wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.73 - Powrót na równiny


Zasnęła późno. Prawdę mówiąc, nie pamiętała, jakim sposobem znalazła się w namiocie, otulona kocem. Nie miała również pojęcia, o której się obudziła – dłuższą chwilę leżała nieruchomo, patrząc pustym wzrokiem w materiał nad sobą. Z boku słyszała posapywanie Shegara, ogar prawdopodobnie przyszedł w nocy. Świecące nad górami słońce rozjaśniało ciemnozieloną tkaninę namiotu, nadając jej złocistą barwę. Nie chciało się dziewczynie wstawać, wolała przesiedzieć w ukryciu całe życie, by nie musieć konfrontować się z towarzyszami po wczorajszej rozmowie.
Jeszcze nigdy tak się przed nikim nie obnażyła.
Skrzywiła się, kiedy odgłosy z zewnątrz zaczęły jej przeszkadzać. Paliło się, że się tak kręcili, hałasując? Nie mieli co robić, tylko zakłócać odpoczynek! I wtedy przyszło olśnienie: słońce, krzątanina, podróż. Powinni byli o świcie wyruszyć – która to już godzina?! Poczuła rozlewające się po ciele zimno, odkryła się gwałtownie i wyskoczyła jak oparzona z namiotu, by budzić kompanów i wrzaskiem skomentować tę niekompetencję.
Zastygła w bezruchu przed wejściem, rozglądając się dokoła wielkimi ze zdumienia oczami. Wszystkie namioty były już poskładane, Leliana i Zevran pakowali właśnie przedostatni na wóz, obok nich Shale ładowała skrzynie, Wynne instruowała gotowego do wyjazdu Bodahna, przy którym siedział uśmiechnięty Genitivus. Alistair gasił ognisko, Sten rozdawał wszystkim broń, a Morrigan ze zdegustowaną miną niosła do Ellen jej zbroję. Kiedy Shegar wygramolił się z namiotu, Leliana oraz Zevran zabrali się do składania płachty.
— Dzień dobry! — zawołała pogodnie łuczniczka.
— Śpiąca królewna się obudziła, od kogo dostałaś buziaka? — spytał złośliwie elf, ale Leliana uderzyła go karcąco w ramię, poganiając ze składaniem namiotu Strażniczki.
Morrigan bez słowa wręczyła jej zbroję, dziewczyna dostrzegła jednak cień uśmiechu na ustach czarownicy. Sten został z dwoma sztyletami, czekając, aż Ellen będzie mogła je od niego wziąć.
— Nieźle się uwinęliśmy, prawda? — zagadnął przyjaźnie Alistair, podając Strażniczce miskę z gulaszem. — Najpierw zjedz — zdecydował, odbierając jej zbroję.
Ellen przytuliła dłonie do ciepłej miski, drżąc z chłodu górskiego poranka. Niebo jeszcze było liliowe, szczyty oblewała złocista łuna promieni, zroszona kroplami wody trawa lśniła delikatnie, nadając otoczeniu magiczny urok.
Strażniczka westchnęła głęboko, nadal oszołomiona.
— Czemu mnie nie obudziliście? — spytała z wyrzutem, przenosząc na zadowolonego młodzieńca wzrok. — Pomogłabym wam — dodała, przysuwając twarz do trzymanego w dłoniach naczynia, by powąchać smakowicie wyglądające śniadanie.
— Nie było takiej potrzeby — podsumował niedbale, nadal się uśmiechając. — Jak zjesz i się ubierzesz, możesz zarządzać odjazd, wszystko już gotowe — zdał raport, po czym odszedł, by kończyć pracę.
Ci, którzy uporali się z przydzielonymi im zadaniami, krzątali się w pobliżu wierzchowców, siodłając zwierzęta i szykując je do drogi. Wóz Bodahna z cichym skrzypieniem drewna ruszył, odprowadzany czujnym spojrzeniem Wynne, obok której lojalnie stała Shale.
— Pomóc ci? — zaproponowała Leliana, schylając się po napierśnik Ellen.
Strażniczka skinęła głową, kończąc porcję śniadaniową, po czym odłożyła miseczkę na trawę. Nim się zorientowała, Zevran ją złapał, pobieżnie przetarł zużytą ściereczką i ruszył w stronę Bodahna, krzycząc, że krasnolud czegoś nie zabrał.
Dziewczyna zamrugała, próbując ogarnąć tempo przygotowań do odjazdu.
— Tak, pomoc się przyda — wydusiła wreszcie.
Leliana bez słowa zabrała się do asystowania Ellen przy zakładaniu zbroi. Z pomocą łuczniczki szło to o wiele sprawniej niż zazwyczaj; mimo dużej wprawy Strażniczki zawsze trwało to nieznośnie długo, za dużo rzemieni było do zapięcia. Dziewczyna właśnie poprawiała uwierające naramienniki, kiedy Leliana niespodziewanie uderzyła ją w plecy, jakby chciała przyjaciółkę serdecznie poklepać. Ellen aż się zakrztusiła.
— Nie spodziewałaś się, co? — zagadnęła niejasno, bardzo z czegoś zadowolona.
— Że spróbujesz wybić mi płuca z piersi? Rzeczywiście, nie spodziewałam się — odparła zrzędliwie Strażniczka, rzuciwszy łuczniczce pełne wyrzutu spojrzenie.
Leliana wywróciła oczami.
— Nie o tym mówiłam — żachnęła się, opierając rękę na ramieniu niewysokiej Ellen.
Ellen niniejszym poczuła się jeszcze niższa niż w rzeczywistości.
— Chodziło mi o Alistaira — rozwiała, przynajmniej w swoim mniemaniu, wszelkie wątpliwości, jakie mogła mieć Strażniczka.
Couslandka spojrzała przeciągle na Lelianę, zastanawiając się, czy wymyślała tematy do rozmów na siłę, czy jej zwyczajnie zupełnie nie rozumiała, dlatego nie widziała sensu w tych podchodach i całej pogawędce o Alistairze.
— Masz na myśli to, że zrobił śniadanie? Właściwie podejrzewałam, że zjemy odgrzaną kolację, to prawda — mruknęła powoli.
— Jaką kola…? — zaczęła zdezorientowana Leliana. — Co? Nie! Ellen, nie udawaj głupiej! — zdenerwowała się.
— No tym razem nie udaję, ja się naprawdę czuję głupia — przyznała Strażniczka, rozkładając bezradnie ręce.
Trochę się przestraszyła, kiedy Sten wykorzystał tę sposobność do wciśnięcia jej w dłonie sztylety, dlatego na chwilę straciła wątek, zapatrzywszy się na broń w garści. Potem uśmiechnęła się do odchodzącego olbrzyma.
— Nie powiedział ci? — spytała podejrzliwie Leliana, potrząsnąwszy ramieniem przyjaciółki, by zwrócić na siebie uwagę.
— O czym? — parsknęła coraz bardziej zdenerwowana Strażniczka.
— Wstał jako pierwszy, a widząc, że nadal śpisz, sam zorganizował zbiórkę i szykowanie się do drogi. Gdyby nie on, pewnie zastałabyś nas wszystkich w proszku. No i to on przypilnował, żeby cię na razie nie budzić — wyjaśniła.
— Alistair? — zdziwiła się Strażniczka, mimowolnie obejrzawszy się na siodłającego siwego Kreoisa młodzieńca.
— Alistair, Alistair. No nic, zostawię cię z tym, żebyś sobie wszystko przemyślała — podsumowała niewytłumaczalnie rozbawiona Leliana, machnęła ręką i skierowała się do własnego wierzchowca.
— Co znowu mam sobie przemyśleć?! — wściekła się Ellen, obrzuciwszy plecy przyjaciółki bardzo złym spojrzeniem, ale łuczniczka już ją zignorowała.
Strażniczka poczuła, że coś wilgotnego szturchnęło ją w dłoń. Popatrzyła na Shegara wciskającego nos w rękę pani i uśmiechnęła się łagodnie, czule tarmosząc za mocny kark.
Nie miała pojęcia, o co chodziło Lelianie, jednak poprawił się jej humor, kiedy po raz kolejny zobaczyła, jak duże wsparcie miała w Alistairze. Przymrużyła z miłością oczy, patrząc na psa, poklepała go pieszczotliwie po pysku i ruszyła do pasącej się kawałek dalej Taiki, pełną piersią wdychając orzeźwiający zapach gór.
Klacz zarżała cicho na widok amazonki, uniósłszy łeb. Ellen pogłaskała aksamitne chrapy wierzchowca, po czym zabrała się do siodłania, widząc, że jej towarzysze w większości siedzieli już na grzbietach koni, czekając tylko na nie dwie. Na szczęście Dzika nie planowała się wiercić ani kłócić z dziewczyną, skutkiem czego niedługo potem także były gotowe do drogi. Strażniczka poprawiła wysłużone puślisko, odruchowo przyklepując odstającą nieco tybinkę, i cofnęła się pół kroku, spoglądając na spokojną klacz z radością.
Westchnęła, machnęła ręką na towarzyszy, dając im znać, że już wsiada. Wsunęła stopę w strzemię i przerzuciła nogę nad grzbietem Taiki, delikatnie siadając w siodło. Nigdy nie sądziła, że poczuje się na koniu tak, jakby tam było jej miejsce. Długie godziny podróży wierzchem zrobiły swoje, Ellen nie tylko poprawiła umiejętności jeździeckie, ale także pokochała ten sposób przemieszczania się.
Ledwie usiadła na miękkiej, wysłużonej skórze, odniosła wrażenie, że idealnie wpasowała się w delikatne wgłębienie na siedzisku, jej nogi ułożyły się odpowiednio do kształtu boków klaczy. Uśmiechnęła się i z namaszczeniem pogładziła szyję stojącej spokojnie Taiki.
— Kierunek: Redcliffe! — zawołała, prostując się w siodle.
Rozległ się pomruk aprobaty towarzyszy, jednak Ellen nie zwróciła na niego większej uwagi, ponieważ Dzika niespodziewanie ruszyła galopem, jakby doskonale zrozumiała, co jej amazonka powiedziała. Dziewczyna chwyciła się przedniego łęku, by utrzymać równowagę. Taika skierowała się na drogę, którą spokojnie toczył się wóz Bodahna. Kiedy jej kopyta natrafiły na ścieżkę, wyciągnęła szyję w przód, tuląc uszy, i zaczęła nabierać prędkości.
Ellen z zaskoczeniem zorientowała się, że robiła to z takim wyczuciem, by i ona miała czas na przyzwyczajenie się do szybszego galopu. Uznała, że to dobry moment na poinformowanie pozostałych, że zaczeka na nich… trochę dalej na trakcie.
— Sprawdzę drogę! — krzyknęła, oglądając się przez ramię na zostawionych z tyłu przyjaciół. — Albo coś — dodała ciszej, unosząc się do półsiadu, by dać Taice większą swobodę ruchów.
Klacz tylko na to czekała, stuliła mocniej uszy i skoczyła pełnym galopem przed siebie, bez trudu doganiając stary wóz Bodahna. Strażniczka zdążyła tylko krasnoludowi pomachać, nim Dzika wyprzedziła pojazd, wpadła w zakręt i zniknęła wszystkim z pola widzenia.
Prócz głuchego tętentu kopyt oraz świstu wiatru w uszach Ellen niczego nie słyszała. Jej oddech rozpływał się wśród gwałtownych, zimnych podmuchów, krótkie włosy szarpały się zapamiętale z żywiołem, grzywa Taiki sięgała do policzków, muskając skórę. Strażniczka oparła dłoń na szyi klaczy, przymrużając oczy, by powstrzymać wywołane pędem łzy, jednak zimne krople stoczyły się po twarzy.
Dopiero kiedy minęła dłuższa chwila, a Ellen przyzwyczaiła się do szybkiego tempa, odkryła, że taka gwałtowna, niemalże szalona jazda przynosiła oczyszczenie, spokój. Jej oddech się wyrównał, usta rozciągnęły się w radosnym uśmiechu. Czuła się tak, jakby za chwilę Taika miała oderwać się od ziemi i polecieć w przestworza. Tego wrażenia wolności nic nie mogło zapewnić. Wszystkie problemy, kompleksy, wątpliwości, to, co ją od środka niszczyło, na tę krótką chwilę przestało mieć znaczenie. Ellen zastanowiła się, czy warto przyćmiewać chwile radości godzinami smutku oraz obwinianiem się o nieszczęścia.
Droga wiodła wzdłuż zbocza, jednak była o wiele szersza i bezpieczniejsza niż ta, którą podróżowali od Honnleath. Zapewne dlatego, że znalazł ją Bodahn, który na czytaniu map znał się znacznie lepiej od nieszczęsnej Ellen. Dzięki temu Taika czuła się bezpieczniej i na więcej sobie pozwalała. Ellen chciałaby pozostać na grzbiecie klaczy już do końca i nigdy z niego nie zsiąść, przez wieczność gnać niczym wiatr.
Jakież proste, pozbawione odpowiedzialności byłoby takie życie.
Straciła poczucie czasu, obserwowała zmieniające się krajobrazy, skromne gaje porastające zbocza, skaczące po urwiskach kozice, szybujące po niebie ptaki. Dostrzegała w oddali, dużo poniżej drogi, po której jechała, kołyszącą się na halach trawę, różnobarwne plamy drobnych kwiatów. Uśmiechała się do świata, bo świat uśmiechał się do niej wszystkim, z czego się składał, całym sobą, jakby chciał powiedzieć: „spójrz, jak jest pięknie, też bądź piękna – radością”. Czuła, że taka prosta radość z samego tylko istnienia, o której mógł mówić świat, znajdowała się w zasięgu jej ręki.
Wtedy poczuła, że lodowaty promień przeszywa ją na wskroś. Wyprostowała się, zastygając w siodle, co sprawiło, że Taika nieznacznie zwolniła, zauważywszy, iż amazonka przestała iść razem z nią. Ellen zmrużyła oczy, przekonana, że to, co wywołało to dziwne wrażenie, było bardzo niedaleko.
Jakie to szczęście, że Dzika także wzmogła czujność.
W jednej chwili gwałtownie skoczyła w przód, szarpiąc biedną Strażniczką i pozbawiając ją równowagi. Ellen musiała przytrzymać się wodzy, bo grzywa nagle znalazła się poza zasięgiem jej rąk, jednak Taika nie przejęła się szarpnięciem za pysk. Przy lądowaniu wierzchowiec zablokował przednie i tylne nogi, wbijając kopyta w drogę, przez co dziewczyna tym razie poleciała na szyję, tracąc dech. Wierzchowiec obrócił się sprawnie, stając przodem w stronę, z której przed chwilą nadjechały, jego boki unosiły się szybko, mocno stulone uszy zniknęły w gęstej grzywie.
Ellen, pozbierawszy się z Dzikiej, spojrzała skołowana na wbitą w skaliste zbocze nadal drżącą strzałę. Gdyby nie reakcja konia, ta strzała tkwiłaby albo w ramieniu, albo w szyi dziewczyny. Strażniczka poszukała wzrokiem łucznika i w tej samej chwili jej głowę przeszył ostry promień bólu. Syknęła, domyśliwszy się, co ujrzy. W pewnej odległości od drogi zębiska wyszczerzył wściekły genlok, potrząsnął bronią i świńskim truchtem zniknął z pola widzenia dziewczyny, zmierzając w kierunku Azylu.
Oczywiście nie biegł do wioski, nie wiedział, że się tam znajdowała cywilizacja, chyba nikt tego nie wiedział, po prostu…
Udał się w stronę jej towarzyszy.
— O nie — szepnęła, otwierając szeroko oczy.
Przeanalizowała ich aktualną sytuację i z przerażeniem zrozumiała, że mogli zostać zaskoczeni. Jeśli pomioty znajdowały się wyżej od nich, zamkną wojowników w pułapce, podczas gdy dysponowali tylko jednym łucznikiem oraz dwoma magami. Trzeba było ich przynajmniej ostrzec.
— Ha! — krzyknęła, wbijając pięty w boki Taiki.
Klacz parsknęła głośno i skoczyła w przód, w jednej chwili rozwijając niesamowitą prędkość, jakby poprzednia galopada wcale jej nie zmęczyła. Ellen pochyliła się nad szyją wierzchowca, nie spuszczając z oczu zboczy, pomiędzy którymi zamykała się droga. Musiała być szybsza od pomiotów, musiała coś zrobić, była odpowiedzialna za przyjaciół oraz podróżującego z nimi Bodahna. Oraz jego syna. I Genitivusa.
Była odpowiedzialna za cały Ferelden, ale o tym wolała w tamtym momencie nie pamiętać.
Pewien czas później ujrzała wszystkich poruszających się spokojnym tempem po trakcie. Zwolniła Taika, by oszacować, kto gdzie się znajdował; nie widziała wozu krasnoluda, czyżby zostali z tyłu? Oby bardzo z tyłu, inaczej wszystko mogło się źle skończyć. Rozejrzała się dokoła, a widząc kręcące się ponad wojownikami na zboczu pomioty, poczuła, że jej serce zamiera. Droga na górę, musiała tu być… prawda?
Uwaga! — wrzasnęła, wstrzymując Taikę na tyle, że klacz usiadła na zadzie, hamując ostro. — Do broni! — dodała, nie mając jednak pojęcia, skąd atak nadejdzie.
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdumieniem, zatrzymując wierzchowce, nie było jednak czasu, żeby dziewczyna wydała dokładniejsze rozkazy. Obróciła Dziką tak, by stanąć przodem do stromego, kamienistego zbocza.
— A teraz pokaż mi, że umiesz też latać — syknęła, wbijając pięty w boki wierzchowca.
Taika machnęła łbem, przeniosła ciężar na zad, unosząc przednie nogi, po czym odbiła się od drogi i skoczyła tam, gdzie kazała jej amazonka. Z początku straciła równowagę, kamienie uciekły spod kopyt, jednak klacz, co Ellen rozbawiło, zazgrzytała wściekła zębami i ruszyła z zacięciem długimi susami, jak uciekająca drapieżnikowi łania. Strażniczka zastanowiła się, czy Dzika naśladowała kozice, zaraz jednak wyobraziła sobie pędzącą gdzieś hallę, której krew przecież płynęła w żyłach wierzchowca. Jak w chwili zagrożenia poruszały się te szlachetne stworzenia?
Nie było czasu na rozmyślania, Taika zdołała wdrapać się na wysokość, na której znajdowały się pomioty. Potwory szykowały się do strącenia głazów na jeźdźców, czym z pewnością większość by zabiły, a tych, co by przeżyli, mogłyby z łatwością dobić. Ellen poczuła, że Dzika na widok istot się zawahała, jednak nie dała jej możliwości wycofania się. Krzykiem pogoniła klacz, wyrzucając nogi ze strzemion. Wierzchowiec machnął łbem i zdesperowany wpadł między zdezorientowane pomioty.
Strażniczka wyskoczyła z siodła, wylądowała na jednym z genloków, zabijając go celnym pchnięciem, i rzuciła się do walki, wiedząc, że Taika odejdzie na tyle, by nie zostać ranną. Pchający barkiem głaz hurlok zawarczał wściekle i porzucił zajęcie, ruszając na dziewczynę. Poza nim znajdowały się tu jeszcze dwa genloki, Ellen poradziła sobie z nimi sprawnie, nie stanowiły dla niej większego zagrożenia. Upewniwszy się, że okolica była czysta, podeszła do krawędzi, by sprawdzić teren poniżej.
— Za wami! — wrzasnęła, dostrzegłszy biegnące na wojowników pomioty.
Pierwsze strzały przeszyły powietrze, plecione zaklęcia z trzaskiem zagłuszyły świst pocisków. Strażniczka chwilę nerwowo oglądała potyczkę, by zaraz zawrócić, wskoczyć na drepczącą ze zdenerwowaniem Taikę i skierować ją w drogę powrotną.
Klacz wyraźnie nie wiedziała, co zrobić z tym problemem. Pewien czas kręciła się ze strachem nad zboczem, podkulając zad i parskając ze złością, aż wreszcie zdecydowała się ruszyć w dół. Najpierw szło całkiem dobrze, drobnymi kroczkami zmierzały do drogi, ale wtedy odłamki posypały się pod naporem końskich kopyt, przez co Taika straciła równowagę. Przysiadła na tylnych nogach i pojechała za gruzem, tuląc uszy.
Ellen nie zdołała niczego z siebie wydusić, wczepiwszy się w wierzchowca kurczowo. Zastanowiła się, dlaczego klacz ją w ogóle polubiła, skoro ciągle pchała ją w najróżniejsze kłopoty i groźne sytuacje. Dzika miała najwyraźniej własny sposób oceniania ludzi, bo nawet w tym momencie nie straciła spokoju, tuż nad drogą odbiła się od zbocza i zeskoczyła na ścieżkę. Nogi się pod nią ugięły, Ellen usłyszała bolesne sapnięcie i błyskawicznie zsunęła się z grzbietu. Jeszcze nie dotknęła stopami ziemi, a już chciała iść do zadu klaczy, by sprawdzić, co się stało.
Tak, jak się spodziewała, Taika dotkliwie poraniła sobie nogi o ostre kamienie, krew ściekała strużkami po mahoniowej sierści, napięte mięśnie drżały. Strażniczka poczuła potworne wyrzuty sumienia. Poklepała z wdzięcznością szyję Dzikiej, dotknęła jej pyska, przesuwając dłonią tuż za uszami klaczy.
— Dziękuję — szepnęła.
Taika spojrzała na Ellen, schyliła łeb i szturchnęła dłoń dziewczyny, nie pokazując złości ani wyrzutów względem tego, że to przez Strażniczkę się pokaleczyła. Couslandka ostrożnie ściągnęła wodzę przez szyję wierzchowca i poprowadziła go do pozostałych, mając nadzieję, że Wynne coś na to poradzi.
— Żyjecie? — spytała, widząc wsiadających z powrotem na konie przyjaciół.
— Brawo, Ellen — pochwalił ją złośliwie Zevran. — Nie ma to jak minąć oddział zwiadowczy pomiotów i przypomnieć sobie o nim w ostatniej chwili.
— Ja go nie zau… — zaczęła bezmyślnie, by zaraz zamknąć usta i potrząsnąć głową.
Ta wypowiedź byłaby zdecydowanie nieodpowiednia w ustach przywódcy.
— Tylko sprawdzałam waszą czujność. Prawie zdaliście — burknęła.
— Nie marudź, Zev — skarciła go Leliana, uśmiechając się do przyjaciółki. — Najważniejsze, że nic nam nie jest.
— Wynne… możesz na nią spojrzeć? — zmieniła temat Ellen, wskazując Taikę. — Poraniła się podczas schodzenia ze zbocza — wytłumaczyła, podczas gdy czarodziejka zsiadała z ogiera, by zbadać pacjenta.
— Wjeżdżałaś… po tym? — spróbował się upewnić zszokowany Alistair, zadarłszy głowę, by spojrzeć na strome urwisko. — Wierzchem?
— Z tamtej strony jest łagodniejszy stok — wymamrotała, nie do końca wiedząc, dlaczego zrobiło się jej głupio.
Strażnik popatrzył na nią z niedowierzaniem, szybko jednak w jego oczach pojawiło się oburzenie, dostrzegła także troskę.
— To niebezpieczne, mogłaś sobie coś zrobić — zauważył.
— Byłam z Taiką — zbuntowała się, przysuwając się do nadzwyczaj spokojnej klaczy. — Ona by mnie nie dała skrzywdzić — stwierdziła, samej nie wierząc, że to mówiła.
O koniu, który, by przeżyć, salwuje się ucieczką.
— To nie jest Shegar — skwitował niezadowolony Alistair.
Wywołany z tłumu ogar zamerdał ogonem, patrząc to na Strażniczkę, to na Strażnika, jakby się zastanawiał, komu kibicować.
— Tak, pogryźcie się o tę chabetę — parsknął Zevran.
— Miałeś na myśli mnie czy Taikę? — zainteresowała się z rozbawionym uśmiechem Ellen. — Bo jeśli Taikę, to masz ode mnie w zęby.
— Przecież, że mówiłem o templariuszynie naszej — oburzył się elf.
— Nie da się z wami rozmawiać — burknął ponuro Alistair.
— I po bólu — odezwała się Wynne, przerywając bezsensowną dyskusję. — Przez jakąś godzinę nie powinna poruszać się zbyt szybko, postępujemy przez ten czas — postanowiła, ruszając sztywnym krokiem do Altrivaire’a.
Ellen przytaknęła ruchem głowy, głaszcząc Taikę po szyi.
— Na razie nie będziemy się od was odłączać — obiecała, uśmiechając się.
W tym momencie czarodziejka zachwiała się, jakby straciła kontakt z rzeczywistością, po czym osunęła się bezwładna na ziemię, nim ktokolwiek zdążył zareagować. Strażniczka otrząsnęła się z szoku, zachłysnęła się powietrzem i skoczyła do kobiety.
— Wynne! — krzyknęła, padając przy niej na kolana, podczas gdy Alistair zsiadał, by pomóc staruszkę podnieść, a Leliana szykowała bukłak z wodą, żeby ją ocucić.
Czarodziejka sama odzyskała przytomność, podniosła się z ziemi i usiadła przodem do Ellen, przykładając dłoń do głowy. Strażniczka uśmiechnęła się z ulgą, przenosząc wzrok na Morrigan.
— Mogłabyś pomóc? — spytała drżącym głosem.
— Nie sądzę, by moja interwencja cokolwiek tu dała — skwitowała czarownica, uważnie obserwując słabą Wynne.
Dziewczyna zamrugała zdumiona, by zaraz zapatrzeć się na staruszkę. Zacisnęła dłoń na jej ramieniu, starając się odszukać spojrzenie błękitnych oczu.
— Chyba się… przewróciłam — mruknęła słabym głosem i zaśmiała się cicho, choć Strażniczka nie widziała w tym niczego śmiesznego.
— Wszystko w porządku? — spytała z troską, z pomocą Alistaira stawiając Wynne z powrotem na nogi.
— Przez chwilę myślałam, że… że to już koniec — przyznała, wzdychając ciężko.
Powiedziała to z takim spokojem, że Ellen na początku nie zrozumiała, co to miało oznaczać. Potem zadrżała, przerażona tym pomysłem.
— Koniec walki, jeśli to masz na myśli — dopowiedziała jak głupia, rozpaczliwie wierząc, że naprawdę o to czarodziejce chodziło.
— Nie, myślałam, że ze mną koniec — poprawiła ją cierpliwie. — Ja… wyjaśnię wszystko, kiedy rozbijemy obóz. Teraz nie ma na to czasu — wymigała się i podeszła do wierzchowca, chcąc na niego wsiąść.
Alistair sprawnie pomógł jej usadowić się w siodle, podczas gdy Ellen obserwowała staruszkę, zastanawiając się, co ukrywała. Spojrzała przelotnie na Morrigan, zmarszczyła czoło, a potem ostrożnie wsiadła na Taikę.
— Zatem ruszajmy. Część drogi przebędziemy stępem, dopiero kiedy Wynne i Taika lepiej się poczują, przyspieszymy — rozkazała krótko.
Klacz ruszyła bez jej polecenia, zwieszając potulnie łeb. Zadowolony Shegar zrównał trucht z Dziką, ciesząc się, że teraz będzie za panią nadążał. Kiedy galopowała, najpewniej żaden jeździec w całym Fereldenie nie zdołałby ich dogonić.

Droga niemiłosiernie się dłużyła. Krajobrazy szybko się Ellen znudziły, dlatego zaczęła wiercić się niecierpliwie w siodle, szukając sobie zajęcia. Większość jej przyjaciół albo cicho rozmawiała, albo drzemała ze zwieszoną głową oraz zgarbionymi plecami. Na całe szczęście wierzchowce przywykły już do trudów podróży, dlatego żadnemu nie przychodziło do głowy spłoszyć się podrywających się do lotu ptaków. To denerwowało tylko Ellen, bo gdyby konie się płoszyły, to przynajmniej byłoby ciekawie.
W końcu postanowiła sprawdzić, co jej tak ciążyło niemiłosiernie w torbie. Zabrała się do przeglądania tego, czego po powrocie do obozu nie wpakowała do głównego bagażu, który teraz trząsł się w wozie Bodahna. Prócz różnych opatrunków, bukłaka z wodą oraz nikomu niepotrzebnych znalezisk, jak ładny kamyk albo piórko, zauważyła mocno upchnięte na dnie skórzane buty. Dotknęła ich, próbując sobie przypomnieć, skąd się tam wzięły.
Ukradła je ze sklepiku w Azylu, bo wydało się jej, że były zrobione z antivańskiej skóry. Miała je dać Zevranowi jeszcze w obozie, ale jakoś… się nie złożyło. Zwolniła Taikę i zrównała ją ze srokatą klaczą elfa, co Dzika podsumowała stuleniem uszu oraz wściekłym kwikiem. Ellen trafił się bardzo towarzyski wierzchowiec.
— Jesteś pewna, że to koń? — zainteresował się Zevran, poklepawszy Syrianę dla uspokojenia. — Jakoś mam wątpliwości.
— To nie jest do końca koń — przyznała Strażniczka, uśmiechnąwszy się. — Podobno w jednej czwartej to halla. Nie pytaj — poprosiła, dostrzegłszy oszołomiony wzrok towarzysza.
Skrytobójca przekrzywił głowę.
— Skąd żeś taką genetyczną pomyłkę wzięła? — ciągnął temat, zignorowawszy prośbę dziewczyny.
Taika stuliła uszy i zazgrzytała wściekła zębami, łypnąwszy na elfa.
— Z Lothering — stwierdziła z westchnieniem Ellen, klepiąc klacz po szyi. — Znajomy Leliany miał hodowlę, wielki pasjonat. Nie rozumiałam połowy z tego, co do mnie mówił — przyznała i roześmiała się cicho na samo wspomnienie tamtego dnia.
Wydawał się taki odległy, jakby istniał w innym życiu.
— Po czym poznajemy pasjonatów? Za cholerę nie idzie ich zrozumieć, pomocna definicja — zgodził się rozbawiony Zevran, uśmiechając się szeroko.
— Zawsze do usług — skwitowała i ukłoniła się przed przyjacielem, zamiótłszy włosami kłąb Dzikiej.
— Uważaj, co deklarujesz — ostrzegł nagle poważnie, kiedy jednak Ellen znów na niego spojrzała, dostrzegła w jego oczach łobuzerskie iskierki.
Zrozumiała, o czym skrytobójca pomyślał, co wywołało u niej tylko głośniejszy śmiech. Zazdrościła mu tak beztroskiego podejścia do życia, w głębi duszy natomiast miała nadzieję, że kiedyś nauczy się przyjmować problemy z taką siłą, z jaką robił to Zevran.
Wydało się jej, że ktoś wpatrywał się w nią, kiedy jednak obejrzała się przez ramię, wszyscy byli zajęci sobą. Na ułamek sekundy uchwyciła spojrzenie Alistaira, ale Strażnik błyskawicznie spojrzał w bok, pieczołowicie zamykając torbę. Przekrzywiła głowę.
— O, Zev, bo znowu zapomnę — otrząsnęła się z zamyślenia i popatrzyła na elfa, uśmiechając się. — Mam coś dla ciebie — oznajmiła, sięgając do bagażu przytroczonego do siodła Taiki.
— Dla mnie? — szczerze się zdziwił, unosząc brwi.
Strażniczka wydobyła z torby parę butów, sprawdziła, czy były całe, po czym bez słowa podała je Zevranowi, uśmiechając się szeroko. Skrytobójca ostrożnie wziął podarek i obejrzał go ze wszystkich stron, nie wierząc, że właśnie dostał od dziewczyny… obuwie.
— Hmmm. Ten zapach… to antivańska skóra, nieprawdaż? — spróbował się upewnić, wciągnąwszy powietrze.
Ellen wzruszyła ramionami, nie mając pojęcia, czy dobrze rozpoznała tworzywo. Nie uczono jej tego w Wysokożu, sama nigdy nie zwracała uwagi, skąd pochodziły jej ubiory.
— Zawsze ją poznam! — zachichotał serdecznie elf, przenosząc wzrok na dziewczynę. — Nie wiem, skąd je wzięłaś, ale dziękuję — dodał poważniej, znów zapatrując się w sprezentowane buty.
Strażniczka uznała, że dłużej nie wytrzyma napięcia. W końcu obuwie powinno, prócz tego, że ładnie wyglądać, również służyć, prawda?
— Na co czekasz? — zirytowała się, pochylając się niecierpliwie w siodle. — Przymierz — rozkazała, by zaraz się zmieszać. — O ile na koniu da się przymierzać buty — dodała mniej pewnie i podrapała się w policzek.
— Jeszcze nie skończyłem ich podziwiać! — oburzył się rozbawiony Zevran. — Czujesz to? — spytał, podsuwając jej buty pod sam nos.
Zaskoczona pochyliła się i powąchała skórę. Z trudem powstrzymała chęć skrzywienia się i rozkaszlenia, zamiast tego uśmiechnęła się nieporadnie, robiąc dobrą minę do złej gry. Wyprostowała się pospiesznie.
— Pachnie gnijącym mięsem. Jak za dawnych czasów w Antivii — westchnął z rozrzewnieniem Zevran. — Znajdź mi jeszcze prostytutkę czy dwie, miskę zupy rybnej i sprzedajnego polityka, a naprawdę poczuję się jak w domu! — roześmiał się serdecznie, wyrzuciwszy nogi ze strzemion, by ściągnąć chociaż jednego buta, którego miał na sobie.
Syriana parsknęła zaniepokojona i wykonała taki ruch, jakby chciała uciec od czyichś macek na grzbiecie, jednak Ellen złapała ją za wodze, przytrzymując, żeby elfowi udała się skomplikowana operacja.
— I nawet pasują! Doskonale! — zawołał ucieszony, skończywszy przymierzanie.
— Cieszę się, że trafiłam — przyznała pogodnie, uśmiechając się szeroko.
— Idealne — zapewnił dziewczynę, przenosząc na nią wzrok.
Zauważyła, że w jego spojrzeniu pojawił się pewien cień, którego znaczenia nie znała, nie miała jednak okazji, by się nad tym zastanowić. Elf znowu popatrzył przed siebie jakby nigdy nic, stare buty wrzuciwszy do torby. Ellen uznała to za koniec rozmowy i zrównała Taikę z Kreoisem, na którego klacz tym razem tylko stuliła uszy.
— W porządku? — zagadnęła Alistaira, zauważywszy, że młodzieniec spochmurniał, a nie wiedziała, dlaczego tak się stało.
— Tak, w porządku — odparł i uśmiechnął się blado. — Chciałem… znaczy, to nic, nie przejmuj się. Naprawdę — zapewnił, uciekłszy przed nią spojrzeniem.
Strażniczka poczuła się nieswojo, odwróciła głowę i wzruszyła niedbale ramionami, zaciskając palce na wodzach Taiki. Dzika parsknęła głośno i potrząsnęła grzywą.
— Niech ci będzie — szepnęła, zatrzymując klacz, by Kreois ją wyprzedził.
Zauważyła kątem oka, że Alistair wykonał taki ruch, jakby chciał coś powiedzieć, jakoś ją powstrzymać, ale ostatecznie nie zareagował. To zabolało Ellen bardziej, niż przypuszczała. Zgarbiła ramiona i poczekała na jadącą na końcu pochodu Morrigan.
— Czy polował na was kiedyś Zakon? — spytała, nim kobieta zdążyła zareagować.
— Tak, od czasu do czasu polowali na moją matkę — odparła Morrigan, przyglądając się Ellen. — Byli to templariusze w stylu Alistaira, co powinno ci uświadomić, jakie były tego rezultaty — dodała niespodziewanie, wykrzywiając usta.
Strażniczka, uniósłszy wzrok na czarownicę, niepewnie pomyślała, że kobieta właśnie chciała jej poprawić humor. Potem z rosnącą irytacją dotarło do niej, że wszyscy wiedzieli, dlaczego była teraz taka markotna – prócz niej samej. Zmrużyła oczy, przygryzając wargę.
— Prawdę mówiąc, Flemeth robiła z tego swego rodzaju grę. Gdy templariusze znów nadciągali, uśmiechała się do mnie i mówiła, że zaczyna się zabawa — ciągnęła Morrigan, jakby nie zauważyła reakcji Ellen.
— Naprawdę nie miałyście z nimi kłopotów? — zapytała bez specjalnego przekonania.
— Nie jestem pewna. Byłam za mała, żeby to zrozumieć. Możliwe, że Flemeth się popisywała. Albo po prostu dostarczało jej to rozrywki. Tego nie dowiem się nigdy — skwitowała, wzruszając ramionami. — Flemeth zwykła dawać im jedno ostrzeżenie, które za każdym razem ignorowali. Potem gra rozkręcała się na dobre. Często Flemeth wykorzystywała mnie na przynętę. Małą dziewczynkę, która biegała z wrzaskiem i wabiła templariuszy w głąb Głuszy, na ich zgubę — opowiedziała z niepokojącym uśmieszkiem.
— Z pewnością następni szli ich śladami — domyśliła się Ellen, powoli wciągając się w tę historię.
— Czasami — przyznała Morrigan. — Na szczęście Głusza jest bardzo rozległa. Gdy nas znajdowali, Flemeth przenosiła nas w inne miejsce i znów byłyśmy ukryte w kniei. Dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam, co nam wtedy groziło. Wcześniej nie miałam pojęcia o „apostatach” czy „maleficarum” — powiedziała, machnąwszy ręką.
— Kim właściwie jest apostata? — spytała Strażniczka, chcąc się upewnić, że dobrze rozumiała to pojęcie.
Szlachta nigdy się tym nie interesowała.
— Nie wiesz? — zdumiała się czarownica. — Ci fanatycy — wskazała głową Alistaira — określają tym mianem każdego maga, którego nie kontrolują. Zakon postrzega wszystkich magów niezwiązanych z Kręgiem Maginów jako apostatów. A apostaci mogą zostać maleficarum, złymi magami, którzy sięgają po magię krwi i stają się opętanymi przez demony plugawcami — wyjaśniła w skrócie. — Może to i prawda. Mimo to ci z nas, którzy wolą wolność, nie zamierzają się podporządkować.
— Gdybym była magiem, mówiłabym to samo — uznała Ellen, kiwając głową.
— W takim razie dziękuję ci przynajmniej za drobne uprzejmości — skwitowała chłodnym głosem Morrigan.
Ellen zachichotała. Choć słowa czarownicy nie miały być przyjazne, poprawiły dziewczynie humor. Cieszyła się, że, mimo iż nie było tego widać, miała wsparcie w czarownicy. Cieszyła się, że mogła nazywać ją przyjaciółką – aczkolwiek nikt inny pewnie tak by nie nazwał ich dziwnych relacji.
Ellen to odpowiadało. Dobrze się z nimi czuła, z nimi wszystkimi.
Zadowolona spojrzała przed siebie, oceniła bezpieczność drogi, po czym zarządziła ruszenie galopem, by nadrobić stracony czas. Chwilę potem konie z tętentem kopyt zniknęły za najbliższym zakrętem, zbliżając się do głównego traktu.

Już pewien czas przemierzali równinę, wyjechawszy z gór. Znowu prowadził Alistair, który szybko rozpoznał okolice Redcliffe i skierował wszystkich w odpowiednią stronę. Ellen bez szemrania się mu podporządkowała, wiedząc, że nie było sensu manifestować swojego dowództwa tam, gdzie jej kompetencje nie sięgały. Skupiła się na radości z powrotu na płaski teren, za którym naprawdę się stęskniła. Brakowało jej rodzinnych stron.
Przemierzali właśnie gęsty las rosnący kawałek od miasteczka będącego ich celem, kiedy Strażniczka po raz kolejny tego dnia poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Zwolniła Taikę do kłusa, wierząc, że klacz także skupi się na wrażeniu nadciągającego zagrożenia.
Żadna z nich niczego nie dostrzegła, na szczęście jednak wyręczyła je Leliana:
— To pułapka! — wrzasnęła.
W następnej chwili coś z trzaskiem wybuchło, Taika zatrzymała się, wymachując łbem i cofając się nerwowo, powietrze wypełnił kurz. Ellen odkaszlnęła kilkakrotnie, dobywszy broni i rozejrzawszy się wokół siebie; mimo że prawie niczego nie widziała, odniosła wrażenie, że wszyscy byli bezpieczni.
Taika wspięła się, osiągając niemal pion, uderzyła przednimi nogami o powietrze i zarżała, jej oczy błysnęły dziko. Kiedy tylko opadła, Ellen dostrzegła rozciągający się przed nimi wilczy dół, do którego mieli wpaść. Zostali otoczeni grupą wojowników, która spoglądała na ofiary niepewnie, jakby nie wiedzieli, czy mierzyli siły na zamiary.
Strażniczka uśmiechnęła się dziwnie.
— Ktoś tu bardzo chce dziś zginąć — stwierdziła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz