wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.68 - Próba


Stanęli w podłużnej, niezbyt szerokiej komnacie, w której ścianach znajdowało się wiele wnęk. Pod sklepieniem było kilka okien wpuszczających do pomieszczenia więcej światła, jednak najbardziej salę rozjaśniały płonące pochodnie. Wszystko, podobnie jak we wcześniejszej części świątyni, wykonane zostało z jasnego kruszcu przypominającego piaskowiec. Przed nimi, w odległości kilkunastu metrów, widać było duże, zatrzaśnięte drzwi ze srebrnawymi okuciami.
Jednak uwagę grupy przyciągnęły wnęki – w sali znajdowało się ich dokładnie osiem, po cztery na każdą stronę, a w ich środku stała jedna półprzezroczysta zjawa zapatrzona niewidzącym wzrokiem w dal.
— No dobra… — mruknął Alistair, przyglądając się zjawisku ze zdumieniem. — Nie wiem dlaczego, ale mam przeczucie, że tamte drzwi są zamknięte. — Wskazał palcem zatrzaśnięte wrota.
— Spytajmy o to tę kobietę — zaproponowała Leliana, widząc, że Ellen stała ze wzrokiem zawieszonym gdzieś na posadzce.
Chwyciła ramię przyjaciółki i poprowadziła ją przodem do wybranej zjawy po lewej stronie, a za nimi podążyli pozostali.
Kontury kobiety były rozmazane, rysy twarzy niewyraźne, tylko oczy nadal błyszczały. Jej włosy sięgały połowy szyi, na obliczu malował się przeraźliwy smutek. Kiedy się do niej zbliżyli, przeniosła na nich wzrok, przekrzywiając głowę. Splotła ręce na wysokości brzucha, jej usta zadrżały w nieśmiałej próbie uformowania się w uśmiech. Odezwała się ciepłym, łamiącym się głosem o tym samym zwielokrotnionym echu rozbrzmiewającym po każdym słowie:
— Echo z krainy cieni szepce o rzeczach, które dopiero się wydarzą. Przychodzą do nas późną porą, zamykając w osobnym świecie — wyrecytowała, przyglądając się zdezorientowanym wojownikom. — O czym mówię?
— Czy ona właśnie podała nam zagadkę do rozwiązania? — mruknął zszokowany Alistair.
— Cicho, może to potraktować za odpowiedź — skarciła go Leliana, szturchnąwszy łokciem między żebra.
Strażnik skomentował to niezadowolonym pomrukiem, jednak posłusznie umilkł. Pozostali wymienili zagubione spojrzenia – co prawda nie wszyscy, na przykład Ellen zdawała się całkowicie obojętna, Morrigan natomiast wywróciła zirytowana oczami – zastanawiając się nad rozwiązaniem.
Duch kobiety przyglądał się im z uśmiechem, cierpliwie czekając.
— O snach — stwierdziła nagle Wynne, uniósłszy głowę.
Zjawa przytaknęła i przymrużyła oczy, cofając się o krok.
— Miałam sen, w którym moja córka spała na mej piersi — stwierdziła nieobecnym głosem, jej postać zafalowała i zaczęła się rozmywać. — Sen ukazał jej życie, zdradę, która ją spotkała, i śmierć — opowiedziała, zamykając oczy. — Jestem smutkiem i żalem. Jestem matką, która toczy rzewne łzy nad córką, której nie zdołała ocalić — dokończyła, przemieniając się w błękitną kulę światła.
Pomknęła w postaci mglistej strzały wprost do zaryglowanych drzwi i wpadła w stare deski, zostając wchłoniętą przez wrota. Coś kliknęło, jakby jedna z zasuw puściła.
— To była… matka Andrasty? — wyszeptała zdumiona Leliana.
— Chyba trzeba porozmawiać ze wszystkimi — uznał Alistair, obracając się do leżącej naprzeciw nich drugiej wnęki, w której stał inny duch.
Tym razem zjawa była niewysoką, młodą dziewczyną o pyzatej twarzy i promiennym uśmiechu, którym od razu obdarzyła zbliżających się do niej wojowników. Jej oczy zabłysły ciepłym światłem, splotła ze sobą palce dłoni i przycisnęła je do mostka. Gdy już zatrzymali się przed nią, odezwała się radosnym głosem:
— Może to nieść najmniejszy skowronek, a najsilniejszy z ludzi nie udźwignie — oznajmiła i zakołysała się z palców na pięty. — O czym mówię?
Znów w grupie zapadła cisza, niemal każdy zamyślił się nad poprawnym rozwiązaniem, rozglądając się po cichej sali, w której panowała przedziwna, spokojna atmosfera. Wyraźnie było czuć, że istotom tu żyjącym nigdzie się nie spieszyło, że miały wiele czasu, którego upływ przestały zauważać.
— O melodii — wyrwało się Lelianie.
Łuczniczka uniosła głowę i spojrzała na młodą dziewczynę.
— Tak — odparła zjawa i uśmiechnęła się do Leliany. — W dzieciństwie byłam najbliższą przyjaciółką Andrasty i zawsze razem śpiewałyśmy — zaczęła cichszym głosem, cofnąwszy się o krok. — Wysławiała piękno życia, a każdego, kto ją usłyszał, wypełniała radość. Powiadają, że sam Stwórca wzruszył się pieśnią Andrasty, a ona przestała od tamtej pory śpiewać o rzeczach prostych. — Jej ostatnie słowa rozbrzmiały już po tym, jak zniknęła.
Ponad ich głowami do zamkniętych drzwi pomknęła kolejna błękitna strzała, która została wchłonięta przez ciemne deski. Kiedy ruszali do następnego ducha – drobnego oraz chudego elfa z ogoloną głową – rozległo się charakterystyczne kliknięcie.
Zatrzymali się przed zjawą, a ona zmierzyła ich przeszywającym spojrzeniem i uśmiechnęła się blado. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, przez jedno oko ciągnęła się brzydka blizna Elf wyglądał na wyczerpanego utraconym już życiem.
— Ni gościem, ni złoczyńcą zwać mnie nie należy — odezwał się nosowym głosem. — Należę do tego miejsca, a ono do mnie należy. O czym mówię?
Po kilkunastu sekundach Ellen poderwała głowę, na jej do tej pory obojętnej twarzy wymalowały się dziesiątki skrajnych uczuć, by w końcu ustąpić miejsca najwyraźniejszemu – zdumieniu. Otworzyła usta, zająknęła się, a potem odpowiedziała drżącym głosem:
— O domu — szepnęła, w jej słowach dało się wychwycić nieopisaną tęsknotę, jakby jedynym, czego potrzebowała, był właśnie dom.
— Marzyłem o tym, by mój lud miał swój dom, gdzie sami bylibyśmy sobie panami — przyznał elf i uśmiechnął się do Ellen. — Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Poszliśmy za Andrastą przeciwko Imperium — opowiadał, podczas gdy jego ciało zaczynało się rozmywać. — Została jednak zdradzona, tak jak i my — dokończył, zmieniając się w świetlistą strzałę.
Nie czekali, aż smuga zostanie wchłonięta przez zamknięte drzwi, a w ciszy rozlegnie się zgrzyt puszczającego zamka. Ruszyli do kolejnego ducha, zostawiając za sobą pustą wnękę, i ustawili się przed zjawą, która miała im opowiedzieć nową zagadkę.
Ellen po udzieleniu elfowi odpowiedzi jakby obudziła się z odrętwienia. Uciekła gdzieś daleko, ale stanęła na granicy, zupełnie jakby uznała, że może ich potrzebowała, może jednak nie potrafiła bez nich żyć i byli powodem, dla którego należało zwalczyć gorycz.
Duch okazał się wysoką, umięśnioną kobietą o drapieżnych rysach twarzy oraz twardym spojrzeniu. Kiedy się do niej zbliżyli, wykrzywiła usta i zacisnęła dłonie w pięści.
— Oko za oko, ząb za ząb — oznajmiła ostrym, dźwięcznym głosem. — Przelaną krew należy odkupić przelewem krwi. O czym mówię? — spytała, wykrzywiając usta w zimnym, szyderczym uśmiechu.
Wśród towarzyszy znowu zapanowało krępujące milczenie. Ciszę w końcu przerwał Zevran – prychnął z irytacją i spojrzał odważnie na ducha, jakby rzucał mu wyzwanie.
— O zemście — wypowiedział.
— Tak — stwierdziła zjawa i zmrużyła oczy. — Mój mąż, Hessarian, wybrał dla Andrasty szybką śmierć. To ja go zmusiłam, by kazał ją stracić publicznie, razem z jej dowódcami, aby wszyscy ujrzeli potęgę Imperium — opowiedziała bez cienia skruchy w głosie. — Jestem sprawiedliwością. Jestem zemstą. Za przelaną krew można zapłacić tylko krwią — powtórzyła, rozmywając się i przeobrażając się w błękitne światło.
Ruszyli do następnego ducha, podczas gdy nad ich głowami przelatywała jasna, migotliwa smuga.
Kolejna zjawa była barczystym, dobrze zbudowanym mężczyzną w pełnym uzbrojeniu. Na głowie miał bardzo stary hełm – takiego rodzaju zbroi nie konstruowano od wielu wieków. Spod krzaczastych brwi spoglądały smutne, zgaszone oczy, żuchwę zdobiła długa, gęsta broda.
— Trucizna dla duszy, okrutny odpowiednik pasji — zaczął zagadkę zachrypniętym głosem. — Wyrasta z miłości, skrzywdzonego serca. O czym mówię? — mruknął, spoglądając bez emocji na wojowników.
Milczenie było tym razem dłuższe, towarzysze wymienili zdezorientowane spojrzenia. Niewątpliwie była mowa o uczuciu, jednak tyle różnych emocji pasowało do opisu…
— O zazdrości — stwierdziła Morrigan i uniosła głowę.
— Tak, to zazdrość doprowadziła mnie do zdrady — stwierdziła zjawa i uśmiechnęła się blado. — Byłem najpotężniejszym z generałów Alamarri, ale w porównaniu z nią okazałem się nikim. Setki padały przed nią na kolana. Kochali ją, podobnie jak Stwórca — opowiadał, podczas gdy jego ciało zaczynało znikać. — Ja też ją kochałem, ale jaki człowiek może się równać z bogiem? — Zamienił się w błękitne światło, które od razu pomknęło do zamkniętych drzwi.
— Maferath? — mruknęła zdruzgotana Leliana, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę spotkali duchy osób, które znały Andrastę i brały udział w jej życiu.
Następną zjawą okazał się mężczyzna z wygoloną głową i dobrotliwym uśmiechem. Za uszami rosły mu kępki włosów, odziany był w szatę brata Zakonu. Stał ze splecionymi ze sobą dłońmi, spoglądając na podróżników z zainteresowaniem.
— Wystające kości tego świata, skąpane w bieli niczym panna młoda witająca swego wybrańca — wyrecytował dziarskim głosem, uśmiechając się szerzej. — O czym mówię?
Zevran westchnął głośno, wyraźnie mając dość zagadek. Ellen zmarszczyła czoło, co zdradzało, że słyszała wszystko, co było mówione, tylko nie miała ochoty w tym uczestniczyć.
— O górach — oznajmił Sten, spojrzawszy na zjawę.
— Tak — westchnął mężczyzna. — To ja zebrałem prochy Andrasty z Tevinter i przeniosłem je w góry na wschodzie, gdzie będzie mogła po wsze czasy spoglądać w niebo swego Stwórcy… — opowiedział rozmarzonym głosem, znikając powoli. — Nie mogliśmy znaleźć lepszego grobowca — uznał, zmieniając się w błękitne światło.
Kiedy skierowali się do kolejnego mężczyzny, tym razem przygarbionego, o zmęczonym wyrazie twarzy oraz przerzedzonych włosach, Alistair spojrzał z zainteresowaniem na nadal zatrzaśnięte drzwi.
— Jeszcze chwila i je otworzymy — rzucił.
Duch nieznacznie się wyprostował, gdy do niego podeszli. Odchrząknął, by pozbyć się chrypki, zmierzył podróżników spojrzeniem i wreszcie zaczął mówić:
— Włada złamanym mieczem i oddziela prawdziwych królów od tyranów — oznajmił dźwięcznym tonem, przyglądając się zebranym wokół niego osobom. — O czym mówię?
Tym razem drgnął Alistair, popatrzył po towarzyszach, zastanawiając się, czy zagadka była taka prosta, czy to tylko jego umysł płatał mu figle. Jednak nikt długą chwilę się nie odzywał, więc postanowił zabrać głos:
— O litości — stwierdził.
— Tak — zgodził się mężczyzna. — Nie mogłem znieść widoku cierpiącej Andrasty i to litość kazała mi zakończyć jej życie — wyznał, uśmiechając się smutno. — Jestem grzesznikiem, który okazuje skruchę w nadziei, że i jemu zostanie okazane współczucie — dokończył ciszej, zmieniając się w błękitne światło.
Jasna strzała pomknęła do zamkniętych drzwi, rozległo się charakterystyczne kliknięcie, które rozbrzmiało głucho w przejmującej ciszy. Wojownicy odwrócili się do ostatniego ducha, jaki im jeszcze został.
Zjawa była żylastym mężczyzną o bujnych włosach i twarzy poprzecinanej licznymi bliznami. Na jego plecach wisiała w bezpiecznej osłonce broń – stary, dwuręczny miecz – duch spoglądał na gości ze spokojnym zainteresowaniem. Kiedy się zbliżyli, odezwał się twardym głosem:
— Nikt tego nie widział, ale znają to wszyscy. Niewidzialny wróg powala najpotężniejsze armie. O czym mówię? — opowiedział zagadkę.
Podróżnicy zerknęli na siebie przelotnie. Problem rozwiązała Shale, która westchnęła z irytacją i wzruszyła ramionami.
— O głodzie — stwierdziła, rozglądając się ze znudzeniem po już prawie pustej sali.
— Tak, głód był bronią użytą przeciwko nikczemnikom z Imperium Tevinter — zgodził się duch, skinąwszy głową. — Stwórca rozpalił słońce, które wypaliło ziemię. Plony nie wzeszły, armie nie mogły maszerować. Wtedy otworzył niebiosa i sprawił, że popłynęła woda, zmywając ich brud — opowiedział, stopniowo blednąc. — Jestem Cathaire, uczeń Andrasty i przywódca jej armii. Widziałem to wszystko i wiem, że Stwórca się do nas uśmiechnął — dokończył, zmieniając się w ostatnią błękitną smugę.
Światło pomknęło do drzwi, zostało przez nie wchłonięte, a potem zaległa cisza. Wojownicy zatrzymali się bezradni przed wrotami, czekając na upragnione, ostatnie kliknięcie mechanizmu, które świadczyłoby o tym, że przejście się otworzyło. Długo musieli nasłuchiwać, aż w końcu dźwięk rozbrzmiał dokoła. Zawiasy skrzypnęły, skrzydła drzwi się rozwarły, wpuszczając wszystkich do kolejnej sali.
Ledwie przekroczyli próg, wrota cicho się zamknęły, odcinając drogę powrotu. Naprzeciw nich widniało następne przejście, również zatrzaśnięte, a w samej komnacie nie było niczego prócz ścian, sufitu oraz posadzki. Nikt nie odważył się ruszyć do przodu, nie wiedząc, co na nich czekało.
Wtedy, właściwie znikąd, pojawiła się znajoma postać – znajoma przynajmniej dla niektórych. Dobrze zbudowany mężczyzna o śniadej skórze, odziany w twardą, kunsztownie wykonaną zbroję będącą połączeniem płyt metalu, pasów tkaniny oraz dziwnych sznurków. Jego oczy miały ciemnobrązową barwę, o delikatnym, ciepłym blasku, czarne włosy związał w krótką kitkę, na jego żuchwie rosła tej samej barwy broda.
Nie tylko Wynne zachłysnęła się powietrzem, widząc martwego komendanta Szarej Straży, także Ellen poderwała głowę i otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w ukochanego mentora oniemiała. Alistair zająknął się, blednąc, i znieruchomiał, jakby bardzo nie chciał, by Duncan go dostrzegł.
Jednak spojrzenie brązowych oczu zdawało się widzieć tylko młodego Strażnika.
— Alistairze — odezwał się łagodnie i uśmiechnął się, skinąwszy na niego dłonią, żeby podszedł trochę bliżej.
Młodzieniec niepewnie wykonał prośbę martwego komendanta.
— Pozbądź się tych okrutnych uczuć z serca — poprosił Duncan, przyglądając się podopiecznemu z charakterystyczną dla niego surowością. — Nie możesz żałować, że przeżyłeś. Czy naprawdę tak nisko cenisz swoje życie?
— To… to nie tak — zaprotestował słabo Alistair. — Po prostu… gdybyś ty przeżył, byłoby o wiele lepiej, wszystko byłoby prostsze, wiedziałbyś, co robić, pokonałbyś Plagę bez problemu — wyrzucił na wydechu, to zaciskając dłonie w pięści, to je rozluźniając.
— I co potem? — spytał Duncan, uśmiechając się szerzej. — Jeszcze tego nie rozumiesz, Alistairze, jednak Ferelden potrzebuje cię bardziej niż mnie, starego człowieka, który i tak lada moment usłyszałby Powołanie — uznał i wyciągnął rękę do oszołomionego młodzieńca, kładąc dłoń na jego ramieniu. — Jesteś młody, silny i sprawiedliwy, potrafisz spojrzeć na świat z otwartym umysłem, czego Ferelden teraz potrzebuje. Nie zadręczaj się myślami, że twoja śmierć przyniosłaby więcej dobra, bo jest to po prostu niegodne ciebie. Żyjesz, a więc żyj jak najlepiej, służąc bractwu — rozkazał, zaciskając palce na ręku Alistaira. — Ciesz się miłością bliskich i korzystaj z tego, co zostało ci dane. — Uśmiechnął się łagodnie.
Równie nagle, co się pojawił, zniknął, zostawiając oniemiałego Strażnika oraz milczącą za jego plecami grupę wojowników. Alistair z trudem przełknął ślinę i zamknął otwarte ze zdumienia usta, próbując się otrząsnąć z szoku. W końcu zmusił ciało do posłuszeństwa – uniósł dłoń i wyciągnął ją do miejsca, w którym przed chwilą stał komendant Szarej Straży.
— Duncanie — szepnął, kąciki jego ust drgnęły i po chwili twarz rozjaśnił słaby, niepewny uśmiech. — Zapamiętam — obiecał, opuszczając ramię, jakby zawiedziony, że nie mógł dotknąć mentora.
Ellen napięła mięśnie, próbując się ruszyć, podejść do Alistaira, powiedzieć coś, jednak nie potrafiła. Tylko na niego patrzyła, pełna współczucia, samej nie wiedząc, czy młodzieńca to spotkanie zraniło, czy wręcz przeciwnie – przyniosło ukojenie. Ostatecznie zacisnęła dłonie w pięści i opuściła głowę, czując jeszcze większą nienawiść do siebie za słabość, za to, że nie potrafiła przy nim być.
Akurat wtedy, kiedy była potrzebna.
Nie stali zbyt długo w pustej komnacie. Pierwsza ruszyła Wynne, za nią Leliana, potem każdy po kolei kierował się do zamkniętych drzwi. Także Alistair, niezmiennie z niedowierzaniem uśmiechnięty. Ostatnia zdołała podjąć marsz Ellen, westchnąwszy głośno. Była beznadziejna. Była tak żałosna oraz beznadziejna, że aż śmieszna. Od samego początku wszystkich zawodziła, teraz przyszedł czas na tych, którzy dzielili z nią los obrońcy ojczyzny.
Weszli do kolejnej sali – sali bliźniaczo podobnej do tej przed chwilą opuszczonej, jakby zatoczyli pętlę i wkroczyli do tego samego pomieszczenia. To wzbudziło podejrzliwość wojowników, znów przystanęli tuż za drzwiami, które cicho się za nimi zamknęły, i rozejrzeli się dokoła uważnie. Przeczuwali, co zaraz mogło nastąpić, jednak widok pojawiającej się znikąd młodej kobiety i tak ich przestraszył.
Stanęła przed nimi rudowłosa dziewczyna z dwoma kucykami sterczącymi po bokach głowy, trochę niewprawnie nałożonymi cieniami na powieki oraz ciepłym spojrzeniem zielonych oczu. O drobnej budowie, ubrana w charakterystyczną szatę Kręgu Maginów w żółtym odcieniu, z zawieszonym na plecach kosturze. Na widok wojowników uśmiechnęła się szeroko, jednak jej uwaga pozostała skupiona wyłącznie na Wynne.
Wynne bardzo oszołomionej i zwyczajnie oniemiałej, wpatrującej się w znajomą czarodziejkę z niedowierzaniem. Ellen mgliście sobie przypomniała, że gdzieś już tę rudowłosą osobę widziała, jednak jej twarz zapisała się w umyśle ledwie mignięciem.
— Petra? — wyszeptała Wynne, przeszła między stojącymi nieruchomo towarzyszami i stanęła na samym przedzie, zapatrując się w młodą kobietę.
— Wynne, tak się cieszę, że jesteś cała i zdrowa — westchnęła Petra i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. — Tyle przeszłaś, i to tylko po to, by nas uratować.
— Ale jak…? Dlaczego…? — zaczęła zdezorientowana czarodziejka, podchodząc do Petry i wbijając wzrok w jej pełną wigoru twarz.
— Nie zapominaj, że wszyscy cię cenimy — odezwała się poważnie i nieśmiało dotknęła pomarszczonej dłoni staruszki. — Twoje słowa nie są puste, a nauki, jakie nam przekazałaś, nie są naiwne. Wszyscy jesteśmy narzędziami w cudzych rękach, ostatecznie w rękach samego Stwórcy, jednak nigdy nie wątp w siebie — poprosiła. — Gdyby to, co głosisz, było bezwartościowe, nigdy nie rzuciłabyś się, by osłonić mnie własnym ciałem przed demonem, prawda? — Uśmiechnęła się ciepło, a potem krótko uściskała zdumioną czarodziejkę.
Kiedy cofała się, by stanąć na poprzednim miejscu, Wynne także uniosła kąciki ust, zapatrzywszy się w posadzkę. Z jej piersi wyrwało się ciche, ciężkie westchnienie, jakby przypomniała sobie o czymś słodko-gorzkim. O czymś, czym z pewnością nie podzieliła się z towarzyszami, bo Ellen uświadomiła sobie, że o żadnym rzucaniu się na demony nie słyszała.
— Dziękuję — szepnęła Wynne, mimo że Petry już od chwili nie było, zniknęła tak samo jak Duncan. — Chodźmy dalej — zdecydowała i ruszyła pierwsza.
Nie poczuli zaskoczenia, gdy znowu znaleźli się w pustej sali. Tym razem byli już przygotowani na to, co mogło ich tu czekać.
— Chyba moja kolej — odezwał się Zevran, uśmiechając się krzywo, i wyszedł na przód grupy, zanim jakakolwiek postać pojawiła się w komnacie.
Objawiła im się smukła, o wydatnych kształtach elfka, odziana w zbroję bardzo podobną do zbroi Zevrana. Miała ciemne, lśniące oczy i czarne niczym heban włosy związane w wysoką kitkę. Nie niosła przy sobie żadnej broni – i to chyba lepiej, bo w jej spojrzeniu czaiła się nieopisana złość. Urodziwa twarz wprost promieniowała nienawiścią.
— Zevran — parsknęła, wpatrując się w elfa ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma.
— Wiedziałem — westchnął i podszedł kilka kroków do tajemniczej dla pozostałych postaci, uśmiechając się niepewnie. — Ja…
— Milcz — zażądała, zaciskając pełne usta w wąską kreskę i sztyletując Zevrana wzrokiem. — Jak mogłeś? — dodała z bolesnym wyrzutem, krzywiąc się w płaczliwym grymasie. — Błagałam, prosiłam… ale nie, twoja duma jest zbyt silna, prawda? Duma i arogancja, oto, dlaczego tak skończyłeś.
— Moja droga, po co te nerwy? — zamruczał Zevran, jednak na jego twarzy, co było dziwne, malowała się skrucha. — Doskonale wiem, co zrobiłem, i żałuję. Sam jeden wiem, jak bardzo żałuję, ale nie cofnę tego błędu — dodał ciszej.
— Twój żal niczego nie zmieni — zauważyła z goryczą. — Straciłeś wszystko i opadasz na dno. Jednak… mimo całej mojej złości… mam nadzieję, że się znów wzbijesz — zakończyła, odwróciła głowę, po czym zastygła.
— Dobrze było cię ujrzeć w pełnej formie — rzucił kpiąco.
Postać czarnowłosej elfki zniknęła i znów stali sami w sali, spoglądając na plecy znajomego skrytobójcy.
Za następnymi drzwiami czekała ich bliźniacza komnata, co skwitowali ciężkimi westchnieniami – a najgłośniej westchnął Zevran, który po spotkaniu dawnej przyjaciółki miał wszystkiego dość, ze świątynią na czele. Rozejrzeli się dokoła, oczekując pojawienia się postaci, i tak też się chwilę potem stało.
Tym razem stanął przed nimi wysoki, na ponad dwa metry, przedstawiciel rasy qunari. Ziemista cera, białe włosy, inaczej niż u Stena, bo rozpuszczone, małe świdrujące oczy częściowo niknące przy bardzo wysokim czole. Jednak najbardziej zebranych zdumiały wielkie, delikatnie unoszące się na końcówkach rogi, które wyrastały wprost z czaszki qunari.
— Straciłeś honor — oznajmił obcy, wpatrując się w Stena.
A Sten milczał.
— By powrócić do swej ojczyzny, musisz odzyskać to, co utraciłeś — uznał. — Odkup swoje winy, odzyskaj honor, wtedy możesz mieć nadzieję na wybaczenie wśród swego ludu. Nie wątp w Qun, a nie zabłądzisz na krętej drodze, jaką obrałeś — poradził mu, jeszcze chwilę świdrował Stena wzrokiem, po czym najzwyczajniej w świecie zniknął.
Towarzyszący im qunari pokiwał głową, jakby rozmyślał nad słowami, które nadal rozbrzmiewały w sali, po czym popatrzył po zebranych, oczekując, że ktoś wreszcie ruszy. Pierwsza uczyniła to Leliana, mrucząc o tym, że zbliżała się jej kolej, i skierowała się do widniejących przed nimi drzwi. Za nią podążyli pozostali.
Postacią, która ich powitała w następnej komnacie, była kobieta. Dojrzała, z łagodnym wyrazem twarzy oraz sięgającymi ramion rudymi włosami. Jej brązowe oczy lśniły dziwnym wzruszeniem, jakby widok wojowników był przez nią długo wyczekiwany. Drobna, ubrana w pobrudzoną sukienkę, drżąca na ciele, a mimo to wyprostowana.
Leliana zdrętwiała, otwierając szeroko oczy, i odetchnęła głęboko, wciągając w płuca unoszącą się dokoła woń kwiatów, subtelnie słodkich oraz pełnych uroku.
— Ten zapach… — wyszeptała, wychodząc przed towarzyszy.
— Skarbie… ależ ty wyrosłaś — westchnęła rudowłosa nieznajoma, wpatrując się w łuczniczkę przysłoniętymi łzami oczami. — Stałaś się piękną, młodą kobietą, jestem z ciebie dumna — stwierdziła i wyciągnęła rękę do oszołomionej łuczniczki.
Leliana niepewnie do niej podeszła, dając ująć swoją dłoń. Zawiesiła wzrok na ładnej, o delikatnej urodzie twarzy, próbując sobie przypomnieć, skąd znała te rysy, uśmiech, spojrzenie.
— Chcę cię o coś prosić — zaczęła kobieta, zacisnąwszy palce na ręku łuczniczki. — Nigdy, ale to nigdy nie wątp w to, co wierzysz. Słuchaj swojego serca i nie zatrzymuj się, jednak znaj umiar — mruknęła i odgarnęła krótkie włosy z twarzy Leliany. — Nie stawaj się ani zbyt dumna, ani zbyt nieśmiała, wierz tylko w to, co widzisz, w nic poza tym, nie ubarwiaj, nie okłamuj. Nadal idź tą drogą i żyj swoim życiem najlepiej, jak potrafisz — zakończyła, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a potem ujęła brodę łuczniczki i złożyła na jej czole delikatny pocałunek.
— Mamo — zdążyła szepnąć Leliana.
W następnej chwili po kobiecie nie było już śladu, zniknęła jak każda inna postać, która tego dnia odwiedziła podróżników, by poddać ich przedziwnej Próbie. Łuczniczka jeszcze pewien czas stała nieruchomo, spoglądając niewidzącym wzrokiem w dal. Wreszcie odetchnęła i odwróciła się, nerwowo ocierając policzki z łez. Posłała przyjaciołom uśmiech.
— Chodźmy dalej, tu już skończone — zauważyła, siląc się na pogodny ton.
Ellen otworzyła usta, jakby chciała się odezwać, ale nie wydusiła z siebie żadnego dźwięku. Dlatego, kiedy wszyscy, łącznie z Lelianą, ruszyli, ona podążyła za nimi, przeklinając w myślach swoją słabość oraz odrętwienie, jakie nią zawładnęło. Znowu nie była w stanie pocieszyć przyjaciółki. Nie mogła się przełamać. Nie mogła z tym wygrać.
Tym razem w komnacie czekało na nich… dziecko. Mały chłopiec na oko sześcioletni, o ciemnej zmierzwionej czuprynie oraz lśniących, brązowych oczach. Był do kogoś niezwykle podobny, do kogoś, kogo Ellen z pewnością znała, dlatego na chwilę odcięła się od całego świata, zapatrzona wyłącznie w dziwnego malca.
Jego spojrzenie – naprawdę znajome! – przeszywało na wylot, było zbyt poważne jak na takie małe dziecko, lustrowało wzrokiem wszystkich, aż w końcu padło na zdrętwiałą Morrigan. Wtedy na okrągłej buzi pojawił się szeroki uśmiech, chłopiec uniósł rączki i wyciągnął je w stronę czarownicy, przymrużając śliczne oczęta.
Kobieta drgnęła, przestąpiła z nogi na nogę, na jej twarzy wymalowało się bardzo bolesne rozdarcie, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. W końcu westchnęła cicho i uśmiechnęła się łagodnie – po raz pierwszy od poznania Morrigan Ellen miała okazję ujrzeć takie oblicze czarownicy – kierując się do chłopca. Wyciągnęła do niego dłoń, ujęła w nią małą rączkę, a wtedy dziecko pisnęło z uciechy i wyszczerzyło mleczne ząbki w uśmiechu.
Chwilę później zniknęło, jakby nigdy go nie było. Morrigan została z zawieszoną w powietrzu dłonią, spoglądając w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się chłopiec. W końcu, drgnąwszy nerwowo, obejrzała się zirytowana i zmrużyła jasnobrązowe oczy, miażdżąc wszystkich spojrzeniem.
— I czego tak stoicie? Ruszać się nie mamy wieczności, by przejść tę cholerną Próbę — zauważyła lodowatym głosem i jako pierwsza ruszyła do kolejnych drzwi.
Ellen poczuła bardzo nieprzyjemny dreszcz na plecach, jednak podążyła za czarownicą, starając się pocieszyć w myślach, że Shale także nie została jeszcze poddana Próbie. Z drugiej strony strażnik urny wspominał coś o tym, że niewiele potrafił odczytać z duszy golema, zatem…
Nie chciała być następna. Nie chciała się mierzyć z własnymi słabościami. Nie chciała… nie chciała tam wracać, do mordowanego Wysokoża. Lodowata dłoń strachu chwyciła jej serce i mocno ścisnęła, sprawiając, że Strażniczka zachwiała się, przekraczając próg. Słysząc, że wszyscy zamilkli, niechętnie uniosła wzrok, przenosząc go na środek sali.
Stał tam. Stał wyprostowany, ubrany w ulubioną koszulę oraz ciemne spodnie. Wyglądał tak, jakby nic się nie zmieniło, jakby, kiedy tylko będzie chciała, mogła wrócić do domu i zastać wszystkich uśmiechniętych oraz stęsknionych za nią. Pamiętała każdy szczegół jego twarzy, każdy szczegół postawy – zawsze poruszający się z wrodzoną godnością, pewny siebie i miłosierny dla poddanych.
Stała oko w oko z Bryce’m Couslandem, łagodnie uśmiechniętym, zapatrzonym w wymalowaną szokiem twarz córki.
Jego oblicze pozostało tak samo pomarszczone jak tamtego dnia, gdy przedstawił jej Duncana, szare włosy były identycznie ułożone, na ustach tańczył dobrze znany, nieco łobuzerski uśmieszek, który tak chętnie gościł także u jej starszego brata. Niebieskie oczy lśniły jasno, jednocześnie radością oraz dziwnym smutkiem, kiedy obserwowały Ellen.
Ellen, która zapomniała, jak oddychać.
— Moje najdroższe dziecko… — wyszeptał łagodnym głosem, unosząc ręce, jakby zachęcał ją, by się przywitała.
Te trzy proste słowa wstrząsnęły nią, zachłysnęła się powietrzem i wyprostowała się sztywno, przyciskając jedną dłoń do piersi, drugą napinając przy nodze. Postąpiła krok w stronę ojca, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, by zaraz wypełnić się łzami.
— To… jej ojciec? — mruknął Alistair, zmieszany tym przedziwnym spotkaniem z teyrnem Couslandem.
— Tatusiu! — jęknęła łamiącym się głosem Ellen i rzuciła się biegiem do mężczyzny, zapominając o całym świecie, o ich zadaniu, o urnie, o przyjaciołach.
Teraz, przez chwilę, odzyskała utracone życie.
Wpadła w ramiona Bryce’a i mocno go objęła, wtulając twarz w ramię ojca i z lubością oddychając znajomym, utęsknionym zapachem. Poczuła, jak ją przytulił, położył rękę na jej krótkich włosach i delikatnie pogłaskał po głowie. Była pewna, że uśmiechnął się łagodnie, jak zawsze w takich sytuacjach. Wczepiła się kurczowo w jedną z jego lepszych koszul, rozpaczliwie dławiąc szloch w gardle. Nie zamierzała płakać.
— Wiesz, że mnie nie ma i żadne modlitwy ani pragnienia nie przywrócą ani mnie, ani matki, ani całego Wysokoża do życia — zaczął łagodnie, tuląc do siebie przerażoną oraz zagubioną córkę. — Widzę ból i gniew, jakie nosisz w sobie — mruknął, opierając brodę na jej głowie, mocniej ją objął, kiedy zaczęła drżeć. — Wiem, że nie chcesz im się poddać, ale nie obawiaj się, moje dziecko — poprosił, sunąc dłonią po jej włosach.
— To moja wina! — wrzasnęła, odpychając się gwałtownie od Bryce’a, łzy bezsilnej złości narysowały na jej policzkach lśniące wilgocią linie. — To wszystko moja wina, przeze mnie zginęliście! — krzyczała dalej, zacisnąwszy dłonie w pięści i cofnąwszy za siebie nogę, przyjmując pozycję obronną.
W tamtej chwili przypominała tę dziewczynę, którą była, zanim pozbawiono ją domu. Przypominała dziecko, któremu odebrano wszystko i rzucono je w najokrutniejszy świat dorosłych, jaki ktokolwiek mógłoby sobie wyobrazić.
— Jak to może być twoją winą, dziecinko? — spytał spokojnie Bryce, przyglądając się jej z powagą. — To nie ty zdradziłaś. Nie ty wbiłaś nóż w plecy. Nie miałaś na to najmniejszego wpływu — przypomniał.
Mogłam coś zrobić! — wrzasnęła, tupnąwszy nogą i zacisnąwszy powieki, kiedy kolejne łzy potoczyły się po twarzy. — Mogłam tam zostać i was osłaniać! Mogłam zmusić Duncana, by zabrał mamę, by zabrał ciebie, mogłam iść pod bramy i walczyć z Gilmore’m! Mogłam… mogłam… mogłam was osłonić przed ostatecznym ciosem! Mogłam znaleźć tego drania i zabić go własnoręcznie! — wołała dalej, jej głos z każdą chwilą stawał się coraz bardziej piskliwy. — Mogłam bronić swojego domu, ale nie, podwinęłam ogon jak ostatni tchórz i uciekłam! Uciekłam ukrytym przejściem, bezpieczna, podczas gdy wy… gdy wszyscy… JESTEM ŻAŁOSNA I BEZNADZIEJNA, RATOWAŁAM SIEBIE, PODCZAS GDY WSZYSCY ZA MNIE GINĘLI! — wrzasnęła tak głośno, że jej głos jeszcze chwilę odbijał się echem od ścian skromnej komnaty.
Bryce wysłuchał krzyków córki ze spokojem, przyglądał się jej rozpaczy, goryczy oraz nienawiści wobec samej siebie, jeszcze chwilę niczego nie mówił. Potem westchnął, uśmiechnął się łagodnie i starł dłonią łzy z jej policzków.
— Nie jesteś. Jesteś Ellen Cousland, dziewczyną, która stawiła czoło przyszłości, choć miała pełne prawo paść na kolana i długo z nich nie wstawać — zamruczał kojąco. — Ale ty ruszyłaś, ruszałaś za każdym razem, kiedy tego od ciebie wymagano, prowadziłaś tych, którzy potrzebowali przewodnika, chroniłaś tych, których nikt nie chciał chronić. Jesteś Ellen Cousland i właśnie dlatego dotarłaś tak daleko, nawet mimo tego, że tak bardzo pragniesz umrzeć — wyjaśnił, nie odrywając od niej wzroku.
— Jestem niczym — wycedziła z goryczą, zaciskając zęby, by powstrzymać następne łzy. — Jestem niczym, bo pozwoliłam wam zginąć, pozwoliłam zniszczyć mój dom i najwspanialszych na świecie ludzi. Pozwoliłam zniszczyć Couslandów, jestem już niczym — stwierdziła, a potem odwróciła głowę.
— Ród Cousland nadal żyje i przeżyje, Ellen. Jest w tobie, jesteś wszystkim, co mogliśmy sobie, nosząc to nazwisko, wymarzyć. Porzuć nienawiść do samej siebie i swoją gorycz, porzuć tę złość, bo ranisz nią nie tylko siebie, ale też swoich przyjaciół, którzy tak wiernie przy tobie stoją — rozkazał ostrzejszym głosem. — A prócz przyjaciół ranisz także mnie i matkę. Nie zostawiliśmy cię, nadal przy tobie jesteśmy i cię kochamy. I jesteśmy z ciebie dumni. Żyj i idź przed siebie, dziecinko, bo jeszcze całe życie przed tobą. Nie odrzucaj go z powodu jednej tragedii. Jesteś nie tym, co źle zrobiłaś, ale tym, co przeżyłaś. Kochamy cię — mruknął, znowu pogłaskał ją po policzku, a potem cofnął się o krok.
Ellen otworzyła bezradna usta, zapatrzona w ojca wielkimi oczami. Zadrżała, mając ochotę wygłosić kolejne argumenty przemawiające za tym, że powinna jak najszybciej zginąć, bo była hańbą dla wszystkich, którzy pozostawali ludźmi uczciwymi oraz prawymi, jednak nie dano jej dojść do głosu.
Bryce zmarszczył czoło, jakby zauważył ostatnią zadrę, jaka tkwiła w jej sercu.
— Znajdź swój dom, Ellen. On tam gdzieś na ciebie czeka, tylko jeszcze go nie widzisz. Odzyskasz go, gdy uwierzysz i otworzysz serce — poradził łagodnym głosem.
Wtedy, kiedy cofnął się kilka kroków, na obraz uśmiechniętego oraz spokojnego Bryce’a Couslanda nałożył się jeszcze jeden, ten, który tak pieczołowicie wyrył się w pamięci Ellen, spędzając jej sen z powiek i nękając w cichych chwilach.
Ujrzeli mężczyznę zmęczonego trudami życia, o podkrążonych oczach, ciężko oddychającego oraz przyciskającego dłoń do boku, spod jego palców wyciekała krew. Ale krew pokrywała go niemal od stóp do głów, skapnęła hojnie na posadzkę i dopiero po tym Bryce ostatecznie zniknął.
Ellen wciągnęła ze świstem powietrze, a potem wczepiła się dłońmi we włosy, gwałtownie się kuląc. Wrzasnęła rozdzierająco, jakby właśnie coś bardzo boleśnie w niej umarło. Opadła na kolana i zgarbiła się na posadzce, zanosząc się głośnym szlochem, łkaniem oraz zawodzeniem, jakby właśnie wylewała wszystkie łzy, których nie wylała przez cały ten czas, a które zalegały głęboko w niej, męcząc ją i raniąc.
ZABIJĘ SKURWYSYNA! — wrzasnęła nagle, szarpiąc w rozpaczy za ciemne włosy, kilka kropli krwi potoczyło się po jej skroni. — Znajdę go i zabiję, rozerwę na kawałki, zniszczę! — Oderwała dłonie od głowy, zacisnęła je w pięści i gruchnęła nimi z całej siły o posadzkę, tak mocno, że za pierwszym uderzeniem poraniła je do krwi. — Będzie skamlał u moich stóp, będzie błagał o litość, wił się w męczarniach za to, co im zrobił! Żadnej litości, zabiję skurwysyna, i niech to będzie ostatnie, co zrobię w życiu, ale zemszczę się! — wołała, jej głos drżał na pograniczu krzyku oraz jęku. — Za każdą przelaną w Wysokożu krew, za życie każdej niewinnej osoby, za wszystkich, których kochałam! Niech mnie pociągnie za sobą do samego piekła, ale dopilnuję, by zaznał tego samego bólu!
Alistair drgnął, widząc, że nikt nie był w stanie się ruszyć, wszyscy wpatrywali się zszokowani w Ellen, nie mając pojęcia, co zrobić. On też nie wiedział, w głowie echem odbijały się słowa z rozmowy dziewczyny z Bryce’m, a najmocniej w pamięci utkwiła wypowiedź o tym, że Ellen szukała śmierci.
Czy to naprawdę możliwe, by przez cały ten czas, od kiedy trafiła po rzezi w Wysokożu do Ostagaru, chciała umrzeć? Czy rzeczywiście jednocześnie pragnęła zginąć, a z drugiej strony czuła obowiązek, by ich nie zostawiać, i szła przed siebie?
Pamiętał jej oczy, kiedy pierwszy raz się spotkali. Trochę nieobecne, odległe, zasnute dziwną mgiełką, a jednak ujrzał w nich: „chcę żyć. I będę żyć, nie powstrzymasz mnie”. Tego samego wrażenia doznał podczas jej pierwszej walki z pomiotami. Teraz zaczął rozumieć, teraz zobaczył, że cały problem tkwił w tym rozdziale życia, którego nie potrafiła zamknąć, chociaż musiała, jeśli chciała nadal żyć.
Oserwując jej rozpacz, wykrzykiwaną nienawiść, którą wreszcie zdołała ukierunkować w odpowiednią stronę, widząc jej zagubienie, przypomniał sobie coś jeszcze.
Ledwie wyruszyli do Lothering, tuż po katastrofalnej bitwie, rozbili pierwszy obóz w atmosferze zagęszczonej przez obecność Morrigan. Ellen niemal stawała na głowie, by ich rozpogodzić. Wreszcie zwyczajnie obok niego usiadła i go przytuliła, i on sam wtedy z zaskoczeniem odkrył, że naprawdę niczego więcej nie potrzebował.
Dlatego teraz ruszył, przeszedł między Zevranem a Lelianą i podszedł do nadal szlochającej Ellen. Klęknął obok niej i chwycił mocno jej ramię, by zwrócić na siebie uwagę. Nie odniosło to pożądanego skutku, więc złapał ją też za drugą rękę i siłą obrócił do siebie, by na niego popatrzyła.
Jeszcze nigdy nie widział, żeby zalewała się łzami do tego stopnia, że nie potrafiła ich powstrzymać i płynęły po policzkach bez jej wiedzy.
— Ellen — mruknął łagodnie.
Poczuł się bezradny, kiedy stawił czoła jej cierpieniu.
— Ja… ja… — zaczęła słabo, by zaraz znowu załkać, zarzucić mu ręce na szyję i wtulić się w niego. — Przytul mnie — poprosiła łamiącym się głosem.
Na chwilę zastygł, zaskoczony jej gestem, jednak szybko się opamiętał. Mocno ją objął, przyciągając do siebie i pozwalając zaszlochać we własne ramię. Usiadł tak, żeby było im obojgu wygodniej i oparł policzek na jej głowie, przymykając oczy. Tak mocno się w niego wczepiła, że przez chwilę z rozbawieniem pomyślał, że przez resztę Próby będzie musiał przenieść ją na rękach.
Odgarnął włosy z jej twarzy i zamruczał jej do ucha, że już wszystko dobrze, że naprawdę wszystko dobrze, by zaraz, zanim ugryzł się w język, dodać ciszej:
— Jestem tu.
Ku jego zdumieniu Ellen pokiwała głową i mocniej się w niego wtuliła, jakby naprawdę potrzebowała jego bliskości. Nikt ich nie poganiał, dając im czas, by Strażniczka się uspokoiła i zdołała, w miarę bezboleśnie, wrócić do zadania.
Bo spośród wszystkich osobiście dotkniętych przez Próbę, która dała im okazję do rachunku sumienia oraz wybaczenia samym sobie, najwięcej goryczy dusiła ta bez wahania prowadząca ich po drodze, starająca się im pomagać i próbująca nieść światło tam, gdzie panowała ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz