wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.69 - Sobowtóry


To było przedziwne uczucie. Przypominało trochę chwilę, w której przebija się taflę wody głową i jest się w stanie zaczerpnąć pierwszy dech po długim przebywaniu pod powierzchnią.
Możliwość wyrzucenia tego z siebie, możliwość powiedzenia na głos tego, co zalegało na sercu, ta niewyobrażalna ulga, to wszystko sprawiło, że nie potrafiła przestać płakać, zupełnie jakby odkręcono zawór, i teraz nie była w stanie się opanować. Może miały na to wpływ ramiona Alistaira, może obraz ojca, może cała sytuacja i wszystko, co do tej pory przeżyła – ale nie chciała na razie iść dalej. Na razie chciała znów poczuć się jak mała, bezbronna dziewczynka, która potrzebowała opieki oraz miłości i zawsze szukała ochrony rodziny.
Wiedziała, że później będzie jej głupio, że tak bezczelnie wykorzystała dobrą wolę Alistaira i potraktowała go jak kogoś, kto miałby być za nią odpowiedzialny. Jednak w tamtej chwili tego potrzebowała. Bo bała się stawiać czoła uldze samotnie, bała się, że znowu się zamknie w sobie, że wrócą te potworne uczucia. Ale nieokiełznana fala emocji zaczęła opadać. Stopniowo, nie wiedziała właściwie, w którym momencie, jednak ogarniał ją coraz większy spokój. Łez było mniej, łatwiej łapała oddech, nie drżała tak bardzo.
W końcu zrozumiała, że wszystko minęło, że już było dobrze. Odetchnęła głęboko, starając się znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by wstać, jednak nie chciała puszczać Alistaira. Chyba nadal się bała, że w pojedynkę sobie nie poradzi, ale… mieli zadanie do wykonania. Odsunęła się od Strażnika, wytarła twarz z wysychających łez i podniosła się, unikając spojrzeń towarzyszy. Zapatrzyła się w posadzkę, poprawiła rozczochrane krótkie włosy, a potem… uśmiechnęła się.
Blado, ledwie widocznie, jednak kąciki jej ust uniosły się, oczy błysnęły, znów zagościł w nich spokój. Dopiero wtedy, jeszcze starając się otrzeć policzki, popatrzyła na przyjaciół, posyłając im pewniejszy uśmiech.
— Przepraszam — rzuciła zachrypniętym głosem, dlatego odchrząknęła. — Już dobrze. To nic takiego. Chodźmy lepiej, zanim znowu się rozryczę. Albo coś. Chodźmy — powtórzyła, pokiwała energicznie głową, po czym ruszyła do wciąż zamkniętych drzwi.
Towarzyszący jej wojownicy wymienili spojrzenia. Leliana poszukała u Wynne odpowiedzi na nieme pytanie, jednak czarodziejka pokręciła głową, dając łuczniczce do zrozumienia, by nie naciskała. Ellen musiała sobie z tym poradzić, a kiedy nadejdzie czas, sama im opowie, co ją dręczyło tak długo. Oni powinni na razie po prostu przy niej być.
— Czas na resztę atrakcji — odezwał się Alistair, chcąc przerwać to napięte milczenie. — Ciekawe, czy przewidzieli jakiś poczęstunek — dodał, uśmiechając się z zakłopotaniem.
— Jak wrócimy do obozu, zarządzam wielką ucztę — zakomunikowała Ellen, zbyt rozweselonym głosem, przez co pozostali szybko zorientowali się, że na siłę próbowała wprowadzić luźniejszą atmosferę do grupy.
— Wielką ucztę z czego, przepraszam? — wtrącił żywo zainteresowany Zevran. — Z chleba, sera i jakiejś kory? — uściślił, uśmiechając się wrednie.
— Z kory da się chyba zrobić jakąś zupę — mruknął pokonany Alistair.
— Nie wiem, z czego zrobimy ucztę, ale wiem, że tego czegoś będzie dużo — uznała dziarsko Ellen, otwierając kolejne drzwi i przekraczając ich próg.
Tym razem znaleźli się w sali o kształcie kwadratu, nie prostokąta, o takim samym surowym wystroju. Dziewczyna ledwie omiotła spojrzeniem znacznie większą od poprzedniej komnatę i zaraz resztę uwagi poświęciła Zevranowi, który prychnął głośno.
— Dużo korzonków, liści i niepodobnej do niczego alistairowej breji. To z pewnością będzie sycąca uczta — zakpił, uśmiechając się z przekąsem.
Alistair mruknął coś o breji z dodatkiem antivańskiego skrytobójcy.
— Zev, fereldeńska kuchnia to nie kuchnia antivańska, ale… — zaczęła karcącym głosem dziewczyna, wywróciwszy oczami, kiedy zastygła nieruchomo, gwałtownie urywając.
Lodowaty dreszcz, który ją przeszył, uruchomił lawinę instynktownych działań. Nim jeszcze pomyślała o tym, co się działo i co musiała zrobić, już dobywała jednego z dwóch sztyletów, unosząc go na wysokość twarzy. Klingi broni zazgrzytały o siebie przy zderzeniu, nadlatujący z naprzeciwka sztylet odbił się od orężu Strażniczki i z brzdękiem upadł na zakurzoną, kamienną podłogę. Zdezorientowana Ellen powoli opuściła ostrze.
Kawałek dalej nieopodal środka sali stała półprzezroczysta, znajoma, niska postać. Drobna dziewczyna odziana w dobrej roboty skórzaną zbroję zakręciła młynka drugim trzymanym sztyletem, którego nie rzuciła we wchodzących wojowników. Potrząsnęła z wdziękiem głową, a jej krótsze, sięgające połowy szyi włosy zafalowały.
— Czy ja dobrze widzę? — wydusił Alistair, unosząc wysoko brwi.
— Ellen się rozdwoiła, ale klonowi się wyblakło — wspomógł towarzysza Zevran, przekrzywiając głowę, by lepiej przyjrzeć się dziwowi.
— I nas chyba nie lubi — uzupełnił Strażnik, kiedy duch wycelował w nich drugim sztyletem.
— A dziwisz się jej? — prychnął Zevran. — Ja też bym cię nie lubił na jej miejscu.
— Och, przymknijcie się! — warknęła zirytowana Ellen, z niepokojem obserwując przerażający uśmiech, który pojawił się na ustach zjawy.
— To mi się nie podoba — mruknęła Leliana.
— Taaak… mnie też — poparła przyjaciółkę. — Zwłaszcza że to coś ma prawdziwą broń, której chętnie używa — uściśliła.
— Jesteś żałosna — odezwała się zimnym, kpiącym głosem zjawa, na jej ustach pojawił się bardzo szyderczy uśmieszek. — Powinnaś umrzeć. Twoje życie to obraza dla każdego wojownika. Ty tchórzu, zdrajco, ty beznadziejna, samolubna dziewczyno.
Zapadła dłuższa chwila ciszy. Ellen mierzyła się wzrokiem ze swoim sobowtórem, na jej twarzy malował się spokój. Towarzysze co i rusz zerkali zaniepokojeni na Strażniczkę, mimowolnie bojąc się, że dziewczyna znów się załamie, ona jednak zachowywała całkowite opanowanie. Uśmiech ducha coraz bardziej bladł, aż zmienił się we wściekły grymas, który wykrzywił jego twarz.
Wtedy też z cieni pod ścianami wyłoniły się zjawy pozostałych wojowników – oprócz Shale. Ustawili się za plecami ich Ellen, kopiując pozycje oryginałów.
Zevran zagwizdał cicho, unosząc brwi.
— Chyba nasze sobowtóry nas nie lubią — podsumowała Strażniczka. — Zróbcie nam przejście albo zrobimy je samodzielnie — zażądała głośniej i postąpiła krok w stronę zablokowanych przez duchy drzwi.
— Nie masz prawa nikomu rozkazywać — obwieściła niematerialna Ellen, unosząc dumnie głowę, jej wyblakłe oczy zabłysły. — Jesteś śmieciem, jesteś nic nieznaczącym robakiem, którego należy zdeptać. Jesteś tak żałosna, że aż chce mi się śmiać, gdy na ciebie patrzę — ciągnęła, jej usta znowu wykrzywiły się w niepokojącym uśmiechu.
Ellen również się uśmiechnęła. Pochyliła głowę, pozwalając potarganym włosom przysłonić twarz, cofnęła nogę, napięła mięśnie ramion. Zaszli daleko, pokonała samą siebie, teraz nic jej nie zatrzyma. A już na pewno nie duch, który sądził, że można ją tymi słowami zranić. Zostawiła przeszłość za sobą. Teraz musiała patrzeć w przyszłość.
— Odsuńcie się, to moje ostatnie ostrzeżenie — zapewniła lojalnie.
Była gotowa. Wiedziała, że jej przyjaciele też byli gotowi, że pójdą za nią bez wahania. Bo odzyskali przywódczynię. Co więcej – odzyskali ją jeszcze lepszą niż kiedykolwiek. Oto nadeszła Ellen Cousland, która wiedziała, co oznaczało jej nazwisko i jak należało go bronić.
— Zabić — poleciła zjawa, wydając rozkaz swoim wojownikom.
Ellen spodziewała się takiego posunięcia. Rozejrzała się kątem oka po pomieszczeniu, przyjrzała się im przyszłym przeciwnikom, po czym podjęła jedyną możliwą w tym momencie decyzję:
— Utorować przejście! — zawołała i machnęła ręką, w której trzymała sztylety, pokazując niematerialnych wrogów.
Sobowtóry czy nie, przedrą się do drzwi.
Dwie grupy starły się ze sobą mniej więcej na środku pomieszczenia, broń zazgrzytała głucho, wypełniając komnatę nieprzyjemnym dźwiękiem. Wyglądało to przedziwnie, ludzie walczący z istotami, przez które prześwitywało otoczenie, każdy miał przeciw sobie swojego półprzezroczystego sobowtóra. I choć z początku zdawało się, że zjawy zostaną pokonane bez większych problemów, a wojownicy będą mogli pójść dalej, nagle okazało się… że były identyczne nie tylko z wyglądu.
Jak pokonać wroga, który znał każdą twoją słabość i wiedział wszystko o twoim sposobie walki? Jak pokonać wroga, który był tobą?
Kiedy Ellen kolejny raz upadła, znokautowana tym samym manewrem, jakiego nigdy nie potrafiła opanować, doszła do wniosku, że zwykłą walką nie wygrają. Zwłaszcza że nie tylko ona miała problemy, wszyscy borykali się z trudnościami. Oczywiście, mogliby się zamienić przeciwnikami, jednak sobowtóry pilnowały, by walczyć z realnymi odpowiednikami. Dlatego należało rozegrać to inaczej.
Uciekła spod ostrza zjawy, zerwała się na równe nogi i znowu zaatakowała, jednak jej cios został bez trudu sparowany. Wściekła spróbowała z wirażu uderzyć pod niewygodnym do blokowania kątem, jednak dla jej sobowtóra nie było to wyzwanie. Chwilę potem ponownie lądowała na ziemi, natomiast sztylet istoty wbijał się w jej ramię. Ellen wrzasnęła, wyginając się w łuk, kiedy ostrze przeszyło jej ciało, a jego czubek zazgrzytał o kamienie posadzki. Przed oczami zobaczyła czarne plamy, potem wszystko zniknęło, łącznie z bólem.
Poczuła tylko zaślepiającą wściekłość. Znowu pokazała słabość. Potrzeba naprawienia tego błędu, naprawienia ułomności sprawiła, że Strażnika zapomniała o ranie.
Kopnęła zjawę w brzuch, a kiedy jej noga przeszła przez niematerialne ciało, chwyciła dłonią klingę sztyletu i wyszarpnęła go z siebie, nie dbając o kaleczoną rękę. Odepchnęła sobowtóra przy pomocy jego broni, zerwała się z miejsca i złapała jedno ostrze. Zranione ramię zwisło bezwładnie, jednak nie zwróciła na to uwagi. Z głośnym okrzykiem rzuciła się na zjawę, zdeterminowana, by pokonać samą siebie.
W tamtej chwili przestała myśleć, analizować, przestała walczyć w sposób, w który została nauczona. Uznała, że jeśli miała wygrać – wygra. Jeśli miała przegrać, nic nie mogła z tym zrobić. Ale mogła próbować, mogła posłuchać instynktu, głosu serca, mogła do woli ryzykować. Więc zaryzykowała i zatańczyła tak, jak miała ochotę, nie zważając na to, czy te ruchy były poprawne, czy ktoś ją tego uczył.
W ten sposób zaczęła spychać przeciwnika w stronę drzwi.
Niedługo potem każdy z drużyny Strażników odnalazł sposób na swojego sobowtóra. Zjawy musiały się cofać przed napierającymi wojownikami, wyprowadzały coraz mniej ciosów, skupiając się na obronie. Dzięki temu, po nieznośnie długich minutach, pokonali duchy. Kiedy ich broń przeszyła w śmiertelnym ciosie niematerialne ciała, one rozpłynęły się, zamieniając się w zwiewny dym.
— Ellen, twoja ręka! — przeraziła się Leliana, widząc, że dziewczyna ruszała tylko jednym ramieniem.
— A, no, skaleczyłam się — zgodziła się, przenosząc wzrok na brzydką ranę.
— Szlag by to — zaklął Alistair i skulił się pod morderczym spojrzeniem Wynne.
— Daj, spróbuję zatamować krwawienie. Przygotuj ktoś jakieś bandaże — zakomunikowała czarodziejka, podchodząc do Strażniczki.
Dziesięć minut później kryzys został zażegnany, Ellen z zadowoleniem przyjrzała się opatrunkowi, uśmiechnęła się, a potem dała znak, by otwierać następne drzwi. Przekroczyli próg napięci oraz gotowi, w obawie, że czekała ich kolejna walka, tymczasem jednak… znaleźli się w pomieszczeniu, na które głównie składały się ściany i przepaść.
Posadzka była tylko po ich stronie, wąskie półkole w okrągłej sali, pas kamieni z dziwnymi, prawdopodobnie ruchomymi płytami. Trzy kroki od progu zionęła potężna pustka i dopiero osiem metrów dalej znajdował się kolejny fragment podłogi, który prowadził wprost w korytarz, w głąb świątyni.
Drużyna zgodnie stanęła, patrząc na to wielkimi z przerażenia oczami. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że nikt z nich nie potrafił latać. A przepaści, wyglądało na to, inaczej nie dało się przebyć.
Wtedy rozległ się głos:
— Andrasta kochała swych uczniów tak, jak kochała Stwórcę. Pokładamy wiarę w Stwórcy, musimy więc zarazem ufać naszym przyjaciołom — powiedział ktoś, jego słowa odbiły się echem w komnacie, a potem zapadła cisza.
Ellen przełknęła ślinę, wpatrując się w zionącą pustką przepaść z przerażeniem. Lęk wysokości zawładnął jej ciałem, skutecznie ją unieruchamiając.
Nie wyobrażała sobie, by zdołali przedostać się na drugą stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz