wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.74 - Ziarnko prawdy w legendach


Taika przytupała przestraszona, obserwując z obłędem w oczach zbliżających się wojowników. Ellen, oszacowawszy wstępnie, ilu przeciwników mieli do zabicia, uznała, że nie było czasu na wahanie. Zwłaszcza że pułapka w lesie, którą dostrzegli w ostatniej chwili, dawała im element zaskoczenia – oraz przewagę. Mogli być ukryci w gąszczu, może wzięli ze sobą więcej łuczników albo maga, albo kilku magów? Miała także przeczucie, że nie byli to tacy po prostu pierwsi lepsi rabusie.
— Wyeliminować łuczników! — krzyknęła, spinając Taikę w bokach.
Klacz stuliła uszy, parsknęła wściekła, a potem posłusznie ruszyła, piersią przedzierając się przez pierwszy szereg przeciwników i nie patrząc, czy kogoś tratuje. Ellen puściła wodze jedną ręką, w wolną chwyciła sztylet i pomogła wierzchowcowi torować sobie drogę na drugą stronę pułapki. Jeśli zrobią wyrwę w szeregu, pozostali będą mogli bez problemu zmiażdżyć dwa boczne odłamy.
W ostatniej chwili uchyliła się przed lecącym w jej stronę pociskiem magicznym, przypadła do szyi Taiki, łapiąc ze zdumieniem oddech. A jednak mag! Oby był tylko jeden, inaczej walka się trochę skomplikuje. Przytrzymała klacz, kopnęła w pierś wojownika, spychając go do wilczego dołu, i obejrzała się na przyjaciół, którzy tak samo jak ona wdali się w zajadłą walkę.
— Osłaniaj mnie ktoś! — poprosiła, cofając Taikę, by wierzchowiec miał więcej miejsca na rozpędzenie się.
— Gdzie ty się znowu pchasz?! — krzyknęła zirytowana Morrigan, zamrażając mężczyźnie głowę.
Sten sprawnym ciosem rękojeści ją rozłupał, zupełnie jakby zgniatał orzecha laskowego. Ellen za każdym razem, kiedy widziała go w walce, ogarniał niepokój. Wyjątkowo silny zwłaszcza w momencie, w którym przypominała sobie ich potyczkę. Dużo wtedy zaryzykowała, prawdę mówiąc.
— Stęskniłam się za magami! — odparła, wbijając pięty w boki Dzikiej.
Taika parsknęła, szarpnęła łbem i skoczyła do pełnego galopu. Odnalazła miejsce ledwie na kilka kroków, ponieważ zaraz rozciągał się przed nimi wilczy dół. Klacz napięła mięśnie, przystanęła na krawędzi, odbiła się od ziemi i przefrunęła nad pułapką, lądując po drugiej stronie. Ellen trochę szarpnęło, musiała przytrzymać się grzywy, by się nie zsunąć z siodła; zdecydowanie częściej poruszały się w płaszczyznach poziomych, nie była nawykła do skoków. Poza tym Taika nie należała do skoczków wybitnych, leciała zazwyczaj płasko i nisko, trochę jak pies – ale najważniejsze, że się odbijała.
Morrigan wzięła sobie do serca osłanianie przywódczyni, Ellen nie została zaczepiona przez żadnego przeciwnika, dlatego bez trudu dotarła na obrzeża walki. W pełnym galopie przechyliła się w siodle, tym samym zwisając z lewego boku Taiki, i poderżnęła zaskoczonemu magowi gardło. Siła ciosu była tak silna, że przy wyrywaniu sztyletu z ciała mężczyzna obrócił się bezwładnie za klaczą i dopiero wtedy runął na ziemię. Dzika zahamowała, zatrzymując się, zawróciła i skoczyła z powrotem do walki, coraz mocniej tuląc uszy i głośno parskając.
Więcej magów, na szczęście, już nie było. Łuczników udało się wyeliminować Lelianie, wojownicy padali pod naporem Alistaira i Stena, których dzielnie wspierał Zevran, natomiast Wynne pilnowała, by nikt w grupie nie osłabł zanadto, skutkiem czego rzucała więcej zaklęć kreacyjnych. Morrigan wprost przeciwnie, z dużą przyjemnością pozbywała się wrogów na coraz to inne sposoby. Ellen nie pasowało tylko jedno – gdzieś musiał być ich dowódca, prawda?
Poczuła przeszywający, właściwie rwący ból ramienia. Stęknęła, pochylając się nad Taiką, i zachwiała się, kiedy przed oczami zamigotały jej czerwone plamy. Ktoś krzyknął jej imię, jednak nie zwróciła na to uwagi, obejrzała się na plecy, krzywiąc się z bólu. Widok strzały tkwiącej w barku niespecjalnie ją zdziwił, złamała drzewce, sycząc przez zęby. Później Wynne wyjmie grot i opatrzy ranę, teraz nie było na to czasu. Strażniczka rozejrzała się czujnie dokoła, lokalizując jednego z ostatnich łuczników, a wreszcie – mężczyznę, który trzymał się kawałek za nim, trochę z boku.
Zawróciła Taikę zdrową ręką i rzuciła ją w galop do wojownika. Kopyta klaczy zadudniły na zwilżonej krwią ziemi, na szczęście wierzchowiec nie poślizgnął się na błocie, bo wtedy Ellen z pewnością by spadła. Grot w ramieniu utrudniał utrzymywanie równowagi. Nim wrogi łucznik zdołał wypuścić strzałę, osuwał się na ziemię z pociskiem sterczącym z czoła. Taika przesadziła trupa, by zaraz gwałtownie hamować przed zdumionym dowódcą.
Ellen odepchnęła się od siodła, zeskakując z klaczy, wylądowała na mężczyźnie, powalając go na plecy, i wykonała taki ruch, by poderżnąć przerażonemu wojownikowi gardło. Nawet chwilę się nie zawahała, to już było naturalne.
— Stój! — usłyszała krzyk Leliany.
Ramię zastygło, blokując przytknięty do skóry sztylet. Ellen uniosła brwi, mocniej przyciskając ramię pokonanego mężczyzny do ziemi. Nie wiedziała, o co chodziło łuczniczce, ale postanowiła chwilę zaczekać.
— Nie zabijaj go — poprosiła Leliana, podbiegłszy do Strażniczki.
Ellen pozwoliła sobie obejrzeć się na przyjaciółkę, marszcząc ze zdumieniem czoło. Nie rozumiała, czyżby kobiecie znów wróciły miłosierne zapędy, których pokaz dała dawno temu w Lothering?
— Dlaczego? — spytała więc, nie puszczając pokonanego wroga.
— To nie jest zwykły bandyta — stwierdziła, podchodząc kawałek w przód, by przygwożdżony do ziemi mężczyzna dobrze ją widział. — Żaden z nich nim nie był. Odebrali solidne szkolenie, a ich broń i pancerze są wysokiej jakości — wyliczyła spokojnie.
Ellen wzruszyła ramionami; zwykły czy nie zwykły, zazwyczaj chowała urazę do tych, którzy próbowali ją zabić, i w miarę możliwości odwdzięczała się pięknym za nadobne. Chyba podobne zdanie mieli pozostali z grupy – zbliżyli się z dziwnymi minami, jakby sami nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić. Za ich plecami rozciągały się zakrwawione trupy, usłane na ziemi niczym bardzo specyficzny dywan.
— Ty wiesz, o czym mówię, prawda? — spytała Leliana, zwracając się do pokonanego dowódcy. — Kim jesteś?
Strażniczka na wszelki wypadek odsunęła sztylet od jego gardła, by miał możliwość odpowiedzenia na zadane pytanie. Dowódca zakasłał, krzywiąc się.
— Kimś, kto żałuje, że z wami zadarł — stwierdził zachrypniętym głosem. — P-powiedziano mi, że to będzie łatwa robota. Zabić rudowłosą dziewczynę, a pozostałymi zająć się wedle uznania — wyjaśnił, spoglądając na tych, których miał w polu widzenia, czyli na dwie panie i czubek głowy Stena.
Ellen rozejrzała się po przyjaciołach, szukając rudzielca, i ostatecznie doszła do wniosku, że rudzielca mieli jednego. Przeniosła zdumiony wzrok na łuczniczkę.
— Zabić… przyszliście, by mnie zabić? — zdziwiła się Leliana.
Ostatnimi czasy najpopularniejszym celem wszelkich skrytobójców nie były rudowłose dziewczęta, a Szarzy Strażnicy, którzy bardzo przeszkadzali teyrnowi Loghainowi. Miło wiedzieć, że jednak mordercy stawiali na różnorodność.
— Nikt, kto grozi moim przyjaciołom, nie wychodzi z tego żywy! — warknęła Ellen, przysuwając z powrotem sztylet do gardła pokonanego.
— Czekaj! — zawołała Leliana, przytrzymując ramię Strażniczki. — Kto cię przysłał? Dlaczego chcesz mnie zabić? — zadała kolejne pytania, ściskając rękę przyjaciółki w uspokajającym geście.
Ellen niechętnie odsunęła broń, zaciskając usta. Mężczyzna znów zakasłał.
— Nie płacą mi za to, bym dopytywał, dlaczego ktoś chce pozbawić kogoś innego życia — stwierdził, wykrzywiając usta w parodii kpiącego uśmiechu. — Wystarczy, że wiem, co mam zrobić i gdzie zgłosić się po pieniądze. Ha, pieniądze! — zawołał i pokręcił w miarę możliwości głową. — Wygląda na to, że będę miał szczęście, jeśli uda mi się zachować życie — podsumował trzeźwo, wzdychając. — Może się jakoś dogadamy? Spodoba wam się mój pomysł — zapewnił pospiesznie.
Ellen skrzywiła się, dając mu do zrozumienia, że nie miała zamiaru się z nim układać, ale niespodziewanie została zdegradowana ze stanowiska dowódcy.
— Mów szybko — pozwoliła mu Leliana.
— Tak naprawdę to nic do ciebie nie mam — stwierdził, wlepiając w łuczniczkę pełne nadziei spojrzenie. — Nie ja chciałem twojej śmierci, ale wiem, jak znaleźć tego, kto jej pragnął — dodał, uśmiechając się półgębkiem.
Strażniczka westchnęła. I znowu nie poszło po jej myśli, dlaczego mogła decydować tylko w najtrudniejszych sytuacjach? Kiedy rozwiązanie było proste, cały świat wszystko komplikował.
— A więc twoje życie w zamian za informacje — skapitulowała, odsuwając się od mężczyzny na tyle, by miał większą swobodę, ale żeby nie uciekł od razu.
— Zapisałem sobie, jak dostać się do jego domu — oznajmił, sięgając do podręcznej torby przyczepionej do pasa. — Znajduje się w Denerim. Proszę… to wszystko, co mogę dla ciebie zrobić — stwierdził, wyciągając do Leliany zwitek papieru.
Łuczniczka wzięła go, nie spuszczając spojrzenia z mężczyzny.
— Dziękuję. A teraz odejdź — zdecydowała, ciągnąc Ellen za ramię. — Nie chcę cię już nigdy więcej widzieć — dodała stanowczym głosem.
Strażniczka podniosła się pokonana z ziemi, krzywiąc się wymownie. Dlaczego jej nie dziwiło, że Leliana puściła drania wolno?
— Tak, idź już — warknęła, chowając broń. — I ciesz się, że żyjesz.
— Nie martw się. Nie będę wam już sprawiał kłopotów — obiecał dowódca, podnosząc się z ziemi.
Przycisnął dłoń do boku, gdzie Ellen uderzyła go kolanem, i pokuśtykał na trakt, nie oglądając się na nieznajomych wojowników.
— Nigdy się nie nauczą — mruknęła pod nosem Strażniczka i spojrzała znacząco na stojącego bardziej z tyłu Zevrana.
— Ja się nauczyłem — zbuntował się elf, unosząc obronnie ręce. — Więcej zamachów oprócz tamtego nieudanego nie planuję!
— To Marjolaine, założę się — odezwała się zafrapowana Leliana, nie odrywając spojrzenia od trzymanej w dłoni karteczki.
— Dlaczego teraz? — spytała Ellen, skupiając uwagę z powrotem na przyjaciółce.
Było tak wiele okazji – kiedy była w Zakonie, sama, niemalże bezbronna, w czasie ich podróży, a uderzono akurat teraz! W momencie kiedy Strażniczka doskonale wiedziała, co się działo w życiu kobiety, i nie zamierzała jej zostawić z tą walką samą.
— Może ktoś mnie widział…? — zasugerowała niepewnie Leliana. — Może wreszcie mnie znalazła i chce dokończyć to, co zaczęła?
— Co chcesz zrobić? — spytała twardym głosem.
— Ona musi odpowiedzieć za to, co mi zrobiła — stwierdziła łuczniczka, uciekając wzrokiem w bok. — Jeśli kiedykolwiek będziemy w Denerim, chcę ją odnaleźć.
— Udamy się tam jak najszybciej — obiecała łagodniej Ellen, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciółki.
Musieli tam jechać – lada dzień, a ich zbroje rozsypią się w pył, natomiast w stolicy byli najlepsi rzemieślnicy. Nie mogła ciągle wykorzystywać prowizorki biednego Bodahna.
— Może czas na dobre wyrównać rachunki — westchnęła Leliana, uśmiechnąwszy się blado do Strażniczki.
— No dobrze, ruszajmy do Redcliffe, szkoda czasu — zdecydowała Ellen, puszczając przyjaciółkę i kierując się do Taiki.
Ktoś chwycił jej łokieć i przytrzymał. Obejrzała się za siebie, by natrafić spojrzeniem na pełen troski wzrok Alistaira. Nie zrozumiała, dlaczego serce szybciej zatłukło się w piersi.
— Twoja ręka — przypomniał Strażnik.
— A, tak, to — mruknęła zmieszana, delikatnie uwalniając się z uścisku i unikając jego oczu. — Wynne? — dodała, spoglądając na czarodziejkę.
Staruszka uśmiechnęła się, podeszła kawałek i zabrała się do badania nieszkodliwej rany. Wyrywanie grotu zabolało, Ellen zadrżała, krzywiąc się; na szczęście zbroja zatrzymała pocisk z taką skutecznością, że wystarczyło proste zaklęcie, by rana się zasklepiła. Zadowolona Strażniczka podziękowała Wynne i wsiadła na stojącą spokojnie Taikę, szykując się do drogi.
Chwilę potem wszyscy z powrotem sadowili się w siodłach, prowadząc konie za idącą z przodu Dziką. Ellen uznała, że kawałek przejadą stępem, na wypadek innych zdesperowanych skrytobójców czy innych morderców i dopiero później przyspieszą, by jak najszybciej dotrzeć do Redcliffe.
Miała nadzieję, że nie zjawią się za późno.

Miasteczko wyglądało bardzo spokojnie, jakby już zapomniało o całym dramacie, który się tu rozgrywał. Drużyna nie zjeżdżała między budynki, udała się wyższą drogą prosto na most prowadzący do zamku arla. Ellen jednak nie mogła się powstrzymać przed zerknięciem w dół. Ludzie kręcili się po miejscowości, zajęci swoimi sprawami, wokół panowała kojąca dla uszu cisza. Strażniczka uśmiechnęła się lekko, ciesząc się, że przynajmniej tu wróciły pozory normalności.
— Na co patrzysz? — usłyszała głos Alistaira.
Spojrzała na niego zaskoczona, w ostatniej chwili ściągając wodze Taiki, która zazgrzytała zębami na Kreoisa, tuląc uszy.
— Na Redcliffe. Chyba udało nam się trochę pomóc — odparła, uśmiechając się lekko do przyjaciela.
— Więcej zrobimy, jeśli powstrzymamy Plagę — zauważył, także przenosząc wzrok na rozciągającą się pod nimi wioskę.
— Może nam się nie udać. Wtedy pozostanie po nas tylko wspomnienie tego mniejszego dobra — mruknęła, przesuwając dłonią po szyi Taiki. — Nie wygląda na to, by zbliżała się tu horda pomiotów. Świat jest taki spokojny… — dodała, unosząc wzrok na błękitne, bezchmurne niebo.
— To musimy przypilnować, żeby tak zostało — podsumował, uśmiechając się, zaraz jednak spojrzał zaniepokojony na dziewczynę. — Ellen…
— Hm? — rzuciła.
— Myślisz, że te prochy naprawdę pomogą arlowi? — wymamrotał, jakby nie do końca chciał, żeby to usłyszała, jednak potrzeba porozmawiania była silniejsza.
Ellen uśmiechnęła się łagodnie.
— Myślę, że skoro w ogóle istnieją, to mogą pomóc — stwierdziła i położyła dłoń na ramieniu Alistaira. — Nie poddamy się tak łatwo i to nie tylko dlatego, że potrzebujemy Eamona do pomocy. Nie martw się, zaraz wszystko się okaże.
Alistair niechętnie uniósł kącik ust w niepewnym uśmiechu, jakby nie dowierzał w to, co mówiła Strażniczka. Nie było jednak czasu na kontynuowanie rozmowy, od strony mostu dotarły do nich okrzyki gwardzistów.
Dziewczyna momentalnie spojrzała w tamtym kierunku, starając się zrozumieć, co mężczyźni wołali.
— Strażnicy! Otworzyć bramę, to Strażnicy! — wrzeszczał ktoś, wymachując rękoma.
— Przyspieszmy. Nie każmy im dłużej czekać — zaproponowała Ellen, oglądając się na towarzyszy.
Wjechali galopem na dziedziniec. Momentalnie podbiegli do nich mężczyźni, chwytając wodze koni, by się nimi zaopiekować pod nieobecność właścicieli. Couslandka powstrzymała od tego młodego chłopaka, widząc, że Taika stuliła wściekła uszy.
— Nie trzeba, puść ją luzem — poinstruowała go, zeskakując na ziemię. — Jeśli się do niej nie zbliżysz, nie sprawi żadnych kłopotów — dodała, poklepała Dziką po szyi i ruszyła przodem przez pusty dziedziniec, zmierzając do szerokich schodów.
Za nią podążyli pozostali, zdawszy w ręce gwardzistów wierzchowce. Ellen, nim weszła do zamku, usłyszała jeszcze ciche rżenie Taiki. Podążyła do głównej sali, w której ostatnim razem natknęli się na opętanego Connora. Teraz budowla była pogrążona w ciszy, dokoła panował spokój, aż Ellen wydało się to podejrzane.
Ledwie przekroczyła próg, przyzwyczajając oczy do charakterystycznego półmroku w pomieszczeniu, ktoś krzyknął zdumiony – sądząc po głosie, była to lady Izolda. Strażniczka zlokalizowała kobietę spojrzeniem i uśmiechnęła się niepewnie, zaraz skupiając uwagę na podnoszącym się od stołu Teaganie.
— Jak sytuacja w Redcliffe? — spytała, ruszając w stronę banna.
Pozostali zostali trochę w tyle, czekając, aż Ellen załatwi formalności i wszyscy udadzą się do chorego arla, by sprawdzić, czy w legendach naprawdę było ziarnko prawdy.
— Stabilna, bez zmian — oznajmił Teagan, patrząc na Strażniczkę w napięciu.
— Prowadź do arla, Teaganie — przeszła do sedna Ellen, uśmiechając się z zadowoleniem. — Mamy prochy.
— Naprawdę?! — wykrzyknęła oszołomiona Izolda i podeszła do zebranych.
— W takim razie chodźcie tędy — postanowił nerwowo bann i poszedł przodem, znikając za bocznymi drzwiami głównej sali.
Zaraz za nim podążyła szybkim krokiem arlessa. Ellen spojrzała na przyjaciół, uśmiechnęła się pogodnie i skinęła na przejście, dając znać, by wszyscy się tam udali. Shegar dogonił ją w kilku krokach i polizał po dłoni, jakby chciał dodać otuchy. Pogłaskała łeb psa, kierując się w odpowiednią stronę.
To prawda, że się bała, ale chciała wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Po tym, co widziała w świątyni i co tam przeżyła… wydawało się jej, że nie było rzeczy niemożliwych. W takim razie ozdrowienie Eamona wcale nie znajdowało się poza zasięgiem, może właśnie wszystko się wreszcie ułoży?
Odszukała spojrzenie zmartwionego Alistaira i poczuła, że powinna coś zrobić, jakoś go pocieszyć, być dla niego podporą. Ale jak? Odwróciła wzrok, zapatrując się w posadzkę.

W sypialni arla czekał jeden uzdrowiciel. Na widok banna Teagana zerwał się z krzesła, a brat Eamona pospiesznie wyjaśnił mu, co się działo. Mężczyzna przytaknął i spojrzał wyczekująco na wchodzących do przytulnej, pogrążonej w gęstym półmroku komnaty wojowników. Ellen przesunęła spojrzeniem po zadbanych meblach, przyjrzała się leżącej na łóżku sylwetce, po czym odetchnęła, sięgając po woreczek, w którym schowała prochy Andrasty.
Tylko przez moment się wahała, rozważając w myślach, czy to wszystko miało sens i czy przypadkiem się nie wygłupią, próbując tego sposobu. Potem wyciągnęła mieszek i podała go mężczyźnie, uśmiechając się lekko. Nie zareagował na okazanie sympatii, odebrał prochy i zajął się rozsypywaniem ich po ciele nieruchomego Eamona.
Ellen cofnęła się kilka kroków, robiąc miejsce dla powstrzymującej się od płaczu Izoldy oraz zmartwionego Teagana. Sama ustawiła się wśród przyjaciół i wreszcie zwalczyła w sobie strach odnośnie prób pocieszenia Alistaira. Nieco desperacko chwyciła jego dłoń, trochę bez wyczucia ją ściskając, na szczęście jednak Strażnik delikatnie rozluźnił jej palce, samemu dostosowując siłę, z jaką ją chciał trzymać. Wbiła wzrok w arla, czując, że to nie mogło źle się skończyć, że wszystko musiało się dobrze rozwiązać. Alistair chyba też tak myślał, bo im dłużej wpatrywali się w chorego, tym mocniej ją ściskał.
Wtedy prochy zaczęły parować – ale nie w normalny sposób, one jakby przechodziły przez ciało Eamona, unosząc się w powietrze migotliwą, bladoróżową mgiełką. Ellen otworzyła szeroko oczy, zdumiona wrażeniem, jakby całe światło w komnacie koncentrowało się na arlu, przez co dokoła zrobiło się dziwnie ciemno. Wstrzymała oddech, obserwując, jak opary wzlatują pod sufit coraz szybciej, zaraz się rozpływając.
Eamon poruszył się na łóżku, skrzywił się jak człowiek, który budził się po utracie przytomności, i z trudem otworzył oczy, zaraz je mrużąc. Mgła zniknęła, znachor cofnął się od łóżka, a arl oparł się na łokciach, tocząc dokoła nieobecnym spojrzeniem. Ellen uśmiechnęła się szeroko, nie do końca wierząc, że naprawdę się udało. Alistair, który prawie zmiażdżył jej dłoń w uścisku, utwierdził ją w tym, iż nie był to żaden sen. Nie odezwała się, nie chcąc brać udziału w ważnej dla rodziny Eamona chwili.
— G-gdzie ja jestem? — spytał słabo arl, marszcząc czoło.
Ellen przyjrzała się jego sędziwemu, zmęczonemu obliczu, błękitnym oczom lustrującym zebranych, potarganym siwym włosom oraz gęstej brodzie w tym samym kolorze. Wyglądał na wyczerpanego, jednak dziewczyna poczuła przed nim mimowolny respekt; napawał pozytywnym niepokojem.
— Spokojnie, bracie, spokojnie — poprosił Teagan, siadając na brzegu łóżka Eamona i uśmiechając się do niego radośnie. — Byłeś bardzo chory. Nic nie pamiętasz?
— Teagan? — zdumiał się arl, unosząc krzaczaste brwi. — Co ty tu robisz? Gdzie Izolda? — zaniepokoił się, bardziej nerwowo się rozglądając dokoła.
— Tu jestem, mój mężu — odezwała się arlessa, podchodząc do przodu na tyle, by Eamon dobrze ją widział.
Mężczyzna odetchnął z ulgą, opierając się na wezgłowiu łóżka. Potrzebował chyba chwili odpoczynku, bo dopiero zaraz powrócił do zadawania zaniepokojonych pytań:
— A Connor? Gdzie mój chłopak? Gdzie jest nasz syn? — rzucił przestraszony.
— Żyje, choć zginęło wielu innych — odparła Izolda, kładąc dłoń na ręku Eamona. — Muszę ci wiele opowiedzieć, mężu — dodała ciszej, odwracając wzrok.
— Nie żyją? — przeraził się arl, jego spojrzenie powędrowało do zasłoniętego kotarami okna. — To… nie był sen? — wyszeptał.
— Wiele się wydarzyło, odkąd zachorowałeś, bracie — przyznał Teagan, uśmiechając się smutno. — Nie wszystkie wieści będzie ci łatwo znieść — zastrzegł, uważnie obserwując twarz mężczyzny.
— Mów więc — zdecydował stanowczo Eamon, siadając wygodniej na łóżku. — Chcę usłyszeć wszystko — stwierdził.
— Poczekamy w głównej sali — postanowiła Ellen, uznawszy, że nie było tu dla nich miejsca, nie w tak intymnej chwili.
Delikatnie pociągnęła Alistaira za sobą i machnięciem dłoni pogoniła pozostałych do wyjścia, nie chcąc niepotrzebnie zwlekać. Im szybciej Eamon pozna prawdę i im bardziej zaufane osoby mu ją przekażą, tym lepiej. Musieli postanowić, co robią dalej, jak rozegrają kampanię przeciwko Loghainowi.
Gdyby nie teyrn, byłoby prościej. Mieliby na głowie tylko Plagę.

W głównej sali panowała ponura atmosfera, wszyscy czekali z niepokojem na przybycie arla. Nikt nie zaproponował partii żadnej gry karcianej, wszyscy zajęli się sobą lub też mało ambitnymi rozrywkami – patrzeniem w okno, w ścianę, w podłogę, bębnieniem palcami w blat stołu. Najbardziej zmartwiony był Alistair, siedział zgarbiony i cichy, zupełnie jakby Eamon wcale nie wyzdrowiał. Ellen w końcu nie wytrzymała i usiadła obok niego, zdeterminowana, by poprawić mu humor.
— Hej — rzuciła, szturchając go w ramię. — Wszystko już dobrze, arl żyje — przypomniała, uśmiechając się łagodnie.
— Wiem, wiem — mruknął, przenosząc na nią trochę nieobecny wzrok. — Po prostu smutno mi, że to go dotknęło, że tyle ludzi ucierpiało — wyjaśnił, wzdychając ciężko.
— Nie mieliśmy na to zbyt dużego wpływu — zauważyła, obserwując go. — Pozostaje nam zacisnąć zęby i iść dalej, to samo na pewno zrobi Eamon. Mój tata… zawsze mówił, że to porządny, silny człowiek — powiedziała, poradziwszy sobie z zająknięciem.
Alistair pokiwał głową, uśmiechając się, i wtedy do sali wszedł arl w towarzystwie Teagana. Strażniczka zerwała się z miejsca, w jej ślady poszedł młody templariusz, oboje spojrzeli na zmierzającego do paleniska mężczyznę. Ellen przygryzła wargę.
— To wyjątkowo niepokojące — stwierdził mężczyzna, splótłszy ręce na plecach. — Wiele zostało do zrobienia, fakt. Ale najpierw muszę podziękować tym, którzy tyle pomogli — uznał, obracając się twarzą do słuchającej go z uwagą Ellen. — Szara Strażniczko, nie tylko mnie ocaliłaś życie, ale ochroniłaś także moją rodzinę. Jestem twym dłużnikiem. Czy pozwolisz, bym zaoferował ci nagrodę za te zasługi?
— Potrzebuję twojej pomocy w walce z Plagą — odparła, uśmiechnąwszy się uprzejmie. — To mi wystarczy — zapewniła, naprawdę nie chcąc, by arl obdarzał ją czymkolwiek, kiedy Ferelden najbardziej potrzebował pomocy.
— Rozumiem, ale, niezależnie od motywów, które tobą kierowały, uważam, że zasłużyłaś na nagrodę. Chciałbym odwdzięczyć ci się za te wysiłki, nic więcej — powtórzył uparcie Eamon, także się do niej uśmiechając.
— Jak sobie życzysz — poddała się ostatecznie, skłaniając z szacunkiem głowę.
— Pozwól więc, że zarówno ciebie, jak i tych, co z tobą podróżują, mianuję czempionami Redcliffe. Zawsze będziecie mile widzianymi gośćmi w tych murach — zapewnił Eamon, uśmiechając się do wszystkich. — A dla ciebie, Strażniczko, mam tarczę podobną do tych, jakie otrzymują najwybitniejsi rycerze. — Skinął na jednego z gwardzistów.
Mężczyzna odstąpił od ściany i wręczył jej wielką, bardzo nieporęczną dla drobnej Ellen tarczę. Aż się dziewczyna ugięła pod jej ciężarem, na szczęście Alistair nadszedł z pomocą i zdjął przedmiot z ramion przyjaciółki.
— Dziękuję, Wasza Łaskawość — odezwała się.
— Powinniśmy porozmawiać o Loghainie, bracie. Nie wiadomo, co zrobi, gdy dowie się o twym ozdrowieniu — przypomniał Teagan, spoglądając na Eamona w napięciu.
— Loghain wszczyna wojnę domową, mimo że mroczne pomioty są u naszych progów. Znam go od dawna. To rozsądny człowiek, on nigdy nie pożądał władzy — oznajmił arl, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Ellen spojrzała na niego, zastanawiając się, jak powinna rozumieć te słowa. Nie wątpiła, że teyrn zawsze był człowiekiem honoru, ale teraz… trudno powiedzieć, kim teraz się stał, tak naprawdę.
— Byłem tam, kiedy ogłosił, że obejmuje panowanie, Eamonie. Mówię ci, ambicja go opętała — zapewnił Teagan pełnym niepokoju.
Arl skapitulował i pokiwał w zamyśleniu głową.
— Opętała, istotnie — zgodził się Eamon. — W wystarczającym stopniu, by zgładzić Cailana, spróbować mnie zabić i zniszczyć moje ziemie. Cokolwiek stało się Loghainowi, trzeba go powstrzymać. Co więcej, nie możemy dopuścić do przedłużenia tej wojny — oznajmił, teraz patrząc znowu i na Ellen, i na zebranych.
— Możesz jednak zjednoczyć szlachtę przeciwko Loghainowi, prawda? — spytała ostrożnie, marszcząc czoło.
— Mógłbym zjednoczyć tych, co nie popierają Loghaina. Niestety nie wszyscy są mu przeciwni. Ma potężnych sprzymierzeńców — uświadomił zebranym, uśmiechając się ze smutkiem. — Nie mamy czasu toczyć przeciwko niemu kampanii. Jeśli Ferelden ma mieć szansę obrony przed mrocznymi pomiotami, któraś ze stron będzie musiała się poddać — oznajmił, rozkładając bezradnie ręce.
Ellen poczuła, jak w jej sercu rośnie ponura determinacja. Jedynymi, którzy mogli ocalić Ferelden przed Plagą, byli Strażniczy. Teyrn nie pokona całej hordy pomiotów i unicestwić arcydemona, po prostu to wiedziała. Gdyby to zależało tylko od dobrej taktyki, Szara Straż nigdy by nie powstała.
— Loghain musi więc skapitulować — odparła stanowczo.
— Zgadzam się — poparł ją Eamon. — Loghain musi zapłacić za swe odrażające zbrodnie. Ale musimy oszczędzać nasze wojska na starcie z pomiotami, a nie ze sobą nawzajem. Rozpuszczę wieści o zdradzie, jakiej dopuścił się Loghain, zarówno tej tutaj, jak i tej, której ofiarą padł król. Bez dowodów będzie to jednak tylko oskarżenie bez pokrycia — zauważył, skubiąc gęstą brodę. — Te wieści pozbawią pewności sojuszników Loghaina, lecz musimy połączyć je z wyzwaniem, którego Loghain nie będzie mógł zignorować. Potrzebujemy kogoś o większych prawach do sukcesji od córki Loghaina, czyli królowej. Nie proponowałbym takiego rozwiązania, gdybyśmy mieli jakąś alternatywę. Stało się jednak to, czego nikt nawet w najczarniejszych snach się nie spodziewał — dokończył zmartwiony.
Ellen poczuła, że oblewa ją zimny pot. Nie wiedziała, dlaczego to, co powiedział Eamon, tak bardzo ją przeraziło, ale czuła, że wolałaby, żeby nie o to chodziło arlowi. Przełknęła ślinę, siląc się na spokojny ton:
— Zamierzacie umieścić Alistaira na tronie?
— Teagan i ja mamy prawo do tronu przez małżeństwo, ale wyglądalibyśmy na oportunistów nie lepszych od Loghaina. Alistairowi tron należy się ze względu na pochodzenie — wyjaśnił Eamon, potwierdziwszy obawy Ellen.
— A co ze mną? — zirytował się Strażnik. — Czy nikogo nie obchodzi moje zdanie? — spytał, rozkładając ręce.
— Spoczywa na tobie ogromny ciężar, Alistairze. Bez ciebie Loghain zwycięży, a wtedy musiałbym go poprzeć dla dobra Fereldenu. Tego właśnie chcesz? — przedstawił sytuację Eamon.
Jego surowy głos sprawił, że młodzieniec uciekł wzrokiem w bok.
— Ja… ale ja… — spróbował jeszcze, mrużąc z bólem oczy. — Nie, mój panie — poddał się wreszcie, westchnąwszy.
— Widzę tylko jedną możliwość. Zwołam Zjazd Możnych, na którym cała fereldeńska szlachta zgromadzi się w mieście Denerim. Tam Ferelden w ten czy inny sposób zdecyduje o tym, kto będzie rządził — przedstawił swój plan Eamon, uznawszy kwestię dziedzica za rozwiązaną. — Wtedy będziemy mogli zająć się walką z naszym prawdziwym wrogiem. Co ty na to, przyjaciółko? Nie chcę tego robić bez twego błogosławieństwa — zwrócił się do Ellen, uśmiechając się.
Dziewczyna milczała dłuższą chwilę, przetrawiając uzyskane informacje. Nie miała pojęcia, dlaczego tak bardzo nie chciała, by Alistair zasiadał na tronie.
— Co powstrzymuje Loghaina przed zaatakowaniem Redcliffe? — spytała, unosząc wzrok na spokojnego Eamona.
— Jak sądzisz, dlaczego kazał mnie otruć? Chciał się mnie pozbyć, unikając bezpośredniej konfrontacji — wyjaśnił arl. — Jeśli zażądam zwołania Zjazdu Możnych, odrzucenie przez Loghaina kompromisu i atak na Redcliffe uprawdopodabniają tylko wysnuwane przez nas oskarżenia. Jestem pewien, że wolałby, żebym umarł od tej trucizny. Gdyby nie interwencja demona dokładnie tak by się to skończyło — dokończył, kiwając w zadumie głową.
Następnych słów Ellen naprawdę nie chciała wypowiadać.
— Chyba nie mamy innego wyboru — przyznała, starając się nie patrzeć na Alistaira.
Skrycie wierzyła, że Strażnik zrozumie, nie oskarży jej o odwrócenie się od niego.
— Dobrze więc. Wyślę wieści. Jednak zanim przejdziemy dalej, chciałbym przypomnieć o kwestii maga… opiekuna mojego syna. Rozumiem, że wciąż żyje — zmienił temat Eamon, przenosząc wzrok na Teagana.
— Tak. Jest w lochu, bracie — odparł bann, kiwnąwszy głową.
— Przyprowadź go. Chcę go zobaczyć — postanowił Eamon, odwracając się z powrotem do paleniska.
Po wyjściu Teagana w sali zapanowała przejmująca, nieprzyjemna cisza. Ellen nadal nie miała odwagi spojrzeć na Alistaira, dlatego skupiała się na posadzce u swoich stóp. To nie było takie złe rozwiązanie, była pewna, że Strażnik się odnajdzie w nowej roli. Tylko… ona już nie miała tytułu. Coś takiego by ich rozdzieliło, a nie chciała tracić przyjaciela.
Zerknęła na Alistaira przelotnie, pocieszając się myślą, że do Zjazdu Możnych jeszcze daleko, że to dopiero początek wszystkiego.
— Jowan – odezwał się Eamon i dopiero teraz Strażniczka zauważyła, że mag krwi przyszedł z Teaganem. — Nie rozmawiamy teraz o tym, co zrobiłeś. Próbowałeś mnie zabić i wywołałeś straszliwą w skutkach lawinę wydarzeń. Co masz do powiedzenia na swoją obronę?
— Nic, mój panie… poza tym, że jest mi przykro — mruknął cicho wyraźnie umęczony mag, chyląc z pokorą głowę. — Nie spodziewam się litości za to, co zrobiłem.
— Rozumiem — stwierdził Eamon. — Szara Strażniczko, masz coś do powiedzenia w imieniu Jowana? — zwrócił się do Ellen.
Dziewczyna spojrzała na maga i znów poczuła, że robiło się jej go żal. Wszystko to było jego winą – czy raczej jego słabego charakteru. Nie miała pojęcia, co pchnęło go do magii krwi, dlaczego wybrał tak złą drogę, ale widziała, że z natury był dobry. Nie potrafiła nie okazać współczucia oraz miłosierdzia, zwłaszcza że tak wiele zrobił, by pomóc naprawić swoje błędy.
— Stawił czoła demonowi w Pustce i uratował życie Connorowi — oznajmiła twardym głosem, wiedząc, że nikt prócz niej nie wstawi się za Jowanem.
— Rozumiem, że tym samym oszczędził mojej żonie konieczności złożenia samej siebie w ofierze. Ale czy zrobił to wszystko, by ocalić własną skórę? — spytał w zamyśleniu Eamon.
Nie dał jednak czasu na zareagowanie, zaraz kontynuując:
— Jaki wydasz wyrok? Jako strona poszkodowana nie byłbym chyba w stanie okazać mu litości.
Ellen znowu długo milczała, zastanawiając się nad tym, co powinna postanowić. Westchnęła, wiedząc, że nie mogła tak po prostu rozgrzeszyć Jowana.
— Oddaj go Kręgowi Maginów — zdecydowała cichym głosem, zamykając oczy.
— Mądrze powiedziane. I prawdziwe — pochwalił Eamon, uśmiechnąwszy się z zaskoczeniem. — Jowanie, niniejszym oddaję cię pod opiekę wieży Kręgu Maginów. Niechaj Stwórca zmiłuje się nad twą duszą — dodał, przenosząc wzrok na maga.
— Dziękuję, mój panie — mruknął pokornie Jowan, dając się wyprowadzić Teaganowi z komnaty.
Ellen odprowadziła jego zgarbioną sylwetkę wzrokiem.
— Wróćmy do kwestii Zjazdu Możnych. Przyzwanie moich wojsk i zorganizowanie sprzymierzeńców może trochę potrwać. Wolałbym zaczekać ze zwołaniem Zjazdu Możnych, aż wszystko zostanie przygotowane. Proponuję, byście w międzyczasie zajęli się pozostałymi zawartymi przez Szarą Straż traktatami. Jeśli mamy pokonać hordę mrocznych pomiotów, będziemy potrzebować każdego sprzymierzeńca, jakiego uda nam się zdobyć — przekazał ostatnie wytyczne Eamon, powracając do najważniejszego tematu. — Tymczasem odpocznijcie po ciężkiej wędrówce, komnaty gościnne na piętrze są do waszej dyspozycji. Raz jeszcze dziękuję, Strażnicy — powiedział z uśmiechem, skłonił przed nimi głowę, po czym opuścił pomieszczenie, najpewniej zmierzając do brata.
Ellen jeszcze dłuższą chwilę się nie ruszała, zastanawiając się, jak to wszystko mogło się skończyć i czy na pewno była odpowiednią osobą do podejmowania tak poważnych decyzji. Nawet nigdy nie miała zostać teyrnem, to Fergus dziedziczył po ojcu tytuł.
Nie czuła się dostatecznie silna, ale skoro tak wiele osób pokładało w niej nadzieję, musiała iść naprzód. To chyba bolało najbardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz