wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.64 - Świątynia na zboczu


Kamieniste zbocze wyrosło przed nimi zupełnie niespodziewanie, jakby nagle wystrzeliło spod ziemi. Ellen mimowolnie przystanęła, otwierając w zdumieniu usta. Zadarła głowę i zapatrzyła się na ginący wśród śnieżnych chmur szczyt, czując się nagle bardzo malutką. Bardziej niż kiedykolwiek w całym życiu. To przytłaczające wrażenie było niesamowite, jakby znalazła się w obliczu potęgi, której nie miała prawa rozumieć, która znajdowała się poza zasięgiem jej umysłu. Zadrżała, czując przenikający ją ziąb.
— Ellen? Ellen, chodźmy — mruknął Alistair, przystanąwszy, kiedy dziewczyna została w tyle, wpatrzona w ostre skały wznoszące się ponad nimi niczym kat. — Wszystko w porządku? — dodał, widząc, że Strażniczka dziwnie się zachowywała.
Wyciągnął do niej dłoń, uśmiechając się łagodnie.
Z trudem oderwała wzrok od góry i przeniosła go na młodzieńca, starając się wyrwać ze szponów przedziwnego odrętwienia. Długą chwilę nie mogła wydusić z siebie słowa. To było głęboko, bardzo głęboko, głębiej od serca oraz duszy, delikatne i drobne, niczym młody kiełek rosnącego kwiatu. Kolczastego kwiatu.
Sięgnęła do ręki przyjaciela i niepewnie ją ujęła, bardzo pragnąc powiedzieć, jakie przerażenie niespodziewanie odczuła, słabość oraz kruchość, jednak zamiast tego wykrzywiła usta w bladym uśmiechu. Skinęła bez przekonania głową.
— Tak. Wszystko w porządku — zapewniła, czując, jak prawdziwe uczucia w niej kostniejąznowu są odpychane bardzo głęboko.
Nie do końca wiedziała, jak to się działo, jednak już od długiego czasu kolekcjonowała stłamszone emocje, dzięki czemu przekłamywała niemal każdą słabość. Uzależniła się od tego, właśnie dlatego stawiała jeszcze kolejne kroki. To nie była siła, to była ucieczka, zwyczajny strach, że ktoś odkryje, co w sobie kryła.
Alistair uśmiechnął się i delikatnie ją pociągnął, zaciskając palce na jej dłoni. Razem dogonili towarzyszy, którzy równym krokiem, oddychając głośno z wysiłku, wspinali się tuż za Genitivusem. Brat, kiedy zbliżyli się do góry, zapomniał o chorej nodze, oswobodził się z objęć prowadzącej go Ellen i pokuśtykał samodzielnie, mamrocząc do siebie z ekscytacją. Nikt go nie zatrzymywał, wszyscy byli zmęczeni ciężką drogą.
Spomiędzy skał, równie niespodziewanie, co samo zbocze, wyłoniły się kolumny. Kolumny ustawione wzdłuż szerokich schodów, które prowadziły wprost do olbrzymich, metalowych, zatrzaśniętych wrót. Tym razem nie tylko Ellen przystanęła zdumiona, prawie wszyscy zwolnili kroku, przyglądając się wejściu do świątyni.
— No to jesteśmy na miejscu — ogłosił dumnym głosem brat Genitivus, obejrzawszy się na towarzyszy, po czym pokuśtykał w górę schodów, nie czekając na nikogo.
Leliana wymieniła spojrzenie z Wynne, wzruszyła ramionami, a potem obie ruszyły za uczonym. W ich ślady podążyli wszyscy, pomrukując oraz rozglądając się podejrzliwie, bo nagle uderzyło ich poczucie zagrożenia, jakby w tym miejscu nic nie było tym, na co wyglądało. Ellen raz jeszcze się zatrzymała, uwalniając dłoń z uścisku Alistaira, przełknęła głośno ślinę i zadrżała, wpatrując się w drzwi. Wielokrotnie miała już przeczucia zagrożenia, w duchu śmiała się, że to sławna kobieca intuicja.
Jednak teraz było inaczej. Zdało się jej nagle, że stała pod tymi drzwiami zupełnie bezbronna, wręcz naga, że czekała na czyjś osąd. Strach stał się trudny do opanowania, w jej sercu urosło przekonanie, że nie chciała tam iść, nie chciała tam wchodzić, że nie była tego godna, że jej nie wolno. Zadrżała, walcząc z potrzebą ucieczki, starając się przełamać bunt własnego ciała.
Bariera, która odgradzała jej przeszłość od teraźniejszości, od zadania, jakie przed nią stało, zadrżała niebezpiecznie. Z cichym zgrzytem pękła w jednym miejscu, jakby zamierzała paść pod presją wewnętrznych zmagań Strażniczki.
— Nie chcę tam iść — wymówiła bezgłośnie, ledwie poruszając ustami.
Kiedy Alistair chwycił jej ramię, coś do niej mówiąc, czego nie słyszała, dała się poprowadzić, samej nie odzywając się słowem. Nogi posłusznie ruszyły i po chwili stała u boku Genitivusa, nadal mamroczącego do siebie. Spróbowała się otrząsnąć, uwolnić z łańcuchów, które oplotły umysł, całkowicie otumaniając. Nie miała pojęcia, co się działo, jednak nie zamierzała się poddać.
Była Szarą Strażniczką, nie przysługiwało jej prawo wahania.
— Daj mi medalion, zobaczymy, czy pamiętam, co z nim trzeba zrobić — poprosił rozochocony Genitivus, wyciągając dłoń do odrętwiałej Ellen.
Dziewczyna zaczerpnęła powietrza i ostrożnie je wypuściła, mrugając, by przywrócić ostrość spojrzeniu. Wreszcie sięgnęła do torby, wygrzebała z niej potrzebny przedmiot i wręczyła go uczonemu, czując, jak lodowata pustka zaczyna się wycofywać tam, gdzie ją trzymała cały ten czas. Towarzyszyło temu przedziwne uczucie, zupełnie jakby budziła się z koszmaru.
— Tak… widzisz, można przy nim manipulować, w ten sposób… — mruczał Genitivus, otwierając płytki amuletu, przekręcając je oraz układając.
Oczy Ellen śledziły ten proceder bez większego zainteresowania.
— I proszę bardzo… klucz — obwieścił, demonstrując dziewczynie ośmioramienną gwiazdę, która powstała z otwartego amuletu.
— Wygląda inaczej, gdy jest rozłożony — zauważyła bezbarwnym głosem, dyskretnie potrząsając głową w nadziei, że dzięki temu jakoś się obudzi z odrętwienia.
— Hmm… co z nim dalej zrobić? — spytał samego siebie Genitivus, potarł brodę, a potem przyłożył amulet do wnęki w drzwiach.
Coś kliknęło głucho, wrota zadrżały i kiedy uczony niepewnie je pchnął, ustąpiły pod jego dotykiem, wpuszczając zebranych do środka. Genitivus uśmiechnął się triumfalnie do Ellen, szczęśliwy jak małe dziecko, które odkryło coś ciekawego, więc dziewczyna również spróbowała unieść kąciki ust.
Potem przekroczyli próg i zagłębili się w wylewającą się z wnętrza świątyni białą mgłę, zupełnie jakby wchodzili do innego świata. Przeszli ledwie kawałek, kiedy zalało ich przebijające się przez pokryte szronem szyby światło, i stanęli w miejscu, którego w najśmielszych snach nie potrafili sobie wyobrazić. Sklepienie wznosiło się na wiele metrów w górę i tonęło gdzieś w białych oparach. Wyglądało na to, że było krzyżowo-żebrowe, jednak łęki niknęły we mgle. Żebra sklepienia wtapiały się w mury wzniesione z jasnego kruszcu – a może kiedyś ciemnego, jednak teraz pokrywała go gruba warstwa szronu – przeobrażając się w mocne kolumny wyrastające ze ścian, przez co cała olbrzymia sala przypominała klatkę piersiową stwora, jakby utknęli w jego wnętrzu, dokładnie pomiędzy żebrami.
Kolumny nie były tylko w murach, pojedyncze wyłaniały się wprost z posadzki i sięgały sklepienia, by je podtrzymać oraz rozłożyć kładziony na fundamenty ciężar. Ściany, do wysokości, do której sięgało ludzkie oko, pokryte zostały freskami i płaskorzeźbami przedstawiającymi rożne sceny, jednak niektóre z nich ukryły się za grubą warstwą śniegu, inne rozmazał czas, kolejne przysłoniła wszechobecna mgła. Daleko z przodu znajdowały się olbrzymie, szerokie schody rozchodzące się w dwie strony i łączące się dopiero na szczycie, a między nimi, jak góra lodowa nad powierzchnią morza, sterczał swego rodzaju balkon. Na jego przedniej ścianie zamontowano płaskorzeźbę, z tej odległości niewidoczną.
Wszystko, dosłownie wszystko pokryte było wielometrowymi zaspami śniegu, mróz właściwie dało się zobaczyć, jak unosił się w powietrzu w postaci skrzących się drobinek. Pomiędzy nimi a schodami znajdowało się duże, dogasające ognisko, które kazało przypuszczać, że to nie tak do końca opuszczona świątynia.
Nikt nie powiedział słowa, obserwując piękno oraz potęgę, niesamowity skarb architektury ukryty przed całą ludzkością w zapomnianej przez Stwórcę górze.
— Cóż ja bym dał, żeby tylko obejrzeć tę salę w pełnej krasie tak, jak ją zbudowano… — westchnął z rozmarzeniem Genitivus, rozglądając się dokoła roziskrzonym spojrzeniem.
Ellen, ogarnąwszy wzrokiem cały ogrom świątyni, skupiła uwagę na ognisku, które wręcz krzyczało, że to miejsce mogło być pułapką. Zacisnęła dłonie w pięści.
— Musisz być czujny, bracie — przypomniała napiętym głosem, kontrolując otoczenie spojrzeniem.
— Przepraszam, co powiedziałaś? — otrząsnął się z zamyślenia uczony i posłał Strażniczce skruszony uśmiech. — Jestem nieco roztargniony, wybacz — dodał, dostrzegłszy jej karcący wzrok. — Te rzeźbienia powstały niedługo po śmierci Andrasty — zmienił temat, postępując kilka kroków w głąb świątyni. — Być może ujawnią nam jakieś nieznane fakty z jej życia. Potrzebuję więcej czasu na dokładne zbadanie tych posągów i zdobień — postanowił, już nie mówiąc do towarzyszy, tylko do siebie.
Ellen nie dała się wykluczyć z rozmowy, zmarszczyła gniewnie czoło i dogoniła uczonego, chwytając jego ramię. Nie zamierzała tracić czasu na badanie architektury, z pewnością zdawał sobie z tego sprawę, a to mogło oznaczać…
— Chcesz tu zostać? — spytała, obserwując profil Genitivusa przeszywającym wzrokiem. — Na pewno jest bezpiecznie? — dodała łagodniej i rozejrzała się niepewnie, raz jeszcze czując ten dławiący, dziwny strach.
— I tak nie mógłbym za wami nadążyć z powodu ran — zauważył spokojnie i delikatnie ściągnął dłoń Strażniczki z ramienia. — Raczej nic mi nie grozi, nie ma tu nikogo z wioski — uznał, znów przyglądając się pokrytym szronem ścianom. — Idźcie. Nic mi nie będzie. Może moim przeznaczeniem było jedynie doprowadzenie ciebie do urny — rzucił w zamyśleniu i dźgnął dziewczynę palcem w pierś.
Ellen znieruchomiała, otwierając szeroko oczy. Doprowadził ich, nie , ona była najmniej istotna, dlaczego więc użył takiego sformułowania? Nie rozumiała, to na pewno nie ona miała tu dotrzeć. Pomylił się, przejęzyczył się, to nic takiego.
— Dziękuję — mruknęła, uśmiechając się blado. — Bardzo nam pomogłeś — zapewniła, przenosząc wzrok na schody.
— E tam, to moja praca — uznał lekceważąco i machnął ręką, a widząc, że dziewczyna odwraca się towarzyszy, by wydać rozkazy, przytrzymał jej łokieć. — Uważajcie na siebie. Ta świątynia… jest niebezpieczna — szepnął tylko do niej, zaglądając w jej oczy, po czym odsunął się i skierował się do pierwszej z brzegu kolumny. — Będę tutaj, gdybyś mnie potrzebowała — pożegnał się.
Ellen odprowadziła go czujnym spojrzeniem, które zdjęła z niego dopiero w chwili, w której pozostali do niej podeszli. Przygryzła wargę, zastanawiając się, co ich czekało, i otuliła się szczelniej płaszczem.
— Na zmienne nieba Pustki, to jest… wspaniałe — wyszeptała do siebie Wynne, rozglądając się dokoła w oszołomieniu.
— Nie spodziewam się tu hucznego powitania — zaczęła Ellen, łypnąwszy ponuro na ognisko. — Ten ogień nie został rozpalony sam i z pewnością nie płonie od paru tysięcy lat. Ktoś tu przychodzi, za czym przemawia fakt, że Erik miał klucz do drzwi — ciągnęła. — To nie będzie zabawa, musimy mieć się na baczności. Ci ludzie są szaleni, a szalony przeciwnik zawsze jest najgroźniejszy, bo trudno orzec, co zaraz zrobi.
— Zawsze my też możemy oszaleć, tego się nie spodziewają — podsunął swoją taktykę Alistair, uśmiechając się pogodnie do Ellen.
Leliana westchnęła ciężko i powstrzymała się od ukrycia twarzy w dłoniach.
— Wolałabym, żeby nikt tu nie postradał zmysłów — odparła poważnie Strażniczka. — To bardzo stara budowla i nawet jeśli żadni fanatycy się tu nie kręcą, z pewnością jakoś broni się sama. Bądźcie czujni, nie zostawajcie w tyle, informujcie mnie o wszystkim — zdecydowała na koniec i uśmiechnęła się krótko. — Ach, jeszcze jedno. Shegar, zostań tu — poprosiła ogara.
Pies zaskomlił cicho i przekrzywił łeb, przyglądając się jej z wyrzutem.
— Będziesz bronił Genitivusa — wyjaśniła, klękając przed mabari. — Jeśli wyczujesz zagrożenie, niezwłocznie zabierz go w bezpieczne miejsce, nie wdawaj się w trudne walki, nie chcę, żeby coś ci się stało — dodała, ujmując wielki pysk w dłonie i uśmiechając się do ciepłych, brązowych ślepi. — Liczę na ciebie, psinko — zakończyła, cmoknęła ogara w łeb, a potem podniosła się ze śniegu i odwróciła się do schodów. — Ruszamy.
Shegar zamerdał ogonem, odprowadzając odchodzących wojowników wzrokiem, i zawrócił, kierując się do przyglądającego się rzeźbie Genitivusa. Położył się przy nodze uczonego, zaskomlił cicho jeszcze raz, a potem złożył łeb na łapach. Zapatrzył się w plecy rozmazującej się wśród kłębów mgły właścicielki, tuląc uszy z niepokojem.

Ominęli dogasające ognisko i ruszyli po kamiennych schodach, ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć na oblodzonym stopniach. Rozglądali się ukradkiem, gotowi do walki, bronienia życia, jednak w świątyni panował spokój. Zaczynali coraz podejrzliwiej zerkać na plecy wspinającej się nieustępliwie Ellen, jakby zaczęli wątpić w to, że dziewczyna miała rację, czy przypadkiem nie popadła w formę szaleństwa od presji.
Wreszcie wspięli się na sam szczyt, który kończył się pokrytą śniegiem posadzką i wbudowanymi w ścianę przed nimi metalowymi drzwiami. Po prawej i lewej stronie znajdowały się przejścia prowadzące w boczne skrzydła świątyni, jednak wyglądało na to, że nie zainteresowały ich przywódczyni. Ruszyła prosto do zamkniętych wrót, zupełnie jakby niczego innego tu nie było, a oni podążyli niepewnie za nią.
Alistair mimowolnie się zastanowił, czy Ellen nie okłamała go przed wejściem do budowli, kiedy pytał, czy wszystko w porządku. Coś z nią było bardzo nie w porządku, jednak nie potrafił powiedzieć co. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że za słabo ją znał, że nie dotarł do niej na tyle dobrze, by to zrozumieć.
Ellen sięgnęła do klamki i ją nacisnęła, chcąc dostać się do następnego pomieszczenia, jednak drzwi ani drgnęły. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, zaskoczona, i znowu szarpnęła, ale bez skutku.
— No cóż, starożytni dbali o bezpieczeństwo — rzucił Alistair dla rozluźnienia atmosfery, rozkładając bezradnie ręce.
Istniała możliwość, że wejście w dalsze rejony świątyni ukryto w bocznych przejściach, jednak takie nadkładanie drogi było im bardzo nie na rękę, co dało się odczytać w oczach Ellen. Pojawiła się w nich dziwna desperacja, zabłysły niezdrowym światłem.
— Nie ma na to czasu! — krzyknęła ze złością, cofnąwszy się z rozmachem.
Wykopała z całej siły w metalowe przejście, najwyraźniej zamierzając je najzwyczajniej w świecie wyważyć. Stopa uderzyła w drzwi i zatrzymała się na nich, wrota nawet nie drgnęły, tylko na twarzy dziewczyny wymalował się ból. Drgnęła, najwyraźniej chcąc cofnąć nogę, jednak wtedy tworzywo rozświetliło się mdłym fioletowym blaskiem.
Strażniczka zachłysnęła się powietrzem.
— Ja proponuję się od tego odsunąć — odezwał się Zevran, unosząc pouczająco palec, kiedy wraz z pozostałymi obserwował, jak światło przybiera na sile.
— Nie mogę — wycedziła przez zęby Ellen.
Fioletowa poświata oderwała się od wrót, przybierając kształt świetlistej macki, oplotła się wokół nogi Strażniczki, a potem… szarpnęła bezbronną dziewczyną, porywając ją z posadzki i ciskając nią niczym szmacianą lalką w tył, w stronę schodów.
— Ellen! — wrzasnęła Leliana, obracając się za bezwładnym ciałem przyjaciółki.
Strażniczka potoczyła się po oblodzonej posadzce i wyhamowała dopiero na zaspie śniegu, która zalegała pomiędzy prowadzącymi w dół schodami na balkonie. Znieruchomiała pod posągiem kobiety trzymającej uniesiony miecz i długą chwilę nawet nie drgnęła, zupełnie jakby straciła przytomność. Łuczniczka bez wahania rzuciła się biegiem do dziewczyny, wyhamowała obok z poślizgiem i chwyciła jej ramiona, ostrożnie unosząc ją ze śniegu. Niezdarnie otrzepała jej płaszcz z białego puchu, wpatrując się w bladą twarz z niepokojem.
— Kurwa — stęknęła Ellen, drgnęła w objęciach Leliany i jakoś usiadła, przyciskając dłoń do lewego ramienia. — Trochę bolało — dodała, krzywiąc się, i spróbowała wstać, szeroko rozstawiając nogi.
Leliana również zerwała się z ziemi, rozkładając ramiona, by przyjaciółkę asekurować, jednak Strażniczka odzyskała równowagę i stanęła prosto, przenosząc ponury wzrok na gasnące drzwi.
Alistair, obserwując dziewczynę, zmarszczył czoło. Do tej pory nigdy nie był świadkiem tak dziwnego zachowania Ellen. Owszem, po wyjeździe z Redcliffe coś jej odbiło, jednak teraz… wydawało się, jakby… problem był nią. Jakby to miejsce miało na nią tak wielki wpływ, że przestawała sobie ze sobą radzić. Co to spowodowało? I dlaczego? I, chyba najważniejsze, czy Ellen nie postrada zmysłów? Blask w jej oczach bardzo mu się nie podobał.
— Trzeba znaleźć klucz, nie widzę innego rozwiązania — stwierdziła Morrigan, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając na Strażniczkę wyczekująco.
— Nie da się rozwalić jakiejś ściany kulą ognia? — warknęła Ellen, ruszając do pozostałych szybkim krokiem.
— Jeśli chcesz pogrzebać nas żywcem w ruinach starej świątyni, bardzo proszę — odparła bez mrugnięcia okiem czarownica, unosząc dłoń, a nad jej palcami zamigotał nieśmiały płomyk.
Strażniczka syknęła przez zęby, wbiła wzrok w posadzkę i milczała długą chwilę. Wreszcie rozczochrała krótkie włosy i rozłożyła bezradnie ręce.
— Szukajmy klucza — zakomunikowała, z trudem tłamsząc dźwięczącą w tych słowach ironię.
Rzeczywiście, prawdopodobieństwo odnalezienia klucza zdawało się naprawdę nikłe, zwłaszcza biorąc pod uwagę gabaryty świątyni oraz fakt, że była niemal w całości pokryta wiecznym śniegiem.
— Szukajmy — zgodziła się Morrigan, wpatrując się intensywnie w oczy Ellen.
Dziewczyna w końcu uciekła wzrokiem w bok pod naciskiem spojrzenia czarownicy.
— Leliana, Alistair, Sten i Wynne, idziecie w prawo — zdecydowała Strażniczka, odetchnąwszy głęboko. — Zevran, ja, Morrigan i Shale pójdziemy w lewo — dodała, popatrzyła krótko na towarzyszy, a potem bez słowa obrała odpowiednią drogę.
Ostatni z pierwszej grupy ruszył Alistair, dopiero kiedy Ellen zniknęła w półmroku lewego przejścia i Wynne chwyciła jego ramię, mrucząc, że wszyscy już poszli. Otrząsnął się z zamyślenia i skinął głową, podążając za czarodziejką.

Mimo że korytarze były bardzo niskie, a okna przysłaniały olbrzymie zaspy śniegu lub wielkie sople zwisające z sufitu, wciąż panowała wystarczająca jasność, by bezpiecznie się przemieszczać. Maszerowali śmiało, rozglądając się czujnie i zachowując ostrożność, jednak żadnego zagrożenia nie było widać, w świątyni panowała idealna cisza. Zdawało się także, że korytarz nie miał końca, przed nimi widniał tylko półmrok, żadnego światła, żadnego podmuchu wiatru.
— Coś jest nie tak — szepnął w końcu Alistair, kierując słowa do idącej obok Wynne wspierającej się na magicznym kosturze, by nie poślizgnąć się na lodzie.
Czarodziejka popatrzyła na niego zdumiona.
— Z Ellen. Coś jest z nią nie tak — sprecyzował, unosząc wzrok na sędziwą twarz kobiety.
Milczała, więc uznał to za zgodę do kontynuowania wypowiedzi:
— Zachowuje się dziwnie. Widywałem ją już w różnych sytuacjach i znam wiele jej twarzy, ale ta… boję się o nią, to wygląda tak, jakby to miejsce ją niszczyło — wyznał, wpatrując się w Wynne wyczekująco, jakby czarodziejka miała mu pomóc.
— Świątynia nie jest zwyczajna, bez wątpienia — westchnęła kobieta. — Nie chodzi ani o jej wiek, ani o ogrom, ani o piękno. Nawet nie o mieszkańców Azylu — ciągnęła spokojnie, uśmiechając się lekko. — Jest w niej coś… coś. Po prostu. To coś objawia się niepokojem w duszy, też go poczułeś, prawda? — dodała.
Kiedy skinął niepewnie głową, uśmiechnęła się szerzej.
— Wszyscy go poczuliśmy, na pewno. Ellen także. Tylko jej strach musi być o wiele, wiele silniejszy, i teraz właśnie się z nim zmaga. Pytanie brzmi, skąd się wziął? Co jest jego źródłem? I dlaczego akurat tu? — zakończyła, wzruszając ramionami.
— Nie wiem, czy powinna w tym stanie dowodzić — stwierdził po chwili długiego milczenia, przetrawiwszy słowa Wynne. — Może ktoś powinien ją odciążyć, wesprzeć? Myślę, że choćby ty mogłabyś nas teraz poprowadzić. Nie chcę, żeby Ellen podjęła złą decyzję, której później będzie już zawsze żałowała — dodał, marszcząc z niepokojem czoło.
— Owszem, ktoś powinien ją wesprzeć. Ale nie w ten sposób, o którym myślisz. Ellen nie pozwoli, by któremuś z nas coś się stało, o to się nie martw — uspokoiła go i poklepała troskliwie po ramieniu. — Cieszę się, że się o nią troszczysz, ale lekarstwa trzeba poszukać gdzie indziej.
Popatrzył na nią zaskoczony, nie do końca rozumiejąc, co miała na myśli, ale wtedy rozległ się zdumiony okrzyk Leliany. Zaraz tam popatrzyli, by ujrzeć jasny przesmyk światła. Wprost na jego środku zatrzymała się łuczniczka, z zadartą głową, na szeroko rozstawionych nogach. Wymienili spojrzenia i razem ze Stenem pospiesznie towarzyszkę dogonili, gotowi obronić przed ewentualnym zagrożeniem.
Ich oczom jednak ukazała się biblioteka. Biblioteka olbrzymia, z regałami zapełnionymi tysiącami bardzo starych książek, z otulonymi śniegiem woluminami oraz kupkami ksiąg zalegającymi w zaspach. Wyglądała na nietkniętą od tysięcy lat, zupełnie jakby nikt tu wcześniej nie był. Jeszcze chwilę stali, oszołomieni tym odkryciem oraz jego mistycznym pięknem, po czym nieśmiało rozeszli się po pomieszczeniu, by je przeszukać. Wśród książek szybko stracili poczucie czasu, nawet Sten zainteresował się zbiorem, choć zdawało się, że nic go podczas tej wyprawy nie ruszało.
Kiedy tak kręcili się wśród regałów, dziwili się oraz próbowali odczytać zapomniane przez świat pismo, Wynne w końcu zatrzymała się i popatrzyła na nich zdecydowana.
— Powinniśmy wracać. Klucza na pewno tu nie ma, a pozostali mogą czekać — zauważyła przytomnie, wskazując kosturem drogę powrotną.

— Słyszycie? — odezwał się Zevran, zwalniając kroku, kiedy dotarli do zakrętu.
Przyłożył dłoń do ucha, starając się wzmocnić odgłos, który napływał z oddali.
Jego towarzysze przystanęli i spojrzeli na niego czujnie, mimowolnie rozglądając się za źródłem dźwięku, który elf usłyszał, jednak niczego podejrzanego nie dostrzegli. Wreszcie Morrigan prychnęła kpiąco i pokręciła głową.
— Ktoś tam śpiewa — uznała, unosząc brew, kiedy zapatrzyła się w posadzkę, żeby lepiej słyszeć i skupić się tylko na odgłosie, nie na obrazach.
— Jacyś tacy strasznie umuzykalnieni są — westchnął teatralnie Zevran, odsuwając rękę od ucha i przenosząc wzrok na milczącą Ellen. — Wygląda na to, że miałaś rację, tubylcy z Azylu zebrali się na jakąś krwawą mszę. Przeszkodzimy im? — zaproponował, ruszając przodem.
Za nim poczłapała Shale, westchnąwszy ciężko.
— Stać! — warknęła nagle Strażniczka, gwałtownie zrywając się z miejsca do biegu, przez co prawie potrąciła kierującą się za elfem Morrigan.
Czarownica zatrzymała się, unosząc ze zdumieniem brwi, szybko jednak przywołała na twarz wyraz gniewu, kiedy popatrzyła za skaczącą do towarzyszy dziewczyną. Ellen gwałtownie zahamowała tuż przy Zevranie, chwyciła jego ramię i szarpnęła w tył, powstrzymując od postawienia kolejnego kroku. Elf stracił równowagę i gruchnął boleśnie na posadzkę. Stęknął głucho i uniósł się na tyle, by rozmasować obite kości kulszowe.
— Hej, co jest, zamach w odwecie za mój zamach? — sapnął zdenerwowany i spojrzał gniewnie na opadającą na kolana Ellen.
Shale zatrzymała się bez pomocy dziewczyny i popatrzyła z zainteresowaniem na dłoń Strażniczki. Couslandka delikatnie przesunęła palcami pod cienką, ledwo widoczną linką rozciągniętą trochę nad ziemią, dzięki czemu dotarła aż do ściany oblepionej śniegiem. Wbiła palce w zaspę i zaczęła odrywać puch od kamienia, po chwili ich oczom ukazało się zębate ostrze ukryte w ścianie. Zevran gwizdnął cicho.
— Pułapka. Jednak nie czują się tak do końca bezpiecznie — parsknęła Strażniczka, odsunąwszy dłoń od ostrza, nim się skaleczyła. — Musicie nad nią przejść, nie umiem jej rozbroić.
Tak więc po chwili także Shale przestąpiła ostrożnie nad linką, mrucząc, że ta zabawka nic by jej nie zrobiła, jednak nie chciałaby zostać przez nią porysowana, i wszyscy ruszali dalej w korytarz, zachowując jeszcze większą czujność. Wreszcie dotarli do kolejnego zakrętu, na którym ujrzeli dwie pary zamkniętych drewnianych drzwi. Ellen zatrzymała towarzyszy ruchem dłoni i wyjrzała zza ściany, chcąc sprawdzić, czy była tu pułapka, bo głos brzmiał tak donośnie, jakby stali tuż obok śpiewających.
Na końcu korytarza ujrzała otwarte pomieszczenie, z którego dobiegała modlitwa, i dziewczyna dostrzegła grupę nieuzbrojonych ludzi oraz czterech wojowników pilnujących porządku na mszy. Zmarszczyła czoło, przyglądając się im i zastanawiając się, co wyrabiali, kiedy Zevran postukał ją palcem w ramię.
— Posłuchaj, co oni wygadują — zaproponował ze zdumieniem, dlatego Strażniczka skupiła się nie na widokach, ale na śpiewanych monotonnie słowach.
Niech jej potęga nas chroni, niech daje nam siłę, by strzec ją przed złem, a zostaniemy pobłogosławieni, by ujrzeć jej triumf, jej zemstę i ostateczny sąd na grzesznymi. Wybrani zostaliśmy i służbę swą czynimy, wszystko zostanie wybaczone — rozbrzmiewało miarowo, od czasu do czasu wstawiano w modlitwę słowa z obcych języków.
— Jakaś sekta, bez dwóch zdań — mruknął Zevran.
— Ciekawe, co takiego czczą — dodała kpiąco Morrigan i wywróciła oczami. — Pewnie coś nieistniejącego i bezsilnego, w końcu na takich obiektach kultu opiera się każda religia — uznała spokojnie.
— Oni mogą mieć klucz do następnej sali — stwierdziła cicho Ellen, zignorowawszy dyskusję wiedźmy i elfa. — Nie powinniśmy stawiać im czoła, nigdy nie wiadomo, czym, tak na dobrą sprawę, dysponują — dodała, siadając prosto i przenosząc wzrok na towarzyszy.
— Czyli co chcesz zrobić? — spytała Morrigan, unosząc brew. — Przeprosić i pożyczyć na chwilę klucz?
Ellen pokręciła głową, oparła się plecami o ścianę i spojrzała w korytarz, na końcu którego znajdowała się sala. Przesunęła wzrokiem po widocznej dla nich części i westchnęła cicho, znowu patrząc na towarzyszy.
— Nie, chwila, zamierzasz im ten klucz buchnąć sprzed nosa? — przeraził się Zevran, otwierając szeroko oczy. — Przecież nawet nie wiesz, kto go gdzie ma! — dodał, nie dowierzając w to, co właśnie przyszło mu do głowy.
Ellen patrzyła na niego nieustępliwie.
— Dobra, takiego szaleństwa nawet ja bym nie wymyślił — poddał się elf i załamał ręce nad ich przywódczynią, spoglądając z nadzieją na Morrigan.
— Najlepiej byłoby ich wszystkich zgnieść na miazgę — uznała Shale, jednak wyglądało na to, że nikt jej nie słuchał.
— Klucz na pewno ma prowadzący modły — stwierdziła Ellen, podnosząc się z posadzki.
Otrzepała płaszcz ze śniegu, a potem zdjęła go i podała Zevranowi, by przytrzymał.
— Wiesz, czy zgadujesz? — burknął sceptycznie, układając odzienie Strażniczki na ramieniu.
— Zgaduję. W Azylu też miał go Erik, prawda? Dopadnę do prowadzącego modły, zabiję go i zabiorę klucz, nim wartownicy do mnie dobiegną. Pozostali nie są uzbrojeni — przedstawiła plan, najwyraźniej w ogóle nie biorąc pod uwagę oczywistych luk taktycznych.
— A skąd będziesz wiedzieć, gdzie klucz jest? — spytała Morrigan, najwyraźniej też nie mogąc wytrzymać tego absurdu.
— Erik miał go na łańcuszku — odparła krótko Ellen i ruszyła w stronę pomieszczenia swobodnym krokiem.
— A jaki jest plan, jak go na łańcuszku nie znajdziesz? — syknął za nią Zevran, chwyciwszy się najpierw za głowę, kiedy zobaczył, że Strażniczka nie żartowała.
— Plan jest taki, że planu nie ma — padła odpowiedź.
— A mogłem dać się zabić na trakcie — wymamrotał.
Morrigan nie skomentowała zaistniałej sytuacji, tylko przymrużyła oczy i pokręciła głową, rozmyślając nad przedziwnym zachowaniem przywódczyni. W pewien abstrakcyjny sposób przemawiała przez nią troska o towarzyszy, jednak… jej działania graniczyły z szaleństwem.
Ellen tymczasem dotarła do wejścia do pomieszczenia, przekroczyła próg, nie zwracając uwagi na zdezorientowane spojrzenia strażników, i przeniosła wzrok wprost na prowadzącego modły, który jeszcze nie zauważył jej wtargnięcia. Napięła mięśnie i skoczyła do biegu, sprawnie prześlizgując się między wiernymi. Kilku brutalnie wywróciła, kilku podeptała, za jej plecami rozległ się tupot nóg wojowników, ale ona już odbijała się od posadzki. Przesadziła prowizoryczny ołtarzyk i dopadła do oszołomionego brodatego mężczyzny.
Sztylet zalśnił w jej dłoni, ostrze odbiło się w przerażonych oczach przyszłej ofiary, a potem zatopiło się w piersi nieszczęśnika, brudząc się gorącą krwią. Ellen chwyciła wolną ręką łańcuszek na szyi mężczyzny i zerwała go szarpnięciem, wyciągając spod ciężkiego futra klucz. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, odepchnęła się od osuwającego się na ziemię ciała i rzuciła się w drogę powrotną, zanim zebrani do końca zrozumieli, co się stało.
Przedzieranie się przez tłum sprawiło tyle problemów, co za pierwszym razem, w pewnym momencie musiała sparować cięcie potężnego topora wymierzone przez rozjuszonego strażnika. Sprawnie uskoczyła przed następnym atakiem i dopadła do drzwi w chwili, w której do wszystkich ostatecznie dotarło to, co się wydarzyło.
— Ruszać się! — krzyknęła do czekających na nią towarzyszy, nie zwalniając na zakręcie, machnęła na nich zakrwawionym sztyletem.
— Ona żyje! — zawołał z niedowierzaniem Zevran.
Z pomieszczenia wylali się rozwścieczeni wierni wraz z uzbrojonymi strażnikami i elf porzucił pomysł wylewnego powitania Ellen. Zgodnie rzucili się biegiem w drogę powrotną, za Shale gnała tylko Strażniczka, najwyraźniej postanowiwszy zamykać tyły, by osłaniać towarzyszy. Co chwila oglądała się nerwowo przez ramię, sycząc przez zęby przekleństwa.
— Pułapka! — krzyknęła.
Zevran od razu odbił się od posadzki i przesadził wielkim susem sznurek, unikając uruchomienia ostrzy, to samo uczyniła Morrigan, tylko Shale przeprawiła się mniej widowiskowo, po prostu stawiając szerszy krok. Kiedy wpadali w zakręt, a elf zatrzymywał się, by poczekać na Ellen, która do pułapki jeszcze nie dotarła, Zevran ujrzał coś bardzo niepokojącego. Wojownika unoszącego ciężką broń dystansową oraz mierzącego w plecy nieświadomej tego Strażniczki.
— Ellen, kusza! — zawołał w chwili, w której bełt ze świstem przeciął powietrze.
Dziewczyna jęknęła zaskoczona, gdy grot przeciął jej ramię, postawiła kilka chwiejnych kroków i potknęła się o wyzwalacz pułapki, zrywając sznurek. Morrigan zahamowała z poślizgiem, unosząc kostur i celując nim w Ellen.
Strażniczka w ostatniej chwili odbiła się od ziemi i skoczyła do przodu, unikając rozerwania przez wysuwające się ze ścian ostrza, jednak metal zdołał rozorać jej łydkę. Syknęła z bólu, wyginając się w łuk, by wylądować na lewej dłoni, odepchnąć się od niej i obrócić się tak, że przy następnym dotknięciu ziemi stawała już na nogach. Zachwiała się, nie mogąc odzyskać równowagi, i gdyby nie Zevran, upadłaby. Elf przytrzymał przywódczynię i spojrzał zaniepokojony na zbliżający się rozjuszony tłum.
Wtedy cały korytarz wypełniło jasne białe światło, na chwilę wszystkich oślepiając. Kiedy zelżało, ziemia pod ich stopami zadrżała, pozbawiając równowagi. Zevran oparł się o ścianę, przytrzymując Ellen w obawie, że wyślizgnęłaby mu się z rąk i coś by się jej stało. Śnieg oblepiający mury oraz sufit zwalił się na przejście akurat w chwili, w której mieszkańcy Azylu zbliżyli się do elfa i Strażniczki, całkowicie zasypał korytarz i uwięził ludzi po drugiej stronie zapory.
— Od początku miałam ochotę to zrobić — mruknęła Morrigan, opuszczając kostur i uśmiechając się z zadowoleniem.
— To szkoda, że nie zrobiłaś — parsknął Zevran, podprowadziwszy utykającą Ellen do czarownicy.
— Mam go — stwierdziła Strażniczka, unosząc dłoń, w której zaciskała łańcuszek z dyndającym nań żelaznym kluczem.
— No nie wierzę — sapnął elf, kręcąc głową. — Szaleńcy rzeczywiście są niebezpieczni — dodał, spojrzał na dziewczynę podejrzliwie, jakby również zaczął się o nią martwić, a potem wraz z Morrigan ruszyli do czekającej kawałek dalej Shale.
Kiedy dotarli do głównej sali, pozostali już tam byli. Leliana krzyknęła przerażona na widok prowadzonej przez Zevrana Ellen, jednak Morrigan uspokoiła wszystkich – a miała do tego niewątpliwy talent – że dziewczynie nic się nie stało poza pewnymi znaczącymi uszczerbkami na mózgu. Wspomniała coś także o otarciu się o śmierć oraz skończonej głupocie, co ostatecznie sprowokowało Alistaira do zauważenia, że mogła Ellen powstrzymać. Wiedźma odpowiedziała zwięźle, że nie mogła.
Wynne sprawnie zajęła się obrażeniami Strażniczki, które nie okazały się poważne. Czarodziejka zastrzegła, że przez pewien czas Couslandka będzie miała utrudnione poruszanie się. Potem zgodnie podeszli do drzwi, Leliana wzięła od Ellen klucz, wsunęła go do zamka i spróbowała przekręcić. Mechanizm puścił i kliknął. Gdy łuczniczka chwyciła za klamkę, wrota ustąpiły i po chwili wchodzili do olbrzymiej, pustej sali również tonącej w śniegu. Przed nimi wznosiły się tylko szerokie schody piętnaście metrów dalej, u szczytu których stało duże palenisko usytuowane na dziwnej misie.
Drzwi bezgłośnie się za nimi zamknęły, a wtedy z paleniska buchnął jasny, mocny płomień. Powietrze zadrżało, wyraźnie gęstniejąc, pod ścianami dziwnie się poruszyło, jakby coś powstawało z cieni. Ellen oswobodziła się z objęć Alistaira, stając o własnych siłach, i przyjrzała się zjawisku, zaciskając dłonie w pięści. Miejsc, w których mrok się wybrzuszał oraz falował, jakby coś próbowało z niego wyjść, było osiem, cztery pod każdą ze ścian.
Tuż przed schodami zmaterializowała się pierwsza istota i dopiero po niej pojawiły się kolejne, te spod ścian. Stworzenia były przerażające oraz mrożące krew w żyłach, chłodne powietrze jeszcze bardziej się oziębiło, kiedy bezkształtne ciała, pod tym względem przypominające cienie, powstały znikąd.
Miały kolor popiołu, cała ich postać zdawała się pofałdowana, cienkie szponiaste łapy oraz łeb o czarnych, okrągłych, pustych oczodołach, z niewielkim otworem gębowym trochę poniżej. Zresztą żadnego innego nie potrzebowały, skoro dokładnie przez środek ich tułowia szło dziwne rozcięcie, które, kiedy je rozwarły, okazało się olbrzymią, zębatą paszczą. Gorące mięśnie w ich wnętrzu zadrżały, skapnęła z nich gęsta substancja, zupełnie jakby istotom pociekła na widok wojowników ślinka. Dokoła poniosło się wysokie, przerażające zawodzenie przypominające wycie duchów na cmentarzach, jakby stworzenia płakały z powodu swojego żałosnego losu.
Przed paleniskiem stanął mężczyzna, rozłożył ręce, unosząc drewniany kostur, i między jego ramionami przeskoczyła iskra błyskawicy.
— Nie wygląda to dobrze — podsumował Alistair.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz