wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.66 - Smocza sekta


Przez cały ten czas zmagała się ze swoją słabością, ze strachem, z goryczą, która tkwiła głęboko w sercu, przypominając pasożyta, który żywił się jej nikłą siłą, wiarą, uczuciami. Próbowała pozbyć się poczucia winy, odsunąć wspomnienia, ale im dalej szli, tym z większą siłą nacierały, zmuszając ją do rachunku sumienia.
I kiedy stała u stóp olbrzymich młodych smoków, patrzyła w ich rozdziawione paszcze oraz drżała pod naporem toczącej się w jej wnętrzu bitwy, coś zaczęła rozumieć. Wiedziała, że pozostawała zbyt słaba, zbyt zgorzkniała, by utrzymać w sobie to postanowienie, ale pewna była jednego – odpowiedzialność, jaka na niej ciążyła, miała większą siłę niż wyrzuty oraz nienawiść do samej siebie. Odpowiedzialność za towarzyszy, Szarą Straż, Plagę, Ferelden, za to, co przeżyła i co widziała, i co jako jedna z niewielu mogła zmieniać, na co mogła wpływać.
Przypominało to trochę jej pierwszą potyczkę z mrocznymi pomiotami, gdy potrzebowała nieznośnie długiej chwili, by znaleźć w sobie odwagę, by się przełamać, zrozumieć, co się działo, do czego została zmuszona przez życie. Po prostu… od kiedy wkroczyła do świątyni, zabrakło w niej ognia. Płomień tlący się w sercu zgasł wraz z lodowatym podmuchem górskiego wiatru, który ogarnął ich po wejściu do olbrzymiej sali. Od tamtego momentu próbowała go rozpalić i ciągle gasł. Była zmęczona, wyczerpana walką z samą sobą, a to miejsce stawało się coraz bardziej niebezpieczne.
Gdy do jej stóp skapnęła gęsta ślina smoka, twarz natomiast owiał siarkowy oddech gada, wykrzywiła usta w delikatnym uśmiechu. Wiedziała. Rozumiała. I choć bitwę w swoim wnętrzu sromotnie przegrywała, to tak długo, jak była w niej odpowiedzialność, potrafiła ich ochronić oraz poprowadzić. Świątynia niewątpliwie wystawiała ją na próbę, bardzo poważną próbę, jakby testowała, ile prawdy zawarła w obietnicy złożonej rodzicom, w obietnicy, że pójdzie przed siebie, nie zatrzyma się i zrobi to, co do niej należało.
Sięgnęła do sztyletów, wyciągnęła je z osłonek, obróciła ostrza pod odpowiednim kątem i cofnęła nogę. A potem przymrużyła oczy i skoczyła do ataku ze wściekłym, bojowym okrzykiem, nie wahając się ani chwili. Zatopiła sztylet w piersi jednego smoka, podkuliła nogi, wbijając drugą broń w miękki pancerz gada i, korzystając z siły rozpędu, przejechała między łapami zwierzęcia, orając jego ciało ostrymi klingami.
Smoczę wygięło szyję w łuk i zaryczało wściekłe, wyczuła, jak mięśnie pod skórą się napinają. Pospiesznie wyrwała oręż z cielska, krew hojnie skapnęła na skały, plamiąc je niemal czarną cieczą.
— Ellen! — zawołał Alistair, widząc, jak smok wspina się na tylne łapy, wymachując wściekle przednimi i zamiatając potężnym ogonem, przez co zbliżający się do nich wojownicy musieli się na chwilę cofnąć.
Dziewczyna przeturlała się w bok, unikając zmiażdżenia, zerwała się na równe nogi i odskoczyła poza zasięg łap gada. Uśmiechnęła się pod nosem, by zaraz przenieść wzrok na towarzyszy.
— Alistair, Sten, zajmijcie się wojownikami, jak z nimi skończycie, wróćcie do smoków! — wydała pierwsze polecenie, cofając się powoli, kiedy padło na nią spojrzenie rozognionych oczu zwierzęcia. — Morrigan, zajmij się facetem strzegącym jaja! Wynne, Zevran, Shale, pomożecie mi z tymi gadzinami, Leliano, osłaniaj Alistaira i Stena! — W ostatniej chwili uskoczyła, unikając zmiażdżenia przez potężną łapę.
Wszyscy przytaknęli i rozeszli się do zadań, Leliana, mijając przyjaciółkę, uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco.
Walka rozgorzała na nowo, uszu Ellen dobiegł szczęk broni oraz trzask wyładowania elektrycznego, co tylko upewniło ją w przekonaniu, że towarzysze zabrali się do eliminowania wrogów. Nie mogła stać bezczynnie, dlatego rzuciła się na ranionego smoka, zdeterminowana, by istotę dobić. Własnoręcznie. Zaraz.
Mimo że gady zdawały się dość ciężkie i niezgrabne, to okazało się, że były niezwykle zręczne, co szybko dało się we znaki. Ellen już kilkakrotnie uderzyła boleśnie plecami o skały, tracąc dech, jednak za każdym razem znów się zbierała i przypuszczała szturm, wspierana przez atakującego drugiego smoka Zevrana oraz czary Wynne. Czarodziejka starała się pozostać poza zasięgiem gadów, wzmacniając walczących towarzyszy odpowiednimi zaklęciami i od czasu do czasu rzucając czary ofensywne na smoczęta. W najlepszej sytuacji była Shale, która zdawała się prawie nie zwracać uwagi na ataki, większość ciosów trafiała na twardy kamień, nie czyniąc golemowi krzywdy.
Ellen, po raz kolejny wylądowawszy na ścianie, splunęła krwią i na chwilę znieruchomiała na ziemi. Spróbowała złapać głębszy oddech, krzywiąc się, i rozejrzała się, lokalizując pozostałych walczących. Alistair i Sten kończyli potyczkę ze zbrojną częścią sekty, a Morrigan wciąż zmagała się z mężczyzną pilnującym jaja, który, jak się okazało, także był magiem. Strażniczka stęknęła i z trudem się podniosła, widząc, jak Zevran uderza w ścianę nieopodal niej.
— Alistair, wesprzyj potem Morrigan! — wrzasnęła, by młodzieniec usłyszał, a kiedy wydało się jej, że skinął głową, przeniosła wzrok na gady. — Żyjesz? — rzuciła do zbierającego się z ziemi Zevrana.
— Jakoś — stęknął elf, wspierając się na udach i oddychając ciężko. — Twarde sztuki — dodał, uśmiechając się krzywo.
— Rozprawmy się z nimi, zanim sobie przypomną, że mogą ziać ogniem — zaproponowała, a potem znowu ruszyła, zostawiając towarzysza.
— Jak zawsze wiesz, w jaki sposób zmobilizować do walki! — zawołał za nią, jednak po chwili uchwyciła kątem oka, jak ponownie nacierał na swojego smoka.
Wsparcie ze strony Stena odczuli jako wielką ulgę, qunari częściowo odciążył ich od natrętnych ataków gadów, dzięki czemu mieli więcej okazji na złapanie oddechu. Ellen nie rozumiała, jakim cudem te jaszczury jeszcze żyły – z tyloma ranami, zakrwawione, a jednak wciąż potężne oraz groźne. Ich moc zaczynała działać jej na nerwy.
W końcu nie wytrzymała, z wrzaskiem rzuciła się do biegu i skoczyła, unosząc sztylety tak, by wbić je w szyję smoczęcia. Wtedy jednak drugi gad wspiął się na tylne łapy i zaryczał głośno, jego głos odbił się echem po grocie, raniąc uszy wojowników. Dziewczyna skuliła się w powietrzu i krzyknęła żałośnie z bólu. Poczuła, jak coś w nią uderza, potem gruchnęła o skały z taką siłą, że odbiła się od nich na kilka centymetrów. Opadła na ziemię, splunęła krwią i dopiero wtedy zdołała złapać trochę oddechu. Zamrugała, próbując przywrócić spojrzeniu ostrość, jednak nie zdążyła.
Rozległ się przerażony wrzask, Ellen, nim nawet pomyślała, zerwała się na równe nogi, ignorując ból oraz zawroty głowy, i popatrzyła na leżącą kilka metrów od smoka Lelianę. Na skałach, po których się potoczyła, ciągnęła się smuga krwi. Strażniczka zadrżała, otworzyła szeroko oczy i wtedy ujrzała, jak gardziel gada jaśnieje. Nikt nie musiał jej mówić, by zrozumiała, co to oznaczało.
— Leliana! — wrzasnęła, rzucając się do biegu.
Dopadła do bezwładnego ciała w chwili, w której z rozwartej paszczy buchnął płomień. Ellen opadła na Lelianę, osłaniając ją. Zacisnęła powieki, czekając na nieuniknioną falę bólu, jednak nic takiego nie nastąpiło, choć temperatura powietrza gwałtownie wzrosła. Rozejrzała się niepewnie.
Nad nimi stała Shale, po jej kamiennych barkach ozdobionych kryształami prześlizgiwały się ostatnie płomienie, golem natomiast wyglądał tak, jakby nic mu się nie stało z powodu poparzenia. Ellen zastygła zdumiona, dalej troskliwie osłaniając Lelianę.
— Lepiej niech ta uważa, drugi raz mogę nie zdążyć — warknęła Shale, a potem odwróciła się i uderzyła pięścią w paszczę smoka.
— Dziękuję — szepnęła w ślad za nią Ellen, zaraz łapiąc ręce Leliany i starając się ją odciągnąć na bok, poza zasięg pazurów smoków.
Wynne dotknęła pobliskiej skały, postukała w nią kosturem, jakby próbowała ją obudzić, a potem uniosła dłonie i wyciągnęła je przed siebie. Przymknęła oczy, mruknęła zaklęcie i po chwili pobliski kamień zadrżał, uformował się w coś na kształt pięści, która pomknęła do łba smoka, z którym walkę rozpoczęła wcześniej Ellen. Uderzyła w pysk gada, przetrąciła mu szczękę i sprawiła, że zwierzę pochyliło szyję, starając się odzyskać równowagę. To wystarczyło Stenowi, by naskoczył na kark smoka, zatopił dwuręczne ostrze w jego ciele i zdołał przerwać rdzeń kręgosłupa. Gad szarpnął się rozpaczliwie, zaryczał ostatkiem sił, a potem zwalił się na ziemię.
— Zevran! — jęknęła Ellen, widząc, że elf leżał po drugiej stronie jaskini, przyparty przez smoka do muru, i próbował wstać, podczas gdy jaszczur przygotowywał się do połknięcia go w całości.
— Padnij! — usłyszała za sobą.
Zdrętwiała, a potem wykonała polecenie. Ponad jej głową pomknęła biała strzała, uderzyła w ciało smoka, dokładniej w jego zad, i gad zaczął błyskawicznie zamarzać, jakby pocisk zaraził zwierzę żywym lodem. Po chwili nad Zevranem stała wielka lodowa figurka smoka wygięta w groźnej pozycji, z rozdziawioną paszczą oraz uniesionymi łapami.
W zamarznięte ciało uderzył lśniący błękitem miecz – nie wbił się w lód, tylko skruszył go w jednym miejscu. Zaraz rozległo się charakterystyczne chrupnięcie, siatka pęknięcia bardzo szybko się rozprzestrzeniła i po chwili na skały upadały białe fragmenty niegdysiejszego smoka. Zevran popatrzył na opuszczającego broń Alistaira.
Ellen podniosła się z ziemi, oddychając szybko, rozejrzała się dokoła, spoglądając po kolei na wszystkich towarzyszy, i dopiero po tym nieśmiało odetchnęła. Uśmiechnęła się słabo, jej ramiona zadrżały. Po chwili grota wypełniła się histerycznym, łamliwym śmiechem, zupełnie jakby dziewczyna próbowała sobie ulżyć.
— Żyjecie — stwierdziła, raz jeszcze zachichotała, a potem osunęła się bezwładna na zakrwawione skały, tracąc przytomność.

Kiedy się obudziła, ujrzała pochylającą się nad nią Wynne. Drgnęła i usiadła, rozglądając się dokoła. Przerażenie, jakie zawładnęło jej sercem, na chwilę odebrało dech w piersi, jednak zaraz się uspokoiła. Pozostali siedzieli w zasięgu jej wzroku i rozmawiali cicho, wychwyciła kilka pokrzepiających uśmiechów, jakie jej posłali.
— Wszyscy są cali i zdrowi, wraz z Morrigan ich opatrzyłam — zakomunikowała Wynne, widząc, że Ellen otwiera usta. — Jak się czujesz? — spytała, przyglądając się dziewczynie z troską.
— Trochę kręci mi się w głowie — odparła i popatrzyła na leżące w pewnej odległości od nich trupy smoków. — Co tu robią smoki? Przecież zostały… — zaczęła bardziej do siebie.
— …wymordowane przez nevarrańskich łowców smoków w 5:12 wieku Wyniosłego — dokończył za nią Alistair, uśmiechając się szeroko. — Wiemy, mówiłaś już. Najwyraźniej jednak przeoczyli kilka sztuk — mruknął.
— To mi coś przypomina — odezwała się Leliana, zakręcając manierkę z wodą, którą zabrali na wyprawę do Azylu.
Podała pojemnik Zevranowi, a elf pospiesznie zabrał się do picia.
— Pamiętacie, w domu Genitivusa, kiedy zabiliśmy Weylona… czy raczej oszusta… w każdym razie znaleźliśmy wzmianki o sektach, prawda? — rzuciła.
— Smocze sekty — mruknęła w zamyśleniu Ellen, przeczesała pobrudzone krwią włosy i westchnęła głośno. — No dobrze, mamy sektę, mamy smoki, ale nic nie wskazuje na to, by je czcili — zauważyła, cmoknąwszy z irytacją. — Co prawda te gady jakby słuchały tamtego maga, ale… nic poza tym.
— Wersja Leliany jest dość prawdopodobna — zgodziła się z łuczniczką Morrigan. — Jednak nie mamy żadnej pewności. Wiemy tylko, że ci ludzie są szaleni i że po ich stronie znajdują się smoki, ale w jakiej ilości, tego już nie jesteśmy w stanie określić.
— Racja — westchnęła Ellen i spróbowała wstać z cichym stęknięciem.
— Nie powinnaś się forsować — skarciła ją Wynne, zrywając się na równe nogi i delikatnie dziewczynę przytrzymując. — Przez to, że nie uleczyłam porządnie twoich pierwszych ran, teraz jesteś bardzo osłabiona.
— Rozdzielić się i przeszukać grotę, musi tu gdzieś być kolejny korytarz — wydała polecenie Ellen, puściwszy uwagę Wynne mimo uszu.
— A jak nie będzie? — rzucił przekornie Zevran, podnosząc się z miejsca.
— Wtedy sami taki zrobimy — parsknęła Ellen i ruszyła w głąb groty, jednak kierując się do martwych smoków.
— To do roboty — westchnęła Leliana, otrzepała spodnie z pyłu i razem z Alistairem wybrała się na rekonesans w północnej części jaskini.
Ellen, słysząc za plecami rozmowy oraz kroki towarzyszy, zbliżyła się do nieruchomych ciał smocząt i przyjrzała się im uważnie. Wyglądało na to, że oba gady były samicami – poznała to po dziwnych naroślach na grzbiecie. Kucnęła, dotykając już chłodnych łusek, i pokiwała do siebie głową, wzdychając. Za kilka miesięcy z tych narośli rozwinęłaby się dodatkowa para kończyn, która ostatecznie przemieniłaby się w skrzydła. Po kilku latach te smoki byłyby nielicznymi przedstawicielami wielkich smoków, takich, które występowały w legendach. Podobno takiego gada na niebie ujrzał król Maric, zanim ruszył do bitwy nad rzeką Daine, jednak to tylko opowieść krążąca wśród ludu.
Mimo to, kiedy patrzyła na dwa martwe jaszczury, gotowa była uwierzyć w to, że opowieść okazałaby się prawdziwa. Smoki nie mogły wyginąć i miała na to niezbite dowody. Pewnie ukrywały się pod ziemią, unikając polowań łowców.
Podniosła się z klęczek i znów rozejrzała się dokoła, omiatając spojrzeniem całą grotę. Była przestronna, zmieściłoby się tu wiele smocząt tej wielkości. I jeszcze to jajo na szczycie schodów, na słomianej wyściółce… czyżby miał się z niego kiedyś wykluć kolejny gad? Ruszyła w stronę stopni szybkim krokiem. Kiedy zaczęła się wspinać, uznała, że zajmie to za długo i przemierzyła odległość biegiem.
Górna partia schodów zbryzgana była krwią, jednak po ciele maga nie został żaden ślad. Ellen, doskonale znając zdolności Morrigan, doszła do wniosku, że czarownica wysadziła nieszczęśnika i teraz Strażniczka patrzyła na to, co z niego przetrwało zaklęcie młodej Wiedźmy z Głuszy. Uśmiechnęła się ponuro, zbliżyła się do jaja i westchnęła ciężko.
Było olbrzymie, sięgało jej do żeber, a szerokością trzykrotnie przewyższało. W szarawym odcieniu, z drobniejszymi szarymi cętkami, żeby maskowało się wśród skał, wyglądało bardzo niewinnie. Ellen dotknęła chropowatej skorupki i przesunęła po niej palcami, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku. Postukała w osłonkę, sprawdzając jej twardość, jednak okazało się, że wytrzymałością nie ustępowało skórzanej zbroi.
Chwyciła rękojeść sztyletu i poważnie się zastanowiła.
Smoki były pięknymi stworzeniami, ale śmiertelnie niebezpiecznymi. Z reguły trzymały się z dala od ludzkich siedzib, bardzo rzadko atakowały wioski – zwykle robiły to wielkie smoki, by zdobyć pożywienie, smocze jaszczury oraz niedojrzałe smoczyce nie stanowiły zagrożenia. Jednak nie miała pojęcia, co ci ludzie robili z tym jajem, czy go nie modyfikowali, czy nie kształtowali płodu przy pomocy magii.
— Przepraszam — szepnęła, wbiła paznokcie w skorupkę jaja, zamykając oczy, a potem poderwała sztylet nad głowę i mocno pchnęła, przebijając osłonę po krótkich zmaganiach.
Jej dłonie zalało coś ciepłego, jednak nie zwróciła na to uwagi i ponownie uderzyła, roztrzaskując jajo jeszcze w kilku miejscach. Potem gwałtownie się odwróciła, ślizgając się na śluzie oraz krwi, i ruszyła w drogę powrotną. Dopiero będąc plecami do jaja, zdecydowała się na otworzenie oczu. Odetchnęła głęboko i truchtem dołączyła do zbierających się na środku groty towarzyszy, by wysłuchać ich raportów.
— Jest korytarz — oznajmił Alistair, kiedy Ellen do nich podeszła. — Prowadzi w górę. Chyba znowu powracamy do wspinania się.
— Świetnie. Prowadź — zaproponowała dziewczyna, jednak powstrzymała Strażnika ruchem dłoni przed ruszeniem. — Macie jeszcze coś ciekawego? — spytała, spoglądając na pozostałych.
Kiedy pokręcili głowami, Alistair skierował się w odpowiednią stronę, a wojownicy poszli za nim. W grupie znowu zapadła cisza, wyczuwało się napiętą atmosferę, dlatego nikt nie miał ochoty się odzywać. Wynne od czasu do czasu zerkała na idącą nieopodal Ellen, jakby się bała, że dziewczyna zaraz się wywróci. Odniosła dość poważne obrażenia, istniała duża szansa, że czuła się gorzej, niż na to wyglądała, jednak nie mogła jej do niczego zmusić – zrobi, jak będzie chciała.
Wydawało się, że było z nią trochę lepiej, chociaż czarodziejka zauważyła, że stopniowo do jej oczu powracał poprzedni cień rozświetlany tylko obłędnym blaskiem. Miała cichą nadzieję, że skoro raz sobie poradziła z tym czymś, drugi raz też się jej uda i niedługo wróci do nich ich dawna Strażniczka.
Droga wyjątkowo się dłużyła, między innymi dlatego, że wiodła w górę, co utrudniało sprawne przemieszczanie się. Zwłaszcza w miejscach, gdzie skały były bardziej wilgotne – tam zwyczajnie się ślizgali, próbując utrzymać równowagę. W końcu w oddali zamigotało światło, zwiastując, że najpewniej zbliżali się do groty, a korytarz się wyrównał i z pochyłego stał się płaski.
Zatrzymali się jak wryci w wejściu do jaskini, spoglądając z oszołomieniem na rozstawione dokoła stoły. Na każdym z nich stały fiolki, menzurki, szklane pojemniki, w niektórych bulgotała podgrzewana dziwna substancja, inne się studziły, dokoła niósł się intensywny, przykry zapach. Wyglądało na to, że trafili do laboratorium, gdzie poddawano najróżniejszym badaniom…
— Smocze jaja? — dokończyła na głos Ellen, patrząc na zalegające wszędzie rzeczone jaja, zupełnie jakby okradli z nich całe Thedas i wszystkie dorosłe gady.
— Ach! — zawołała nerwowo Leliana, ściągnęła łuk z pleców i błyskawicznie strzeliła, dostrzegłszy wśród tych wszystkich przyrządów kręcącego się mężczyznę.
Pocisk wbił się w sam środek jego czoła, zabijając go na miejscu, ciało osunęło się na skały i tam znieruchomiało. Ellen poklepała przyjaciółkę po ramieniu, wyminęła ją i ruszyła w głąb laboratorium.
— Zastanawiam się… — zaczął Alistair. — Czy to jakaś wylęgarnia? Spójrzcie, tam są same skorupki — dodał, wskazując kąt jaskini, gdzie leżało pełno szczątek jaj.
— Jest też sporo nadal niewyklutych — zauważyła Morrigan, przesuwając palcami po jednym, które stało na specjalnym stojaku wśród buteleczek i fiolek.
— Co oni robią z tymi stworzeniami? — zamruczała przerażona Ellen, sięgając dłonią do włosów. — Zniszczyć jaja — wydała rozkaz, skrzywiwszy się. — Nie wiadomo, co się z nich wykluje, a nie możemy ryzykować, że za kilka lat Ferelden zacznie terroryzować zmutowany smok — dodała, sięgając po własną broń.
— Ferelden za kilka lat będzie terroryzowany przez zmutowanego smoka wtedy i tylko wtedy, jeśli uporamy się z Plagą — przypomniał Alistair, dobywając miecza.
Chwilę później cała drużyna systematycznie rozbijała zostawione w laboratorium jaja, by powstrzymać gwałtowny przyrost naturalny smoków. W dodatku podejrzany przyrost naturalny, bo stymulowany przez szalonych członków sekty. Uwinęli się z tym dość szybko i skierowali się w następny korytarz, zostawiając za sobą zdewastowaną wylęgarnię.
Tym razem droga okazała się dość wąska, mogli iść co najwyżej parami, inaczej się nie mieścili pomiędzy ścianami. Ellen z niepokojem zauważyła, że im bardziej oddalali się od laboratorium, tym chłodniejsze stawało się powietrze. Obserwując towarzyszy, jak otulali się szczelniej płaszczami i otrząsali się niezadowoleni, upewniła się w tym przekonaniu.
Wiodący pod górę korytarz stał się bardzo zawiły i kręty. Strażniczka kilkakrotnie odniosła wrażenie, że zatoczyli łuk i wracali tam, skąd przyszli – albo że w ogóle cały czas kręcili się w kółko jak idioci. Ale przecież cały czas szli przed siebie, prawda? Więc było to raczej niemożliwe… chyba.
I wtedy wkroczyli do istnego podziemnego labiryntu. Od głównego tunelu, którym uparcie maszerowali, odchodziły dziesiątki węższych ścieżek prowadzących gdzieś w głąb góry. Ellen zerkała na nie z niepokojem, czując, jak jej żołądek związuje się w supeł. Czy dobrze robiła, nadal idąc tym korytarzem? Czy nie zgubią się tu i nie utkną na zawsze? Może powinna pobiec przodem, sprawdzić drogę, upewnić się, że dobrze wybrali korytarz? Jednak, logicznie myśląc, główny tunel powinien prowadzić w istotne miejsce, więc lepiej z niego nie zbaczać i nie zagłębiać się w krętą ścieżkę innych przejść.
Na całe szczęście jej towarzysze nie zgłaszali żadnych wątpliwości względem podjętej decyzji. Gdyby zaczęli pytać, dociekać, buntować się, najpewniej straciłaby ostatnie resztki pewności i uległaby ich prośbom, by gdzieś skręcić. A przez to naprawdę mogliby zabłądzić, teraz przynajmniej będą w stanie wydostać się z tej cholernej świątyni i wyjść na powierzchnię. Wspomnienie świata zewnętrznego wywołało bolesny skurcz serca. Dziewczyna westchnęła cicho, przyciskając dłoń do piersi. Nagle zatęskniła za wiatrem, słońcem, drzewami, za całą przyrodą i, przede wszystkim, za uczuciem, że panowała nad samą sobą. Tu bez przerwy drżała, im dalej szli, tym było gorzej, a to mogło ją pocieszyć tylko w jeden sposób – przynajmniej zmierzali w dobrym kierunku, do źródła jej niepokoju, czyli, prawdopodobnie, serca świątyni.
Korytarz ponownie zakręcał, znowu bardzo ostro, i zaczynał się znacznie wznosić, przez co zwolnili tempa. Ellen sapnęła z irytacją, zastanawiając się, jak daleko jeszcze było do szczytu góry, do którego niewątpliwie świątynia prowadziła. Ciekawe, czy zaszli już ponad wysokość sklepienia głównej sali, tej, w której zostawili brata Genitivusa. Przypomniała sobie o wiernym psie i mocniej zadrżała, szczerze żałując, że nie miała go przy niej. On jeden wiedział, co się stało tamtej nocy, on jeden znał jej ból i wiedział, jakie brzemię niosła na barkach.
— Czyżbyśmy zawrócili? Jak w ogóle można dokądkolwiek trafić tymi korytarzami? — sapnęła Wynne, marszcząc z niepokojem czoło.
— Musimy iść przed siebie — stwierdziła Ellen. — Zapędzanie się w boczne korytarze może być ryzykowne. — Obejrzała się na pozostałych, podpierając się ręką na wilgotnej ścianie.
— Swoją drogą, czujecie te zimne podmuchy? — wtrąciła Leliana, opatuliwszy się szczelniej płaszczem. — Gdzieś przed nami musi być wyjście, inaczej nie czulibyśmy wiatru — zauważyła, uśmiechając się do Ellen.
— Masz rację — odparła dziewczyna, skinąwszy głową. — Pospieszmy się, straciłam już poczucie czasu — dodała, przygarbiła ramiona i podjęła marsz.
— Mam dylemat — westchnął Alistair, wlokąc się za przywódczynią. — Jak rozbijemy obóz, nie wiem, czy najpierw zjeść, czy pójść spać — przyznał i uśmiechnął się całkiem pogodnie.
— A nie umiesz spać i jeść? — rzucił Zevran.
— A ty umiesz? — parsknął Strażnik.
— Tylko cię sprawdzałem — odparł elf i uśmiechnął się szeroko.
Po tej wymianie zdań zapadła cisza, którą Ellen przyjęła z mimowolną ulgą. Im dłużej słuchała kłócących się Alistaira i Zevrana, tym bardziej mordercze myśli miała. Nie mogła pojąć, dlaczego panowie ze sobą nie wytrzymywali, ale skoro już się nie znosili, to przynajmniej mogli się nie znosić w obozie, a nie w środku wykonywania zadania oraz walki o życie. To z pewnością byłoby bardziej akceptowalne. I irytowałoby mniejszą ilość osób.
Wreszcie korytarz się wyrównał, przestał się wznosić, co grupa skwitowała pełnym ulgi westchnieniem. Ruszyli żwawszym krokiem po w końcu płaskiej drodze, przeczuwając, że przed nimi znajdowała się grota. Ellen miała cichą nadzieję, że tam nie czekał na nich żaden smok ani inny zwierzak, który powinien był kilka wieków temu wyginąć.
Nie pomylili się, po kilku minutach marszu weszli do rozległej jaskini, po  bokach której z ziemi wyrastały stalagmity, a spod sklepienia zwisały wielkie jak Sten stalaktyty. Tu żadnych stalagnatów nie było, grota utrzymywała się w całości na samych ścianach. Na środku tej jaskini, zajęci rozmową, stali mężczyźni. Było ich ośmiu, wszyscy w pełnej zbroi i z bronią w rękach, szeptali między sobą gorączkowo. Ellen zmarszczyła czoło i ruszyła w ich stronę, za nią natomiast poszli pozostali.
— Stój. Dalej nie pójdziecie — odezwał się najlepiej uzbrojony, obracając się twarzą do grupy i wyciągając przed siebie wielkie dwuręczne ostrze.
Miał ciemniejszą skórę oraz krótkie, czarne włosy, na żuchwie rosła szczeciniasta broda. Sprawiał wrażenie zaprawionego w bojach wojownika, zwłaszcza z ciągnącą się przez pół twarzy blizną.
— Och? Doprawdy? — rzuciła Ellen, zatrzymując się posłusznie, i to samo uczynili jej towarzysze.
— Zbezcześciliście naszą świątynię. Przelaliście krew wiernych, zamordowaliście nasze dzieci. Dość tego — oznajmił twardym głosem mężczyzna, marszcząc groźnie czoło, jego krzaczaste brwi rzuciły cień na nos. — Powiesz nam, dlaczego to zrobiliście. Po co tu przybyliście? — spytał wściekły.
— Po Urnę Świętych Prochów — odparła krótko, z ciekawością obserwując zdumienie oraz niedowierzanie, jakie wymalowały się na twarzy nieznajomego.
— Zrobiliście to wszystko dla jakiejś pradawnej relikwii? — wydusił, co poważnie przestraszyło Strażniczkę.
Miała pewne podejrzenia, że sekta była ściśle powiązana właśnie z urną, tymczasem… Czyżby ona naprawdę nie istniała?
— Słuchaj… Prorokini Andrasta pokonała samą śmierć i powróciła do wiernych w postaci wspanialszej, niż można to sobie wyobrazić! Odrodziła się w ciele smoka! Teraz nawet Imperium Tevinter nie zdołałaby jej zgładzić. Jaką wy możecie mieć szansę? — wykrzyknął natchnionym głosem, mierząc wojowników pogardliwym spojrzeniem.
Ellen odetchnęła. Oto dlaczego powstała ta smocza sekta, wymyślili sobie, że Andrasta została smokiem i powróciła na ziemię. Przynajmniej nie zdementowali istnienia urny i wszystko ułożyło się w logiczną całość.
— Oszalałeś — stwierdziła spokojnie. — Andrasta nie żyje.
— Nic nie wiesz! — zawył rozjuszony. — Andrasta nam się objawiła! Jesteśmy jej wybrańcami! Do broni, bracia! — zwrócił się do pozostałych wojowników, jego oczy zapłonęły dzikim ogniem. — Andrasta da nam zwycięstwo!
— Załatwmy to szybko! — zawołała Ellen, cofając się kilka kroków, by uniknąć ataku wielkiego dwuręcznego miecza ich przywódcy.
Potyczka była dość zażarta. Nawet jeśli przyboczni brodatego mężczyzny nie przedstawiali sobą wysokiego poziomu, to nadal dawali się we znaki, choćby liczbą. Na całe szczęście ich przywódcę, który wymachiwał groźnie mieczem, wziął na siebie Sten. Zepchnął przeciwnika pod najbliższą ścianę oraz niemal do niej przyparł, zmuszając do bardzo wyczerpującej walki, dzięki czemu pozostali mogli odetchnąć i bez przeszkód wyeliminować pomniejszych wrogów. Z pomocą Morrigan i Wynne poszło to sprawnie, a Sten już po chwili odrąbywał przywódcy głowę, przeklinając pod nosem w swoim języku.
Ellen pomyślała, że po tych smokach nic nie mogło ich przestraszyć – natomiast na nie pewno grupka szalonych mężczyzn wierzących w latającego gada.
Zevran, jakby czytał w jej myślach, po skończonej walce schował broń i roześmiał się głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Andrasta smokiem, a to dobre… — sapnął i znów zachichotał. — Zdrowo są porąbani, nie ma co! A te wszystkie smoczęta to pewnie według nich dzieci samego Stwórcy, nie? — dodał, szturchając porozumiewawczo ponurą Lelianę w żebra.
— To nie jest śmieszne, Zevran — skarciła go ostrym głosem Ellen, marszcząc czoło, kiedy przyglądała się leżącym na ziemi trupom.
— Jak to nie? — oburzył się elf. — Andrasta smokiem, słyszałaś tego kolesia? Przecież to komiczne! — stwierdził i znów się zaśmiał, trochę szaleńczo, jednak nikt nie zwrócił uwagi na tę nutę obłędu.
W tej przeklętej górze wszyscy zaczynali odchodzić od zmysłów.
— Żeby uwierzyli, że Andrasta jest smokiem, to musieli najpierw tego smoka mieć — zauważyła przytomnie Strażniczka i schowała broń. — A taki smok bynajmniej śmieszny nie jest, nie uważasz?
Elf westchnął głośno oraz wyraźnie się zasępił. Po chwili gorączkowego rozmyślania wzruszył bezradnie ramionami i uśmiechnął się pokonany, przenosząc wzrok na dziewczynę.
— Dobra, masz rację, punkt dla ciebie — przyznał uczciwie.
— Może smok śpi. Albo już dawno zdechł, przecież kto by dał radę znieść tyle jaj? — zasugerował Alistair, uśmiechając się.
— Przynajmniej mamy pewność, że to naprawdę smocza sekta — dodała Morrigan, zmierzywszy Strażnika lodowatym spojrzeniem. — Lepiej wiedzieć, z kim się musimy mierzyć. I tak tylko pragnę zauważyć, że prochów tej szalonej kobiety ani śladu — mruknęła.
— Andrasta nie była szalona! — oburzyła się Leliana.
Ellen machnęła ręką na przyjaciółkę, by ją uspokoić, i wskazała jedną ze ścian jaskini.
— Tam są jakieś drzwi. Sprawdźmy, co znajduje się za nimi, Genitivus mówił coś o tym, że urna powinna być na szczycie góry — przypomniała, ruszając w odpowiednią stronę. — Może jeszcze nie jesteśmy na szczycie.
— To czyste szaleństwo — sapnęła zirytowana Morrigan, ale posłusznie poszła za Strażniczką, pozostałe uwagi mrucząc pod nosem do samej siebie.
Kiedy Ellen otworzyła ciężkie drzwi, uderzył w nich gwałtowny podmuch wiatru, który wmiótł do groty duże ilości śniegu. Dziewczyna sapnęła zdumiona, z trudem utrzymując równowagę pod naporem żywiołu, i zadrżała od przenikliwego zimna. Na zewnątrz szalała taka zamieć, że nie było widać niczego, co znajdowało się cztery metry dalej, tylko biała ściana wirujących dziko śnieżynek.
— Stwórco przenajświętszy, co tam się dzieje? — wyszeptała Wynne, osłaniając twarz przed kłującymi drobinkami lodu, które boleśnie smagały skórę wraz z wiatrem.
— Idziemy. To tylko śnieżyca — zakomenderowała Ellen, odetchnąwszy głęboko i przymknąwszy oczy, żeby się uspokoić.
Nie wyglądało to dobrze, górskie zbocze było wąskie oraz śliskie, do tego ten silny wiatr… ale nikt nie mówił, że do urny prowadziła leśna dróżka.
Przekroczyła próg, pochyliła głowę, garbiąc ramiona, i ruszyła w zamieć, walcząc z uderzającym w nią wiatrem oraz starając się nie poślizgnąć. Żywioł był tak potężny, że znacząco ją zwolnił, utrudniając marsz po sypkim śniegu. Otuliła się szczelniej szarpanym przez podmuchy płaszczem i zmrużyła oczy, nieprzerwanie idąc przed siebie. Dokądś ta półka skalna musiała prowadzić.
Nie obejrzała się za siebie, wierząc, że pozostali poszli w jej ślady. Nie mogła się odwrócić, bo wtedy niewątpliwie straciłaby równowagę, a to mogłoby być katastrofalne w skutkach. Zacisnęła zęby, żeby powstrzymać ich szczękanie, i przeklęła w myślach wszystkie góry Mroźnego Grzbietu oraz wszystkie Urny Świętych Prochów, które się chowały gdzieś po wysokich, lodowatych szczytach.
Podróż zaczęła się wyjątkowo dłużyć, Ellen nie była w stanie dojrzeć, dokąd szli, śnieg ograniczał widoczność, jej pole widzenia skurczyło się do trzech, czterech metrów w przód. Podmuchy były tak silne, że kilkakrotnie usłyszała za sobą, że ktoś się ślizgał i wywracał, jednak miała nadzieję, iż nic nikomu się nie stało. Właśnie zbliżali się do zakrętu, dalej zmagając się z zamiecią, kiedy dziewczynie podwinęła się noga i runęła na ziemię, ześlizgując się z oblodzonego szlaku.
Ktoś chwycił jej ramiona, pospiesznie podniósł i przytrzymał, czekając, aż odzyska równowagę oraz otrząśnie się z szoku. Strażniczka zadrżała, otuliła się płaszczem i przez chwilę zupełnie nie miała ochoty ruszać dalej, jednak musiała. Westchnęła ciężko, opuściła z powrotem głowę i, zanim podjęła marsz, rzuciła przez ramię:
— Dziękuję.
Kiedy znów zaczęła mozolną wspinaczkę, dobiegł ją nieco rozbawiony głos Alistaira:
— Nie ma za co.
Mimowolnie się uśmiechnęła, zastanawiając się, co młodzieńca bawiło w tej tragicznej sytuacji, jednak nie było sensu pytać, bo jej słowa zostałyby rozszarpane przez wiatr i pożarte przez jego gwizd.
Wreszcie wydostali się ze skalnej półki i dziewczyna stanęła na rozległym płaskowyżu, na którym dzielnie stały ruiny budowli. Z ziemi wystawały resztki kolumn, gdzieś spod śniegu wyłaniały się pokruszone schody. Tu wiatr był jakby lżejszy, już nie zwalał z nóg, choć nadal szarpał ubiorem. Ellen westchnęła z ulgą, obejrzała się na pozostałych, a widząc, że wszyscy dotarli do celu, powoli ruszyła dalej, zastanawiając się, gdzie mogła być urna.
Wtedy powietrze niespodziewanie zawibrowało z taką mocą, że uszy Strażniczki nieprzyjemnie się zatkały. Ellen znieruchomiała i zaczęła się rozglądać spłoszona, jej towarzysze uczynili to samo, próbując zlokalizować źródło dziwnego zjawiska.
— Co to może być? — spytała niepewnie Leliana, na tyle głośno, by być słyszalną.
— Nie wiem. I proponuję iść dalej — uznała Ellen, przyjrzała się podejrzliwie zasnutemu szarymi chmurami niebu i podjęła marsz, otulając się przemoczonym płaszczem.
— A my właściwie wiemy, dokąd idziemy? — zainteresował się Zevran, skończywszy przeklinać pogodę, Ferelden oraz jego cholerne góry z cholernymi prochami.
— Nie, planujemy zamarznąć w poszukiwaniu szczątków szalonej kobiety — odparła Morrigan, zwalczywszy szczękanie zębami, by wypowiedzieć to z całą swoją godnością.
— Przestańcie narzekać — skarciła ich Wynne, kręcąc głową. — To nie wina Ellen, że urnę zagubiono wieki temu — zauważyła, wspierając się na kosturze.
— Ta urna nie istnieje — mruknęła chłodnym głosem czarownica, jednak nikt nie skomentował jej słów, nie chcąc sobie pogarszać humoru.
Bo jeśli rzeczywiście szli całą tę drogę na marne, pokonywali wszystkie istoty i wybili trzy czwarte smoczej sekty, żeby dowiedzieć się, że urny nie było… to z pewnością morale drużyny spadną.
Wtedy Ellen zatrzymała się z okrzykiem zdumienia, nieruchomiejąc. W odległości kilkudziesięciu metrów, ledwo widoczne w nadal atakującym podróżnych wietrze, znajdowało się wmurowane w skalny szczyt wejście do budynku, jakby do mniejszej świątyni. I gdy wszyscy przyglądali się mu oszołomieni, gwizd wiatru rozdarł potężny, przerażający ryk. Skała pod ich stopami zadrżała, a powietrze mocniej zawibrowało. Echo poniosło dźwięk daleko w przestworza, przyprawiając wojowników o lodowaty dreszcz.
— O nie — wyszeptała Ellen, przeczuwając, jaki ciemny kształt zbliżał się do nich po niebie.
Oto i objawiła im się miejscowa Andrasta, gotowa bronić gniazda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz