wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.65 - Wymarłe gatunki


Istoty wyprostowały się niczym struny, rozwierając paszcze w środku swoich ciał, zawyły jednym głosem, po czym z powrotem się zgarbiły, smętnie zwieszając długie, chude ramiona. Na chwilę w sali zapadła cisza, tylko płomień na palenisku u szczytu schodów trzaskał, a błyskawica wirująca między dłońmi maga strzelała iskrami.
Wojownicy błyskawicznie dobyli broni, jednak potem znieruchomieli, spoglądając w szoku na dziesięciu wrogów, z którymi musieli się zmierzyć.
— Co to… co to… jest? — wychrypiała Ellen, bezwiednie cofając się o krok, przez co wpadła na stojącą za nią Lelianę. — Czuć je… podobnie do cieni — dodała, starając się powstrzymać drżenie ciała, jednak strach już zaglądał do jej oczu, zapowiadając napad paniki.
— Stwórco jedyny, nigdy czegoś takiego nie widziałam — szepnęła Wynne, ściskając w dłoni kostur i z przerażeniem spoglądając na nieruchome istoty.
— To popielne widma — oznajmiła chłodnym głosem Morrigan, pochyliwszy głowę ze zmarszczonym czołem, kiedy przyglądała się stworzeniom. — Matka opowiadała mi o nich kiedyś.
— Popielne widma? — powtórzyła słabo Leliana, podparłszy Ellen dłonią, gdy poczuła, że Strażniczka ledwie stoi o własnych siłach. — Słyszałam o nich. To podobno uczniowie Andrasty, którzy po jej śmierci oddali się płomieniom, by móc strzec naszej Pani na wieczność — opowiedziała skróconą wersję.
— Nie wyszło im to na dobre — zauważył Alistair, poprawiając miecz w dłoni. — Nie prezentują się zbyt wyjściowo, a i ten pysk w środku brzucha nie wydaje mi się genialnym pomysłem. — Odruchowo przeniósł wzrok na Ellen w nadziei, że dziewczyna wyda rozkaz.
Jednak stała nieruchomo, w jej oczach malowało się szczere przerażenie. Alistair z niepokojem uzmysłowił sobie, że podobnie reagowała na cienie, które oszałamiały ją chyba bardziej od ogrów. Mogło to oznaczać, że popielne widma to istoty Pustki, a jeśli były istotami Pustki, to byłby w stanie…
— Rozgniećmy je na miazgę, ciekawe, jaki płyn mają w środku — zaproponowała Shale i uderzyła kamienną pięścią o otwartą dłoń.
Nikt nie zdążył się odezwać, kiedy od szeregu odłączył się Zevran, kręcąc młynka bronią, i ruszył z cichym śmiechem w stronę najbliższego widma, szykując się do ataku.
— Świetny pomysł, wprowadźmy go w czyn! — zawołał, odbijając się od posadzki i skacząc na istotę z uniesionym wysoko jednoręcznym mieczem.
Sztylet wymierzył trochę niżej, bardziej w żebra niż w olbrzymią paszczę widma.
— Ty cholerny elfie, one są…! — warknęła Morrigan, obracając się za Zevranem, jednak nie zdążyła interweniować czy choćby wypowiedź dokończyć.
Ledwie broń skrytobójcy zatopiła się w ciele istoty, stworzenie chwyciło elfa w uścisk szponiastych łap i oderwało od siebie, unosząc kilka metrów nad ziemią. Zevran sapnął zaskoczony, wpatrując się w zadane przez siebie rany, które po prostu zaczęły się zrastać. W następnej chwili gruchnął ciężko o pobliską ścianę, potężne uderzenie odebrało mu dech. Broń wysunęła się z rąk i elf osunął się półprzytomny na posadzkę.
Popielne widmo zawisło nad nim, zawodząc głośno, i rozdziawiło olbrzymią paszczę, szykując się do uczty.
ZEVRAN! — rozległ się wysoki wrzask, a potem tupot nóg.
Morrigan znowu krzyknęła, tym razem w obcym języku, najpewniej przekleństwo, patrząc, jak Ellen rzuciła się w stronę popielnego widma oraz skrytobójcy. Schowała sztylety z powrotem do osłonek i odbiła się od posadzki, lądując na zgarbionym grzbiecie istoty.
— Zostaw go w spokoju! — krzyknęła, objęła ramieniem łeb widma i wbiła palce w jego ślepia.
Paznokcie przebiły ciało i pobrudziły się ciemną krwią, jaka wyciekła z zadanych ran. Popielne widmo zawyło rozpaczliwie i szarpnęło się wściekłe, jednak Ellen wczepiła się w nie jak kleszcz. Wolną ręką chwyciła jeden ze sztyletów, by wbić ostrze w kark. Potem obejrzała się przez ramię, przenosząc wzrok na stojących pod drzwiami towarzyszy.
— Zabierzcie go stąd! — wrzasnęła, jednak nie zdołała wydać następnych rozkazów.
Popielne widmo chwyciło ją za włosy i szarpnęło, ciskając nią o posadzkę. Stęknęła głucho, kaszlnęła krwią i przeturlała się z pleców na brzuch, czując ściekającą po skroni gorącą ciecz. Z trudem uniosła głowę, na oślep szukając upuszczonego sztyletu, i wbiła wzrok w zbliżające się widmo.
— Kurwa, Ellen! — syknął Alistair, zacisnął dłoń na mieczu i ruszył w stronę Strażniczki, by ją obronić.
Poczuł, jak czyjaś ręka zaciska się na jego ramieniu i go powstrzymuje. Spojrzał oszołomiony na poważnie wściekłą Morrigan.
— Ataki fizyczne ich nie zranią — wycedziła przez zęby. — Za to dają im sposobność, by wysysać siły witalne ze swoich wrogów, ich dotyk zabiera energię — wytłumaczyła naprędce, zerkając na zbierającego się z posadzki elfa oraz pozostałe widma. — Bierz starą czarodziejkę i zajmijcie się tamtym magiem, poradzę sobie z widmami. Reszta, osłaniajcie mnie! — zdecydowała, zwracając się do wojowników.
Chwilową ciszę rozdarł przepełniony cierpieniem wrzask. Wszyscy spojrzeli przerażeni w stronę, gdzie kilka sekund temu leżała pokonana Ellen. Teraz stała wyprostowana, wręcz wygięta w łuk, jej stopy ledwie dotykały posadzki. Wokół niej wirował ciemny, pełen dziwnych drobinek wiatr, tworząc tornado. Nikt nie był w stanie się ruszyć nieznośnie długą chwilę, obserwując, jak skóra dziewczyny zaczyna pękać, a spod niej tryska krew, którą pełen popiołu wiatr natychmiast wchłania. Stojące przy ofierze widmo wyciągnęło pazernie łapska, czekając, aż będzie mogło dokończyć posiłek.
— Ellen! — jęknął Alistair.
Morrigan szarpnęła go w stronę schodów, rzucając mu miażdżące spojrzenie.
— Ruszaj się, do cholery, jeszcze brakuje nam tu ciskającego zaklęcia maga! — warknęła, unosząc kostur, i wycelowała bronią w przedziwne tornado, w jakie została pochwycona Strażniczka.
— Chodźmy, szybko — poparła czarownicę Wynne.
Młodzieniec niechętnie skinął głową i razem z kobietą skierował się do stojącego u szczytu schodów maga.
— Osłaniam was! — krzyknęła za nimi Leliana, błyskawicznie nakładając pocisk na cięciwę i szykując się do strzału.
— Lepiej idź z nimi, bo zaraz może się pogorszyć widoczność — mruknęła Morrigan, końcówka kostura rozbłysła błękitnym światłem, a czarownica uśmiechnęła się drapieżnie.
Sekundę później popielne widmo pokrywało się grubą warstwą lodu. Kiedy siła zaklęcia sięgnęła łba istoty, tornado pochłaniające życie Ellen skończyło się – dziewczyna osunęła się poraniona na posadzkę i na chwilę znieruchomiała. Wtedy pozostałe popielne widma – było ich jeszcze osiem – ruszyły z niesamowitą prędkością do bezbronnej dziewczyny, zupełnie jakby urządziły sobie wyścig. Morrigan syknęła zdenerwowana przez zęby, odrzuciła kostur i uniosła ręce nad głowę, zamykając oczy.
— Ellen — szepnęła przerażona Leliana.
Obejrzała się na Alistaira oraz Wynne, którzy właśnie rozpoczynali walkę, raz jeszcze spojrzała na przyjaciółkę, po czym westchnęła. Rzuciła się biegiem do czarodziejki i templariusza, decydując się powierzyć tę potyczkę Morrigan.
W końcu tylko ona wiedziała, z czym tak naprawdę się mierzyli.
Ledwie dotarła do Alistaira i wystrzeliła pierwszy pocisk, w jej plecy uderzył potężny, lodowaty podmuch wiatru, niemal zwalając z nóg. Zachwiała się i obejrzała się zdumiona, by ujrzeć szalejącą pod schodami śnieżycę, która przysłoniła całą dolną część sali, w której znajdowały się popielne widma.
Ellen uniosła się słabo na ręku, mrużąc oczy, by dojrzeć coś w zacinającym śniegu. Widziała jednak tylko niewyraźne cienie zbliżających się do niej istot. Spróbowała wstać, ale mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa i znowu opadła na posadzkę, oddychając ciężko kłującym, lodowatym powietrzem. Cudem wymacała zgubiony sztylet, zacisnęła na nim dłoń i przyciągnęła broń do siebie, gotowa podjąć walkę, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
Z tej niesamowitej zamieci, która ogarnęła całą salę, wyłoniła się jeszcze jedna sylwetka. Gwałtownie urosła w oczach dziewczyny, błyskawicznie się zbliżyła, a Ellen rozpaczliwie napięła mięśnie, chcąc się bronić. Zastygła oszołomiona, widząc biegnącego do niej niedźwiedzia, dziwnie znajomego niedźwiedzia. Znieruchomiała, wpatrując się w zwierzę, a ono stanęło przy niej i schyliło się. Drgnęła, zacisnęła dłonie na gęstej sierści i z pomocą drapieżnika wciągnęła się na jego grzbiet.
Niedźwiedź zawrócił i pognał przez zamieć, zostawiając za sobą popielne widma. Zahamował dopiero przy siedzącym pod ścianą Zevranie i tak gwałtownie szarpnął całym ciałem, że Ellen spadła z jego grzbietu na posadzkę. Stęknęła głucho, pozwoliła się przyciągnąć elfowi bliżej niego i spojrzała na zwierzę.
Na jej oczach drapieżnik rozświetlił się, jego kontury się rozmyły, wygięły, zaczęły się zmieniać, by po chwili tuż przed nimi stanęła wyprostowana, naga kobieta. Ellen zachłysnęła się powietrzem, rozpoznając Morrigan.
— A teraz kończymy zabawę — syknęła czarownica, rozłożyła szeroko ramiona.
Śnieg, niczym na umówiony sygnał, zawirował szybciej, dziwnie twardniejąc, przeobrażając się w drobinki lodu. Kiedy Morrigan klasnęła, cała zamieć zniknęła, został tylko porywisty, gwałtowny wiatr, który porwał poranione widma, zamieniając je w ulotny, delikatny popiół. Czarownica wykręciła prawą rękę i szepnęła kilka słów, a wtedy wszystko się uspokoiło. Wichura zniknęła, śnieg zaczął opadać, po popielnych widmach nie został żaden ślad. Morrigan zachwiała się na nogach i osunęła się na posadzkę.
— Morrigan — szepnęła Ellen, zacisnęła zęby i podpełzła do czarownicy, ignorując ból oraz odrętwienie ciała.
Dotknęła jej ramienia, a kiedy padło na nią spojrzenie jasnobrązowych oczu, uśmiechnęła się.
— Dziękuję.
Chwilę potem Zevran klękał obok nich i podawał czarownicy zostawione pod drzwiami ubrania, chwaląc cicho za dobrze wykonaną robotę. Morrigan nie odezwała się słowem, przenosząc wzrok na szczyt schodów. Tam właśnie lśniące błękitem ostrze Alistaira zatapiało się w piersi maga, pozbawiając go życia, a płomień na palenisku drgał niecierpliwie, strzelając w powietrze iskrami.
W sali zapadła cisza, nikt się nie ruszał dłuższą chwilę, aż wreszcie z ziemi podniosła się Ellen. Zachwiała się niebezpiecznie, zacisnęła dłonie w pięści i popatrzyła na towarzyszy nieugiętym wzrokiem.
— Ruszamy — zażądała i jako pierwsza skierowała się do schodów.
Potknęła się o własne nogi, krew ze świeżych ran pociekła po ciele, dziewczyna opadła na kolana i jęknęła cicho. Zaraz jednak wstała, zdeterminowana ruszając dalej. Pozostali przyglądali się jej z oszołomieniem.
— Jesteś ranna — stwierdziła Morrigan, jej głos zabrzmiał donośnie w cichej sali.
— Zevran także. Wynne zajmie się nim w drodze — odparła Ellen, stawiając kolejne chwiejne kroki.
— Ty jesteś bardziej — ciągnęła wiedźma, obserwując Couslandkę.
— To nie ma znaczenia — odezwała się po dłuższej chwili Ellen.
Morrigan syknęła wściekła przez zęby i machnęła niecierpliwie ręką. Zaspa nieopodal Strażniczki zadrżała i uniosła się, formując śnieżne ramię, które przewaliło dziewczynę i przygniotło do posadzki, uniemożliwiając dotarcie do celu.
— Co ty wyrabiasz, do jasnej cholery? — warknęła czarownica, ruszając do Ellen z grymasem bólu na twarzy, jednak nie zwolniła kroku. — Co ty chcesz nam wszystkim udowodnić? — dodała, neutralizując zaklęcie.
Strażniczka usiadła i spojrzała rozognionym wzrokiem na Morrigan.
— Nikomu niczego nie udowadniam. Walczę — odparła, wpatrując się w rozmówczynię, jej oczy lśniły niepokojącym, trochę szaleńczym blaskiem.
— Z czym ty walczysz, Ellen, do cholery?! — zawołała czarownica, zatrzymując się nad dziewczyną. — Bo na pewno nie z tym, co nas atakuje! Po co, do kurwy nędzy, zmagasz się z samą sobą?! Pozabijasz nas, twoje zachowanie jest nieodpowiedzialne i niedojrzałe, co ty sobie wyobrażasz?
Jeszcze nigdy tak się nie uniosła, odkąd wyruszyli razem w podróż, jednak nie wyglądało na to, by na Ellen zrobiło to wrażenie. Tylko jej oczy błysnęły inaczej, ale ten blask szybko zniknął.
— Nie masz prawa mnie oceniać — stwierdziła cicho, nie odrywając od czarownicy wzroku. — Nie masz o niczym pojęcia. Będę szła tą drogą, którą uznam za słuszną, a to wszystko, ta cała krew, każda rana… zasługuję na nie. Zasługuję na nie bardziej niż wy wszyscy razem wzięci, dlatego dalej będę brała na siebie ataki, jeśli zdołam was tym ochronić — oznajmiła, podnosząc się z ziemi.
— Ty chyba postradałaś zmysły — syknęła Morrigan, patrząc na Ellen niemal z obrzydzeniem.
— Ruszamy — powtórzyła Strażniczka, odwróciła się sztywno i poszła w stronę schodów, już się za nikim nie oglądając.
— Wynne, ulecz tę upartą gówniarę, bo wywróci się, nim dotrze do kolejnego pomieszczenia — warknęła Morrigan, prychnęła wściekła, a potem skierowała się po kostur, który zostawiła kawałek dalej.
Wynne skinęła głową i wymamrotała formułki zaklęć wzmacniających oraz uzdrawiających, nawet nie próbując zatrzymać Ellen. Kiedy przypomniała sobie słowa Alistaira i porównała je do sceny, jakiej byli świadkami, sama zaczęła odczuwać niepokój młodzieńca. To coś, co niszczyło ich Strażniczkę od środka, musiało być bardzo potężne.

Dalej podróż przebiegała spokojnie, świątynia była jakby wyludniona. Przemierzali kolejne puste korytarze oraz pomieszczenia, w których jedyny wystrój stanowiły stare dywany i wazy, rzadziej posągi czy drobniejsze figurki. Nie odzywali się słowem, Ellen maszerowała, nie oglądając się na nikogo, a jej ponury nastrój odbijał się na samopoczuciu drużyny. Nikt nie miał ochoty rozmawiać w takiej atmosferze. Niektórzy głowili się nad tym, co ich spotkało, inni nad dziwnym zachowaniem Strażniczki, ale ciszy nikt nie przerwał, cierpliwie czekając, aż coś się zmieni.
Zmieniło się dopiero w jednym z pomieszczeń, wyjątkowo pysznie urządzonym, na środku którego stały dwa posągi mężczyzn. Pod ścianami ciągnęły się stoły przykryte lazurowymi serwetami, następne zamknięte drzwi zostały pozłocone, w komnacie panował nastrój majestatu oraz wielkości. Leliana zatrzymała się zdumiona i zapatrzyła się na rzeźby z rozdziawionymi ustami.
— Domyślam się, że to ma jakieś znaczenie religijne — parsknęła Morrigan.
— Maferath tak bardzo zazdrościł Andraście jej mocy, że wydał ją w ręce Imperium, co skończyło się dla niej śmiercią — opowiedziała pokrótce Leliana, wskazując palcem na posąg po prawej stronie. — Mówią, że kiedy Andrasta płonęła, archont Hessarian usłyszał głos Stwórcy i dlatego właśnie postanowił przerwać jej cierpienia — dodała, teraz pokazując drugą rzeźbę.
— Fascynujące — podsumowała znudzona Morrigan, unosząc brwi.
— Ziąb — zakomunikowała Ellen, dotknąwszy dłonią pozłacanych drzwi, które odgradzały ich od następnego pomieszczenia. — Ciągnie stamtąd zimnem — sprecyzowała, przenosząc wzrok na pozostałych.
— Może ktoś zapomniał zamknąć okno? — podsunął nieśmiało Alistair.
— Ach, to dlatego tyle tu śniegu! — wykrzyknął Zevran i uderzył pięścią w otwartą dłoń. — Że też pierwszy na to nie wpadłem!
— Daruj sobie — zaproponował urażony Strażnik.
— Wydaje mi się, że zmierzamy w górę — wtrąciła Wynne, wyszedłszy przed dokuczających sobie panów i zatrzymawszy się obok Ellen. — Pokonaliśmy już wiele schodów, wygląda na to, że wspinamy się na szczyt.
— Na to wygląda — zgodziła się powoli Strażniczka, skinęła głową, a potem położyła dłoń na klamce i otworzyła drzwi.
Uderzył w nich lodowaty podmuch wiatru, podrywając poły płaszczów. Wszyscy zaczęli się nerwowo otulać ciepłym odzieniem, mamrocząc przekleństwa przez zęby. Za progiem ciągnęły się szerokie, niknące w półmroku kamienne schody.
— Idziemy — rzuciła Ellen i rozpoczęła mozolną wspinaczkę.
Pozostali podążyli za nią. Wystrój świątyni zaczął ulegać zmianie, już nie był tak elegancki oraz zwyczajnie piękny, stał się prosty – żadnych kolumn, żadnych ozdobników, płaskie sklepienie i ciemne schody. A w dodatku na korytarzu gwizdał przenikliwy, zimny wiatr, zupełnie jakby gdzieś był przeciąg.
W końcu dotarli na sam szczyt, przeszli przez stare, nadgniłe drzwi i znaleźli się w długim, pustym korytarzu. Tu również przywitały ich nagie ściany oraz posadzka, zupełnie jakby na to miejsce nie starczyło już inspiracji. Koniec przejścia tonął w półmroku, co wywołało w sercach wojowników niepokój. Pierwsza przełamała go Ellen, ruszyła dziarsko przed siebie, nie oglądając się na towarzyszy. Niewiele myśląc, podążyli za nią, bo nic innego im nie pozostało.
— Widzicie to, co ja? — spytał nagle Alistair, zatrzymując się i zapatrując się w ścianę po stronie lewej ręki. — Bo jak dla mnie wygląda to na wielką dziurę, za którą ciągnie się jakaś ciemna jaskinia. Mylę się?
— Tunele wydrążone bezpośrednio w sercu góry — mruknęła cicho Ellen, podchodząc kilka kroków do dziury i stając na granicy posadzki oraz nagiej skały. — To stąd wieje — dodała, unosząc dłoń i wyciągając ją przed siebie.
— Idealne miejsce na kryjówkę sekty, nie ma co — westchnął Zevran, zaglądając ciekawie do środka, jednak ciemność była niemal nieprzenikniona. — Trochę mroku, trochę wilgoci, szaleni wyznawcy i żywienie się trupami zwierząt, sama śmietanka kultury. — Podrapał od niechcenia mur, wyskrobując spomiędzy cegieł zaprawę.
— Wynne, Morrigan, zapalcie światło. Idziemy poszukać członków naszej ulubionej sekty — rozkazała Ellen, pochylając głowę, kiedy przeczesywała spojrzeniem mrok jaskini.
Czarodziejki bez słowa uniosły dłonie i przywołały nad nie kule złocistego światła, które rzuciło jasny blask na wnętrze groty. Ellen sięgnęła do sztyletów, chwyciła jeden w prawą rękę i wyciągnęła go z osłonki, zaciskając palce na rękojeści. Dopiero wtedy ostrożnie ruszyła, postawiła kilka pierwszych kroków na skalnym podłożu i obejrzała się przez ramię na pozostałych. Podążyli za nią, nasłuchując ataku wrogów, jednak zdawało się, że także tu byli zupełnie sami.
Powoli zagłębiali się w ciasne tunele jaskiń, niekiedy tak wąskie, że musieli przedzierać się wśród skał bokiem, ocierając się o ostre kamienie. Magiczne kule światła rozjaśniały ciemność, dokoła niosły się echem ich ostrożne kroki, kilkakrotnie wdepnęli w kałuże skapującej ze sklepienia wody.
Po kilkunastu minutach monotonnego, cichego marszu Alistair usłyszał czyjś ciężki, nieregularny oddech. Spojrzał zaniepokojony na idącą nieopodal Ellen, marszcząc czoło.
— To rany? Coś cię boli? — spytał półgłosem, chwyciwszy jej ramię.
Wzdrygnęła się, co go zaskoczyło, jednak puścił ją, odsuwając się, na wypadek gdyby ta nagła bliskość tak ją zmierziła.
— Nic mi nie jest — wycedziła przez zęby, nawet na niego nie spojrzawszy.
— Dyszysz jak raniony mabari. Pewnie, nic ci nie jest, tylko udajesz swojego psa, żeby dodać sobie otuchy — parsknął zirytowany.
— To miejsce… dziwnie pachnie. I jest dziwne. Czujesz, może to pomioty? — wymamrotała bardzo cicho i niewyraźnie, przez co dłuższą chwilę starał się rozszyfrować jej słowa.
Potem przymknął oczy, zgodnie z jej niewypowiedzianą prośbą przeszukując pobliskie korytarze oraz groty, w których ich najwięksi wrogowie mogli się czaić. Szybko zorientował się, że niczego niepokojącego nie wyczuje, dlatego znów popatrzył na Strażniczkę i tym razem w jego spojrzeniu czaiła się szczera troska.
— Nie ma tu pomiotów, Ellen — mruknął łagodnie. — Masz jakieś lęki? Boisz się małych przestrzeni albo ciemności, albo przebywania pod ziemią? — wyliczył wszystko, co przyszło mu na myśl. — Chociaż to właściwie jest góra, więc jesteśmy, tak jakby, nad ziemią, ale pod skałą, jeśli wiesz, co mam na myśli — dodał, starając się obrócić to w żart.
— Nie, nie boję się tego — stwierdziła Ellen.
Młodzieniec poczuł, jak chwyciła jego dłoń, delikatnie zaciskając na niej palce.
— To miejsce jest dziwne, przesiąknięte czymś starym, to dotyka nas wszystkich, ale tylko mnie nęka. Nie powinno mnie tu być, jednak będę szła i się nie zatrzymam. Obiecałam to komuś — wymamrotała, wykorzystując zdumienie, jakie wywołał jej gest u Alistaira. — Tak naprawdę to boję się samej siebie — dodała najciszej, ostatni raz zacisnęła palce na jego dłoni, a potem gwałtownie ją puściła i przyspieszyła kroku, zostawiając Strażnika samego.
Wyprzedziła wszystkich, starając się ich zanadto nie potrącać, dogoniła idącą z przodu Morrigan. Dopiero z nią zrównała marsz, spoglądając czujnym wzrokiem w mrok rozciągający się tuż przed nimi.
— Czuję ciepło — stwierdziła wiedźma, ruchem głowy wskazując drogę, którą przemierzali. — Wiatr stał się cieplejszy. I niesie ze sobą dziwny zapach.
Strażniczka milczała dłuższą chwilę, marszcząc czoło, aż wreszcie zaczerpnęła głośno powietrza i zamknęła oczy, jakby delektowała się powiewem, który ich delikatnie muskał.
— Trupy. Dużo trupów — zakomunikowała, uchylając powieki. — To zapach zakrzepłej krwi i rozkładających się ciał, ale jest coś jeszcze, tego nigdy nie czułam — dodała, mówiąc na tyle głośno, by wszyscy słyszeli. — Lekko siarkowy odór — sprecyzowała w zamyśleniu.
— Może ktoś nas ubiegł i zabił sektę przed nami — zaproponował Zevran, wychylając się zza idącego przed nim Stena, żeby zobaczyć cokolwiek poza szerokimi plecami qunari. — Jakiś szalony alchemik, stąd zapach siarki — uzupełnił, żeby jego koncepcja była jak najbardziej prawdopodobna.
— Tak, a teraz podkłada ładunki wybuchowe pod górę i wysadzi ją w powietrze, żeby sprawdzić, jak działają wulkany — sapnął Alistair, wywracając oczami. — Następnie weźmie się razem z chodzącymi trupami mieszkańców Azylu za ręce i odtańczy taniec deszczu, by wspomóc przyrost naturalny w Anderfels — przedstawił dalszy scenariusz.
— To lyrium, co to je rozdają templariuszom, to niezły towar, musisz się kiedyś podzielić — uznał elf pełnym podziwu głosem.
— Dosypię ci do zupy, żebyś się przekręcił — zaproponował ugodowo Strażnik.
— Możecie przestać? To chyba nie jest odpowiednia chwila — skarciła ich Wynne.
Na tym dyskusja się skończyła. Zevran próbował rzucić jeszcze kilka błyskotliwych komentarzy, które by wszystkich zirytowały, jednak w końcu Sten posłał mu tak mrożące krew w żyłach spojrzenie, że nawet elf się zmieszał, zachichotał nerwowo i już grzecznie szedł za qunari, nie odzywając się.
Wreszcie weszli do rozległej, wprost olbrzymiej groty, na środku której wznosił się pokaźny słup przypominający stalagnat, jednak tak gruby, że kazało to sądzić, iż stworzony ręką człowieka. Nie to oszołomiło grupę do tego stopnia, by zatrzymała się zaraz po wejściu do jaskini, a czarodziejki zmusiło do posłania kul światła wysoko pod sklepienie, by rzuciło więcej światła.
Pod ścianami, wśród wielu stalagmitów oraz bliżej nieokreślonych form skalnych, leżały sterty zwierzęcych trupów. Rozszarpane bydło, drgające na subtelnym wietrze pierze drobiu, krowy z oderwanymi łbami oraz świnie z rozszarpanymi jamami brzusznymi, na ziemi walały się wyschnięte i, co gorsza, nadgryzione wnętrzności. Zapach stał się intensywny i bardzo nieprzyjemny. Sterty ciał niemal przysłaniały kolejny korytarz wiodący w głąb góry z drugiej strony groty. Gdzieś nieopodal niego, co jeszcze bardziej oszołomiło wojowników, stały prowizoryczne dwupiętrowe łóżka, zupełnie jakby ktoś tu sypiał.
— Dobra, nie wiedziałem, że od przynależności do sekty wzrasta apetyt — przyznał Zevran, spoglądając na te widoki dużymi ze zdumienia oczami.
— Zależy, gdzie wstępujesz. W naszej sekcie, Szarych Strażników, to całkiem normalne — rzucił z kpiną Alistair, starając się nie dać poznać po sobie przerażenia, jakie go ogarnęło, gdy ujrzał sterty zamordowanych zwierząt.
— I co, razem z Ellen obrabiacie wioski z bydła, a potem po kątach w obozie zajadacie się krówkami i świnkami? — zgadł elf, rzuciwszy Strażnikowi dziwne spojrzenie.
— Czasami trafi się też jakiś koń, a jak brakuje udomowionych zwierząt, to polujemy na jelenie i takie tam — zapewnił z kamienną miną Alistair. — Mamy pewien… jakby to powiedzieć… pewną obsesję na punkcie świeżej krwi, to normalne.
— Sza! — warknęła Ellen, unosząc ostrzegawczo dłoń, i rozejrzała się czujnie dokoła.
— Co jest? — szepnęła Leliana, nachyliwszy się trochę do przyjaciółki.
— Ten dźwięk… — mruknęła Strażniczka, dalej lustrując otoczenie wzrokiem. — Czujesz wibracje w brzuchu? To warkot. Coś warczy — wyjaśniła i postąpiła kilka kroków w przód, zaciskając dłoń na wciąż trzymanym sztylecie.
— O, a teraz skrobie — dodał Alistair, rozglądając się nerwowo.
— Na płonący miecz Andrasty! — wykrzyknęła Wynne i wycelowała palcem w okolice olbrzymiego słupa, który sterczał z ziemi, sięgając aż do sklepienia groty.
Spojrzenia wszystkich zwróciły się w odpowiednią stronę, by paść na wyłaniające się z półmroku stworzenia. Stworzenia, o których większość osób była przekonana, że od dawna nie żyły lub że nigdy, tak naprawdę, nie istniały. Wielkości niezbyt wysokiego kucyka, o mocnym, pokrytym łuskami w kolorze jadeitu ciele, długim, giętkim ogonie oraz równie smukłej, wręcz łabędziej szyi, podłużnych pyskach i złocistych oczach z pionową źrenicą. Wzdłuż ich grzbietu ciągnął się grzebień ostrych, twardych płytek, z wąskich nozdrzy unosiły się smużki dymu.
Smoczęta zaskrzeczały, pochyliły łby i wyszczerzyły pokaźne kły. Z ich gardeł dobył się dziwny, charakterystyczny klekot, gdy całą grupą ruszyły na ofiary.
— Czy one przypadkiem nie powinny były wyginąć dwa wieki temu? — spytał Alistair, przerywając przerażone milczenie w grupie.
— Rzućmy im skarpetki templariuszyny na pożarcie, szybko powinny wrócić do gatunków wymarłych — zaproponował Zevran, dobywając broni.
— Ewentualnie zaprezentujmy im twój zadek, padną na miejscu — zmienił koncepcję Alistair, spojrzawszy na ulubionego druha.
— O, to już było poniżej pasa! — zirytował się elf i pogroził Strażnikowi sztyletem. — Chyba że miałeś na myśli, że padną z zachwytu, z tym się zgodzę. Nawet ty byś w takiej sytuacji padł — uznał po chwili, jak zawsze dopatrzywszy się pozytywnej strony.
— Chyba ze śmiechu — odparł Alistair.
— Jaka jest szansa na to, że zioną ogniem? — spytała Ellen, parsknąwszy ze złością, i spojrzała wyczekująco na Morrigan.
— Mniejsza niż ta, że zaraz ja zionę ogniem na tych kretynów — odparła czarownica, zmiażdżyła elfa i młodzieńca wzrokiem, a potem uniosła kostur, gotując się do walki.
— Uwaga na ich zęby, pazury i ogony, nie dajcie się otoczyć! — wydała rozkazy Ellen i pierwsza ruszyła, nacierając na najbliższego smoka.
— A na co mamy nie uważać?! — zawołał za nią Zevran, rozłożywszy bezradnie ręce. — Przecież smoki składają się tylko z zębów, pazurów, ogonów, i w dodatku z cholernie twardych łusek! — przypomniał.
Ellen sapnęła zaskoczona, kiedy ostrze jej sztyletu zazgrzytało na pancerzu grzbietowym smoczęcia, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Zaraz musiała uskakiwać, by uniknąć błyskawicznego ugryzienia masywnych szczęk, poślizgnęła się na świeżej krwi zamordowanych zwierząt i syknęła przez zęby.
Smocząt było sześć i wszystkie wyglądały na bardzo głodne, co potęgowało ich wolę walki. Ich gabaryty umożliwiały powalenie nawet wołu, dlatego wojownicy musieli się uwijać z unikami, żeby nie zostać przewróconymi przez żądne krwi zwierzęta.
— Brzuch, celujcie w brzuch! — zawołał Alistair, kiedy wreszcie udało mu się dobrać do jednego ze smocząt.
Jego miecz przebił delikatny pancerz z jaśniejszych łusek na brzuchu, przeszywając gada na wylot.
— I gardło! — dodała po chwili Leliana, posławszy kilka strzał tuż pod pysk smoczęcia, przez co zadławiło się krwią i zaczęło, zamroczone bólem, wymachiwać głową, by pozbyć się strzał z szyi.
Dzieła dokończył Sten, jednym celnym cięciem dwuręcznego ostrza odrąbując gadowi łeb, który potoczył się bezwładny po skałach, zostawiając za sobą dziwnie rzadką krew, jakby była w niej domieszka śluzu. Morrigan zdołała powalić kolejne smoczę, zamknąwszy je w uścisku wyrastających z ziemi pędów oraz rozerwawszy kolczastymi roślinami jego ciało. Więcej krwi chlusnęło na skały, mieszając się z posoką wyciekającą spod stert trupów innych zwierząt.
Wreszcie wszystkie gady padły martwe na ziemię, w grocie zapanowała cisza sporadycznie przerywana odległym kapaniem wody oraz szybkimi oddechami wojowników. Ellen wytarła sztylet o pobliskie truchło owcy, westchnęła głośno i spojrzała w następny korytarz, marszcząc czoło.
— Ruszamy — zakomunikowała i pierwsza podjęła marsz, schowawszy jedną broń z powrotem do pokrowca, drugie ostrze zostawiła sobie w dłoni.
Tym razem kroczyli o wiele ostrożniej, rozglądając się uważnie, jednak korytarz wydawał się spokojny oraz cichy. Po kilku minutach dotarli do miejsca, w którym się rozszerzał, by zaraz potem, na zakręcie, znów niemożebnie się zwęzić. Wojownicy starali się iść cały czas w zwartej grupie, żeby nie dać się zaskoczyć żadnym dziwnym stworzeniom, które jeszcze mogły żyć w świątyni – o ile była to nadal świątynia.
Wyszli do kolejnej olbrzymiej groty, w niej znajdowało się kilka dużych słupów przypominających stalagnaty, jednak bardziej podróżników zaniepokoiły szerokie schody, na szczycie których, na miękkiej słomianej wyściółce, leżało wielkie jajo. Sądząc po tym, co jeszcze się ich oczom ukazało, było to smocze jajo, w dodatku pilnowane przez kilku uzbrojonych po zęby mężczyzn oraz dwa duże smoki.
Nie były to smoczęta, ale także nie stały się dorosłe, znajdowały się w formie przejściowej między dojrzałymi stadiami obu płci. Dwukrotnie większe od sporego konia, z ciałem naszpikowanym twardymi kolcami, długą paszczą uzbrojoną w podwójne szeregi zębów, masywnym ogonem oraz mocnym pancerzem zielonkawych łusek. Zasyczały wściekłe na widok obcych, jednak nie ruszyły się.
Dopiero kiedy stojący przed jajem mężczyzna wycelował w Strażników lśniącym purpurowym światłem mieczem i zawołał coś w dziwnym języku, pochyliły łby i poczłapały do ataku, wstrząsając posadzką groty.
— Czy one…? — zaczęła Ellen, zapatrzona w zmierzające do nich potwory.
— One mogą ziać ogniem — zakomunikowała Morrigan, podobnie jak reszta drużyny stojąca z otwartymi szeroko oczami, pobladła, z opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma.
— Aha. Tak właśnie mi się zdawało, ale wolałam się upewnić — stwierdziła dziewczyna i pokiwała jak w transie głową, przyglądając się rozdziawiającej się ponad ich głowami potężnej paszczy.
— Ale tylko sporadycznie.
— To mnie pocieszyłaś — zgodziła się Ellen.
— Mamy dzisiaj zły dzień — podsumował Alistair.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz