wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział 1.75 - Brokuły


Na blankach jak zawsze wiał wiatr chłodniejszy niż na dole. Ellen zgarbiła ramiona, chcąc zachować jak najwięcej ciepła, i ostrożnie wyjrzała za krawędź muru, odszukując wzrokiem rozciągający się poniżej jej stóp most. Poczuła, jak ciało przeszywają lodowate dreszcze, zacisnęła zęby i usiadła z powrotem prosto. Doprawdy, po tym wszystkim, co do tej pory przeszła, po każdym okrucieństwie, jakie oglądała na własne oczy, po potwornościach, jakich doznała, nadal bała się wysokości. Uśmiechnęła się kpiąco pod nosem, przymykając powieki. Pewnych rzeczy, najwyraźniej, nie da się w człowieku zmienić.
Niecałą godzinę temu wydała ostatnie tego dnia rozkazy – jej towarzysze mieli udać się do gościnnych komnat i aż do rana leniuchować. Uznała, że wyruszą do Denerim skoro świt, tymczasem dziś mogli odpoczywać do woli. Wszyscy szybko rozeszli się po zamku, zostawiając ją samą, co wykorzystała na wyciszenie. Dlatego przyszła na blanki, wiedząc, że nieważne, ile czasu minie, zawsze będzie wracała do tego miejsca, by pomyśleć – nieważne w jakiej fortecy się znajdzie, jak daleko od domu, bliskich, to się nie zmieni.
Czuła ulgę, że arlowi nic nie było. Do tej pory nie wierzyła, że prochy Andrasty naprawdę go uleczyły – miała trudności z uwierzeniem nawet, że w ogóle znalazła się w tej świątyni i przeżyła wszystko, co tam się działo. Kiedyś, jako mała dziewczynka marząca o wielkiej przygodzie, snuła rozważania, jakby to było, gdyby udało się jej odnaleźć zaginiony artefakt, spotkać groźne, uważane za wymarłe gatunki. Teraz, gdy to wszystko się spełniało, czuła strach. Zastanawiała się, czy nie lepiej by było, gdyby te myśli oraz plany pozostały w sferze marzeń, do której rzeczywistość nie miała wstępu.
Niepewnie puściła się muru i powoli rozłożyła ręce, wstrzymując oddech. Wiatr owinął się wokół jej ramion, przyjemnie przeszywając lekką lnianą koszulę, którą założyła w miejsce zbroi. Uśmiechnęła się, mając wrażenie, że zaraz runie w dół – podparcia ani pod dłońmi, ani pod stopami, zupełnie jakby zawisła w pustce. Przy zamkniętych oczach równowaga szwankowała, ale wiedziała, że gdyby je otworzyła, z pewnością wpadłaby w panikę, dlatego wolała siedzieć w ten sposób.
— Spadniesz.
Zadrżała, otwierając szeroko oczy, przez co nieznacznie się zachwiała.
Nim jednak chwyciła krawędź muru, by się ratować, przybysz delikatnie ją przytrzymał, pomagając odzyskać równowagę. Odetchnęła, opuszczając ręce i zsuwając nogi na bezpieczną stronę blanek. Spojrzała z wyrzutem na stojącego obok Alistaira, marszcząc z niezadowoleniem czoło.
— Zakradanie się i odzywanie znienacka z pewnością mi pomogło — skwitowała zgryźliwie, ale zaraz się uśmiechnęła, poluzowując kurczowy chwyt na murze.
— Myślałem, że mnie słychać. Zazwyczaj poruszam się ze zgrabnością golema — odparł rozbawiony, puszczając ją, kiedy już miał pewność, że nigdzie się nie zsunie.
— Wiatr mi gwizdał w uszach. Zresztą nie przychodzę tu, by czatować, aż ktoś raczy mnie nagle przestraszyć — zauważyła.
— I może tu jest twój błąd — zawyrokował, opierając się na murze obok niej.
Zamilkli, spoglądając w posadzkę u stóp. Ellen starała się zignorować uczucie niezręczności, jakie ją ogarnęło po ujawnieniu się Alistaira, jednocześnie zwyczajnie się ciesząc. Cieszyła się przede wszystkim z tego, że przyjaciel odzyskał dobry humor i nie miał jej za złe poparcia decyzji Eamona. Chociaż wiedziała, tak w głębi serca, że wolałaby tego nigdy nie zrobić.
— I jak tam? — rzuciła wreszcie nieporadnie, uśmiechając się niepewnie.
Alistair spojrzał na nią zaskoczony, unosząc brew. Przyglądał się jej chwilę z zainteresowaniem, przez co Strażniczka poczuła się jak interesujący okaz zwierzęcia wypuszczony na wybieg. Odwróciła wzrok, pochmurniejąc.
— Właściwie o co dokładnie pytałaś? — odezwał się, posyłając jej pogodny uśmiech.
— O… — zaczęła, gdy nagle zorientowała się, że sama nie wiedziała. — O wszystko — dokończyła po krótkim wahaniu.
— Nie mogę uwierzyć, że udało nam się uratować arla. Że dotarliśmy do jakiejś zapomnianej przez świat świątyni, przeszliśmy najdziwniejszą w moim życiu Próbę, a potem zabraliśmy stamtąd prochy Andrasty. To brzmi tak, jakbyśmy wypili za dużo krasnoludzkiego piwa i mieli wspólny sen — podsumował rozbawiony, wzruszając ramionami.
Ellen zachichotała, wyobrażając sobie ich groźną oraz potężną drużynę leżącą pokotem wśród stołów i krzeseł, zmożoną ilością trunku. Pokiwała głową, poważniejąc.
— Racja. Ale się udało, to najważniejsze. Teraz, kiedy w końcu mamy jakiegoś sojusznika przeciwko Loghainowi, powinno być łatwiej — stwierdziła. — Może ktoś jeszcze nam uwierzy. Może Fereldeńczycy nie są aż tak ślepi i głupi, jak by się zdawało — podsumowała nieznacznie zirytowana.
— Ech, tak — zgodził się niechętnie, markotniejąc.
— Masz mi za złe? — szepnęła, domyśliwszy się, co zgasiło uśmiech na jego ustach.
— Co? Że dzisiejsza zupa była przesolona? — zainteresował się, przenosząc na nią spojrzenie. — Że zrobiła mi się dziura w koszuli? Czy że mam obity tyłek od tylu godzin jazdy wierzchem? — wyliczył, znów się uśmiechając.
— Nie denerwuj mnie — poprosiła, wywracając oczami. — Wiesz, o co mi chodzi.
— No właśnie nie do końca — stwierdził, unosząc brwi z rozbawionym uśmiechem. — A może chodzi ci o coś bardziej zamierzchłego? Na przykład o zabranie ze sobą Morrigan? — podsunął, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
— O Zjazd Możnych — warknęła ostrzej, niż planowała.
— A, o to — westchnął.
— O to.
— To nie była twoja decyzja. I nie ty to wymyśliłaś — zauważył, już na nią nie patrząc, teraz drzwi prowadzące z powrotem do zamku były ciekawsze.
— Ale ja się na to zgodziłam — przypomniała, garbiąc ramiona.
— Nie miałaś wyboru. Ja też nie mam — skwitował, dopiero teraz na nią spojrzawszy. — Prędzej czy później to by wyszło, w ten czy inny sposób. Stało się tak, bo tak wygląda nasza sytuacja, trudno. Trzeba sobie z tym poradzić — westchnął.
Ellen pokiwała tylko głową, nie mając siły, by ciągnąć tematu. Jeśli nie był na nią zły, to dobrze. Na razie lepiej nie myśleć o tym, że prędzej czy później świat stanie między ich przyjaźnią. Nie chciała tracić ostatniej osoby, która była jej tak bliska, ale czasami nie istniał żaden inny sposób na ocalenie więzi.
— Ellen… — zaczął Alistair, a jego głos zabrzmiał nagle bardzo niepewnie.
Uniosła na niego wzrok, czekając, aż powie coś więcej.
— Wiesz, chciałem… — dzielnie kontynuował, unikając jej spojrzenia.
Nie udało się mu dokończyć, drzwi na blanki stanęły otworem, w progu pojawił się zdyszany Zevran. Strażniczka spojrzała zdumiona na elfa, unosząc brwi, Alistair natomiast zamilkł, pochmurniejąc. Dziewczyna tego nie zauważyła, odepchnęła się od muru i podeszła do idącego do niej skrytobójcy.
— Coś się stało? — spytała zaniepokojona, marszcząc czoło.
— Świat na razie jeszcze nie wali się w posadach, ale twoja pomoc przyda się w kuchni — wydusił, zmęczony biegiem po schodach aż na blanki.
— W kuchni? Moja? — zdumiała się szczerze.
Jej zdolności kulinarne były dość… marne. Prawdopodobnie gdyby dać jej do tego sposobność, przypaliłaby wodę na herbatę.
— Shegar stwierdził, że jest głodny — wyjaśnił Zevran, uśmiechając się do Strażniczki. — Sten próbował go wygonić, ale skubaniec się nie daje. Chyba tylko ty możesz mu z czystym sumieniem nakopać do zadu.
— Och, co za potwór — jęknęła Ellen; ostatnim, na co miała ochotę, to użeranie się z kochanym mabari. — Przepraszam, Alistairze, powiesz mi później, dobrze? — poprosiła, oglądając się na przyjaciela.
Uchwyciła jego spojrzenie i poczuła się bardzo dziwnie, trochę winna, jakby uciekała przed odpowiedzialnością, a nie ruszała z odsieczą do kuchni.
— Jasne, nie przejmuj się — stwierdził i uśmiechnął się do niej.
Skinęła powoli głową, nie zdążyła jednak zastanowić się nad tym, dlaczego wydał się taki sztuczny, bo Zevran złapał ją za łokieć i pociągnął zniecierpliwiony na schody. Ellen sapnęła zaskoczona i potknęła się o własne nogi.
— Trochę szacunku dla przywódczyni! — prychnęła, by zaraz zaśmiać się cicho i w towarzystwie elfa wrócić do zamku.

— Shegar! — krzyknęła zdenerwowana, ledwie stanęła w progu kuchni.
Wojujący ze sobą mabari oraz qunari zastygli, Sten zgięty wpół, próbujący chwycić przebiegającego między jego nogami psa, a sam ogar przyczajony tuż przy posadzce, z wywalonym na wierzch jęzorem.
— Co ty wyrabiasz, zwierzaku? — spytała, podpierając się pod boki. — Noga.
Shegar zaskomlił i podszedł do pani, szorując brzuchem po posadzce. Wściekła oraz przestraszona zarazem kucharka odetchnęła, opierając się nieco bezwładnie o blat stojącego za nią stołu. Sten wyprostował się powoli, otrzepując ręce z sierści mabari, którą udało mu się wyrwać, kiedy się z psem szarpał.
— Jesteś bezczelny — uświadomiła ogara Ellen, patrząc na niego karcąco.
Shegar wywalił się na plecy, odsłaniając w pełnej pokorze jasne brzuszysko. Strażniczka westchnęła, wywróciła oczami i podrapała psa na wysokości żeber, samej już nie wiedząc, czy była bardziej rozbawiona, czy zdenerwowana. Mabari zapiszczał jak uradowane szczenię.
— Przepraszam za niego — zwróciła się do kucharki Ellen, uśmiechając się ze skruchą. — I dziękuję, Stenie, za interwencję — dodała, przenosząc wzrok na qunari.
— Proszę bardzo — odparł, ruszając do wyjścia z kuchni.
Shegar popatrzył za nim, nastawiając ucho.
Strażniczka w tym czasie przeszła nad rozłożonym u jej stóp psim cielskiem i rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając czegoś, czym dałoby się zapchać jej pupila.
— Czy mogę mieć prośbę? — spytała, zatrzymując się nieopodal kucharki.
Shegar przyczłapał za panią, nadal pokornie skulony, z podwiniętym ogonem. Ellen chwilowo go zignorowała, uśmiechając się do kobiety. Kiedy ta skinęła głową, Strażniczka odetchnęła.
— Czy dałaby pani mojemu potworowi jeść razem z innymi waszymi ogarami? Albo poprosiła o to kogoś, kto się tym zajmuje — poprosiła.
Kucharka się zgodziła, zatem dziewczyna wyprowadziła Shegara z kuchni i ruszyła do głównej sali, nie mając za bardzo pomysłu odnośnie tego, co mogłaby teraz porobić. Nagle, kiedy nie walczyli o przeżycie i nie ratowali świata bądź wioski, strasznie się nudziła. Powoli zaczęło docierać do niej, że powrót do normalności będzie niemożliwy, że najprawdopodobniej udusi się spokojnym, bezpiecznym życiem.
To ją trochę przestraszyło, usiadła na ławce zafrapowana i potrząsnęła do samej siebie głową. Głupoty, po prostu teraz była w gościach, dlatego nie wiedziała, co ze sobą zrobić. We własnym domu zawsze znalazłoby się zajęcie. Shegar położył się przy jej nogach, westchnął głęboko i najzwyczajniej w świecie zasnął. Ellen uśmiechnęła się łagodnie, obserwując zadowolonego z życia pupila.
Wreszcie uznała, że wyjdzie na dziedziniec. Siedzenie w zamku mijało się z celem, dzień był jeszcze młody, więc mogła trochę pozwiedzać. Cichutko podniosła się z miejsca, przeszła nad pochrapującym Shegarem i skierowała się do wyjścia, uważając, by nie narobić hałasu i nie obudzić psa. Wyślizgnęła się przez główne drzwi, zamknęła przejście za sobą i odetchnęła orzeźwiającym powietrzem Redcliffe, opierając się na deskach.
Na dziedzińcu kręcili się gwardziści, z lewej strony odbywali treningi szermiercze, po prawej przywiązali konie, by zwierzęta mogły swobodnie skubać trawę. Tylko Taika kręciła się luzem po placu, omijając ludzi i łypiąc na inne zwierzęta. Okrzyki mężczyzn mieszały się ze szczękiem mieczy, od strony wioski dolatywał zapach pieczonego ciasta.
Ellen uśmiechnęła się szeroko, ruszając w dół schodów. Kiedy już miała podejść do swojej klaczy, dostrzegła siedzącą w cieniach murów Shale. Przystanęła, przyglądając się golemowi; zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, zabierając ją ze sobą, czy może lepiej by było, gdyby poszła w swoją stronę. Nie wyglądała teraz na szczęśliwą.
W końcu przełamała się i zbliżyła się do niecodziennej towarzyszki, obdarzając ją uśmiechem. Shale łypnęła na nią krótko i odwróciła wzrok.
— Ekhm — chrząknęła zakłopotana Ellen, siadając obok. — Czy to w twojej skórze to kryształy? — zaryzykowała pytanie, przyjrzawszy się lśniącym kamieniom tkwiącym w ciele golema.
— Lubię myśleć o nich jako o „dodatkach” — sprostowała Shale, a jej głos z nieprzyjemnie szorstkiego stał się pełen zadowolenia.
Pokrzepiona tą reakcją Strażniczka uśmiechnęła się pewniej, uznawszy, że ten temat był bezpieczny. Czuła się trochę jak podczas pierwszych rozmów z Morrigan.
— Do czego służą? — dociekała, przekrzywiwszy głowę.
— Podejrzewam, że to forma sztuki praktykowana, gdy golemy były bardziej… rozpowszechnione — stwierdziła Shale. — Mój dawny pan gromadził wszelką wiedzę na ten temat. Szukał kryształów jak świat długi i szeroki, a później je… zamontował. Nie jest to niemiłe uczucie — podsumowała, wyraźnie zadowolona.
— A więc są pochodzenia krasnoludzkiego — bardziej stwierdziła, niż zapytała Ellen, potarłszy w zamyśleniu nos.
W końcu golemy zostały stworzone przez krasnoludy, zatem każdy wynalazek, który miał wpływać na te kamienne olbrzymy, najpewniej wyszedł bezpośrednio od nich. Dziewczyna zastanowiła się, jak wyglądały podziemne miasta krasnoludów – niewiele wiedziała o tych mieszkańcach Thedas, dopiero teraz dostrzegała, jak wąskie horyzonty miała szlachta. Niedługo jednak czegoś się dowie, w końcu lada dzień wyruszą do Orzammaru, by pozyskać sojuszników.
— Tak mi się wydaje — potwierdziła przypuszczenie Strażniczki Shale. — Mój pan lubił przeszukiwać ruiny w Głębokich Ścieżkach i handlował z innymi, którzy to robili — wyjaśniła, wzruszając ramionami. — Z tego, co zrozumiałam, kryształy pozwalają mi… zmieniać przepływ magii w otoczeniu. Wilhelm miał nadzieję przerobić mnie na pełen many akumulator, czyli coś, z czego mógłby w dowolnej chwili czerpać energię magiczną — dodała, z trudem sobie to przypominając.
Ellen spojrzała na nią zdumiona, potem przyjrzała się kryształom.
— Udało mu się? — spytała niepewnie.
— Właściwie to nie, choć, jeśli się zastanowić, to podejmowane przez niego próby mogły wywołać te moje… zakłócenia — zauważyła Shale, podrapawszy się w głowę; najpewniej chodziło jej o incydent, w którym jej pan zginął. — Niektóre kryształy zwiększają zapas many, inne absorbują lub odbijają zaklęcia… są różne ich rodzaje — wyliczyła. — Mogę obiecać, że jeśli znajdzie taki kryształ, najprawdopodobniej będę jej mogła powiedzieć, do czego służy i co by się stało… gdyby go na mnie zamontować — stwierdziła, teraz zwracając się już do Strażniczki.
Dziewczyna przywykła do tego, że golem mówił do niej w trzeciej osobie, nawet ją to śmieszyło. Dlatego uśmiechnęła się do kamiennej olbrzymki.
— Zgodziłabyś się na to? — spytała, nie chcąc robić niczego wbrew woli Shale.
Nie zamierzała sprowadzić ją znowu do poziomu niewolnika, jakim była, kiedy różdżka jeszcze działała.
— Czemu nie? — rzuciła niedbale. — W końcu w przeciwieństwie do was nie noszę ubrań ani innych ozdób — dodała z lekką irytacją. — Rozumiem, że to wystarczy za odpowiedź na tej pytanie? Chyba że ma ich więcej — mruknęła.
— Nie, nie mam ich więcej — zapewniła rozbawiona Strażniczka i podniosła się z ziemi, otrzepując spodnie z żółtawej trawy.
Pomachała Shale i ruszyła do swojej zdecydowanie znudzonej klaczy, zamierzając się nią zająć. Potem rozejrzy się za następnym zajęciem – do ranka następnego dnia zostało jeszcze tak dużo czasu, że Ellen nie wiedziała, co mogła poradzić na tę bezczynność.

Kolacja była smaczna. Nie jedli razem ze wszystkim, rodzina arla przebywała w czasie posiłku w innym pomieszczeniu, im natomiast przydzielono osobną komnatę. Nie narzekali, w końcu już dawno nie jedli w tak wytwornych warunkach. Z tego powodu niewiele rozmawiali, zajmując się prostymi, ale wyjątkowo dobrymi potrawami, jakie im podano. Mimo że Alistair gotował całkiem smacznie, ciągłe żywienie się gulaszami czy innymi potrawkami w końcu się nudziło, tu natomiast mieli duży wybór.
Ellen w końcu dostrzegła, że jedzenie Leliany znikało zbyt szybko jak na możliwości łuczniczki. Zmarszczyła czoło, przekrzywiła głowę, przyglądając się przyjaciółce, aż wreszcie zrozumiała, co było powodem wzmożonego opróżniania talerza.
— Leliana — mruknęła karcąco.
— Tak? — odparła pogodnie, zupełnie niezrażona tonem Strażniczki.
— Rozbestwisz go — skwitowała, kręcąc głową z dezaprobatą.
— Jakby teraz nie był rozbestwiony — parsknęła Morrigan, która nadzwyczaj szybko zrozumiała, o kim panie rozmawiały.
— No bardzo śmieszne — zwróciła się do niej Ellen, by zaraz skupić się na Lelianie. — Przestań go dokarmiać, bo potem nie da nam żyć — poprosiła, powracając do przerwanego posiłku.
— W pierwszej chwili myślałem, że mówicie o naszej templariuszynie — stwierdził rozbawiony Zevran, uśmiechając się szeroko.
Strażniczka skrzywiła się, nie wiedząc, czy się z tego śmiać, czy załamać się nad wyobraźnią ich ulubionego elfa.
— Nie osłabiaj mnie, Zev — poprosiła i zachichotała mimowolnie.
— Racja, wyjątkowo zabawne — skwitował zirytowany Alistair i rzucił skrytobójcy bardzo nieprzychylne spojrzenie.
— Ciebie też możemy, Alistairze, pokarmić — zaproponowała wesoło Leliana, posyłając Strażnikowi szeroki uśmiech.
— Ja chcę, ja! — zawołał coraz bardziej rozbawiony Zevran, unosząc rękę. — Ellen, nakarm mnie — poprosił, pochylając się do dziewczyny z otwartymi ustami oraz zamkniętymi oczami.
Strażniczka zmarszczyła oburzona czoło, podczas gdy Wynne wzdychała ciężko nad towarzyszami i kręciła z niedowierzaniem głową. Gdyby świat wiedział, jacy oni wszyscy byli prywatnie, nigdy nie pokładałby w nich nadziei!
Ellen tymczasem wypatrzyła ładny, dorodny brokuł, nabiła go na widelec i wepchnęła głodnemu Zevranowi do ust, uśmiechając się z przekąsem.
— Bardzo proszę — oznajmiła, powracając do własnego posiłku.
Elf wyprostował się, chwilę żuł jedzenie w skupieniu, by zaraz niemiłosiernie się skrzywić i z trudem przełknąć. Spojrzał na Strażniczkę zdegustowany.
— Co to było? — parsknął.
— Brokuł. Nie lubisz? — zdziwiła się prawie szczerze, przekrzywiając głowę.
— Jestem pewien, że w ten sposób Zakon nawracał niewiernych. Karmił ich brokułami — stęknął, zaraz popijając zielone warzywo.
— Nie przesadzaj, brokuły są dobre — sprzeciwiła się Ellen, wzruszając ramionami.
Leliana spojrzała na Strażniczkę, potem na wyjątkowo zirytowanego z powodów bliżej nieokreślonych Alistaira, westchnęła i poklepała młodzieńca po ramieniu.
— A ty lubisz brokuły? Ellen, sprawdźmy — zaproponowała łuczniczka, uśmiechając się szeroko.
Dziewczyna spojrzała na przyjaciela i poczuła, że się rumieni. Miałaby go nakarmić? W życiu! Znaczy, nie żeby to ją odrzucało, po prostu… nie i już. To się nie godzi, on był Strażnikiem i w ogóle. Dlatego wzięła do ręki półmisek z brokułami i podsunęła go pod nos Alistaira, uśmiechając się niepewnie.
— Masz — rzuciła, stawiając go obok talerza przyjaciela.
— Dzięki, z pewnością sam go opróżnię — mruknął nie do końca pogodnie i zajął się przerwaną na czas rozmowy kolacją.
Leliana westchnęła ciężko, rzuciła leżącemu pod stołem Shegarowi kawałek szynki, po czym sama powróciła do jedzenia, uznawszy, że jednak niczego tu nie wskóra. A bardzo by chciała! Trafili się jej twardzi zawodnicy.
W końcu wszyscy po kolei kończyli posiłek, zaczęli się rozchodzić, by przygotować się do snu. Jutro z samego rana wyruszali w dalszą drogę, należało odpocząć, w końcu podczas podróży powinni być czujni, nie zaspani. Ostatnie w sali zostały dwie osoby – nadal jedząca Ellen i zamyślona Wynne zapatrzona w okno. Dziewczyna co chwilę zerkała na staruszkę, rozprawiając się z kolejną porcją, aż wreszcie uznała, że należało się odezwać.
— Możesz już iść — zapewniła, przełknąwszy kęs, który miała w ustach. — Nie będziemy sprzątać, zrobią to służący — dodała, uśmiechając się do czarodziejki.
— Tak, wiem — odparła, kiwnąwszy głową. — Pomyślałam tylko, że dotrzymam ci towarzystwa — wyjaśniła, przenosząc wzrok na Strażniczkę.
Ellen uniosła zaskoczona brwi.
— Mnie? Znaczy, dziękuję — poprawiła się zakłopotana, odgarnęła krótkie włosy za uszy i znów zabrała się do kolacji, tym razem jednak z mniejszym przekonaniem.
Po chwili przestała nawet odczuwać uważny wzrok Wynne.
Znów naszły ją wątpliwości, czy była osobą odpowiednią, by o wszystkim decydować, by prowadzić tak ważne osoby i wreszcie – by walczyć o przyszłość. Była tylko najmłodszym dzieckiem teyrna Wysokoża, w dodatku nawet nie synem, a córką. Co dobrego mogła zrobić, nie dysponując żadnym doświadczeniem, bazując tylko na instynkcie? A wreszcie… czy naprawdę powinna być tym Szarym Strażnikiem, który w ich bardzo małym bractwie dowodził? Alistair posiadał większe doświadczenie, był szkolonym wojownikiem, co więc ona robiła na przedzie każdego pochodu?
Ciągle tylko ciężkie decyzje, ratowanie ludzkich żyć, bronienie słabszych i walka, by jutro wypełnione było promieniami słońca oraz śmiechem dzieci, by wszystko pozostało w równowadze. Nie wiedziała, jak długo zdoła dźwigać ten ciężar, czy przypadkiem gdzieś po drodze, przy kolejnym potknięciu, upadnie i już nie wstanie.
— Co cię trapi? — spytała Wynne, wyrywając Strażniczkę z ponurych rozmyślań.
Dziewczyna uniosła głowę, spojrzała na łagodnie uśmiechniętą czarodziejkę i odetchnęła, odkładając widelec. Chwilę zastanawiała się, czy może jeszcze wziąć kolejną porcję, ale ostatecznie odsunęła od siebie pusty talerz.
— Myślałam właśnie o tym, jak to jest być Szarą Strażniczką — przyznała powoli.
Jeśli nie poszuka w kimś wsparcia, wywróci się szybciej, niż przypuszczała. Może czas przestać dusić cały strach i wszystkie słabości w piersi, może wreszcie powinna zaufać tym, z którymi walczyła o lepsze jutro?
— Hmm… — mruknęła Wynne, splatając ze sobą dłonie i opierając na nich brodę.
Spojrzała na Ellen uważnie.
— I do jakich wniosków doszłaś? — spytała, dezorientując zafrapowaną dziewczynę.
Strażniczka zerknęła na nią oszołomiona, zaraz zapatrując się w blat stołu. Wnioski, wnioski… do jakich doszła? Do żadnych. Stała w miejscu przez cały ten czas, nadal nic nie wiedziała o brzemieniu, jakie Strażnicy nosili, szła na ślepo. Mogłaby spytać Alistaira… ale chyba bała się odpowiedzi.
Ciągle tylko czegoś się bała.
— Sama nie wiem — wyznała, wzruszając z irytacją ramionami. — Po prostu jest mi czasem ciężko — dodała ciszej, unikając wzroku Wynne.
— Jesteś jednym z dwóch ostatnich Szarych Strażników w Fereldenie — przypomniała surowym głosem czarodziejka. — Masz za zadanie bronić nas wszystkich, na twych barkach spoczywa wielka odpowiedzialność. Może niewiele to dla ciebie znaczy, ale dziękuję — stwierdziła niespodziewanie, jej ton stał się na powrót łagodny. — Za to, że masz odwagę, by walczyć dalej.
Ellen spojrzała na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, czując, jak w jej piersi rozlewa się przyjemne ciepło. Nigdy nie pomyślała, że ktokolwiek zauważał poświęcenie i wysiłek, który razem z Alistairem wkładali w to wszystko. Powoli zaczęło do niej docierać, że chociaż stała przed niewyobrażalnie trudnym zadaniem prawdopodobnie mającym skończyć się przegraną, nie była sama. Póki walczyła dla kogoś, miała wdzięczność ludzi, którym pomogła, a wreszcie… był jeszcze Alistair.
Niósł to brzemię razem z nią. I najpewniej poniesie aż do ostatniego starcia.
— Będę gotowa, gdy przyjdzie pora — szepnęła, nie mając pewności, czy Wynne zrozumie, o co jej chodziło.
Najważniejsze, że sama to wiedziała.
— I to właśnie daje mi nadzieję — przyznała czarodziejka, wstając od stołu.
Opuściła komnatę w ciszy, zostawiając Ellen z jej własnymi myślami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz