wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.72 - Odkrywane prawdy


Główna świątynia wyglądała na opuszczoną. Co prawda wcześniej też nie tętniła życiem, jednak teraz wyraźnie zmieniła się panująca w niej atmosfera. Ellen, idąc ostrożnie po oblodzonej kamiennej posadzce, złapała się na tym, że nie czuła się już zagrożona. Oczywiście towarzyszyły jej zupełnie inne emocje niż wcześniej – wyrzuty sumienia, nienawiść do samej siebie, niechęć do życia, to wszystko przestało istnieć. Ale pamiętała, że świątynia wzbudzała strach, że kiedy przemierzali kolejne komnaty, czuła się jak ofiara, jak wystawiona na atak potężnego drapieżnika mogącego zmieść ją z powierzchni ziemi jednym gwałtownym uderzeniem.
Teraz to zniknęło.
Maszerowali przez pokryte śniegiem ruiny, ich kroki roznosiły się po salach cichym echem, oddechy zostawały w powietrzu białą mgłą. Zdawało się, że wszystkie istoty Pustki, wszelkie smoczęta, nawet kultyści po prostu zniknęli. Z jednej strony cieszyło to Ellen, bo nie musieli z nikim walczyć, ale z drugiej… zaczęła się zastanawiać, czy to w ogóle miało miejsce, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy jednak to sobie uroiła. Ale jej przyjaciele też to przeżyli, zatem… czyżby sama świątynia to stworzyła, by móc na nich wpływać?
Westchnęła, przykładając dłoń do czoła. Za dużo tego dnia się stało, za dużo do przemyślenia, poczuła się bardzo krucha i słaba. Potrzebowała odpoczynku, tylko chwili odpoczynku, by zastanowić się nad wszystkim, spróbować to zrozumieć. Zjeść coś. Zdrzemnąć się. Przytulić do kogoś ciepłego. Z Shegarem na pewno wszystko w porządku, zaraz znowu go zobaczy.
— Coś się stało? — spytał cicho Alistair, kładąc dłoń na jej plecach.
Zadrżała, prostując się sztywno. Nie była pewna, co oznaczała reakcja jej organizmu – gorąco i dreszcze – jednak postanowiła się nad tym nie rozwodzić. Wzruszyła ramionami, delikatnie uciekając od bliskości. Od kiedy spotkała ducha ojca i pękła w niej tama uczuć, a oni wszyscy byli tego świadkami, podświadomie starała się unikać zbyt osobistego kontaktu.
— Nie, nie — zapewniła pospiesznie, potrząsając głową. — Wszystko dobrze. Może jestem po prostu zmęczona — dodała, widząc sceptyczny wzrok Alistaira.
— Nie jestem pewien — skwitował Strażnik, wpatrując się w nią z niezadowoleniem.
— Och, przestań — żachnęła się zirytowana, wywracając oczami. — Nie jestem jajkiem, nadal żyję, wszystko dobrze. Idź niańczyć kogoś innego — zakończyła gniewniej, niż zamierzała.
Uchwyciła zaskoczone, a po chwili pełne wyrzutu spojrzenie Alistaira i poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Najpierw chciała go przeprosić, ale odezwała się w niej przekora – niby za co miała go przepraszać? Powiedziała prawdę, a jeśli prawda tak mu wadziła, to już nie jej problem.
Przygryzła wargę, unikając przyjaciela wzrokiem, żeby zdusić w sobie dziwne wyrzuty sumienia. W końcu on się tylko o nią troszczył, a tak go potraktowała… z drugiej strony kim niby dla siebie byli, żeby tak się zachowywać?
Przyjaciółmi, pomyślała, ale nie odważyła się go przeprosić.
Dotarli na sam dół oblodzonych schodów. Olbrzymia sala główna nadal zdumiewała i oszałamiała Ellen, jej zamarznięte piękno pełne było majestatu oraz pewnej grozy. Strażniczka przystanęła na chwilę, rozglądając się w niemym zachwycie. Uroda często kojarzyła się z łagodnością, tymczasem tu szła w parze z zagrożeniem – wśród przecudnych murów budowli kryły się smoki oraz niebezpieczni kultyści, czego nikt na początku się nie spodziewał. Przynajmniej smoków.
Wzrok Ellen przykuło znajdujące się przed nimi wyjście ze świątyni. Nieopodal niego kręcił się przygarbiony brat Genitivus, przyglądając się oszronionym reliefom i notując coś szybko w notesie ze skórzaną, wysłużoną okładką. U jego stóp niespokojnie drzemał Shegar, posapując głośno od czasu do czasu. Dziewczyna uśmiechnęła się z uczuciem, odetchnąwszy z ulgą; cały czas bała się, że coś się mabari stało, na szczęście jednak wyglądał na zdrowego i nawet zadowolonego z możliwości odpoczynku.
Kiedy usłyszał głosy zbliżających się wojowników, uniósł łeb i nastawił zaspany uszy, wpatrując się w nadchodzących towarzyszy. Jego ślepia rozbłysły radośnie, dostrzegłszy przewodzącą grupie Ellen. Zerwał się z posadzki, strasząc tym nagłym ruchem zamyślonego Genitivusa, zamerdał ogonem i skoczył do właścicielki, popiskując jak szczeniak.
Strażniczka roześmiała się cicho, opadając na kolana i rozkładając szeroko ręce na powitanie. Shegar wpadł w jej ramiona niczym złocista kula futra, skulił się w objęciach dziewczyny i wyciągnął pysk do jej twarzy, serdecznie liżąc po policzku. Ellen westchnęła i przytuliła się do psa mocno, oddychając jego charakterystycznym, nieco gryzącym zapachem. Od przedziwnego spotkania z duchem chciała podzielić się swoimi emocjami z Shegarem, bo tylko on tak naprawdę znał jej tęsknotę. Teraz poczuła, że spływa na nią spokój.
Wiedziała, że mabari już wszystko zrozumiał, całą jej opowieść wyczytał z gestów, mimiki oraz wyrazu oczu. Cieszyła się, że znów miała go przy sobie.
Słysząc, że pozostali do niej dołączyli, podniosła się z klęczek i pociągnęła ukradkiem nosem, zorientowawszy się, że zebrało się jej na płacz. Uśmiechnęła się nieporadnie do Leliany, by zaraz uciec wzrokiem w bok i popatrzeć na zaskoczonego Genitivusa. Mężczyzna ruszył do nich, kulejąc, jednak na jego twarzy malowało się pełne napięcia oczekiwanie.
Ellen wyszła mu naprzeciw, skupiając myśli z powrotem na ukończonym zadaniu. Teraz musiała zadbać o bezpieczeństwo uczonego.
— Witajcie ponownie. Trochę was nie było — zabrał głos jako pierwszy, posyłając zniecierpliwiony uśmiech. — I jak? Udało się wam ją znaleźć? — nie wytrzymał, przez co nie dał Ellen dojść do słowa.
Strażniczka westchnęła, popatrzyła wymownie w sklepienie, po czym sięgnęła do pieczołowicie schowanego w małej torbie mieszka. Wyjęła go, rozsupłała i zaprezentowała Genitivusowi, rozchylając zamknięcie materiału.
— Czy to… och, masz kurz na… nie, to nie kurz — wyszeptał zdumiony, cofając rękę od sakiewki, do której odruchowo sięgnął. — Stwórco… nie jestem godzien tego widoku — stwierdził przerażony i cofnął się kilka kroków, co rozbawiło Ellen. — Jak… jak to było znaleźć Urnę? — spytał z namaszczeniem.
— Dość wyczerpujące. Było kilka prób — stwierdziła lakonicznie, nie przejawiając ochoty na dokładne opisywanie tego, co musieli uczynić, by dostać się do celu.
Kiedy zerknęła na towarzyszy, po ich minach poznała, że w większości również by woleli, aby te wydarzenia pozostały między nimi.
— Prób? — powtórzył zaskoczony uczony. — To ciekawe. Bardzo ciekawe — zamruczał, pocierając w zamyśleniu brodę, i wyglądało na to, że zupełnie zapomniał o zranionej nodze. — Być może Zakon nie będzie teraz traktować moich badań jako bluźnierstwo. Musimy zorganizować wyprawę. Tyle tu historii, trzeba ją zbadać. A Urnę powinno się udostępnić pielgrzymom — zdecydował na koniec.
Ellen ujrzała przed oczami smoka popielącego wiernych. Następnie wyobraziła sobie garstkę wiernych mdlejących z przerażenia na widok ducha świątyni, a wreszcie – spotkanie tych szczęśliwców, którzy przeżyli, z kultystami.
Z jakiegoś powodu wydało się jej to wszystko złym pomysłem.
— To nie jest zbyt rozważne — zaczęła dyplomatycznie, uśmiechając się krzywo. — Wielu będzie chciało wykorzystać to znalezisko do własnych celów — zauważyła.
Wydawało się jej, że uczony należał do tej grupy ludzi, która na wzmiankę o smoku stwierdziłaby, że Andrasta wiernych uratuje.
— Urna należy do wszystkich wiernych. Jak można im tego odmówić? — oburzył się, potrząsając głową. — Nie… musimy podzielić się tym odkryciem.
— Zgadzam się — wtrąciła Leliana.
Ellen popatrzyła na nią wzrokiem „i ty przeciw mnie?”.
— Nie możemy tego ukrywać. To nie jest nasza własność — wyjaśniła łagodniejszym głosem łuczniczka, uśmiechając się do przyjaciółki.
Strażniczka nie poczuła się przekonana.
— Odmawiać im trupa? Istotnie, to nie do pomyślenia — wtrącił spokojnym głosem Sten, co poprawiło Ellen nastrój.
— Twoje intencje są szlachetne, bracie Genitivusie, ale czy można to samo powiedzieć o twoich braciach w Zakonie? — zauważyła karcącym tonem Wynne, uśmiechając się do uczonego jak do niesfornego dziecka.
— A więc każdy przyjdzie i weźmie sobie trochę prochów z Urny? Mam nadzieję, że ich zapas sam się będzie odnawiać — burknął Alistair, krzywiąc się wymownie.
— To może jeszcze warto by pobierać opłatę za wejście? No nie? — zapalił się do pomysłu Zevran, zachichotał zadowolony, spoglądając z nadzieją na Ellen, jakby jej zgoda miała jakiekolwiek znaczenie.
Strażniczka zmroziła elfa wzrokiem.
— Tak. Trzeba dzielić się z innymi. Głosić słowo, żeby więcej osób znalazło się we władaniu Zakonu. Czy nie tego właśnie chcecie? — zakpiła sykliwym głosem Morrigan.
Słowa czarownicy chyba najbardziej ugodziły w godność Genitivusa, bo mężczyzna popatrzył wzburzony na kobietę, pochmurniejąc, po czym zmierzył spojrzeniem wszystkich towarzyszy Ellen, jakby rzucał im wyzwanie.
— Rozgłoszę te radosne wieści albo zginę, próbując to zrobić — orzekł.
Ellen uniosła obronnie ręce, przekrzywiając w zdumieniu głowę. Nie planowała walczyć na śmierć i życie (co prawda walka byłaby dość jednostronna) o prochy Andrasty. Może matka Mallol by jej nie pochwaliła za tę postawę, ale po tym wszystkim wolała już dać się pozabijać nawzajem wiernym.
Może byłoby mniej Świętych Marszów.
— Jeśli wyniknie z tego coś złego, to będzie twoja wina — zastrzegła, wskazując Genitivusa palcem.
— Muszę wracać do domu — błyskawicznie zmienił temat uczony, zignorowawszy wypowiedź Strażniczki. — Mam tyle do zrobienia. Odwiedźcie mnie koniecznie, jeśli zawitacie kiedyś do Denerim. Nie jestem zamożnym człowiekiem, ale mam niewielką kolekcję… ciekawych artefaktów. Jestem wam winien nagrodę za ratunek — stwierdził, uśmiechając się przyjaźniej.
— Odprowadzimy cię aż do głównego traktu — postanowiła Ellen, wyciągając do rannego pomocne ramię.
— Pozwól — wtrącił Alistair, delikatnie ją odsuwając i samemu brata podpierając. — W twoim przypadku cudem jest, że stoisz nadal w jednym kawałku — zauważył żartobliwie, jednak obdarzając przyjaciółkę karcącym spojrzeniem.
Ellen postanowiła to zignorować.
— Tam już będziemy musieli się rozstać, wyruszysz prosto do Denerim, jasne? — dodała groźnie, znów celując w Genitivusa palcem. — Jednak do chwili rozdzielenia postaramy się zapewnić ci całkowite bezpieczeństwo.
— Dziękuję — odparł mężczyzna, uśmiechając się ze zmęczeniem. — Podróż w towarzystwie z pewnością będzie przyjemniejsza i spokojniejsza. Po powrocie uaktualnię swoje badania, koniecznie — zamruczał do siebie, przyciskając do piersi notes.
— Można tak powiedzieć, że przyjemniejsza i spokojniejsza — westchnęła rozbawiona Ellen, ruszając wolnym krokiem do wyjścia. — Chodźmy, szkoda czasu. W ciągu dwóch dni musimy być już na trakcie — postanowiła twardszym głosem. — Postarajmy się przejść przez Azyl możliwie jak najsprawniej — dokończyła wydawanie rozkazów, oglądając się w progu przez ramię.
— No to ruchy! — zawołała entuzjastycznie Leliana i dołączyła do przyjaciółki, uśmiechając się. — Nie mogę się doczekać, aż znajdziemy się z powrotem w klimacie umiarkowanym chłodnym — podsumowała z przekąsem.
— Chłodnym bardzo — poprawił usłużnie Zevran.
— Cieplejszym niż tu — znalazła kompromis Strażniczka, kręcąc nad przyjaciółmi głową. — W drogę — przypomniała, opuszczając zamarzniętą salę zapomnianej przez świat świątyni.
Wydało się jej, że ponad szczytem góry przetoczył się niski, groźny pomruk. Zadarła głowę, przystając, jednak na tle zasnutego szarymi chmurami nieba nie dostrzegła olbrzymiej, skrzydlatej istoty.
Odszukała dłonią łeb Shegara i ruszyła w dół zbocza do Azylu.

Wioska wyglądała na opustoszałą. Ledwie wkroczyli między budynki, a Strażniczka zarządziła zwiększoną czujność oraz gotowość na atak. Domyśliła się, że cała zamknięta społeczność była częścią smoczej sekty, dlatego bardzo możliwym wydawało się, iż zostaną zaatakowani przez wyznawców. Nie miała pojęcia, jaką potęgą dysponowali, wolała nie ryzykować bezpieczeństwem towarzyszy ani zdrowiem – już nadwątlonym – Genitivusa. Z tego powodu przegrupowała skromny oddział, uwalniając Alistaira od podpierania uczonego, a przydzieliła do tego Lelianę, która w razie walki i tak zostawała z tyłu.
Azyl wcześniej nie tętnił życiem, jednak po wydarzeniach w świątyni cisza była podejrzana. Strażniczka rozglądała się dokoła, ale mimo uwagi i czujności niczego nie wypatrzyła. Pamiętała napotkanego chłopca, echo śpiewu z tutejszej kaplicy, burkliwego wartownika – teraz między domami kręciły się tylko gdaczące cicho kury, które próbowały wygrzebać z ziemi coś jadalnego. Shegar także zachowywał spokój, co mogło oznaczać, że okolica była bezpieczna.
Zmarznięta Ellen otuliła się płaszczem, wypatrując wyjścia z wioski. Czekała ich potem przeprawa po śliskim zboczu, nim dotrą do hali, gdzie obóz rozbił Bodahn. Żołądek dziewczyny ze wzburzeniem przypomniał o uczcie, jaką mieli zorganizować po wydostaniu się ze świątyni. Strażniczka zastanowiła się, ile czasu spędzili w zapomnianej przez świat budowli. Kiedy wchodzili do Azylu, był wczesny ranek. Ruiny odnaleźli popołudniem, a wydawało się, że dzień jeszcze młody. Czyżby błądzili w jaskiniach całą noc i kilka godzin poranka? Całkiem możliwe.
Zauważyła podchodzącą do niej Lelianę; uniosła brwi, mimowolnie zwalniając kroku, by łucznika mogła ją dogonić. Dziewczyna wyglądała na zmartwioną czymś, unikała wzroku Strażniczki. Ellen poczuła niepokój, ale zrobiła dobrą minę do złej gry.
— Miałaś pilnować Genitivusa — przypomniała pogodnym głosem, siląc się na przyjazny uśmiech.
Leliana pokiwała głową, dając znać, że wiedziała o swoim zadaniu. Obejrzała się krótko przez ramię, odszukując spojrzeniem kuśtykającego uczonego.
— Zostawiłam go na razie z Zevranem — wyjaśniła, zerknąwszy przelotnie na przyjaciółkę. — Zaraz tam wrócę do niego, tylko… — zaczęła znów, po czym zamilkła.
Ellen wbiła w nią uważny wzrok, zaciskając dłonie w pięści, by się trochę uspokoić.
— Okłamałam cię, wiesz? — odezwała się Leliana, wbijając wzrok w oczy przyjaciółki. — Odnośnie tego, dlaczego opuściłam Orlais — uściśliła, uśmiechając się smutno.
Ellen poczuła się tak, jakby dostała obuchem w głowę. Zapatrzyła się w stronę, w którą zmierzali. Okłamała? Ale… tak zwyczajnie, powiedziała nieprawdę? Tylko…
— Dlaczego? — spytała, samej nie wiedząc, czy chodziło jej o powód kłamstwa, czy o to, co zmusiło Lelianę do opuszczenia Orlais.
— Nie miałam ochoty ci o tym mówić — przyznała szczerze, wzruszając ramionami. — To, co mnie spotkało… może wpłynie na to, co jest między nami, a może nie, ale powinnaś o tym wiedzieć — stwierdziła, wzdychając ciężko.
Strażniczka poczuła, że robi się jej zimno i niewiele miało to wspólnego z temperaturą panującą na tej wysokości. Leliana nie zabrzmiała sympatycznie; Ellen naprawdę nie lubiła takich rozmów.
— Do Fereldenu i Zakonu trafiłam dlatego, że w Orlais byłam ścigana — wyznała po pełnej napięcia pauzie łuczniczka, nie patrząc na przyjaciółkę.
Strażniczka miała ochotę wypuścić z ulgą powietrze, ale się powstrzymała. Leliana zaczęła opowieść w ten sposób, że nieszczęsna Couslandka prawie dostała zawału.
— Ścigana? Za co? — zainteresowała się.
— Zostałam wrobiona, zdradzona przez osobę, którą – jak sądziłam – dobrze znałam i której ufałam. Marjolaine była moją mentorką… i przyjaciółką. Nauczyła mnie sztuki bycia bardem, pokazała, jak oczarować słuchaczy słowem i pieśnią, nosić się jak wysoko urodzona dama, zostawać niezauważoną jako służąca… Umiejętności, których się nauczyłam, używałam, by jej służyć, bo ją kochałam. I podobało mi się to, co robię — opowiedziała napiętym głosem, choć pod koniec wypowiedzi Ellen usłyszała w jej słowach nutę tęsknoty.
— W jaki sposób cię zdradziła? — zapytała po chwili.
Łuczniczka uśmiechnęła się krzywo.
— Można powiedzieć, że była to moja wina. Posłała mnie z zadaniem zabicia pewnego mężczyzny. Poleciła, żebym oddała jej wszystko, co miał przy sobie. Nie wiem, kim był ten człowiek. Podała mi tylko jego imię i opisała, jak wygląda, a ja go znalazłam — oznajmiła. — Były przy nim pewne dokumenty. Zapieczętowane.
Ellen nagle zapragnęła uderzyć otwartą dłonią w czoło, domyśliwszy się, co jej przyjaciółka w takiej sytuacji zrobiła. Inna sprawa, że ona nie zachowałaby się inaczej.
— Otworzyłaś je, tak? — mruknęła.
— Ciekawość wzięła górę — przyznała Leliana. — Coś mi mówiło, że powinnam wiedzieć, co zawierają te listy — dodała na swoje usprawiedliwienie i tym razem patrzyła na Ellen trochę dłużej. — Marjolaine… sprzedawała innym krajom różnego rodzaju informacje na temat Orlais. Do jej klientów należały między innymi Nevarra i Antivia. Dopuściła się zdrady stanu — wyznała cichszym głosem.
— Czy to nie normalne wśród bardów? — spytała.
— Czasami — zgodziła się. — Ale zawsze zakładałam, że Marjolaine działa tylko na terenie Orlais. Byłam niemile zaskoczona — skwitowała, wykrzywiając usta. — Jako bard nauczyłam się, że nie warto być lojalną wobec jednego wybranego kraju czy osoby. Martwiło mnie nie to, że okazała się zdrajczynią, ale to, że gdyby została pochwycona, jej życie byłoby zagrożone. Orlais znajdowało się w stanie wojny z tyloma dużymi krajami. Bardzo trudno się w tym wszystkim połapać… o czym miałam się później przekonać — westchnęła ciężko i pokręciła głową nad własnym losem.
— Co masz na myśli?
— Powinnam była dać sobie z tym spokój, ale tego nie zrobiłam. Musiałam powiedzieć Marjolaine, że boję się o jej życie. Tymczasem ona zbagatelizowała moje obawy. Przyznała się do winy, ale powiedziała, że to już przeszłość. I że dlatego właśnie dokumenty powinny zostać zniszczone. Uwierzyłam jej. I wierzyłam dalej, aż do chwili, gdy pokazano mi spreparowane przez nią dokumenty, wedle których to ja byłam zdrajczynią — opowiedziała z pozoru obojętnym głosem.
A to suka, podsumowała w myślach Ellen.
— Co stało się później? — powiedziała na głos.
— Orlesiańscy gwardziści… schwytali mnie. Robili mi straszne rzeczy, próbując zmusić, żebym się przyznała i wydała innych spiskowców. Potraktowano mnie jak zdrajczynię, a koniec mógł być tylko jeden – cała wieczność w nieoznakowanym grobie — ciągnęła, mrużąc z gniewem oczy na samo wspomnienie tego wszystkiego.
— Paskudna sprawa — skwitowała Ellen, kiwając z troską głową.
— Umiejętności, których nauczyła mnie Marjolaine, w końcu się na coś przydały. Uciekłam przy pierwszej nadarzającej się okazji — stwierdziła Leliana, uśmiechając się do Ellen. — Nie próbowałam szukać Marjolaine. Gdyby dowiedziała się, że po nią idę, postarałaby się, by ponownie mnie schwytano.
— Dlatego właśnie przybyłaś do Fereldenu, do Lothering — odgadła Strażniczka.
— Miałam ochotę stawić jej czoła; byłam wściekła, zdradzona, ale cóż mogłabym jej zrobić? — zauważyła niezadowolona. — No i uciekłam do Fereldenu, do Zakonu i do Stwórcy. Ferelden ocalił mi życie, a Stwórca uratował duszę. Dlatego właśnie tu jestem. To prawdziwy powód. Nie ma już między nami kłamstw, a przynajmniej w tej sprawie — zakończyła opowieść.
Strażniczka spojrzała na Lelianę ponuro rozbawiona. Miło wiedzieć, że chociaż w jednej kwestii były ze sobą szczere, jak na prawdziwe przyjaciółki przystało. Szybko jednak się uśmiechnęła.
— Dziękuję, że zaufałaś mi na tyle, by opowiedzieć tę historię — odezwała się po chwili ciszy, przekrzywiając głowę.
— Dobrze jest móc zrzucić z siebie ten ciężar — przyznała łuczniczka, również się uśmiechając. — Dziękuję, że zechciałaś mnie wysłuchać i zrozumieć.
Kiedy Leliana odeszła, wracając na stanowisko, całą grupą wychodzili już z Azylu, ruszając w dół śliskiego zbocza. Promienie słońca przebijały się przez gałęzie drzew iglastych, rozjaśniając zdradliwą drogę. Im dalej od wioski się znajdowali, tym lepiej było słychać ptasie trele. Również temperatura się zmieniała, robiło się coraz cieplej, śnieg zalegający na poboczach topniał i znikał.
Ellen, starając się nie myśleć na razie o odbytej rozmowie, zastanowiła się, czy już ściągnąć ciepły płaszcz. Ostatecznie zrezygnowała z pomysłu, wbijając niewidzący wzrok w kamienistą ścieżkę. Została okłamana – ale Leliana w końcu zdecydowała się na prawdę. Czyżby aż tak jej zaufała? Nie miała łuczniczce za złe, że nie była z nią od początku szczera, przecież poznały się w dziwnej sytuacji i żadna nie chciała mówić o sobie wszystkiego. Przygryzła wargę, czując wyrzuty sumienia.
Po tym wszystkim, co się stało… czy nie zasługiwali na trochę prawdy z jej strony? Nie odwrócili się od niej przez cały ten czas, była im coś winna.

Na hali panował niemal idylliczny spokój.
Wiał chłodny, orzeźwiający wiatr, ostre górskie słońce nieśmiało wyglądało zza chmur, rozświetlając ciemnozieloną trawę pokrytą kroplami rosy. Już z daleka było widać czarną plamę wozu ich ulubionego krasnoluda, spomiędzy bujnie rosnących źdźbeł wychylały się kontury rozstawionych namiotów. W niebo unosiła się smużka szarego dymu z ogniska, targana bezlitośnie przez wiatr. Podmuchy niosły ze sobą żywiczny zapach o delikatnej nucie wilgoci. Ellen uśmiechnęła się z radością, zauważywszy pasące się spokojnie konie. To dobrze, że ani Bodahnowi, ani wierzchowcom nic się nie stało – w duchu ciągle się o nich martwiła. Teraz, kiedy wreszcie miała pewność, że wszystko w porządku, odczuła ulgę.
Doznała też dziwnego wrażenia – jakby wracała do ukochanego miejsca, gdzie na nią czekano i za nią tęskniono. Prawie jak… do domu.
Potrząsnęła głową, ściągając płaszcz z ramion, bo zrobiło się cieplej i nie potrzebowała już grubego odzienia. Odetchnęła głęboko, przymykając z zadowoleniem oczy – tęskniła za tym spokojem i poczuciem, że mogła odpocząć przed kolejnym wyścigiem z czasem. Wreszcie obejrzała się na towarzyszy, uśmiechając się pogodnie.
— Nie mam żadnych rozkazów — ogłosiła. — Do rana zarządzam całkowitą swawolę i wprost niezdrowe lenistwo, należy nam się. Ale o świcie ruszamy prosto do Redcliffe — zastrzegła szybko.
— Niech żyje najlepsza Strażniczka-szefowa w całym Thedas! — zawołał rozweselony Zevran, uniósłszy rękę nad głowę, by było go widać wśród pozostałych. — Bez urazy, templariuszku — zwrócił się do Alistaira.
— Nie ma sprawy — mruknął rozbawiony Strażnik.
— Co do obiecanej uczty… sprawdźmy, jakie propozycje ma poczciwy Bodahn — postanowiła Ellen, wzniósłszy oczy do nieba.
Pasąca się w pewnej odległości Taika poderwała łeb i zastrzygła czujnie uszami, usłyszawszy głos Strażniczki. Chwilę stała nieruchoma, napięta, wypatrując amazonki. Kiedy tylko ją dostrzegła, zarżała głośno, postępując kilka kroków w stronę wojowników. Zdumiona Ellen spojrzała na klacz i pomachała jej, nie wiedząc, skąd ten entuzjazm. Tymczasem Dzika ruszyła do niej galopem, alarmując Bodahna, który wypadł z namiotu przestraszony. Ujrzawszy wojowników, zakrzyknął radośnie i zaczął do nich energicznie machać. Sandal stanął obok ojca, również coś wołając, Ellen z ruchu jego warg odczytała „zaklęcie!”.
Uśmiechnęła się serdecznie do hamującej przed nią Taiki i pogładziła łeb klaczy, uważając jednak, by wierzchowiec się nie zdenerwował i jej nagle nie ugryzł. Dzika szturchnęła Strażniczkę pyskiem w ramię, rozdymając chrapy, by wychwycić charakterystyczny zapach dziewczyny.
Pozostali je wyminęli, ruszając energicznie do obozu.
Na początku nie było możliwości odpoczynku. Należało rozstawić namioty i zdać Bodahnowi oręż oraz zbroje, by się nimi zajął. Dowiedzieli się, że naprawdę czekała ich uczta – krasnolud właśnie dusił mięso w garnku i piekł ziemniaki w żarze. Widząc, że wojownicy byli bardzo głodni, zwiększył porcje. Wynne zaopiekowała się ranną nogą Genitivusa, po czym bezceremonialnie posadziła go przy ognisku, zabraniając dokądkolwiek się ruszać. Uczony nie protestował, wyjął skórzany notes i zabrał się do notowania, od czasu do czasu odrywając wzrok od pergaminu i rozglądając się dokoła.
Każdy znalazł sobie zajęcie, również Ellen – postanowiła zaopiekować się Taiką, by wynagrodzić jej stracony czas, w czym wiernie towarzyszył jej Shegar, irytując klacz do granic możliwości. Strażniczka przekonała się, z jak dużym błędem oszacowała porę dnia; myślała, że było wcześnie, tymczasem kiedy w pewnym momencie oderwała wzrok od mahoniowej sierści Dzikiej, odkryła, iż już się ściemniało. Westchnęła zaskoczona, zgadzając się w duchu z przekonaniem, że w górach noc zapadała niemalże znienacka. Ponieważ nie było sensu w przebywaniu bezczynnie w ciemnościach, wróciła do obozu, zajęła miejsce przed ogniskiem i przyjęła jedzenie rozdawane przez Bodahna, ciesząc się z porządnego, ciepłego posiłku, jaki mogła w końcu zjeść.
Niewiele rozmawiali w czasie kolacji, wszystkim doskwierał głód i nikomu nie spieszyło się do kończenia porcji – a jeśli ktoś ją skończył, zaraz prosił o dokładkę. Ellen obserwowała przyjaciół z radosnym uśmiechem, przyglądając się ich gestom, minom oraz zachowaniom, jakby dopiero teraz postanowiła ich poznać.
Różnice w charakterach były widoczne niemalże gołym okiem – Morrigan siedziała na uboczu, rozeźlona, że musiała przebywać w tak dużym towarzystwie, warczała co chwila na przymilającego się do niej Shegara, próbując psa odgonić. Alistair jadł szybko i łapczywie, uśmiechając się od czasu do czasu do Leliany albo Wynne, Zevrana natomiast obdarzając zimnym spojrzeniem. Elfa bawiło to coraz bardziej, bo z każdą chwilą częściej wpatrywał się w Strażnika, rozciągając usta w złośliwym uśmieszku. Sten milczał – jak to Sten – czasami tylko popatrzył po zebranych, jakby ich oceniał. Shale usiadła do wszystkich plecami, ale Ellen zauważyła kątem oka, że co chwilę się odwracała, żeby zobaczyć, co się działo.
Kiedy jedzenia zostało mniej niż więcej, Strażniczka podjęła decyzję. Po tym, co wszyscy widzieli, zasługiwali na prawdę. Była ich przywódczynią, powinni o tym wiedzieć, do tej pory podawała im bardzo szczątkowe informacje. Odłożyła miskę na ziemię, westchnęła głośno i ze smutnym uśmiechem odezwała się:
— Muszę wam coś powiedzieć — stwierdziła, przekrzywiając głowę. — Powinnam była to zrobić już dawno — przyznała po krótkim zastanowieniu. — Właściwie wszystko to wiecie… albo większość z was wie. Ale chcę, byście usłyszeli to bezpośrednio ode mnie, jako ciągłą opowieść, jestem wam to winna — wytłumaczyła.
Znów zamilkła, czując na sobie spojrzenia zebranych.
— To miał być spokojny dzień — zaczęła ciszej, niż zamierzała, uciekając wzrokiem w bok, z dala od ich oczu, bojąc się, że ujrzą za dużo słabości.
Opowiedziała. Opowiedziała o przyjeździe Duncana do Wysokoża i wieściach o tym, że miała zająć się zamkiem pod nieobecność ojca i brata. Opowiedziała o pragnieniu pójścia z nimi na wojnę, o tym, jak spędziła cały dzień, kręcąc się po posiadłości oraz szukając Fergusa. Potem mówiła o wtargnięciu w nocy do jej pokoju, o rozpoczętej walce. Mówiła o swojej pierwszej przelanej krwi, o chronieniu matki, znajdowaniu kolejnych martwych przyjaciół, nauczycieli, bliskich. Wspomniała o Howe’u, o jego spóźnionych wojskach, o jego zdradzie i zniknięciu ojca, zbyt długo skupiała się na spotkaniu z Gilmorem, by powstrzymać napływające do oczu łzy. Przyznała się do opuszczenia przyjaciela i opowiadała dalej o walkach, przedzieraniu się do kuchni, o następnych trupach. Wreszcie dotarła do ojca, powiedziała o jego śmiertelnej ranie oraz próbach ustalenia, co robić dalej. Dokładnie opisała przybycie Duncana i umowę, jaką zawarł z nim jej ojciec, a wreszcie – o decyzji, jaką podjęła matka. Na koniec wspomniała o ucieczce i zostawieniu rodziców na pewną śmierć, nie zapomniawszy o ubarwieniu całej historii opisami płonącej, zalanej krwią posiadłości.
Kiedy przestała mówić, ze zdumieniem zrozumiała, że płakała. Dotknęła palcami wilgotnych policzków i zgarbiła ramiona, z uporem wbijając wzrok w kołyszącą się przy podmuchach wiatru trawę.
Cisza niemal raniła.
— To wszystko. Dlatego… nie potrafiłam się ze sobą pogodzić. Chyba już mi lepiej, zresztą widzieliście… w świątyni — wymamrotała, kuląc się bardziej. — Nic więcej… nie mam do powiedzenia. Pójdę do koni — zdecydowała przestraszona i czmychnęła od ogniska, uciekając w ciemność nocy.
Nie usłyszała podejmowanych za plecami rozmów, co nieco podniosło ją na duchu. Nadal nie potrafiąc opanować płaczu, skuliła się wśród źdźbeł bujnej trawy, podciągając nogi pod brodę i otaczając je ramionami. Zawiesiła wzrok na pasących się w spokoju koniach, czując, że i na nią spływa dziwna ulga. Uśmiechnęła się przez łzy, wspierając podbródek na kolanach.
Nie poruszyła się, kiedy dotarł do niej szelest czyichś kroków. Nie spojrzała na tego, kto usiadł koło niej w milczeniu i objął ją, jakby chciał powiedzieć: „nie ma sprawy, bądź smutna, ale pamiętaj, że tu jestem”. Westchnęła ciężko, wtuliła twarz w ramię Alistaira i po chwili przytulała się do niego ufnie, starając się powstrzymać płacz.
Zdecydowanie łatwiej było, kiedy to w końcu powiedziała, kiedy poznali prawdę. Oni wszyscy i każdy z osobna, i… nieważne.
Zdecydowanie łatwiej było po prostu być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz