wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.71 - Urna Świętych Prochów


Pomysł, ku częściowej uldze Strażniczki, nie tylko jej nie wprawił w euforię. Towarzysze popatrzyli na nią niepewnie, jakby nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić. Ellen też nie wiedziała. Stała na krawędzi, wpatrując się głupkowato w zawieszoną w powietrzu kamienną płytę i zastanawiając się, czy wzniesienie modłów do Stwórcy byłoby aby na pewno odpowiednie w tej sytuacji. W tej świątyni.
— Jesteś pewna? — spytała ostrożnie Leliana, przeniósłszy ciężar na jedną nogę, jakby chciała ruszyć do przyjaciółki.
Jedno karcące spojrzenie Alistaira powstrzymało ją od jakiegokolwiek ruchu.
— A nie wyglądam? — rzuciła nieco piskliwym głosem dziewczyna i zaśmiała się nerwowo, odgarniając krótkie włosy z twarzy.
— Szczerze? — mruknął Zevran, spoglądając na przywódczynię sceptycznie.
— Nie, naprawdę. Znaczy, nie w tym sensie. W sensie… och, nic nie mów — prychnęła, odetchnęła głęboko, a potem postanowiła wejść na płytę.
— Ellen — odezwał się proszącym tonem Alistair, co ją zatrzymało.
Nie obejrzała się na Strażnika, woląc unikać jego wzroku. Wolałaby unikać przez pewien czas wszystkich, z nim na czele, bo odkryli wystarczająco dużo jej słabości. Ale stała w miejscu, czekając, co młodzieniec chciałby powiedzieć.
— To niebezpieczne. A jeśli most pod tobą zniknie? — zauważył nerwowo, marszcząc czoło. — Nie wiadomo, co się stanie z tobą, możesz… to jest zbyt niebezpieczne — urwał poprzednią myśl, najwyraźniej woląc jej nie kończyć.
— I miałabym wysłać kogoś innego? — spytała cicho, opuszczając głowę. — Ciebie? Wynne? Zevrana? — podsunęła, zaciskając dłonie w pięści.
— Ja to akuratnie most produkuję, więc chyba odpadam — wtrącił elf.
— Nie zaryzykuję waszym bezpieczeństwem, by chronić samą siebie — ciągnęła przerwaną wypowiedź Ellen. — Szarzy Strażnicy mają służyć mieszkańcom Thedas, a prócz naszej dwójki wszyscy inni takimi mieszkańcami Thedas są. Ty natomiast, choćbyś nie wiem, jak chciał zaprzeczyć, musisz żyć. Duncan też ci to powiedział, prawda? — dodała, uśmiechając się do przepaści.
Potem przypomniała sobie, że była bardzo głęboka, ciemna oraz bezdenna, dlatego uśmiech zszedł z jej ust, zmieniając się w niezadowolony grymas.
— Ellen, chyba nie myślisz…! — zirytował się Alistair i ruszył szybkim krokiem do dziewczyny, sięgając jej ramienia.
Strażniczka nie potrzebowała większej motywacji. Słysząc, że młodzieniec się zbliża, zacisnęła zęby i skoczyła w przód, by jak najszybciej znaleźć się na kamiennej płycie. Umknęła przed ręką przyjaciela, wylądowała przy skraju fragmentu mostu, po czym poślizgnęła się widowiskowo i upadła na plecy.
Serce na chwilę jej stanęło, kiedy pomyślała, że zjedzie w przepaść, jednak, ku jej uldze, chwilowo nigdzie nie pojechała.
— Na oddech Stwórcy — sapnęła przerażona Wynne, kładąc rękę na sercu.
— Ellen! — wydusił Alistair.
— Nic mi nie jest — stęknęła Strażniczka, zbierając się koślawo z płyty.
— Miałaś się oszczędzać — przypomniał niezadowolony, opuszczając zawieszoną w powietrzu rękę.
— To twoja wina — burknęła, pobieżnie otrzepała zbroję z kurzu, po czym popatrzyła z uśmiechem na stojących na ruchomych segmentach towarzyszy. — No to do dzieła — zaproponowała nadzwyczaj pogodnie.
— Wolałabym się stąd nie ruszać — przyznała Leliana, unosząc bezradnie ramiona. — Całkiem prawdopodobne, że to, co jest materialne, zniknie.
— E tam — westchnęła dzielnie Ellen, przenosząc wzrok na drugi kraniec sali, do którego musieli się dostać. — Nic nie zniknie.
— Alistairze… — zaczęła niespodziewanie Wynne, jej zamyślony głos zwrócił na nią spojrzenia większości obecnych. — Mógłbyś stanąć na drugiej od końca po lewej płycie? — spytała, uśmiechając się ładnie.
— Jesteś pewna? — mruknął młodzieniec, przestąpiwszy z nogi na nogę.
— Rób, co mówi — warknęła coraz bardziej zirytowana Ellen.
— Niech wam będzie — poddał się Strażnik, unosząc obronnie ręce, i skierował się do wskazanej przez czarodziejkę płyty.
Kiedy dotarł do celu, niemal wszyscy wstrzymali oddechy. Templariusz zerknął na towarzyszy, znów się zawahał, jednak gdy uchwycił pełne napięcia oraz ponaglenia spojrzenie Ellen, z ciężkim sercem nastąpił na fragment posadzki, zamykając oczy, żeby nie widzieć tego, co się działo.
— Skąd wiedziałaś? — usłyszał zdumiony głos Leliany, dlatego odważył się popatrzeć na świat, choć nadal miał wątpliwości.
Strażniczka wciąż stała na materialnej płycie, co było wielce pocieszające. Natomiast przed nią pojawił się przezroczysty fragment mostu. Zafascynowana dziewczyna uklękła i dotknęła mglistej konstrukcji dłonią, otwierając szeroko oczy w zdumieniu. Jej palce przeszły przez widmo, nieznacznie burząc jego kontury.
— Starałam się zapamiętać sekwencję zmian, kiedy sprawdzałaś zapadnie — wytłumaczyła bardzo zadowolona z siebie czarodziejka. — Ellen, weź rękę, bo jak ktoś się ruszy, to płyta może stać się materialna. Nie będziemy ci palców rozkuwać — skarciła dziewczynę.
Strażniczka od razu się wyprostowała i popatrzyła na Wynne z wyrzutem, jednak niczego nie powiedziała.
— Przyjmijmy wersję, że naprawdę zapamiętałaś — zaproponowała z nerwowym śmiechem.
— Teraz… Zevran, zejdź z płyty — odezwała się po chwili milczenia Wynne, marszcząc w skupieniu czoło. — Przejdź na trzecią po prawej.
— Na pewno? Jak nam Strażniczka spadnie do dziury, to nie będzie śmiesznie — zauważył elf, spoglądając z niepokojem na czarodziejkę.
— Możemy już skończyć rozważania na temat mojego spadania? Będę zobowiązana — burknęła urażona Ellen, krzywiąc się.
— Idź, Zevran — powtórzyła Wynne.
Skrytobójca zacmokał zirytowany, po czym cofnął się o krok, zwalniając zapadnię. Płyta ze zgrzytem powędrowała w górę, most, na którym stała Strażniczka, zadrżał, a jego pierwszy odcinek zniknął, został tylko ten, gdzie była dziewczyna.
Ellen przełknęła głośno ślinę.
— Głupi ma szczęście — podsumował Zevran i skierował się we wskazane przez Wynne miejsce.
Strażniczka nie wiedziała jak, ale wyzbyła się strachu. Ogarnął ją całkowity spokój, nawet przestała drżeć. Kiedy poczuła, że podłoże pod jej nogami się rusza, jakby miało zaraz zniknąć, nie dopuściła do siebie negatywnej myśli. Pozostali jej tylko oni – jej przyjaciele. Komu powinna zaufać, jeśli nie im? Dlatego wbiła wzrok w kraniec komnaty, skupiając się na tym, że trzeba się przedostać na drugą stronę.
Zevran doszedł do miejsca, które wyznaczyła Wynne, popatrzył niepewnie na towarzyszy, jakby się bał, że jego kolejny krok spowoduje zniknięcie całego mostu. Alistair zerknął na sędziwą czarodziejkę, oczekując po niej reakcji.
— Stawaj, Zev — odezwała się Strażniczka, uśmiechając się do elfa. — Najwyżej będziesz mnie zaraz łapał — dodała żartobliwie.
— Wypluj to — zdenerwował się Alistair.
— No to wio — zdecydował Zevran i z rozmachem wkroczył na płytę.
Most znów zadrżał, tym razem jednak nic nie zniknęło, tylko półprzezroczyste podłoże przed Ellen stało się materialne. Strażniczka uśmiechnęła się radośnie i przeszła w przód, stając na skraju nowej płyty. Za jej plecami rozległ się zbiorowy, głęboki oddech. Najwyraźniej wszyscy znów wstrzymali powietrze.
— Świetnie — ucieszyła się Wynne, spoglądając po komnacie z zadowoleniem. — Stenie, mógłbyś stanąć dwie płyty za Zevranem? — zwróciła się do rosłego qunari.
Olbrzym skinął bez słowa głową i poszedł w tamtą stronę, nie oglądając się na nikogo. Ellen obserwowała go z pewnym napięciem, przygryzając wargę, bo jednak każde stanięcie na zapadni mogło się wiązać z jej gwałtownym… zniknięciem.
Wolała nie znikać gwałtownie w czarnej otchłani, ale z drugiej strony – zostały trzy płyty do przejścia na drugą stronę mostu, na pewno się uda.
Po posunięciu Stena pojawiły się dwa fragmenty – znowu półprzezroczyste. Oba leżały obok siebie, dlatego od celu całej tej przeprawy dzieliła Strażniczkę spora dziura. Dziewczyna zmarszczyła czoło i popatrzyła wyczekująco na towarzyszy, mając nadzieję, że Wynne zaraz wymyśli, co zrobić, żeby przejść na stałą podłogę.
— Dobrze… teraz ty, Morrigan. Pierwsza płyta z lewej — poleciła czarodziejka, pocierając brodę w zamyśleniu.
Wiedźma wywróciła oczami, mruknęła pod nosem niemiły komentarz, jednak za cicho, by ktokolwiek go usłyszał. Mimo niechęci do słuchania staruszki ruszyła do zapadni, nastąpiła na nią, po czym z niepokojem popatrzyła na Ellen. Można by pomyśleć, że zmartwiła się, iż Strażniczka straci grunt pod nogami, jednak trudno dokładnie to orzec. Zwłaszcza trudno orzec było dziewczynie, kiedy most znów pod nią zadrżał.
Zamachała rękoma, łapiąc równowagę, i syknęła pod nosem przekleństwo. Jak tylko dwie płyty przybrały materialną formę, skoczyła na nie, mając bardzo złe przeczucie. I nie pomyliła się, bo w następnej sekundzie platforma, na której stała, zwyczajnie zniknęła.
Ellen pozbierała się z kamieni.
— Wiedziałem, że jak Morrigan tam stanie, to się zrobi niebezpiecznie — burknął Alistair, odetchnąwszy, kiedy Strażniczka znalazła się na stabilnym moście.
— Pilnuj lepiej swojej płyty, templariuszyno — zaproponowała chłodnym głosem czarownica, skrzyżowawszy ręce na piersiach.
Zapadła niezręczna cisza, która mocno zaniepokoiła Ellen. Teraz Wynne powinna ogłosić wszem i wobec, kto gdzie musiał stanąć, żeby dostała się na drugą stronę, tymczasem… Niechętnie obejrzała się przez ramię, by ujrzeć to, czego się spodziewała.
Mianowicie bardzo zasępioną czarodziejkę głowiącą się nad kolejnym posunięciem.
— Zapomniałaś, prawda? — jęknęła Strażniczka.
— Zaraz sobie przypomnę, końcówka była prosta — zapewniła staruszka, ale z pewnych nieznanych bliżej przyczyn Ellen nie do końca jej uwierzyła.
— Najwyżej będziemy tak stać do usranej śmierci, też może być — zauważył Zevran.
— Masz rację — prychnęła Strażniczka. — Lepiej stój na tej płycie, jak ci życie miłe.
— Bądźcie cicho, Wynne musi się skupić — upomniała ich Leliana.
— Może stanę na dwóch płytach jednocześnie? To powinno wszystko przyspieszyć — zaproponowała Shale, spoglądając na czarodziejkę.
— Nie, lepiej nie — mruknęła staruszka, przeczesując palcami siwe włosy.
Znów zamilkła, mamrocząc pod nosem i zerkając z niepokojem na płyty, jakby miała nadzieję, że któraś zalśni jaskrawym kolorem, odpowiadając na wątpliwości.
Ellen zaczęła się zastanawiać, czy byłaby w stanie doskoczyć do drugiej strony. Właściwie dałoby się zrobić, ale musiałaby się porządnie przygotować, rozciągnąć się, ogółem – uprzedzić cały organizm o próbie samobójczej. Jeśli Wynne nie wymyśli rozwiązania, będzie miała wystarczająco dużo czasu.
— No dobrze — odetchnęła czarodziejka. — Zevran, zejdź z płyty i przejdź na pierwszą po waszej stronie — postanowiła w końcu, marszcząc czoło.
Przygotowania mentalne oraz fizyczne Ellen diabli wzięli.
Kiedy Zevran cofnął się, schodząc z zapadni, a ta wróciła na poprzednią pozycję, most pod nogami Strażniczki zadrżał. Dziewczyna zachwiała się, bo wstrząsy były silniejsze niż do tej pory, dlatego zerknęła w dół. Dostrzegła tylko, jak płyta zaczyna się rozmywać, poczuła lodowaty dreszcz na plecach.
— Kurwa mać — warknęła zwięźle.
W następnej chwili odpychała się od ostatnich materialnych fragmentów i skakała w stronę brzegu, do którego mieli dotrzeć. Usłyszała czyjś zaniepokojony krzyk, wyciągnęła rozpaczliwie ręce do chropowatego kamienia i bardzo mocno uwierzyła, że dosięgnie. Jak nie dosięgnie, to będzie źle, dlatego musiała dosięgnąć.
Zacisnęła dłoń na wystającym z muru głazie, całym jej ciałem boleśnie szarpnęło, kiedy zawisła na jednej ręce. Sapnęła głośno, a potem ruszyła w górę, nie chcąc za długo wisieć nad czeluścią. Jakoś dotarła na posadzkę, po drodze obsunąwszy się trochę, bo kawałek kamienia się oderwał, po czym rozciągnęła się na chłodnej podłodze, z trudem łapiąc oddech.
Była po drugiej stronie! I czuła się martwa.
Zadudniło, echo poniosło się po komnacie, nad przepaścią zmaterializował się kompletny most. Strażniczka usiadła, sapnęła raz jeszcze, po czym pomachała oszołomionym przyjaciołom, uśmiechając się blado.
— Nigdy więcej! — zastrzegła na wszelki wypadek.
— Na oddech Stwórcy — odetchnął Alistair i poklepał Wynne po ramieniu, żeby ją pocieszyć, bo czarodziejka zdawała się bardzo przerażona. — Wygląda na to, że Andrasta upodobała sobie tylko inteligentnych — podsumował, ruszając mostem w stronę Ellen.
— W końcu — mruknęła pod nosem Morrigan, kierując się śladami Strażnika i pozostałych wojowników, którzy niezwłocznie postanowili dołączyć do przywódczyni.
Alistair pomógł dziewczynie wstać, uśmiechnął się do niej, a kiedy rzuciła coś na temat tego, że nic jej nie była i żadna rana się nie otworzyła, odsunął się, czekając na kolejne rozkazy. Ellen nerwowo odgarnęła włosy za uszy, spoglądając w napięciu w pogrążony w półmroku korytarz.
— Chodźmy — zdecydowała wreszcie.
Poszła przodem, zaciskając dłonie w pięści i zapewniając siebie samą w myślach, że jeśli znowu będą przepaści, mosty oraz łamigłówki, to ona wychodzi. Choćby oknem. Mała była, dość chuda, na pewno się zmieści.
Im bliżej końca korytarza się znajdowali, tym więcej światła dobywało się z następnej komnaty. Strażniczka zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co to oznaczało. Czyżby następna sala była duża? Musiała mieć wysokie sklepienie oraz olbrzymie, strzeliste okna, by w środku panowała taka jasność. Nieświadomie przyspieszyła kroku, pragnąc znaleźć się u celu. Chciała mieć to już za sobą, chciała wyjść ze świątyni i wrócić do obozu.
Była, przy okazji, bardzo głodna.
Stanęli w olbrzymiej komnacie, na końcu której znajdowało się swego rodzaju półpiętro. Prowadziły do niego szerokie schody, a na sam środek posadzki, gdzie stał marmurowy podest, opadał snop złocistego światła. Na podwyższeniu znajdował się nieduży, skromnie rzeźbiony wazon. Prócz tego w jasnej sali nie było niemalże nic, Ellen dostrzegła tylko spore okna i ukryte na końcu pomieszczenia drzwi, pod ścianami zalegał śnieg. Kiedy opuściła wzrok niżej, tuż przed nich, dostrzegła kamienny ołtarz. Przekrzywiła głowę, zastanawiając się, do czego służył.
— Na Stwórcę! — wykrzyknął Alistair, zatrzymując się koło Strażniczki. — To… to Urna Świętych Prochów! — wydusił, otwierając szeroko oczy. — To ona! To naprawdę ona! — powtórzył, obracając się do pozostałych.
Morrigan wywróciła wymownie oczami, Sten oraz Shale mieli więcej przyzwoitości i nie skomentowali entuzjazmu towarzyszy w żaden widoczny sposób. Zevran, podobnie jak Ellen, bardziej zainteresował się ołtarzem. Leliana otworzyła oszołomiona usta.
— Ja… myślałam, że to tylko legenda — przyznała cicho Wynne, stając przy Strażniku. — Nie wierzyłam… — dodała, kręcąc głową.
— Nie cieszcie się, to chyba jeszcze nie koniec — ostrzegła przyjaciół Ellen, postanowiwszy sobie, że nie będzie triumfowała, póki nie weźmie do ręki potrzebnych do uleczenia Eamona prochów.
Ruszyła w stronę ołtarza pewnym krokiem i wtedy z posadzki, odgradzając ich od części sali, w której znajdowała się urna, buchnęły płomienie. Strażniczka odruchowo się cofnęła, osłaniając oczy ramieniem. Skąd tu ogień? Jak mieli go przejść? Warknęła zirytowana pod nosem i podeszła do ołtarza, mając nadzieję, że na nim będą odpowiedzi.
— Ładne rzeczy — westchnął Zevran, krzywiąc się. — Ktoś nadepnął na wyzwalacz pułapki? — spytał z dezaprobatą.
— Nie — uspokoiła elfa Strażniczka, klękając przed kamienną konstrukcją. — To chyba element Próby… przynajmniej tak mi się zdaje — wyjaśniła, mrużąc oczy, by rozczytać wyryte w marmurze słowa.
Migotliwe światło rzucane przez płomienie poważnie to utrudniało, jednak w końcu udało się jej tego dokonać. Uniosła zdumiona brew, czytając na głos, by wszyscy to usłyszeli i by mogli się wspólnie zastanowić:
— Odrzućcie dobra doczesne i okryjcie się czystością ducha. Czyś królem czy niewolnikiem, lordem czy żebrakiem, narodź się na nowo w oczach Stwórcy — wyrecytowała, nieznacznie się zacinając w miejscach, w których litery były nieczytelne.
— Kolejna zagadka? — jęknął Alistair.
— Ale ta jest dość prosta… nie uważasz, Ellen? — zauważyła Leliana, podchodząc do przyjaciółki i kucając przy niej.
— Nie odpytuj mnie z religii i historii w takim momencie — zirytowała się Strażniczka, przeciągając palcami po wyżłobionych w kamieniu literach. — Wygląda na to, że mamy się pozbyć dóbr doczesnych, czyli tych, co przeminą. Chyba chodzi o nasze rzeczy.
— Andrasta narodziła się na nowo w płomieniach, kiedy została spalona na stosie. Dopiero wtedy Stwórca przyjął ją do swego królestwa — dodała Leliana, podnosząc się z posadzki i obracając się do towarzyszy.
— Czy to jest to, co myślę, że jest? — spytał powoli Alistair, zerkając nerwowo na pozostałych, jakby chciał, żeby zaprzeczyli.
— Przepraszam, co robisz? — zainteresowała się uprzejmie Morrigan.
— Bardzo śmieszne, doprawdy — parsknął zniesmaczony Strażnik.
— Nie gadajcie, to Zakon jest tak rozrywkowy? — ucieszył się Zevran, również zorientowawszy się, co to mogło oznaczać. — Muszę się z nim bliżej zapoznać — postanowił.
— Interesująca forma sprawdzania wiernych. I co, ta też ma zamiar dać się spalić? — spytała Shale, wzruszając ramionami.
— Nie narzekać — rozkazała nieznoszącym sprzeciwu głosem Ellen, podnosząc się z posadzki. — Chcemy czy nie, trzeba się ustosunkować do zagadki, inaczej nie przejdziemy do urny. Dlatego też stwierdzam i żądam, byście się rozebrali, no — dokończyła już mniej pewnie, rozkładając bezradnie ręce.
— Więcej takich żądań, Strażniczko, a będę twym oddanym towarzyszem — rzucił zaczepnie Zevran, bez większych oporów zabierając się do rozpinania pasków zbroi.
— Och, pewnie, to w końcu marzenie każdego, żebyś nago biegał po obozie — burknął Alistair, niepewnie patrząc, jak większość z wojowników ustosunkowała się do rozkazu Strażniczki. — Ale… jak się rozebrać?
— No, ze zbroi, toreb podróżnych, broni — wyliczyła Ellen, skacząc na jednej nodze, by ściągnąć buta.
Leliana litościwie podtrzymała przyjaciółkę, uśmiechając się z rozbawieniem. Podczas gdy Strażniczka pozbywała się obuwia, ona złożyła na ziemi łuk, kołczan ze strzałami, dopiero wtedy zajęła się zbroją. Wyraźnie zmieszany Alistair, chcąc czy nie, sam także zajął się ściąganiem pancerza, wbiwszy wzrok w posadzkę, żeby na nikogo nie spojrzeć. Zwłaszcza na pewnego kogoś, bo to by był koniec świata, tak coś czuł.
Co chwilę rozlegały się gniewne sapnięcia, niezadowolone pomruki i zduszone piski, kiedy ktoś znowu tracił równowagę. Ostatecznie rozbieranie się poszło im całkiem sprawnie, nieopodal utworzyli spory wzgórek materiału z ciepłych płaszczów. Zaraz obok powstał stosik ze zbrojami, posortowany na tyle dokładnie, żeby wszyscy ubrali potem to, co należało do nich.
— Zimno — syknęła Ellen i objęła się ramionami.
Stanie w kamiennej świątyni na szczycie góry w temperaturach bardzo, bardzo ujemnych w samej bieliźnie nikogo nie nastrajało pozytywnie. Potarła prawą stopą łydkę, mając nadzieję, że to trochę ogrzeje skórę, ale nie osiągnęła zamierzonego celu. Zacisnęła niezadowolona usta i popatrzyła po pozostałych.
A potem zachichotała serdecznie.
— Czyż to nie wspaniały widok? — zauważył Zevran, rozkładając teatralnie ręce.
— No właśnie akurat w to wątpię — wyjaśniła szczerze rozbawiona Ellen, uśmiechając się do przyjaciół szeroko.
Widok był wprost cudowny. Wielcy wojownicy, którzy chwilę temu staczali ciężkie walki, którzy przez większość czasu wzbudzali w zwykłych ludziach grozę oraz którzy mordowali mroczny pomiot, stali teraz w mocno zbitej grupce, bardzo ceniąc ciepło cudzego ciała. Większość dygotała, niektórzy szczękali zębami, ale najgorzej wyglądał Sten. W jego rodzinnych stronach klimat było o wiele cieplejszy, dlatego element świątynnej Próby obszedł się z nim bardzo okrutnie.
Ellen raz jeszcze zachichotała, by zaraz zamilknąć, kiedy jej wzrok padł na Morrigan. Dziewczyna uniosła brwi, po czym odwróciła wzrok, odgarniając z zakłopotaniem kosmyk włosów za ucho.
— Ehm, Morrigan, a gdzie twoja… górna bielizna? — bąknęła Strażniczka. — Raczej nie musimy ściągać wszystkiego.
— Czy to takie dziwne, że ktoś chodzi bez tego elementu garderoby? — syknęła Morrigan, by zaraz zabić wzrokiem Zevrana, który poważnie się nią zainteresował. — Trzymaj swoje spojrzenia z dala ode mnie, elfie — zaproponowała zimnym głosem.
— A. No tak. Nic nie mówiłam — pokajała się szybko Ellen, unosząc ręce w obronnym geście; na szczęście już nikt poza Morrigan nie zrobił im takiej niespodzianki. — W takim razie chodźmy w ten ogień, przynajmniej będzie cieplej — westchnęła Strażniczka.
Kiedy ruszała w stronę płomieni, uchwyciła spojrzenie Alistaira. Potrzebowała kilku sekund, by zorientować się, że on też ściągnął zbroję oraz ubrania, a potem następnych kilku, by uświadomić sobie, że ona przecież również to zrobiła. Wyglądało na to, że podobne rozumowanie pojawiło się w głowie Strażnika, bo jednocześnie odwrócili od siebie wzrok, udając, że niczego nie widzieli.
Ellen opuściła niżej głowę, by ukryć rumieniec, i poprosiła w myślach, żeby nikt nie zobaczył tej dziwnej anomalii. To pewnie od zimna, ale ktoś mógł się pomylić i opacznie to zrozumieć, a tego nie chciała.
— To idziemy — postanowiła głośno, kiedy zatrzymali się tuż przed płomieniami.
Stojący najbliżej niej, których widziała kątem oka, przytaknęli krótko. Ellen odetchnęła, zbierając w sobie odwagę, po czym wkroczyła w ogień, zaciskając dłonie w pięści. Ogarnęło ją przyjemne, kojące ciepło, nie poczuła dojmującego bólu, dlatego śmiało poszła dalej. Kilka kroków później znów stała na zimnej posadzce, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. Zatęskniła do płaszcza, jednak nie zdążyła się obejrzeć, by przy okazji sprawdzić, co z innymi, bo przed nimi pojawił się dobrze znany duch strażnika świątyni.
Ellen zastygła.
— Przeszliście Próbę, pokonaliście drogę Andrasty i podobnie jak ona zostaliście oczyszczeni — wyliczył, patrząc na stojącą przed nim grupę. — Dowiedliście swej wartości, pielgrzymi — orzekł, by zaraz rozpłynąć się w powietrzu.
Chwilę potem także płomienie zniknęły, przez co w komnacie zrobiło się dojmująco zimno. Ellen stanęła pokracznie, krzyżując ze sobą kolana i obejmując się mocniej ramionami, jej zęby zadzwoniły głośno.
— Urna urną, ale ja, nie wiem jak wy, idę się ubrać — wydusiła, wytrzeszczając oczy, po czym pospiesznie zawróciła do porzuconych na uboczu elementów stroju.
Nie tylko ona podzielała ten pogląd, dlatego przez kolejne kilka minut grupa w milczeniu się ubierała, znów wydając dziwne dźwięki. W końcu podołali temu zadaniu, Ellen z rozanieloną miną wtuliła policzek w ciepły płaszcz.
Już nigdy cię nie zostawię, kochany!
— Chodźmy, mam dość tej cholernej góry — westchnęła w końcu, otrząsnąwszy się z radości z ponownego spotkania z ciepłym odzieniem.
Towarzysze przytaknęli z ponurymi minami, ruszając za Strażniczką ochoczo. Nie tylko ona była zmęczona sprawdzianami oraz zagadkami, teraz niemal wszyscy marzyli o długich godzinach snu na równinie, gdzie nie panował taki mróz i gdzie dało się porządnie najeść gorącą, brejowatą zupą Alistaira.
W milczeniu wspięli się po schodach, wędrując do wazonu stojącego w słupie światła. Ellen poczuła dziwne mrowienie w opuszkach palców, włoski na karku stanęły jej dęba, jednak nie zwolniła, wbijając oszołomiony wzrok w naczynie. W końcu dotarli na sam szczyt i ustawili się przed wazą, spoglądając na nią z podziwem. Ellen przypomniała sobie czasy, kiedy była jeszcze dzieckiem i marzyła o podobnych dokonaniach, o magii oraz odnajdywaniu zagubionych artefaktów, odkrywaniu zagadek tego świata. Teraz wiedziała, że gdyby mogła odzyskać to, co straciła, bez wahania oddałaby całą tę okrutną rzeczywistość.
Jednak uczucie spełniania dziecięcych marzeń było równie przyjemne.
— Nigdy nie sądziłam, że ujrzę Urnę Świętych Prochów… Ja… — zaczęła Leliana, nabrawszy powietrza, po czym zamilkła na dłuższą chwilę. — Brak mi słów… — przyznała, przygryzając wargę.
— Nie myślałem, że komukolwiek uda się odnaleźć miejsce wiecznego spoczynku Andrasty… — mruknął powoli Alistair, pochylając się w stronę wazy, jednak zachowując rozsądną odległość. — Lecz oto… oto ona — westchnął.
— Nie mogłabym dostąpić większego zaszczytu niż obecność tutaj. Nigdy nie zapomnę tego uczucia — uznała Wynne, uśmiechając się do siebie samej.
— Jestem pod wrażeniem — podsumowała Morrigan, wzruszając ramionami.
Niemal wszyscy popatrzyli na nią sceptycznie, co chyba trochę czarownicę zirytowało, bo wydęła usta i wbiła buntowniczy wzrok w oczy Ellen:
— Naprawdę — zaznaczyła.
— Gratuluję. Znalazłaś naczynie na śmieci — podsumował Sten.
— Ładny wazon. Muszę sobie taki sprawić — mruczał tymczasem Zevran, pocierając brodę i kiwając w zamyśleniu głową.
— Co za dziwny sposób uczczenia zmarłych… Trzymać ich w garnku — odezwała się zamyślona Shale, przyglądając się urnie z zainteresowaniem. — Dziwne…
Ellen uśmiechnęła się, słuchając wypowiedzi przyjaciół. Uderzyło ją to, jak zupełnie różni od siebie byli, a mimo to potrafili ze sobą współpracować. Ona natomiast miała im przewodzić. Westchnęła z niedowierzaniem, zastanawiając się, kiedy w końcu wszystko widowiskowo spartaczy, po czym sięgnęła do wazy, biorąc w dłoń garstkę prochów.
Z namaszczeniem wsypała je do lnianego woreczka, dalej nie wierząc, że właśnie dotknęła szczątków prorokini Andrasty. Skoro ona nie wierzyła, to czy ktokolwiek inny kiedykolwiek jej uwierzy? Nieważne.
— Wracajmy do głównej świątyni, do Genitivusa — zdecydowała, obracając się przodem do przyjaciół z uśmiechem.
Czas zbierać się do Redcliffe. Arl Eamon Guerrin czekał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz