wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.67 - Strażnik świątyni


Smok wylądował na placu przed nimi, odgradzając od wejścia do następnej części świątyni. Stanął wyprostowany i Ellen straciła dech w piersi, kiedy zadzierała głowę, by dojrzeć z ziemi jego łeb. Czy raczej jej, bo mieli przed sobą wielkiego smoka, którym zostawały wyłącznie samice gatunku.
Stworzenie było olbrzymie. Strażniczka nie miała do końca pewności, czy to słowo w pełni oddawało żywą potęgę, jaka im się objawiła. Jego kłąb znajdował się na wysokości dziewięciu, dziesięciu metrów; jeśli liczyć wysokość od podłoża do łba, zyskiwał dodatkowe pięć metrów. Sam ogon mierzył około sześciu metrów, a rozpiętość skrzydeł wahała się między trzema a czterema metrami. Całe ciało smoka pokrywała twarda łuska w purpurowym kolorze, wzdłuż grzbietu ciągnęły się ostre szpikulce, mniejsze na łbie oraz końcówce ogona, największe na szyi i zadzie. Pod masywnymi łapami kruszyły się wszystkie kamienie, długie pazury żłobiły koleiny nie tylko w śniegu, ale również w skale. Łeb zdobiły dwa powykręcane rogi, z rozwartej paszczy unosiły się smużki dymu.
Ciało smoczycy rozświetliło się, poświata przybrała odcień łagodnej czerwieni, która była najsilniejsza na wysokości gardła oraz pyska. Ellen otworzyła szeroko oczy, zachłystując się gwałtownie ogrzanym powietrzem, i machnęła w panice ręką.
KRYĆ SIĘ! — wrzasnęła, rzucając się za najbliższy leżący na ziemi głaz.
Padła za nim i przywarła plecami do kamienia, wstrzymując oddech. Płomienie ułamek sekundy potem ogarnęły cały płaskowyż – długie, gorące jęzory wyciągnęły się dokoła, na oczach Ellen śnieg roztopił się w kłębach pary, a po jej skroni stoczyły się pierwsze krople potu. Nawet lodowaty wiatr ustał pod naporem żywiołu buchającego z rozwartej paszczy smoka. Dziewczyna poczuła, jak kamień za jej plecami zaczyna się rozgrzewać, jednak nie drgnęła, modląc się do Stwórcy, by bestii w końcu zabrakło oddechu.
Przez te chwile, podczas których siedziała skulona za głazem, słysząc szumiącą w uszach krew oraz ryczący za plecami ogień, z przerażeniem uświadomiła sobie, że w tych warunkach nie będzie zdolna wydać rozkazów. Co równało się z tym, że jej towarzysze mogli nie wiedzieć, jak się zachować podczas walki – że mogli zginąć. Zadrżała, kolejne krople potu stoczyły się w dół jej twarzy i w momencie, kiedy płomień zniknął, zerwała się na równe nogi z zachrypniętym okrzykiem. Odepchnęła się stopą od kamienia i skoczyła w stronę olbrzymiej smoczycy, gotowa podjąć beznadziejną walkę.
Spojrzenie złocistego oka padło na nią, tak przeszywające oraz przerażające, że Ellen przystanęła, zaciskając dłonie na rękojeściach sztyletów. Zapatrzyła się w ślepie, przypominając sobie koszmar, w którym przyszedł do niej arcydemon, tuż po Dołączeniu. Wtedy też na nią spojrzał, dokładnie jakby ją zobaczył, ogromem dorównywał stojącej przed nią smoczycy – a może nawet ją pod tym względem przewyższał.
Strażniczka poczuła, że gną się pod nią nogi, i zrozumiała, że tego przeciwnika nie zdoła pokonać. Nie miała najmniejszych szans.
— Czym oni je karmią?! — usłyszała oburzony głos Alistaira.
Nagle łeb gada poderwał się w górę, na całą długość szyi, ziemią wstrząsnął wściekły pomruk stworzenia. Ellen w ostatniej chwili uskoczyła, by nie zostać ubrudzoną skapującą na ziemię krwią.
Strażnik strzepnął z miecza ciemną posokę, uśmiechnął się krzywo, po czym uchwycił zdruzgotane spojrzenie przyjaciółki. Pomachał do niej, a potem odwrócił głowę do szykującego się do szarży Stena.
— Bierzemy z dwóch stron! — zawołał.
Qunari skinął głową i ruszył w bok, pozwalając Alistairowi zająć się smoczycą z lewa.
Ellen cofnęła się kilka kroków, omiatając spojrzeniem to, co się działo na płaskowyżu. Ku jej zdumieniu wszyscy rozstawili się sami – Leliana, Morrigan oraz Wynne cofnęły się na bezpieczną odległość, skąd mogły razić strzałami i zaklęciami, wojownicy wraz z Shale ruszyli do ataku, a pomiędzy dwiema grupami stanęła ona wraz z Zevranem, tak samo bezradnym, co ona.
— Myślisz, że poddanie jej gilgotkowym torturom coś wskóra? — westchnął elf, przyglądając się oganiającemu się od ataków smokowi.
Wielkie łapy uderzały w ziemię, wstrząsając nią, z gardzieli dobywały się ostrzegawcze pomruki, ogon drgał niecierpliwie, a z nozdrzy unosił się dym. Ellen, przyglądając się Alistairowi, Stenowi i Shale, po raz pierwszy w życiu pożałowała, że nie wybrała kilka lat temu miecza, tylko sztylety. Teraz była bezradna i nie mogła im pomóc.
— Myślę, że Sten i Alistair nas z tym ubiegli. I naszych gilgotek smoczyca by nie odczuła — stwierdziła ponurym głosem Ellen, czując narastającą w piersi złość.
Gorączkowo się zastanawiała, co zrobić, by wesprzeć przyjaciół, jednak nie widziała takiego fragmentu ciała gada, które dałaby radę uszkodzić.
— To rzeczywiście przyk… — zaczął Zevran, uśmiechnąwszy się z kpiną, gdy nagle pobladł, jakby zobaczył samą śmierć. — Uważaj! — zawołał, chwycił łokieć Ellen i szarpnął ją gwałtownie w bok.
Dziewczyna poleciała bezwładna na skały, jęknęła przy zderzeniu i wtedy cała ziemia, wraz z nią, podskoczyła, ciskając nią jeszcze kawałek dalej. Gruchnęła boleśnie o pobliski głaz, syknęła przez zęby i spróbowała się podnieść, kiedy usłyszała słaby okrzyk. Uniosła się na rękach i rozejrzała się, by ujrzeć zmagającego się z bezwładną ręką Zevrana. Tuż przy nim leżał ogon smoczycy, która, niespodziewanie podskoczywszy, obróciła się gwałtownie tak, by stanąć przodem do Stena.
— Zevran! — jęknęła Ellen i pozbierała się, czując ściskającą za gardło panikę.
Jak mogli pokonać taką potęgę, nawet przy pomocy magii?
— Nie ruszaj się! — zawołała Leliana, zgrabnie przesadziła zawalony fragment kolumny i dopadła do elfa, odciągając go od ogona smoka. — Nie zbliżaj się do tej bestii! — dodała, obrzuciwszy Strażniczkę karcącym spojrzeniem. — Twoje rany jeszcze się do końca nie zagoiły, tak mówi Wynne! — wytłumaczyła, widząc niedowierzający wzrok przyjaciółki.
Ellen zacisnęła bezradna dłonie na sztyletach, czując rozlewającą się we wnętrzu lodowatą pustkę. Tak lodowatą, że była pewna, iż nawet smoczy ogień nie byłby w stanie jej spalić. Wtedy nagle smoczyca odbiła się od półki skalnej, rozkładając potężne skrzydła, zawisła pięć metrów ponad wojownikami, rozdziawiając ze złością paszczę. Strażniczka spojrzała na nią oszołomiona, cofając się kilka kroków.
Na łapach smoczycy oraz jej bokach ciągnęły się liczne cięte rany, na wyższych partiach ciała malowały się brzydkie sińce od przeróżnych zaklęć, które łuski istoty najwyraźniej neutralizowały. Jaszczur uderzył skrzydłami o powietrze, wywołując potężny podmuch, który zwalił z nóg i Alistaira, i Stena, i nawet Shale. Ellen także uderzyła o kamień, kiedy żywioł jej sięgnął, jęknęła cicho i osunęła się na ziemię, starając się złapać oddech. Zobaczyła, jak na kamienie skapuje z jej ust krew, po czym otarła wargi, odsuwając od siebie myśli o tym, co to mogło oznaczać.
Wynne miała rację, obrażenia, które tak uparcie ignorowała, skumulowały się i teraz dawały się we znaki. Akurat teraz, akurat tym razem musiała przestać na siebie uważać, kiedy każda walcząca jednostka była potrzebna!
STEN! — rozległ się przerażony okrzyk Alistaira.
Ellen poderwała głowę i ujrzała, jak paszcza smoka zamyka się na niespodziewanie śmiesznie drobnym ciele qunari – przynajmniej w porównaniu do wielkiej gadziny. Serce Strażniczki zatłukło się dziko w piersi, a potem znieruchomiało, kiedy jego właścicielka obserwowała, jak smoczyca unosi dumnie zdobycz.
Powietrze przecięła biało-błękitna strzała. Pocisk uderzył w pysk jaszczura, objął go niczym świetlisty kaganiec, i gdy otoczył na odpowiednio dużej przestrzeni, zaczął się zmieniać w lód. Smoczyca zawarczała wściekła, podczas gdy Sten wysunął się spomiędzy zębów i stanął na paszczy bestii, przytrzymując się odstających od ciała łusek.
Jaszczur parsknął, z jego nozdrzy wydobyły się kłęby dymu, i machnął gwałtownie łbem, strącając poranionego qunari z wysokości piętnastu metrów. Ellen wrzasnęła przerażona, odruchowo postępując kilka kroków w przód, jakby planowała wojownika chwycić, jednak jej ciałem wstrząsnął ból. Zachłysnęła się powietrzem i osunęła się na kolana, obserwując, jak zasklepione magią rany po popielnych widmach znów się otwierają.
Wtedy nastąpił rozbłysk miedzianego światła, który oślepił Strażniczkę. Musiała pochylić głowę, tak intensywny był, a kiedy znów się rozejrzała zmrużonymi oczami, ujrzała łagodnie opadającego na ziemię Stena. Zaraz ruszyła do niego Morrigan, Wynne natomiast osunęła się wyczerpana na kamienie, łapiąc oddech. Czarownica wraz z rannym Zevranem odciągnęła zakrwawionego qunari na w miarę bezpieczną odległość, za jeden z głazów, by był osłonięty przed płomieniami. Wśród walczących w zwarciu pozostali Alistair i Shale.
Smoczyca uderzyła zamarzniętą paszczą w zbocze góry, lód rozkruszył się tak, jakby jego warstwa była gruba na zaledwie kilka centymetrów. Jaszczur przeniósł rozognione spojrzenie na grupkę magiczną oraz rannych w towarzystwie łucznika. Ellen wrzasnęła, widząc, jak gad pochyla się nad Morrigan, Stenem oraz Zevranem, i postarała się zmusić ciało do wysiłku, jednak krew tylko mocniej popłynęła, plamiąc ziemię.
— Spróbuj tego, potworze! — krzyknęła Leliana, jej wysoki głos odbił się echem.
W pysk smoczycy uderzyło kilka wypuszczonych przez dziewczynę strzał. Bestia odwróciła łeb do łuczniczki i zawarczała groźnie, wyciągając długą szyję, by tę natrętną muchę zmiażdżyć w uścisku swoich kłów. Leliana rzuciła się do biegu, poruszając się tak, by odwieźć istotę od rannych towarzyszy. Dalej trzymała łuk i od czasu do czasu odwracała się, by strzelić. Łapy smoczycy uderzały w miejsca, gdzie przebiegała dziewczyna, kilkakrotnie prawie udało się ją zmiażdżyć, jednak za każdym razem cudem była w stanie zrobić unik.
— To nie może się tak skończyć — wycedziła Ellen, dźwigając się z ziemi.
Chwilę obserwowała uciekającą przed smoczycą Lelianę i atakującego zaciekle Alistaira. Shale kolejny raz uderzyła o górskie zbocze, jednak zaraz wstawała, by powrócić do szturmu, Morrigan miotała zaklęcia w bestię, ale też była już wyczerpana. Wynne starała się opatrzyć rany Stena i Zevrana, co chwila zerkając na pole bitwy. Ellen syknęła przez zęby i zmusiła się do biegu, wypychając ból daleko w podświadomość.
Usłyszała przerażony okrzyk Wynne, jednak go zignorowała. Schowała broń do osłonek i rozpaczliwie przyspieszyła, kierując się do jednej z pobliskich kolumn. Należało smoka zwolnić, inaczej ich wszystkich pozabija, nawet bez specjalnych starań, wystarczy, że by na nich nadepnął przez przypadek. Za krokami dziewczyny ciągnęła się ścieżka krwi, malująca płaskowyż w fantazyjne jaskrawe linie.
Ellen dopadła do ruiny, skoczyła w powietrze i uderzyła w kamienie dwa metry nad ziemią, wczepiając się w wystające fragmenty. Zdołała się utrzymać, odnalazła oparcie dla stóp i ruszyła w górę, chcąc wspiąć się aż na szczyt kolumny. Stamtąd znajdzie się prawie na poziomie grzbietu smoczycy; wybrała sobie jeden z najlepiej zachowanych fragmentów niegdysiejszej budowli. Musiało się udać, przynajmniej na coś się przyda. Nie mogła tak po prostu stać i patrzeć, jak jej przyjaciele umierali.
Wtedy smoczyca znów wspięła się na tylne łapy, przysiadła na nich i zaryczała ogłuszająco. Jej głos odbił się echem od góry, tak potężny i świdrujący, że Ellen wrzasnęła, przekonana, że jej głowa zaraz pęknie. Intuicyjnie przywarła z całej siły do kolumny, nie chcąc spaść. Usłyszała krzyki pozostałych z drużyny i rozpaczliwie napięła mięśnie, walcząc z reakcjami organizmu. Musiała coś zrobić. Musiała ruszyć.
— Jesteś Cousland, do cholery, żałosna dziewczyno — wycedziła przez zęby.
Krzyk Leliany rozdarł dziwną ciszę, dotarł do niej głos Wynne i przekleństwo Alistaira, co ostatecznie zmusiło ją do ruszenia.
Wreszcie dotarła na szczyt kolumny. Wyjęła sztylet i zmierzyła spojrzeniem grzbiet smoczycy, z którym znalazła się teraz na równi. Przyglądała się połyskującym łuskom, pracującym pod skórą mięśniom, machającemu ogonowi, a potem dostrzegła, że bestia częściowo rozłożyła skrzydło, pomagając sobie utrzymać równowagę. Ellen zacisnęła zęby, zmrużyła oczy, a potem skoczyła.
Uderzyła w błonę skrzydła, wbiła w nią sztylet i runęła w dół. Gad zaryczał wściekły, obrócił się i wyciągnął łeb do Strażniczki. Ellen spojrzała wprost w złociste, przerażające oczy, wstrzymała powietrze i zapragnęła runąć na ziemię, jednak ostrze, jak na złość, utknęło na twardszej części błony i ani drgnęło. Smoczyca wyszczerzyła kły, zawarczała, a potem machnęła skrzydłem, ciskając dziewczyną jak szmacianą lalką. Świat zawirował Strażniczce przed oczami, przez chwilę bała się, że wypadła poza krawędź płaskowyżu i runie w przepaść, jednak w tym momencie gruchnęła plecami o zbocze góry.
Uderzenie odebrało jej dech, usłyszała, jak coś w jej środku nieprzyjemnie chrupnęło – może żebra, a może nawet kręgosłup? Nie miała pojęcia, zrobiło się jej ciemno przed oczami, częściowo odpłynęła w słodką nieświadomość, dzięki czemu zderzenie z twardymi skałami na ziemi już tak bardzo nie bolało. Wewnętrzna waleczność zmusiła ją, by spróbować wstać, ale z przerażeniem odkryła, że żadne mięśnie nie reagowały na polecenia umysłu. Uniosła zamglony wzrok, przytulając policzek do zimnego kamienia, i spojrzała na rozmazane plamy, które stanowiły walczącego z jej przyjaciółmi smoka.
Gad wspiął się na tylne łapy i wyciągnął szyję do nieruchomej Strażniczki, rozdziawiając paszczę, by zmiażdżyć kruche ciało między kłami. W jego odsłonięte podbrzusze uderzyła kula ognia. Płomienie ukąsiły twardy pancerz łusek, delikatnie je osmalając, pozbawiły bestię równowagi. Istota musiała się odsunąć od dziewczyny, by stanąć stabilnie na czterech łapach.
— Morda precz od niej — wycedziła przez zęby Morrigan, opuszczając nadal dymiące dłonie, przy pomocy których posłała w smoka kulę ognia.
— A jednak ją lubisz — stwierdził abstrakcyjnie rozweselony Zevran, ostrożnie przytrzymując zdrową ręką złamane ramię.
Morrigan przeniosła na niego lodowaty wzrok i wycelowała palcem w brzydkie rozcięcie na barku elfa, opuszek rozżarzył się bladym, zielonym światłem. Rana zaczęła gwałtownie dymić, oczyszczając się z całego kurzu oraz brudu, co Zevran podsumował bolesnym jękiem i skrzywieniem się.
— Mamusiu — wymamrotał i spojrzał z wyrzutem na czarownicę, uznawszy, że następnym razem, jak będzie jej dokuczał, to upewni się, że Morrigan nie mogła uleczyć mu żadnej rany.
Alistair dobiegł do nieruchomej Ellen, odrzucił na bok tarczę i opadł przy dziewczynie na kolana, starając się nie myśleć o tym, że mogła zginąć. Na pewno nie, nie ona. Przecież była nie do zdarcia, nawet mimo wszelkich niepowodzeń, ona po prostu nie mogła odejść.
— Ellen? — spytał natarczywie, ostrożnie dotykając ramion dziewczyny.
Nic.
— Ellen, słyszysz mnie? — dodał, delikatnie ją unosząc, by spojrzeć na poplamioną krwią twarz.
Miała brzydko rozciętą wargę, tak samo łuk brwiowy, na kości policzkowej kwitł nieładny siniak. Wyglądało na to, że straciła przytomność albo… nie, na pewno tylko straciła przytomność. Musiał zabrać ją do Wynne, żeby czarodziejka opatrzyła jej rany, inaczej…
Dostrzegł kątem oka rozdziawiającego paszczę smoka. Odwrócił głowę do gada i zastygł na ułamek sekundy, wpatrując się w rozświetlającą się gardziel bestii. Potem sapnął przerażony i, już nie bawiąc się w delikatność, porwał Ellen na ręce, skacząc za najbliższy wystarczająco duży głaz i modląc się, by pozostali również zdołali się ukryć.
Płomienie znowu ogarnęły cały płaskowyż, gwałtownie ogrzewając powietrze i jeszcze mocniej neutralizując szalejący w górze wiatr. Śnieg już nie mógł stopnieć, ponieważ wyparował podczas pierwszego zionięcia, tylko pojedyncze płatki, które przywiały podmuchy, roztapiały się w zastraszającym tempie.
Kiedy atak żywiołem się skończył, zza kolumny wyszła Morrigan z ponurym, trochę przerażającym wyrazem twarzy, pociemniałymi od gniewu jasnobrązowymi oczami. Uniosła dłonie, zaciskając palce na kosturze, przymknęła powieki i zmarszczyła czoło, zaczynając szybko i bezgłośnie mamrotać formułki zaklęcia. Nad jej głową pojawiła się blada kula światła, między rękoma przeskoczyły iskry błyskawicy i w końcu trzymała w objęciach szalejącą, pomniejszoną burzę. Zacisnęła zęby, kumulując siłę zaklęcia, a potem posłała wyładowanie elektryczne w smoczycę. Pioruny ukąsiły umięśnione ciało, nadpalając łuski, kilka z nich posypało się na kamienie z głuchymi stuknięciami.
Bestia zaryczała wściekła i machnęła silnie skrzydłami, podmuch uderzył w Morrigan i cisnął nią o skałę.
Nim Alistair zerwał się z miejsca, by przypuścić kolejny szturm na stworzenie i, w wypadku cudu, je zabić, smoczyca rozłożyła skrzydła, zawarczała gardłowo i odbiła się od ziemi, wzlatując w zasnuwające niebo szare chmury. Kiedy za nimi zniknęła, Strażnik znieruchomiał, oczekując ataku, jęzorów płomieni, czegokolwiek, jednak wyglądało na to, że… zwyczajnie odleciała, oddając pola.
— Stwórco jedyny — wyszeptał z ulgą, wspierając się ręką na pobliskim kamieniu.

Rannych przenieśli pod wejście do następnej części świątyni, gdzie skały w miarę osłaniały przed nasilającym się wiatrem i dawały schronienie przed możliwym powrotem smoczycy. Wynne potrzebowała godziny odpoczynku, zanim zabrała się do leczenia, w tym czasie Alistair spróbował opatrzyć mniej poważne rany.
Morrigan kategorycznie odmówiła pomocy ze strony kogokolwiek i usiadła samotnie kawałek dalej, własnoręcznie zajmując się obrażeniami. Zevran, przytrzymując połamaną rękę, zaproponował, że tą, którą mógł ruszać, pomoże Strażnikowi. Po chwili wahania Alistair na to przystał, robiąc z elfa pomocnika w dziedzinie przynieś-podaj-pozamiataj.
Wspólnymi siłami oczyścili niezbyt groźne rany Leliany – która była zwyczajnie poobijana i poobdzierana od skakania po skałach oraz wywracania się – oraz te nieco poważniejsze obrażenia Ellen. Wynne wyglądała na zmartwioną, kiedy patrzyła na Strażniczkę, jednak zapewniała, że wszyscy się z tego wyliżą.
Po odpoczynku zabrała się do pracy, dlatego Alistair, nie chcąc przeszkadzać, udał się sprawdzić, co z Shale. Od golema usłyszał wiele pokrzepiających słów, takich jak to, że Strażnik był cokolwiek beznadziejny z tym delikatnym ciałkiem i jeśli chciał się o kogoś martwić, to wyłącznie o siebie, nie o nią. Alistair potulnie się wycofał, doszedłszy do wniosku, że rozmowa z Shale mijała się z celem.
Kiedy wrócił do rannych, Leliana na powrót tryskała energią i pomagała Zevranowi usztywnić rękę, którą połatała niedawno Wynne. Kości potrzebowały chwili spokoju, by się zrosnąć przy pomocy magii, dlatego łuczniczka postanowiła wykonać dla elfa temblak.
— Dasz radę? — spytał z troską Alistair, widząc, że Wynne wyraźnie pobladła, gdy przystąpiła do zasklepiania ran Stena. — Masz może jakąś maść? Obandażuję mu to, ty się oszczędzaj — zaproponował, kucając przy qunari.
— Strażnik ma rację, czarodziejko — zgodził się spokojnie olbrzym. — Nie potrzebuję twojej magii, moje ciało uleczy się samo we własnym czasie.
— No dobrze, niech wam będzie. Ale to tylko ze względu na Ellen, która wygląda tragicznie — mruknęła Wynne, sapnęła zdenerwowana i uklękła przy dziewczynie, zabierając się za leczenie jej obrażeń.
Alistair podał Stenowi resztki bandaży, powiedział Lelianie, gdzie była manierka z wodą, a potem dołączył do Wynne, zaniepokojony stanem przyjaciółki.
— Co z nią? — spytał cicho, wpatrując się w twarz dziewczyny.
— Jak zawsze się forsowała — mruknęła słabo czarodziejka, uśmiechając się blado. — Nie słuchała moich ostrzeżeń, dlatego delikatna siatka zaklęć pękła, cofając wszystkie efekty — wyjaśniła, przesuwając jarzącą się zielonym światłem dłoń ponad obrażeniami.
— Czyli… jej poprzednie rany wróciły? — spróbował się upewnić, nieco przerażony myślą, że Ellen musiała zmagać się z taką dawką bólu.
— Dokładnie. Teraz będziesz jej pilnował, żeby nie szalała, bo kolejne obrażenia w połączeniu z nowymi mogą jej poważnie zaszkodzić, a jeśli zanadto się zaangażuje do walki i otrzyma groźną ranę, może nawet zginąć — wyjaśniła cierpliwie. — Największy problem będzie z jej żebrami, trzy są połamane. — Delikatnie dotknęła boków dziewczyny.
— Nie pozwolę jej nawet podbiec dwa kroki — obiecał pospiesznie Alistair. — Podejrzewam jednak, że jeśli czeka nas walka, będziesz musiała ją unieruchomić magią, bo pewnie znalazłaby sposób, żeby mnie jakoś znokautować i włączyć się do bitwy — dodał z rozbawieniem.
— Ostatecznie pozbawimy ją przytomności — uznała spokojnie Wynne.
— Jesteś złą kobietą — mruknął Alistair, unosząc wysoko brwi.
— No dobrze, skończyłam. Teraz poczekamy, aż się obudzi — zdecydowała, westchnęła ciężko, a potem oparła się o pobliską skałę i zamknęła z wyraźną ulgą oczy.
Strażnik po cichu zajął wygodną pozycję i zamilkł, nie chcąc przeszkadzać wyczerpanej kobiecie w odpoczynku. Sam zapatrzył się w spokojną twarz Ellen, zastanawiając się, czy coś ją teraz bolało. Pewnie nie, nie krzywiła się, żaden mięsień jej nie drżał, pewnie śniła bez snów, regenerując siły. Szalona dziewczyna, czy ona naprawdę próbowała zginąć, że tak rzucała się bezmyślnie na wroga?
Westchnął i zapatrzył się na pozostałych, czując ulgę, że wszyscy przeżyli, nawet mimo groźnie wyglądającej walki oraz obrażeń.

Powoli wracała do niej świadomość otaczającego ją świata. Mrowienie w całym ciele było tak intensywne, że długą chwilę nie ruszała się, cierpliwie czekając, aż zmysły zaczną poprawnie funkcjonować. Dopiero gdy poczuła się pewniej, uchyliła powieki, zaraz je mrużąc, bo obraz okazał się przejaskrawiony oraz mocno rozmazany. Odczekała kolejne cenne sekundy, by widok rozciągający się przed oczami nabrał wyrazistości, i odkryła, że patrzyła na zawisłe nad nią zbocze góry.
Drgnęła, sprawdzając, czy mięśnie jej posłuchają, co skończyło się nieprzyjemną falą bólu wstrząsającą ciałem. Znieruchomiała, odetchnęła głęboko, a potem ponowiła próbę, zdeterminowana, by usiąść. Wreszcie się udało, bardzo ostrożnie uniosła się z ziemi i rozejrzała się powoli, mając kompletny mętlik w głowie. Kiedy jej wzrok padł na towarzyszy, zaczęła sobie przypominać, co się działo.
Wraz z pełnym powrotem wspomnień zachłysnęła się spanikowana powietrzem, przeklinając ciało za to, że tak ją ograniczało i nie pozwalało wstać.
— Wszyscy żyją i mają się dobrze — usłyszała przy uchu łagodny głos Alistaira.
Wypuściła powietrze, spoglądając na niego nieobecnym wzrokiem.
— Wynne jest na ciebie wściekła, nie słuchałaś jej — dodał na pocieszenie, uśmiechając się.
— Jak mogłam na siebie uważać, kiedy ten smok próbował was zabić? — wychrypiała z trudem, krzywiąc się i z bólu, i z irytacji.
— Ciebie też próbował. Nieźle oberwałaś — mruknął, odwracając wzrok, jakby powstrzymywał się od nakrzyczenia na przyjaciółkę. — W każdym razie masz teraz całkowity zakaz gwałtownych ruchów i znajdujesz się pod moją opieką. Żadnego przesadnego forsowania się od tej chwili, zaklęcia potrzebują czasu, by wpleść się odpowiednio mocno w twoje ciało — zakomunikował nieznoszącym sprzeciwu głosem.
— Dobrze — szepnęła, zamykając z powrotem oczy.
To ostatecznie utwierdziło go w przekonaniu, że źle się czuła i była bardzo słaba, skoro nawet nie protestowała, tylko potulnie się na wszystko zgodziła. Westchnął głośno, zmartwiony, raz jeszcze przyjrzał się jej twarzy.
Odpoczynek jednak nie trwał zbyt długo, kilkadziesiąt minut później Ellen znowu się uniosła i, machnąwszy dłonią na zaniepokojonego Alistaira, spróbowała wstać. Młodzieniec bezzwłocznie jej pomógł, a kiedy dziewczyna stanęła prosto, od razu spojrzała na pozostałych i uśmiechnęła się krzywo, czując ich spojrzenia.
— Ruszajmy. Gorzej być nie może, a czas nagli — przypomniała zachrypniętym głosem i jako pierwsza, bardzo powoli, skierowała się do wrót świątyni.
Tuż przy niej, bez słowa ją podpierając, poszedł Alistair. Dopiero za nimi podążyli pozostali. Niektórzy jeszcze utykali, jak Morrigan, inni wyglądali, jakby nie przechodzili żadnej walki, jak Leliana. Jednak atmosfera przez cały czas była napięta oraz nieprzyjemna, pełna ponurej grozy, której nikt nie próbował się pozbyć.
Ellen, z pomocą Alistaira, otworzyła wrota i wkroczyła do pogrążonego w półmroku pomieszczenia. Tu nie było śniegu, wszystko zdawało się być w pewien sposób zadbane i o wiele prościej wykonane. Jednocześnie dokoła walały się gruzy oraz zniszczone przedmioty.
— Co to za miejsce? — mruknął Alistair, prowadząc Ellen w głąb niedużej sali. — Różni się od reszty ruin…
Przekroczyli kolejny próg i tym razem stanęli w komnacie większej, równie prosto wykonanej, z oknami tylko po prawej stronie, przez które wpadały mdłe promienie słońca. Przed nimi, w odległości dziesięciu metrów, znajdowały się zwykłe drewniane drzwi z metalowymi okuciami, których strzegła… świetlista, półprzezroczysta postać mężczyzny.
Ellen zatrzymała się, przyjrzała się duchowi z przerażeniem i spróbowała stłamsić ogarniającą ją panikę. Kiedy stanęła oko w oko z tym… tym czymś, kiedy jego spojrzenie na nią padło, wiedziała, że nie sprosta. Nie wiedziała jeszcze, czemu miała nie sprostać, ale była pewna, że dotarła do miejsca, które wywoływało jej przerażenie, prowokowało beznadziejną walkę, wypominało błędy przeszłości oraz wzbudzało wyrzuty sumienia. Oto znalazła się w miejscu, które miało ją ocenić za to, co się stało i co się stanie. Nie była godna. Nie była gotowa. Ale była dumna oraz zdeterminowana, dlatego ruszyła w stronę zjawy, nie oglądając się na nikogo.
Duch odział się w starą, połyskującą zbroję, na głowie miał rogaty hełm, żuchwę zdobiła gęsta, mocna broda. Z całej półprzezroczystej oraz trochę niewyraźnej postaci najpiękniej prezentowały się jego oczy. Intensywnie niebieskie, przenikliwe, uważne, jakby potrafiły zajrzeć do samej ludzkiej duszy i wszystko z niej wyczytać.
— Witajcie, pielgrzymi — odezwał się, a jego niski, basowy głos odbił się zwielokrotnionym echem po skromnej sali.
— Przybywamy po Urnę Świętych Prochów — oznajmiła Ellen, zatrzymując się w rozsądnej odległości od zjawy.
Jej towarzysze ustawili się nieopodal, przyglądając się duchowi ze zdumieniem pomieszanym z fascynacją; domeną takich istot była Pustka, co zatem ten mężczyzna tu robił, w świecie materialnym?
— Przyszliście, aby oddać Andraście cześć, i tak się stanie, jeśli okażecie się godni — zgodził się strażnik świątyni i powoli skinął głową, jakby czas przestał dla niego płynąć.
— Potrzebujemy prochów, aby uleczyć pewnego szlachcica — odparła Ellen, trochę za szybko, by nie było to odebrano jako rozpaczliwa ochrona samej siebie.
Jego słowa ją przestraszyły, w końcu nie czuła się godna tego, co ich czekało, wolała pominąć tę część albo wcale w niej nie uczestniczyć. Chciała uciec przed samą sobą, to było najprostsze.
— Musicie jednak dowieść swej wartości — uparł się i jakby delikatnie się uśmiechnął, patrząc na zebranych. — To nie ja ją ocenię. Do tego służy Próba — wyjaśnił, przekrzywiając głowę. — Jeśli okażecie się godni, ujrzycie urnę i będzie wam wolno zabrać ze sobą odrobinę prochów. Jeśli nie… — zawiesił znacząco głos.
— W porządku, miejmy to już za sobą — warknęła zdenerwowana Ellen.
Sekty, popielne widma, smoki, a teraz jeszcze uparci strażnicy oraz Próby, które trzeba było przejść, żeby przeżyć.
— Zanim pójdziesz, muszę cię o coś zapytać — poinformował mężczyzna, co dziewczynę przeraziło. — Widzę, że niełatwo było ci się tutaj dostać — zaczął łagodnie, obserwując jej napiętą twarz. — Twoja przeszłość naznaczona jest cierpieniem, zarówno twoim, jak i innych. Porzuciłaś ojca i matkę, pozostawiając ich na łasce Rendona Howe, wiedząc, że nie okaże im litości — wypomniał okrutnie, nie odrywając od niej wzroku.
Zadrżała, poczuła zalewającą ją niemoc oraz nienawiść do samej siebie. Nagle zapragnęła rozszarpać własne ciało, którego tak bardzo się brzydziła, bo było kiedyś unurzane w krwi ojca, bo kiedyś klęczało przed nim, a nie potrafiło go uratować, nie potrafiło osłonić przed śmiertelnym ciosem nikogo, kogo kochała. W oczach stanęły jej łzy, ale nie były już łzami rozpaczy, tylko bezsilnej złości oraz tej niszczącej nienawiści.
— Uważasz, że zawiodłaś swoich rodziców? — spytał strażnik.
Ellen zacisnęła zęby, nie czując na sobie zdruzgotanych spojrzeń towarzyszy, którzy przecież nie znali jej historii w całości, a niektórym nawet oszczędziła jakichkolwiek informacji o przeszłości, choćby Zevranowi. Nie potrafiła o tym mówić, dusiła wszystko w środku, tłamsiła, podjudzała wyniszczające uczucia, autodestrukcję, która rozpoczęła się już dawno temu, wraz z pierwszym agonalnym wrzaskiem w Wysokożu.
Spojrzała pustym wzrokiem na mężczyznę, po jej policzkach potoczyły się łzy, jednak ich także nie zauważyła.
— Odpowiedź należy tylko do mnie, strażniku — obwieściła bezbarwnym głosem.
— Dobrze więc. Wiesz, co masz w sercu — stwierdził, zupełnie jakby odpowiedź Ellen go nie zaskoczyła.
— Och, dobrze — westchnął Zevran. — Przez chwilę myślałem, że wygłosisz płaczliwą tyradę i będziesz się „dzielić” swoimi uczuciami — parsknął kpiąco, spoglądając bardzo nieprzychylnie na ducha.
— Cieszę się, że odmówiłaś — dodała Morrigan. — To pytanie nie ma nic wspólnego z naszym zadaniem. — Spojrzała na Ellen, jednak z jej strony nie było żadnej reakcji.
— Zastanawiające, dlaczego boisz się odpowiedzi na tak proste pytanie — mruknęła Wynne, wpatrując się w Strażniczkę. — Twoje milczenie przemawia mocniej niż jakiekolwiek słowa.
— Przeszłość to przeszłość. Po co rozdrapywać stare rany? — wtrąciła Leliana, spoglądając na przyjaciółkę niepewnie.
— Parshaara — zaklął Sten. — Zostaw przeszłość tam, gdzie jej miejsce — warknął.
— Wygląda na to, że rozważania nad dawnymi błędami pochłaniają umysły wiernych — mruknęła znudzona Shale.
— Czy istnieje jakaś religia, która nie bazuje na poczuciu winy? — odezwała się znowu Morrigan, jakby milczenie Ellen ją zaniepokoiło i zapragnęła dziewczynę na swój sposób pocieszyć. — Nie? Tak myślałam.
— I co dalej, samobiczowanie? — zgadł Zevran i uśmiechnął się szyderczo. — To chyba kolejny punkt programu, nie? — przypomniał, przymrużając wyzywająco oczy.
W tej całej dyskusji, która przepływała obok niej, zamieniając się w pozbawiony znaczenia szum znajomych głosów, poczuła, jak ktoś kładzie dłoń na jej ramieniu. Dopiero wtedy drgnęła i przeniosła wzrok na pochylającego się do niej Alistaira, starając się znaleźć w sobie cokolwiek znajomego, ale była tylko lodowata pustka.
— Teraz naprawdę chciałbym wiedzieć, co czujesz — szepnął młodzieniec, nie odrywając wzroku od jej oczu.
Pierwsza uciekła spojrzeniem w bok i spuściła głowę, by nie mógł na nią patrzeć. Nie czuła niczego. Choć bardzo chciała mu opowiedzieć o nich, to nie mogła, bo nie czuła dosłownie niczego.
— A co z tymi, którzy są z tobą? — odezwał się duch, widząc, że zamieszanie opadło. — Alistair, rycerz i Strażnik… — wybrał kolejną ofiarę.
Młodzieniec puścił ramię Ellen i spojrzał na zjawę zaniepokojony.
— Zastanawiasz się, czy sprawy nie potoczyłyby się inaczej, gdybyś był przy Duncanie na polu walki — oznajmił mężczyzna.
— Ja… tak — przyznał ciszej Alistair, odwracając wzrok. — Gdyby to Duncan ocalał, a nie ja, wszystko byłoby lepiej — stwierdził spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta goryczy.
Ellen zdrętwiała, jakby przeraziła się wizją, że miałoby go nie być.
— Gdybym tylko miał szansę, może…
— Zadaj pytanie, strażniku — zażądała Wynne, uniósłszy dłoń, by uciszyć Alistaira, by nie powiedział o te kilka słów za dużo. — Jestem gotowa. — Spojrzała odważnie na zjawę, przymrużając oczy.
— Zawsze jesteś doradcą, służysz mądrym słowem — zaczął wedle życzenia strażnik. — Nie zastanawiasz się czasem, czy nie powtarzasz tylko frazesów wypalonych dawno temu w twym umyśle? Być może jesteś jedynie narzędziem szerzenia wiedzy o Zakonie i Kręgu — ciągnął. — Czy w głoszone przez ciebie prawdy nie wbija się czasem igła zwątpienia?
— Podajesz stwierdzenia w formie pytań, choć znasz już odpowiedź — podsumowała Wynne, uśmiechając się kącikiem ust. — Nie ma sensu nic ukrywać, prawda? Tak, czasem miewam wątpliwości. Jedynie głupiec może być całkowicie pewny siebie — uznała.
— A elf z Antivii… — zaczął strażnik, przyglądając się Zevranowi.
— Moja kolej? — wszedł mu w słowo i uśmiechnął się szyderczo. — Hura. Jestem taki podekscytowany.
— Zabiłeś wiele osób. Ale czy jest ktoś, kogo żałujesz bardziej niż kobiety imieniem… — ciągnął niewzruszony, nie odrywając wzroku od kolejnej ofiary.
— Skąd o tym wiesz? — warknął niespodziewanie spłoszony Zevran.
— Wiem wiele, Stwórca dał mi pozwolenie — wyjaśnił krótko. — Nie odpowiedziałeś jednak na pytanie. Czy żałujesz? — przypomniał cierpliwie.
— Tak. Odpowiedź brzmi tak, jeśli koniecznie musisz wiedzieć — warknął rozwścieczony, przyglądając mu się z nienawiścią. — A teraz przejdź dalej.
— Shale, kamienny olbrzym… — westchnął duch, odwracając się do golema. — Niewiele mogę z ciebie wyczytać. Czuję odległe echo duszy uśpionej przez tak długi czas, ale teraz przebudzonej… — zamruczał w zamyśleniu.
— To się ciesz — skwitowała Shale.
— A wraz z przebudzeniem powoli zdałaś sobie sprawę z wszystkiego, co utraciłaś. Ach, Shale… — westchnął i pokręcił z uznaniem głową. — Cała twoja egzystencja jest próbą siły woli i odwagi. Przyjmij wyrazy szacunku — zakończył i obrócił się do Stena, który zmarszczył czoło.
— Nie interesuje mnie ta rozmowa, duchu — zakomunikował qunari.
— Przybyłeś do tej krainy jako obserwator, ale w ślepym szale wymordowałeś całą rodzinę. Czy zawiodłeś swój lud, stawiając qunari w takim świetle? — zadał pytanie.
— Nigdy nie powiedziałem, że nie zawiodłem — przypomniał ze spokojem Sten.
— A ty… — zwrócił się do Leliany strażnik. — Dlaczego twierdzisz, że przemawia do ciebie Stwórca, skoro wszyscy wiemy, że odszedł? — spytał bardziej napastliwie. — Przemawiał tylko do Andrasty. Uważasz, że jesteś jej równa? — zakończył z tą nutą agresji.
— Nigdy czegoś takiego nie powiedziałam! — oburzyła się Leliana. — Ja…
— W Orlais byłaś kimś — przerwał jej dobitnie. — W Lothering bałaś się, że zgubisz się w sobie, zostaniesz szarą siostrą i znikniesz. A kiedy bracia i siostry w Zakonie krytykowali cię za twą przepowiednię, zabolało cię to, ale jednocześnie czerpałaś z tego przyjemność — ciągnął bezlitośnie, nie zwracając uwagi na malujący się na twarzy łuczniczki szok. — Dzięki temu stałaś się kimś wyjątkowym. Cieszyłaś się zainteresowaniem, nawet jeśli było negatywne.
— Chcesz powiedzieć, że zmyśliłam to… aby ściągnąć na siebie uwagę? — parsknęła wściekła. — Nieprawda! Wiem, w co wierzę! — warknęła i zacisnęła usta, demonstrując, że zdania nie zamierzała zmieniać.
— A ty, Morrigan, córko Flemeth… — Odwrócił się do czarownicy, porzuciwszy wzburzoną Lelianę, jakby już osiągnął to, czego chciał. — Co… — zaczął.
— Odejdź, duchu — parsknęła Morrigan i pokręciła głową. — Nie będę bawić się w twoje gierki — zastrzegła z lodowatym spokojem.
— Uszanuję twoje życzenie — zapewnił strażnik i uśmiechnął się do czarownicy blado. — Droga wolna — zwrócił się do wszystkich, jego postać zaczęła się rozmazywać. — Powodzenia, obyście znaleźli to, czego szukacie — rozbrzmiał jego głos, choć ciało stało się już niewidzialne.
Do tej pory zamknięte drzwi stanęły otworem, a wojowników zalało jasne światło, kiedy przekroczyli próg następnej komnaty. Wrota bezgłośnie się za nimi zamknęły, odcinając drogę jakiejkolwiek ucieczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz