownicy, co jeszcze bardziej Ellen zdezorientowało.
Przystanęła przed tylną linią modlących się, po czym potrząsnęła głową i ruszyła przez tłum, rozpychając się łokciami i powarkując ostrzegawczo na krzyczących z oburzeniem ludzi. Wielebny ojciec przerwał modły, opuścił ręce i zapatrzył się na zbliżających się do niego nieznajomych, na jego twarzy malowała się dziwna pobłażliwość.
Wreszcie Ellen wraz z przyjaciółmi dotarła na sam przód zbiegowiska, sapnęła ze złością i spojrzała odważnie w oczy mężczyzny.
— Ach… witajcie — mruknął wielebny ojciec.
Chyba miał na imię Erik, o ile Strażniczka dobrze zapamiętała.
— Słyszałem, że po wiosce kręcą się jacyś goście. Ufam, że Azyl jak dotąd się wam podoba? — spytał z udawaną troską, uśmiechając się fałszywie.
— Nie jesteście za bardzo gościnni — parsknęła z kpiną Ellen, odgarnąwszy włosy z twarzy, po czym skrzyżowała ręce na piersiach i popatrzyła prowokacyjnie na Erika.
— Jakiej gościnności po nas oczekujesz, włamując się do naszych domów bez zaproszenia? — odparł z gniewem.
Ellen mimowolnie zabiła Zevrana wzrokiem, jedynego prowokatora bezczelnego wyważania drzwi, na co elf uśmiechnął się niewinnie i wzruszył ramionami.
— Widzisz? Właśnie dlatego nie lubimy… „gości” — syknął z satysfakcją Erik, przyglądając się nieznajomym z niezdrowym blaskiem w oczach. — Nie są tacy jak my. Wyrządzą nam krzywdę, jeśli na to pozwolimy — wyliczał coraz bardziej natchnionym głosem, jakby wpadał w swego rodzaju trans.
Ellen nie musiała się długo głowić, by dojść do wniosku, że wszyscy mieszkańcy Azylu cierpieli na zbiorową chorobę psychiczną będącą mieszanką rozdwojenia jaźni oraz manii prześladowczej. Może kilka objawów innych dolegliwości też by się znalazło. Na przykład ksenofobia.
— Co zrobiliście z bratem Genitivusem? — spytała napiętym głosem, zaciskając dłonie w pięści.
Już nie miała wątpliwości co do tego, że brat Genitivus dotarł do Azylu, pytanie tylko, co zrobili z nim mieszkańcy.
— Nie mamy obowiązku tłumaczyć się przed wami z naszych czynów — oznajmił dobitnie Erik i machnął rękoma, na co wierni zaczęli się posłusznie cofać. — Mamy nasz święty obowiązek. Gdyby nie udało nam się jej obronić, popełnilibyśmy wielki grzech. Wszystko zostanie wybaczone — zasyczał, pochylając głowę.
Ellen spróbowała zrozumieć, o jakiej niej mówił Erik i jaki święty obowiązek miał na myśli, jednak szybko doszła do wniosku, że część o wybaczaniu wszystkiego była bardziej istotna. Zwłaszcza że poskutkowała dobyciem broni przez czterech obcych wojowników. Zamrugała zaskoczona, nie spodziewając się, że zostanie zaatakowana w świątyni, potem jednak chwyciła własne sztylety.
— Alistair, Sten, zajmijcie się nimi! — zawołała, wskazując ruchem głowy zbliżających się wojowników. — Leliana, Zevran, osłaniajcie!
Następnych rozkazów nie miała okazji wydać, ponieważ z dłoni Erika wystrzeliła świetlista błyskawica i uderzyła w ziemię u jej stóp. Siła wyładowania odrzuciła ją kilka metrów w tył.
— Jeszcze mu się czarować zachciało — stęknęła, unosząc się z posadzki.
Morrigan prychnęła zirytowana, machnęła niedbale ręką, po czym stuknęła kosturem w podłogę, uśmiechając się pod nosem. Nogi Erika pokryły się grubą warstwą lodu, co Ellen niezwłocznie wykorzystała, by skoczyć na niego i wbić sztylet w jego gardło.
Pozostali radzili sobie równie dobrze, ze swoją znaczącą przewagą liczebną powalili wojowników szybko oraz bez większych uszczerbków na zdrowiu. Chwilę po walce stanęli bezradni na środku świątyni, bo oto dotarło do nich, że nie było już z kim rozmawiać i że tajemnicę zabrali do grobu.
Ellen spochmurniała, chowając sztylety.
— Przeszukać ciała i świątynię, muszą tu być jakieś wskazówki — warknęła zirytowana i sama zabrała się do pracy przy pierwszym z brzegu trupie, sprawnie przeglądając jego pozapinane kieszenie.
Po kilkunastu minutach jedynymi wartościowymi rzeczami, jakie odnaleźli, było trochę pieniędzy oraz kilka kartek zapisanych w przedziwnym języku, którego żadne z nich nie znało. Ponadto Leliana zakomunikowała, że przy Eriku znajdował się tylko dziwny medalion, a Ellen, po chwili zastanowienia, kazała go zatrzymać.
Ostatecznie usiadła zrezygnowana na zimnej posadzce i westchnęła głośno.
— No i co teraz? Już widzę gościnę, jaka nas czeka, kiedy stąd wyjdziemy — burknęła, łypnąwszy groźnie na zamknięte drzwi świątyni. — Ani śladu Genitivusa, żadnej wskazówki, poszlaki, nic. Trop się urwał, a zakładników zabiliśmy — marudziła dalej.
— Właściwie to oni zaatakowali nas, trochę nie mieliśmy wyboru — wtrącił Alistair.
— Mogliśmy ich ogłuszyć i związać — uznała od razu, wzruszając ramionami.
— A potem poddać gilgotkowym torturom — zgodził się Zevran.
— Idź sprawdzić, czy cię nie ma przy którymś z trupów, może znajdziesz coś ciekawego — poprosiła Ellen, rzuciwszy elfowi nieprzychylne spojrzenie.
Wtedy rozległo się nerwowe skomlenie, psie pazury zazgrzytały na kamieniach, przyprawiając zebranych o nieprzyjemne ciarki. Strażniczka podniosła się z posadzki i spojrzała zdumiona na ogara, zastanawiając się, czy właśnie postradał zmysły.
Shegar zapamiętale drapał w pobliską ścianę, popiskując i od czasu do czasu szczekając ze złością na cegły.
— Piesku, o co ci chodzi? — rzuciła nieco zirytowana, ruszając w stronę niesfornego zwierzaka szybkim krokiem.
Shegar zamerdał ogonem i powrócił do dobijania się do muru, coraz głośniej skomląc, jakby koniecznie chciał się dostać do środka. Tylko do środka czego, ściany? Na zewnątrz? Ale wtedy drapałby przecież w drzwi!
— Nie rozumiem, co ty wyprawiasz? — mruknęła karcąco, zatrzymując się obok.
Ściana jak ściana, wzniesiona z szarych cegieł, twarda, prosta, nic specjalnego.
— Nic tu nie ma, chodź, musimy poszukać jakichś wskazówek — dodała, kładąc dłoń na karku mabari.
Shegar potrząsnął łbem i znowu zaczął drapać w ścianę, skamląc głośniej, jakby słowa Ellen prowokowały go, by ją zagłuszać. Dziewczyna zmarszczyła czoło, obejrzała się na towarzyszy i rozłożyła bezradnie ręce.
— Dobrze, już dobrze, zobaczę, co złego ściana zrobiła — poddała się, wywróciła oczami, a potem od niechcenia oparła się dłońmi o mur, napierając na niego delikatnie.
Jakże się zdziwiła, kiedy cegły nagle ustąpiły pod jej ciężarem, straciła oparcie i poleciała w pustą przestrzeń. Pisnęła, zamachała rękoma, a potem upadła twardo na drewnianą podłogę. Jęknęła głośno, jakoś się pozbierała i spojrzała zdezorientowana na ukryte pomieszczenie pełniące rolę biblioteki. Pod ścianami poustawiano regały zapełnione książkami, po kątach walały się woluminy, stały tam niedomknięte kufry, z których pergaminy wprost się wylewały.
— Ojej — podsumowała, wstając z podłogi i otrzepując ręce z kurzu.
— Tego to się nie spodziewałem — zgodził się Alistair, zbliżając się do biblioteki.
— Chodźmy, może ukryli tu coś ważnego — oprzytomniała Ellen, machnęła na pozostałych i śmiało wkroczyła do środka.
— Kim jesteście? — rozbrzmiał słaby, drżący oraz przestraszony głos.
Strażniczka przystanęła, szukając wzrokiem jego właściciela. Ujrzała leżącego pod ścianą mężczyznę w dość podeszłym wieku, na jego obliczu rysowało się wiele zmarszczek, na głowie była łysina, tylko na potylicy oraz przy skroniach jeszcze rosły brązowe włosy, jednak bardzo krótko przystrzyżone. Jego oczy wyrażały znużenie, podkrążone i zamglone wyglądały upiornie. Ellen zauważyła, że noga mężczyzny leżała w dziwnej pozycji, w jakiej żadnej zdrowej nogi położyć się nie dało.
Potem dotarło do niej, że oto odnaleźli brata Genitivusa.
— Przysłali was, żebyście dokończyli dzieła? — spytał z kpiną mężczyzna, stęknąwszy cicho, kiedy spróbował wygodniej usiąść.
— Jestem Ellen — przedstawiła się i machnęła na przyjaciół, żwawo podchodząc do więźnia. — Przybywamy, żeby ci pomóc. Brat Genitivus, prawda? — dodała, klękając przed nim i posyłając mu uspokajający uśmiech.
Skinął głową i wypuścił z ulgą powietrze.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że widzę kogoś spoza wioski — mruknął, dalej się wiercąc, żeby znaleźć dogodną pozycję. — Ja… ach! — krzyknął cicho, krzywiąc się, na co Ellen drgnęła odruchowo. — Z moją nogą jest kiepsko… — wyznał słabym głosem, kładąc dłoń na kolanie, bo niżej nie sięgał w tej pozycji. — Nie czuję stopy.
— Wynne, Morrigan, możecie mu pomóc? — spytała Ellen, oglądając się na czarodziejki, po czym, nim odpowiedziały, podniosła się z podłogi i zrobiła im miejsce.
Kobiety uklękły przy Genitivusie, przystępując do wstępnych oględzin zranionej nogi. Wbrew pozorom współpraca wypadła bardzo dobrze – co prawda nie odezwały się do siebie ani słowem, ale przynajmniej dzięki temu uniknęły sprzeczek. Oczywistym w końcu było, że Morrigan gardziła Wynne dlatego, że sędziwa czarodziejka potulnie godziła się na łańcuchy, jakie na magów zakładał Krąg i Zakon.
— Noga jest zraniona, ale z czasem się zagoi — przedstawiła diagnozę czarownica, jako pierwsza podniósłszy się z klęczek. — A jeśli chodzi o stopę… możliwe, że trzeba będzie ją amputować — stwierdziła, przenosząc poważny wzrok na Ellen.
— Obawiałem się, że możesz tak powiedzieć… ale skoro tak trzeba — uznał pokornie Genitivus, uśmiechając się blado. — Są ważniejsze rzeczy niż stopa.
— Mogę nastawić nogę i złagodzić nieco ból, ale będzie potrzebował długiego wypoczynku, zanim dojdzie do zdrowia — stwierdziła Wynne, przenosząc wzrok na Strażniczkę.
Ellen, zaniepokojona tym, że teraz miała podejmować decyzje zdrowotne, skinęła głową, dając czarodziejce pozwolenie na nastawienie kończyny.
— Nie mam teraz czasu — sapnął Genitivus, po czym jęknął głucho, kiedy Wynne sprawnymi ruchami nastawiła nogę. — Jestem już tak blisko. Urna znajduje się na tej górze — wyznał natchnionym głosem, przenosząc roziskrzony wzrok na Strażników.
Ellen poczuła dziwny ścisk w żołądku. Do tej pory nie wierzyła, że urna mogła w ogóle istnieć, tymczasem uczony twierdził, że znajdowała się na wyciągnięcie ręki. To oznaczałoby, że może wszystko jeszcze nie było stracone, że może wyleczą Eamona… choć i tak nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że Urna Świętych Prochów naprawdę istniała. To było zbyt abstrakcyjne, zbyt niezwykłe, zbyt… magiczne.
— Musimy znaleźć prochy — stwierdziła, ignorując świadomość, że sama nie wierzyła w ich egzystencję. — Arl Eamon z każdym dniem jest coraz bardziej chory.
— Arl jest chory? — powtórzył zdumiony Genitivus i ostrożnie poruszył nastawioną nogą, jakby szykował się do wstawania. — Ale wydobrzeje? — zaniepokoił się, wodząc wzrokiem po twarzach zebranych w poszukiwaniu odpowiedzi.
— Został otruty z rozkazu Loghaina — mruknęła Strażniczka, uśmiechając się gorzko.
Czy jakiekolwiek nieszczęście nie stało się ostatnio z jego rozkazu?
— Polityka — parsknął kpiąco Genitivus. — Nigdy nikomu nie wyszła na dobre. Arl to szlachetna dusza. A prochy… prochy z pewnością przywrócą mu zdrowie — rozochocił się, uśmiechając się entuzjastycznie. — Azyl leży w cieniu góry, w której ukryta jest urna. Znajduje się tam stara świątynia wzniesiona do jej ochrony. Drzwi są zawsze zamknięte, ale wiem, gdzie jest klucz — opowiedział rozgorączkowany, jego brązowe oczy rozbłysły młodzieńczą energią. — Erik nosi medalion, który otwiera drzwi do świątyni… Widziałem, jak to robi.
Ellen popatrzyła znacząco na Lelianę, na co łuczniczka z uśmiechem podała przyjaciółce znalezioną przy trupie biżuterię. Strażniczka znowu kucnęła przed Genitivusem, prezentując mu znajdę.
— Ten medalion? — spytała.
— Tak, to jest twój klucz — zgodził się, obróciwszy przedmiot w palcach. — Zabierz mnie na zbocze góry, a pokażę ci, jak działa — zaofiarował się z szerokim uśmiechem.
— Na pewno wytrzymasz tę podróż? — spytała sceptycznie Ellen, mimowolnie spoglądając na jedyne okno w biblioteczce umiejscowione tuż pod sufitem.
Górskie drogi były niebezpieczne oraz śliskie, w tym stanie mógłby sobie coś zrobić.
— To niedaleko… będę mógł wesprzeć się na twoim ramieniu? — poprosił, przypominając dziecko, które starało się wybłagać u mamy pozwolenie na uczestnictwo w ulubionej, ale niebezpiecznej zabawie. — Dla urny warto znosić ból.
— Nie, uważam, że powinieneś wracać do Denerim — skwitowała Ellen.
Nie chciała brać odpowiedzialności za życie rannego człowieka, zamiast skupić się na zadaniu, ciągle by się o niego martwiła.
— Całe życie nad tym pracowałem! — wykrzyknął przerażony, chwyciwszy ramię dziewczyny. — Nie mogę teraz zawrócić… nie zniósłbym tego! Proszę, pozwól mi zobaczyć świątynię na własne oczy! — jęknął błagalnie.
Ellen odniosła wrażenie, że widziała w jego oczach łzy rozpaczy. Zawahała się, przebiegła wzrokiem po posadzce, po czym westchnęła pokonana. Nie miała serca, nie potrafiła mu zabronić i zniszczyć jego marzenia.
— Chyba nie mogę ci tego odmówić — mruknęła, uśmiechając się blado. — W porządku, ruszajmy — zdecydowała śmiało, przenosząc wzrok na towarzyszy.
— Ach, dobrze, pomóż mi — poprosił, oplatając ramieniem szyję dziewczyny. — Postaram się nas zbytnio nie spowalniać — obiecał, wspierając się na barkach drobnej Ellen.
Strażniczka skinęła głową i wraz z pozostałymi skierowali się do wyjścia ze świątyni, by odkryć tajemnice górującego nad nimi szczytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz