piątek, 8 lutego 2013

Rozdział 1.76 - Niespodziewany prezent


Najgorsze były sny z udziałem pomiotów. Czasami wydawały się komiczne i pozbawione sensu, innym razem przyprawiały o dreszcze przerażenia, sprawiając, że budziła się w środku nocy zlana zimnym potem. Nikomu jednak nie życzyła, by w koszmarach kiedykolwiek ujrzał arcydemona – strach, jaki czuło się przy spotkaniu z tym olbrzymim, splugawionym smokiem, był nie do opisania. Nigdy nie lubiła bezradności, tymczasem w obliczu tego potwora nie pozostawało nic poza właśnie okropną odrętwiającą niemocą. Najbardziej bała się momentów, kiedy jego puste rybie ślepia zwracały się na nią, jakby ją ujrzały.
Tej nocy także obudziła się zdyszana oraz przestraszona, kurczowo wbijając palce w kołdrę, którą się okryła. Na dworze było jeszcze ciemno, do wschodu została co najmniej godzina, ale Ellen wiedziała, że już nie zaśnie. Z trudem złapała oddech i przesunęła się wyżej na materacu, podciągając pod siebie kolana. Śpiący w nogach Shegar sapnął, jego łapy poruszyły się charakterystycznie, jakby biegł.
Dziewczyna przeciągnęła dłonią po twarzy, próbując się uspokoić.
— Tobie przynajmniej śnią się łączki i zajączki — rzuciła z wyrzutem do psa, przeczesując palcami mokre od potu włosy. — Zamieńmy się kiedyś — dodała, zaraz opierając czoło na kolanach i obejmując nogi ramionami.
Lada moment będzie trzeba się zbierać do wyjazdu, nie widziała sensu w ponownym zasypianiu. Poczeka sobie w ciszy, otulona aksamitną ciemnością, aż służąca przyjdzie ją budzić – arl obiecał, że dopilnuje, by ktoś przypomniał im o wczesnym wyjeździe.
Prawdę mówiąc, Ellen chciała opuścić zamek jak najszybciej. Czuła się trochę jak intruz, nieswojo, jakby przeszkadzała w czymś osobistym. Tak dawno nie była wśród szlachty, że rzeczywiście zapomniała, jak się w takim towarzystwie obracać. Las oraz bezdroża stanowiły o wiele lepszą kompanię. No i jej przedziwni przyjaciele.
Przesiedziała tak długo, jednak bezczynność wyjątkowo jej nie irytowała. Spoglądała w zamyśleniu w widoczne za oknem niebo, obserwowała jego rozjaśniającą się barwę i nasłuchiwała kroków na korytarzu. Nie chciała zrywać pozostałych zbyt wcześnie, mieli prawo do odpoczynku, to tylko jej problem, że nękały ją koszmary po nocach. Uśmiechnęła się do Shegara, kiedy ogar przeciągnął się z zadowolonym sapnięciem. Temu to dobrze, nic go, tak naprawdę, nie obchodziło. Chyba że chciał, by go obchodziło.
Zauważyła kątem oka ruch klamki w półmroku, przeniosła wzrok na drzwi, przyglądając się wchodzącej do środka służącej. Młoda kobieta zamknęła za sobą przejście, patrząc pod nogi, by się o nic nie potknąć, i dopiero po chwili uniosła wzrok na gościa, którego miała budzić. Krzyknęła cicho, przestraszona widokiem obudzonej Couslandki, i przycisnęła dłoń do piersi, jakby miała dostać zawału.
— Spokojnie — mruknęła łagodnie Ellen, uśmiechając się do służki.
— Arl kazał cię obudzić, Szara Strażniczko — stwierdziła półgłosem kobieta, przyglądając się dziewczynie z przestrachem.
— Dziękuję. Możesz już iść, zajmę się moimi towarzyszami — obiecała, odrzucając kołdrę z nóg i wstając.
Zimno posadzki ukąsiło ją w bose stopy. Skrzywiła się i przemknęła na dywanik pod oknem, przy którym znajdował się stojak na zbroje oraz jej robocze ubranie. Obejrzała się przez ramię, uśmiechając się do zmartwionej kobiety, i zaczęła ściągać pancerz na parapet.
— Pomóc ci, Strażniczko? — zaofiarowała się służka.
— Nie trzeba, poradzę sobie — zapewniła ją i skinęła grzecznie głową, uśmiech nie schodził jej z ust. — Możesz już iść, nie przejmuj się tak nami.
Wreszcie kobieta opuściła komnatę, co Ellen przyjęła z ulgą. Dość sprawnie poradziła sobie z nałożeniem wszystkich elementów zbroi, jednak odkryła, że samodzielnie nie da rady zapiąć niektórych rzemieni. Westchnęła ciężko, zrezygnowana. Właściwie i tak nie zgodziłaby się, żeby służka jej pomagała, po prostu… wolała nie.
Podeszła do Shegara i klepnęła go nagląco w zad. Pies sapnął i warknął, obracając się na drugi bok. Nie zamierzał nigdzie się stąd ruszać. Ellen natomiast nie zamierzała pozwolić mu na dłuższe leniuchowanie.
— Wstawaj, darmozjadzie, idziemy — rozkazała i pociągnęła pupila za ucho, ostatecznie wygrywając z jego zaspaniem.
Shegar otworzył ślepia, spojrzał na właścicielkę niechętnie, ale zwlókł się z łóżka i poczłapał do drzwi, co krok rozciągając jedną łapę.
Strażniczka pokręciła rozbawiona głową, zaścieliła łóżko i ruszyła na korytarz, by obudzić pozostałych przyjaciół. Im wcześniej wyjadą, tym szybciej znajdą się w Denerim, a stamtąd będą mogli udać się do następnych sojuszników.
Nikt nie sprawiał problemów przy budzeniu. Zaspani czy nie, wstawali i zabierali się do przygotowań przed wyjazdem, co Ellen bardzo ucieszyło. Jeszcze by brakowało kłopotów przy zrywaniu przyjaciół z łóżek, pewnie by wyjechali koło południa. Najdłużej zabawiła u Leliany, która pomogła jej dopiąć ostatnie rzemienie zbroi, potem zarządziła zbiórkę we wczorajszej jadalni. Nikt nie protestował.
Okazało się, że na stole czekał na nich cały półmisek przekąsek. Ellen uśmiechnęła się zaskoczona, bo nie sądziła, że ktokolwiek jeszcze pomyśli o nakarmieniu ich. Niecałe pół godziny zajmowali się śniadaniem, które zniknęło naprawdę szybko i to wcale nie z powodu tego, że się spieszyli. Strażniczka po ósmej przekąsce na chwilę przerwała jedzenie, by uzmysłowić wszystkim, jakie były plany na najbliższe dni.
— Wyruszamy do Denerim — obwieściła, uśmiechając się.
— Do Denerim? — zdziwił się Alistair, uniósłszy brwi. — Czego potrzebujemy aktualnie z Denerim? Z Redcliffe mamy blisko do Orzammaru.
— Potrzebujemy porządnego kowala, Alistairze — wyjaśniła Ellen, wzruszając ramionami. — Nasz sprzęt niedługo się rozpadnie, a gdzie znajdziesz lepszego fachowca niż w Denerim? Poza tym jest kilka innych spraw do załatwienia, przy okazji uzupełnimy zapasy i takie tam — postanowiła, uśmiechając się.
— Nadłożymy drogi — przypomniał Strażnik.
— Jeśli się pospieszymy, w plecy będziemy mieć nie więcej niż pięć dni. Liczę na przejazd do i ze stolicy po dwa dni, plus-minus jeden — oznajmiła, otrzepując dłonie z okruszków chleba. — Dobra, chodźmy do koni, szkoda czasu — postanowiła, ruszając do wyjścia z jadalni.
Pozostali podążyli za nią, nie dyskutując. Przede wszystkim dlatego, że nadal bardziej spali, niż się obudzili. Opuścili zamek arla dość szybko, Strażniczka zatrzymała się tylko raz, napotkawszy jedną ze służących. Poprosiła, by kobieta przekazała Eamonowi podziękowania oraz pozdrowienia dla rodziny, po czym dołączyła do szykujących konie przyjaciół.
— Chodź, Shale, zbieramy się — rzuciła do golema, który przez całą noc nie ruszył się ze stanowiska przy schodach.
— Skoro ta nalega — westchnęła Shale, podnosząc się z ziemi.
Taika zarżała radośnie na widok Ellen i ruszyła do niej kłusem, nastawiając uszy. Strażniczka poklepała klacz po szyi, pobieżnie sprawdziła, czy nic sobie nie zrobiła przez noc, po czym skierowała się do odłożonego z boku dziedzińca sprzętu. Dzika podreptała za amazonką, zwieszając grzecznie łeb. Dziwny pochód zamykał nadal rozespany Shegar, który truchtał z wywalonym na wierzch jęzorem.
Nabyta w czasie podróży wprawa pozwoliła im szybko przygotować wierzchowce i chwilę później strażnicy pilnujący bramy podnosili kraty, by grupa mogła opuścić teren zamku. Taika rwała się do galopu, jednak Ellen nie pozwoliła jej szarżować, dzięki czemu wyjechali z Redcliffe spokojnym, równym tempem. Niedługo potem ogarnął ich przyjemny chłód lasu, w którym nadal jeszcze gościła ciemność, choć słońce powoli już wstawało.
Mieli do pokonania długą drogę, dlatego dziewczyna uznała, że powinni się pospieszyć – nie chciała jednak forsować towarzyszy, póki do końca się nie rozbudzili. Po wyjechaniu z niedużego lasku zdecydowała się narzucić szybsze tempo. Wolała znaleźć się w okolicy zniszczonego Lothering przed zachodem słońca, by gdzieś tam rozbić obóz.
Nie łudziła się, że jednego dnia dotrą na miejsce, ale nie należało się grzebać z podróżą. Poza tym po głowie chodził jej pewien pomysł – pamiętała o obietnicy złożonej Morrigan, a kiedy będą bliżej Głuszy niż teraz?

Tak, jak szacowała, wieczorem znajdowali się już kawałek za Lothering. Strażniczka zarządziła postój, co jej towarzysze przyjęli z ulgą. Cały dzień wyczerpującej wędrówki robił swoje, nie marzyli o niczym innym, tylko o ciepłym posiłku – nawet jeśli miałby to być znowu gulasz – oraz przespaniu się na kawałku ziemi.
Obóz rozstawili sprawnie, podzieliwszy się między sobą zadaniami, i niedługo potem, bo niecałą godzinę, siedzieli wokół płonącego ogniska, obserwując szykującego kolację Alistaira. Przyglądanie się młodzieńcowi było na tyle pasjonujące, że wszyscy zaczęli się rozglądać za twórczym zajęciem, bo Strażnik robił niewiele więcej prócz mieszania drewnianą łyżką w garnku z gulaszem. Wiwat gulasz.
Ellen, znudzona do granic możliwości, ostatecznie przesiadła się w pobliże Zevrana. Oparła głowę na rękach, westchnęła niczym męczennica, po czym zastanowiła się, o czym mogłaby z elfem porozmawiać.
— Opowiedz mi o swoich przygodach — poprosiła zdesperowana, obracając głowę tak, by widzieć skrytobójcę.
Zevran spojrzał na nią bezbrzeżnie zdumiony, unosząc brwi. Chwilę tak przyglądał się Strażniczce, jakby czekał, że zapewni go o kiepskim żarcie, po czym parsknął niedowierzającym śmiechem.
— Przygodach? — Zachichotał serdecznie. — Nie jestem chyba starcem, który dopiero wrócił zza oceanu? — rzucił, kręcąc głową. — Mam wygrażać pobliskim dzieciom, opowiadając o starych, dobrych czasach? — spróbował się upewnić, wyciągając przed siebie nogi, by je rozprostować.
— Zdecydowanie mówisz tak, jakbyś już przeżył wiele przygód — skwitowała.
Zauważyła, że Alistair spojrzał w ich stronę znad ogniska, dlatego uśmiechnęła się do niego i mu pomachała, przymrużając oczy.
— Przygodą jest upadek ze schodów — sprostował Zevran, obserwując Strażniczkę z pełnym przekąsu uśmiechem. — Wylądowanie w czyimś łóżku? To też przygoda — odpowiedział, coraz bardziej zadowolony z tego, że triumfował nad Ellen. — Rozumiem, że tobie chodzi o anegdoty z życia zawodowego. Zobaczmy — zgodził się wielkodusznie, wzdychając. — Moje drugie zlecenie dla Kruków było dość intrygujące. Wybrano mnie, bym zabił maga, który za bardzo zaangażował się w politykę — zaczął opowieść, oparłszy łokcie na kolanach.
— Za drugim razem? — spytała zaskoczona Ellen.
Magowie to zazwyczaj twarde sztuki. Jeśli to było dopiero drugie zlecenie Zevrana, ryzykował naprawdę wiele, porywając się na takiego przeciwnika. Mógł stracić głowę. Albo coś równie ważnego w codziennym życiu – i nawet by się nie zorientował, kiedy by mu to oderwano bądź odrąbano.
— Cóż, to był tylko jeden mag — rzucił Zevran, wzruszając ramionami. — Może nie taka łatwizna jak zabłąkany Szary Strażnik czy dwóch, ale zawsze — dodał złośliwie, uśmiechając się do Ellen znacząco.
Dziewczyna prychnęła i szturchnęła go łokciem w żebra, wywracając oczami.
— Jak się okazało, ów mag był uroczą, młodą kobietą. O ile pamiętam, miała długie, wspaniałe nogi — mruknął w zamyśleniu, pocierając brodę.
Ellen znowu wywróciła oczami.
— Złapałem ją w powozie, już w drodze na prowincję. Gdy zabiłem jej strażnika, padła przede mną na kolana i błagała o darowanie życia… przyznam, że całkiem pomysłowo — skwitował, uśmiechając się w jednoznaczny sposób. — Więc zostałem z nią w powozie na noc i wróciłem rankiem — skwitował, wzruszając ramionami.
Ellen powstrzymała się od uderzenia dłonią w czoło. Doprawdy, czy ta historia nie mogła mieć innej puenty? A może Zevran zawsze ostatecznie lądował w łóżkach ofiar? Skrzywiła się mimowolnie.
— Lecz i tak ją zabiłeś — domyśliła się sama, powracając myślami do opowieści.
— Tak, ale nie celowo, prawdę mówiąc — przyznał, przyglądając się zaskoczonej Ellen z uśmiechem. — Udało się jej przekonać mnie, bym porozmawiał w jej imieniu z Krukami — wyjaśnił, bezradnie rozkładając ręce.
Strażniczka spojrzała na niego pobłażliwie, kręcąc głową. Taki pierwszy do zabijania, taki mocny w gębie, a długie nogi zawróciły mu w głowie!
— Co mogę powiedzieć? Byłem wtedy młody i głupi — podsumował rozbawiony. — A potem, gdy żegnałem się przed powrotem do Antivii, poślizgnęła się na progu i wypadła tyłem z powozu. Skręciła kark. Straszna szkoda, ale przynajmniej nie cierpiała długo — westchnął, kręcąc głową.
Ellen przez chwilę patrzyła na niego w szoku, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała. Zabiła się… sama? Stwórco, na całe szczęście ona nie była taką pierdołą! Albo to kwestia tego, że nie podróżowali po Fereldenie powozem.
— Więc tak naprawdę jej nie zabiłeś — stwierdziła, łypiąc na elfa podejrzliwie.
— Właściwie to nie — zgodził się Zevran. — Z początku byłem trochę zawiedziony rozwojem wydarzeń. Potem dowiedziałem się, że kazała woźnicy zawieźć się do Genellan. Zamierzała zgubić mnie na prowincji — opowiedział, uśmiechając się z kpiną. — Wygłupiłbym się tylko przed Krukami. A w ten sposób mój mistrz bardzo pochwalił mnie za doskonałe upozorowanie upadku. Krąg Maginów nie podejrzewał nieczystej gry i wszyscy byli zadowoleni — zakończył, prostując się z zadowoleniem.
Ellen pokręciła z niedowierzaniem głową, wzdychając ciężko. Głupi miał szczęście, ale Zevran był zbyt inteligentny na to przysłowie.
— Często przytrafiają ci się takie rzeczy? — spytała rozbawiona, przekrzywiając głowę, kiedy się mu przyglądała.
— Na przykład to, że uczynna ofiara darowuje mi życie i pomaga uciec od Kruków? — spróbował się upewnić, uśmiechając się szarmancko.
Spojrzała na niego z przyganą, zaciskając usta.
— Tak, to chyba co jakiś czas przytrafia się każdemu — wrócił do tematu, zaśmiawszy się cicho z miny Ellen. — To nauczyło mnie, że nie mogę pozwolić, by ładna buźka zawróciła mi w głowie. Najważniejszy jest profesjonalizm. Oto morał tej bajki — zakończył dobitnie, uśmiechając się do Strażniczki przekornie.
Dziewczyna znowu pokręciła głową, by, ku swojemu zdumieniu, zachichotać cicho.
— Jesteś okropny — wyznała mu rozbawiona.
— To prawda — zgodził się grzecznie. — I nie tylko — zastrzegł szybko, uśmiechając się z przekąsem. — Ale na razie dość opowiadania historii. Rozmowa o tej magini przyprawiła mnie o nostalgię — stwierdził, wzdychając głęboko. — Ach, stare, dobre czasy.
— I właśnie zacząłeś mówić jak dziadek zza morza — doniosła uprzejmie Ellen, szturchając elfa palcem.
— Najwyraźniej taki los poszukiwaczy przygód — odparł.
— Kolacja — obwieścił Alistair, kończąc rozlewanie porcji do misek.
Strażniczka westchnęła, podniosła się i ruszyła do przyjaciela, co uczyniło więcej wygłodniałych podróżników. Niedługo potem obóz wypełnił się dźwiękami stukających o ścianki naczynia łyżek, siorbaniem oraz mlaskaniem. Nikt nie pokusił się o rozmowy, wszyscy byli zbyt pochłonięci zmaganiami z kolacją. Ellen najadła się dopiero po trzech dokładkach, co już nikogo nie dziwiło. Chciała wstać, by pozmywać brudne naczynia, ale uprzedziła ją Leliana – zabrała jej miskę, posłała przyjaciółce uśmiech i sama ruszyła do pobliskiego płytkiego strumyka. Strażniczka westchnęła i opadła z powrotem na ziemię, nie zamierzając narzekać na obrót sytuacji.
W pierwszej chwili nie zauważyła, że ktoś do niej dołączył, obecność sędziwej czarodziejki dostrzegła wtedy, kiedy ta się odezwała:
— Wydaje mi się, że jestem ci winna wyjaśnienie — stwierdziła powoli, spoglądając w trzaskający ogień.
Ellen spojrzała na Wynne zaskoczona, nie do końca wiedząc, do czego staruszka zmierzała. Dopiero po krótkim zamyśleniu przypomniała sobie, że po jednej z walk kobieta straciła przytomność. Ostatecznie Strażniczka przeszła nad tym do porządku dziennego, ale skoro czarodziejka sama poruszyła temat, coś musiało być na rzeczy.
— Tak, dość mocno mnie zmartwiłaś — odparła, uśmiechając się do Wynne.
— Powinnaś wiedzieć, że… w wieży, przed twoim przybyciem, coś się ze mną stało — zaczęła powoli, unikając spojrzenia dziewczyny. — Pamiętasz moją uczennicę, Petrę?
Ellen zamyśliła się, próbując przypomnieć sobie wydarzenia z wieży Kręgu. Nie widziała dokładnie twarzy uczniów, którzy byli wtedy z Wynne w bezpiecznym pomieszczeniu, ale miała niejasne wrażenie, że Petra była ruda. Dlatego skinęła po prostu głową, czekając na jaśniejsze informacje.
— W wieży natknęła się na demona. Zabiłby ją, gdyby nie moja interwencja — ciągnęła Wynne, splótłszy ze sobą dłonie. — Ocaliłam jej życie, ale starcia z demonem nie przeżyłam — oznajmiła.
Strażniczka zamrugała. Czy dziś był dzień robienia Couslandki w konia, czy co? Jak to: nie przeżyła? A z kim teraz rozmawiała niby? Wreszcie zrozumiała, jak się do tego ustosunkować, dlatego roześmiała się bez przekonania.
— To naprawdę marny żart, Wynne.
— To nie żart, naprawdę. Pozwól, że ci wyjaśnię — odparła rozbawiona staruszka, uśmiechając się. — Ratując Petrę, starłam się z potężnym demonem. Wyssał ze mnie całą energię. Aby go pokonać, musiałam użyć całej swej mocy, a gdy było już po wszystkim, okazało się, że memu sercu zabrakło sił do bicia — przedstawiła sytuację, unikając zdumionego spojrzenia Ellen. — Pamiętam, jak moje życie odpływało, jak wszystko się ode mnie oddalało… dźwięki, światło… Otoczyły mnie całkowite, nieprzeniknione ciemności — ciągnęła cichszym głosem. — I wtedy wyczułam czyjąś obecność, ktoś mnie otulał i kołysał, szepcąc do mnie cicho. Tego uczucia nie sposób opisać. Znalazłam się w uścisku, pewnym, ale delikatnym, jak dziecko próbujące wyrwać się z objęć matki, która mu na to nie pozwala — zamruczała, uśmiechając się lekko. — Poczułam, jak w moich żyłach znów zaczyna krążyć życie. Dotarła do mnie świadomość otaczających mnie dźwięków i poczułam niemiły dotyk zimnej, kamiennej podłogi — zakończyła.
— To niesamowita historia — wydusiła, wpatrując się w czarodziejkę wielkimi ze zdumienia oczami.
— W Pustce znaleźć można zarówno dobrotliwe, jak i złośliwe duchy. Duchy dobrotliwe rzadko się ujawniają, bo, w przeciwieństwie do demonów, niczego nie chcą od śmiertelników — kontynuowała Wynne, uśmiechnąwszy się łagodnie. — To właśnie jeden z takich duchów uratował mi życie. Gdyby nie on, byłabym martwa — wyjaśniła. — Nie opuścił mnie. Jest tutaj, nawet teraz, łączy nas swego rodzaju więź. Widzisz, ja powinnam być martwa. To ten duch utrzymuje mnie na tym świecie, a to nie jest normalne. Możliwe, że się tego nie spodziewał, ale powoli traci siły. Moje dni są policzone — zastrzegła, kładąc pomarszczoną dłoń na ramieniu Strażniczki.
— Nie mogę uwierzyć, że to przede mną ukrywałaś — stwierdziła Ellen,.
Nie zabrałaby jej wtedy, bardziej by na nią uważała, otoczyłaby ją swego rodzaju troską, tymczasem… Wynne ciągle mówiła o odpowiedzialności, kiedy sama nie była odpowiedzialna. Strażniczka skrzywiła się, starając się zatuszować zmartwienie. Nie chciała, by Wynne umierała, zaufała jej, polubiła ją.
— Nie byłam pewna, czy jesteś gotowa, by to usłyszeć — odparła czarodziejka, podnosząc się z miejsca. — Ale teraz wiesz już wszystko — zapewniła, uśmiechnęła się do niej, po czym ruszyła do namiotu, zostawiając Ellen z jej myślami.
Dziewczyna westchnęła, czując, że głowa zaraz jej eksploduje. Nigdy by nie pomyślała, że podróżował z nią ktoś… martwy. Utrzymywany przy życiu przez stworzenie z Pustki. Odchyliła się, spoglądając w niebo, na którym pojawiały się pierwsze gwiazdy.
Wspomniała własny pobyt w Pustce, kiedy zostali uwięzieni przez demona gnuśności. Nigdy nie myślała o tym, że mogły tam się znajdować także przyjazne duchy, po tamtych doświadczeniach raczej kojarzyła to miejsce z samymi nieprzyjemnymi zdarzeniami. Poza tym stamtąd pochodziły cienie oraz cała reszta tałatajstwa, z którym nigdy nie żyła w dobrej komitywie. Tymczasem duch Pustki postanowił uratować Wynne.
Znów westchnęła, opierając brodę na dłoniach, i skupiła spojrzenie na ognisku. Większość towarzyszy już się rozeszła po obozie, niektórzy rozmawiali, inni poszli spać, by zregenerować siły przed kolejną wyczerpującą podróżą. Może ona też powinna? Chociaż wiedziała, że nie zaśnie.
Lepiej będzie zastanowić się, jak zaplanować wizytę u Flemeth. Obiecała to Morrigan i nie zamierzała łamać danego słowa, jednak wiedziała, że to nie będzie łatwa przeprawa. Czymkolwiek Wiedźma z Głuszy była, Ellen by się nie zdziwiła, gdyby dokładnie wiedziała o odwiedzinach, jakie właśnie dziewczyna rozważała.
Czy ją w ogóle dało się pokonać?
— Ugh! — rozległo się nieopodal.
Strażniczka uniosła głowę, szukając spojrzeniem właścicielki głosu. Morrigan właśnie do niej podchodziła, trzymając w ręku… ścierwo zwierzaka futerkowego. Po zwisających smętnie uszach Ellen oceniła, że był to zając.
— Spójrz, co mi podrzucił do plecaka twój pies — warknęła wściekła czarownica.
Shegar uniósł łeb i zamerdał ogonem, nie racząc ruszyć się sprzed ciepłego ogniska, przy którym do tej pory smacznie drzemał.
— Gnijący, na wpół zjedzony zając to nie jest coś, co kobieta chciałaby znaleźć w swoich osobistych rzeczach — ofuknęła go Morrigan, gromiąc morderczym spojrzeniem.
— Liczą się chęci — zauważyła ugodowo Ellen. — A on chciał dobrze — zapewniła, bezkrytycznie wierząc w dobre serduszko swojego psa.
— Ten zapchlony kundel może to sobie zabrać. Proszę! — oznajmiła wściekła Morrigan, rzucając Shegarowi zająca pod łapy. — I każ mu, aby więcej tego nie robił — zwróciła się do Strażniczki, tym razem to ją mordując spojrzeniem.
— Słyszałeś panią — odezwała się do Shegara Ellen, uśmiechając się łagodnie.
Shegar stulił uszy i zapiszczał, przysuwając ścierwo z powrotem pod nogi Morrigan. Niepewnie uniósł na czarownicę wzrok, czekając, aż kobieta doceni jego gest.
— Nie chcę tego, kundlu! — zawołała, sztyletując psa wzrokiem.
Shegar znowu zaskomlił, teraz jednak z rozdzierającym smutkiem. Odwrócił się, podkulając ogon, i poczłapał na drugą stronę ogniska.
— Chyba zraniłaś jego uczucia — stwierdziła z wyrzutem Ellen, patrząc na Morrigan.
— On próbuje nami manipulować! — oznajmiła z głośnym prychnięciem czarownica. — Wiem, bo sama tak robię. — Wzruszyła ramionami i ruszyła z powrotem do części obozowiska, w której rozbiła sobie namiot.
— O Stwórco — westchnęła Ellen, wznosząc oczy do nieba.
Znaczną chwilę później podciągała rękawy lnianej koszuli, szykując się do pójścia spać. Jeśli miała jutro zachować trzeźwy umysł, musiała porządnie odpocząć, inaczej znowu popełni gafę i wszyscy znajdą się w kłopotach. Uśmiechnęła się krzywo do myśli, odruchowo czochrając krótkie włosy. Większość z jej przyjaciół już się położyła, więc postanowiła pójść w ich ślady.
Kucnęła przed namiotem z zamiarem wślizgnięcia się do środka, kiedy za jej plecami rozległy się kroki. Uniosła głowę, marszcząc czoło, by za chwilę pospiesznie się odwrócić i zdemaskować tego, kto się tak do niej skradał. Zastygła, widząc, że to Alistair, zaraz jednak pospiesznie wstała, otrzepując kolana z trawy. Właśnie chciała zapytać, co się stało, ale nie zdążyła – wyglądało na to, że cokolwiek Strażnik planował, wolał mieć to już za sobą.
Podetknął jej pod nos zerwaną różę o ciemnoczerwonych płatkach. Ellen wytrzeszczyła oczy.
— Proszę, spójrz na to — rzucił trochę niewyraźnie Alistair, ale zaraz odetchnął. — Wiesz, co to jest? — dodał.
Strażniczka zerknęła na niego podejrzliwie. Ucieszyła się z tego, że było na tyle późno, iż dokoła panował przyjemny półmrok, który ukrył jej rumieniec. Mogła więc wziąć się w garść i udawać, że sytuacja wcale jej nie zażenowała.
— Czy to podchwytliwe pytanie? — zainteresowała się, uśmiechając się szeroko.
Taka reakcja chyba Alistaira zaskoczyła, ale jednocześnie wyraźnie mu ulżyło. Również uniósł kąciki ust, wypuściwszy powietrze, jakby sobie przypomniał, że powinien przy okazji oddychać.
— Tak, absolutnie — zapewnił konspiracyjnym głosem. — Próbuję cię oszukać. Działa? Już cię miałem, prawda? — dodał, szczerząc w uśmiechu zęby.
Ellen zachichotała. Na całe szczęście nie zabrzmiała tak nerwowo, jak nerwowo się czuła, co przyniosło pewną ulgę.
— Och, tak — odparła, kiwając mądrze głową. — Chytry jesteś — pochwaliła, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— A nawet nikczemny — poprawił, by zaraz roześmiać się w sposób najbardziej zły oraz podły, na jaki było go stać.
Zapadło między nimi milczenie, które tylko z początku wydawało się przyjacielskie. Potem oboje odkryli, że ta cisza należała do tych niezręcznych; Ellen uciekła wzrokiem w bok, Alistair podrapał się po karku i żadne nie wiedziało, co dalej.
— Zerwałem ją w Lothering — podjął wreszcie Strażnik. — Pamiętam, że pomyślałem sobie: „Jak coś tak pięknego może istnieć w miejscu tak pełnym rozpaczy i brzydoty?” — mruknął, zapatrzywszy się w trzymany kwiat. — Powinienem był pewnie zostawić ją w spokoju, ale nie mogłem. Pojawiłyby się mroczne pomioty, a ich zaraza by ją zniszczyła. Od tamtej pory noszę ją ze sobą — przyznał, wzdychając ciężko.
— I co zamierzasz z nią zrobić? — spytała Ellen, siląc się na spokojny ton.
— Pomyślałem, że mógłbym dać ją tobie — odparł cicho, przenosząc wzrok na jej oczy.
Dziwny ucisk w żołądku, którego niespodziewanie doświadczyła, nie był nieprzyjemny, a jednak odniosła wrażenie, że zaraz spanikuje.
— Gdy patrzę na ciebie, przychodzi mi do głowy to samo, co wtedy — przyznał, uznawszy, że teraz kości zostały rzucone i musiał doprowadzić to do końca.
Ellen podziękowała w myślach nocy za to, że było ciemno. Jej policzki przybrały już chyba kolor pomidorów. Bardzo dojrzałych.
— Czyli coś cię kłuje, co? — rzuciła dla rozluźnienia atmosfery.
— Aj — syknął Alistair, uśmiechając się z rozbawieniem. — „Ona nigdy tego nie przejrzy”, mówiłem sobie. Jakże się myliłem… — westchnął, kręcąc głową.
— Dziękuję ci, Alistairze — mruknęła, delikatnie odbierając od niego różę. — Miło mi, że o mnie pomyślałeś — dodała, obracając kwiat w palcach.
Przysunęła go do twarzy i powąchała, przymykając oczy. Miał ładny, wyrazisty, ale nie nachalny zapach. Trochę słodkawy. Uśmiechnęła się.
— Cieszę się, że ci się podoba — odetchnął Alistair, splatając ręce na plecach, bo nie wiedział, co z nimi teraz zrobić. — Myślałem po prostu, że… Ja tu ciągle narzekam, a przecież ty też nie masz najlepiej — zmienił trochę temat, starając się nie odrywać wzroku od jej oczu. — Od czasu Dołączenia nie spotkało cię nic dobrego, ani słowa podziękowania, żadnych gratulacji. Tylko śmierć, walka i tragedia. Pomyślałem sobie, że mógłbym coś powiedzieć. O tym, jak rzadką i cudowną jesteś istotą pośród tego całego… mroku — wybrnął speszony.
Ellen najchętniej zapadłaby się pod ziemię, ale to nie byłoby w jej stylu. Dlatego, rozpaczliwie próbując wybrnąć z tej niezręcznej atmosfery, postanowiła obrócić wszystko w żart i tego się trzymać.
— A więc… jesteśmy już od tej chwili małżeństwem? — rzuciła i zachichotała.
— Ha! Tak łatwo mnie nie usidlisz! — zastrzegł, najpierw uśmiechnąwszy się z ulgą, potem jednak ten uśmiech stał się pewniejszy siebie. — Nie musisz płakać, i tak wiem, jaka ze mnie partia! — Poklepał ją pocieszająco po ramieniu. — Nie wiem, to był chyba jakiś głupi impuls. Źle zrobiłem? — mruknął nagle zgaszony, uciekając spojrzeniem w bok.
To ją zupełnie zdezorientowało. Popatrzyła na trzymaną w dłoni różę. Dlaczego nagle tak zareagował? I dlaczego w ogóle…? A może lepiej nie pytać?
— Nie, skąd — odparła, uśmiechając się. — Dziękuję, Alistairze — dodała, samej nie wiedząc, jak się powinna zachować.
— A tak na poważnie, cieszę się, że ci się podoba — powtórzył w nerwach, odchylając głowę, jakby szukał ratunku. — Czy… moglibyśmy zapomnieć o tej gęstej, niezręcznej atmosferze i przejść od razu do sceny łóżkowej? Byłbym zobowiązany — odezwał się wreszcie, przenosząc na nią trudny do zinterpretowania wzrok.
Ellen najpierw zatkało. Miała ochotę wpaść w panikę, ale udało się jej opanować; pamiętała jeszcze, w co się wpakowała w Redcliffe, przed walką z żywymi trupami, kiedy zdołał ją pokonać. Obiecała sobie, że następnym razem, jeśli taki będzie, wojujący mieczem od miecza zginie.
Nadszedł ten następny raz.
— Może być — zgodziła się wielkodusznie, wzruszając ramionami. — Ściągaj zbroję.
Sama się zdziwiła, że tak dobrze jej to wyszło. Alistair najwyraźniej również się nie spodziewał, bo po chwili szoku zaśmiał się z niedowierzaniem.
— A niech to, przejrzała mój blef! — zawołał zaskoczony, patrząc na nią niepewnie.
Strażniczka nie miała odwagi, by przenieść na niego wzrok. Dlatego zapatrzyła się w różę, obracając ją między palcami.
— Jesteś uroczy, kiedy się wstydzisz — wyszeptała.
Usłyszała jego nerwowy śmiech, ale nadal nie zdołała unieść na przyjaciela spojrzenia. Patrzenie na różę było o wiele bezpieczniejsze.
— To może ja już pójdę — postanowił Alistair, cofając się dwa kroki. — O, tam będę. Aż ten rumieniec zejdzie. Tak na wszelki wypadek — wyjaśnił, nadal się jąkając. — Wiesz, jak to jest — stwierdził, zawracając.
Pokiwała w odpowiedzi głową, czując, że to za dużo jak na jeden dzień. Znów kucnęła, rozchyliła poły namiotu i weszła do środka, by zawinąć się w koc, zasnąć i przekonać się, że to wszystko jej się przyśniło.
Ale jeszcze pewien czas siedziała, obracając w palcach różę i uśmiechając się do niej trochę nieobecnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz