piątek, 15 lutego 2013

Rozdział 1.77 - Słodka zemsta


Do świtu zostały jeszcze co najmniej dwie albo trzy godziny, kiedy Ellen się obudziła. Jęknęła cicho, marząc w duchu, by obrócić się na drugi bok i ponownie zapaść w sen, nawet jeśli miałyby się jej śnić pomioty. Postanowiła sobie jednak rozwiązać problem Wiedźmy z Głuszy, przecież obiecała to Morrigan. Przetarła oczy dłonią, unosząc się na łokciach i rozglądając się półprzytomnie dokoła. Wszędzie ciemno, tylko dogasające ognisko rzucało blade światło na poły jej namiotu.
Biorąc się w garść, wygrzebała z torby leżącej przy posłaniu manierkę i upiła z niej spory łyk. Wyślizgnęła się na dwór, starając się nie robić za dużo hałasu, wyciągnęła zbroję oraz broń, ostrożnie przygotowując sprzęt do użytku. Ledwie skończyła, westchnęła ciężko, siadając na wilgotnej ziemi. Przeczesała potargane włosy palcami, nieco je układając, i zastanowiła się nad tym, co dalej. Za jej plecami cicho trzaskały płomienie dogasającego ogniska.
Nie mogła ruszyć do Głuszy Korcari ze wszystkimi, zwłaszcza że Morrigan prosiła, by nie prowadzić jej do matki. Poza tym byłoby to nierozsądne, nie powinna zostawiać odsłoniętych tyłów, zresztą… nie wyobrażała sobie konfrontacji z Flemeth z osobistą gwardią. Musiała udać się tam z zaufanymi osobami, których umiejętności były na tyle zróżnicowane, by przydały się w każdej sytuacji.
Podrapała się po nosie, nadal się wahając, jednak skierowała się do namiotu Leliany w celu obudzenia przyjaciółki. Weszła do połowy do środka, sięgnęła w półmrok i chwyciła ramię łuczniczki, potrząsając nią energicznie. Śpiąca poruszyła się, mrucząc z niezadowoleniem, ale zaraz otworzyła oczy.
— Co się stało? — spytała zaspana, patrząc na Strażniczkę ze zdenerwowaniem.
— Nic — odparła krótko. — Potrzebuję cię, szykuj się, tylko po cichu — dodała, wycofując się i zostawiając zaskoczoną przyjaciółkę samą.
Podniosła się z klęczek, otrzepała kolana z piachu oraz trawy, po czym skierowała się wolnym krokiem do następnego namiotu. W tym przypadku nękały ją największe wątpliwości – potrzebowała maga, zwłaszcza uzdrowiciela, ale Wynne… martwiła się o staruszkę, nie chciała, by coś się jej stało. Z drugiej strony czarodziejka nie wyruszyłaby z nimi, gdyby nie była zdolna do walki. Jeśli wyda jej odpowiednie rozkazy, zdołają uniknąć zranienia i ryzyka jej zgonu. Pokrzepiona tymi myślami Ellen wślizgnęła się do namiotu, zabierając się do budzenia staruszki. Poszło nawet sprawniej niż z Lelianą, wyglądało to tak, jakby Wynne całą noc czekała, aż Strażniczka przyjdzie ją obudzić.
Uniosła się na łokciach i spojrzała pytająco, prosząc o wyjaśnienia. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo, powoli się wycofując na zewnątrz.
— Zbieraj się, ale w ciszy — poprosiła półgłosem, a kiedy dostrzegła, że czarodziejka skinęła krótko głową, podniosła się i rozejrzała się dokoła w zamyśleniu.
Była jeszcze jedna osoba, którą chciała zabrać, jednak… nie wiedziała, jak się powinna teraz zachować. Czy coś się zmieniło? Raczej nie. Zatem musiała udawać, że wszystko w porządku, prawda? Udawać? Nie, wszystko było w porządku, dlatego potrząsnęła z irytacją głową, kierując się do namiotu Alistaira. On najpewniej zada najwięcej pytań, powinna się na to przygotować.
Wsunęła się do środka, mrużąc oczy, by coś dojrzeć w ciemności. Ponieważ trudno rozróżniało się kształty w mroku, musiała podpełznąć bliżej, i wtedy uderzyła w młodzieńca, to chyba było jego kolano, bo naprawdę zabolało. Syknęła i rozmasowała nadgarstek, powstrzymując się od przekleństwa.
— Alistairze — mruknęła z niezadowoleniem i na oślep pacnęła go ręką, mając nadzieję, że przynajmniej trafiła. — Wstawaj, śpiochu — dodała, zauważywszy, że poruszył się pod kocem.
— Pięć minutek — poprosił zaspany, obracając się na drugi bok.
Ellen zmarszczyła z oburzeniem czoło.
— Zbieraj się, leniu patentowany, ale już — prychnęła i mocniej pchnęła przyjaciela. — Alistair! — syknęła natarczywiej.
Gdy ją zignorował, przesunęła się głębiej w namiot i złapała Strażnika za ramię, potrząsając nim bezlitośnie.
— Zaraz cię kopnę w dupę, wstawaj — zażądała nieznoszącym sprzeciwu głosem. — Ubieraj się i wyłaź, zaraz wyruszamy — dodała, jak tylko obrócił do niej twarz, marszcząc czoło. — Nie żartuję.
Kiedy wygramoliła się na zewnątrz, Leliana i Wynne stały już w gotowości, przyglądając się jej w napięciu. Ellen westchnęła, wzruszyła ramionami i podeszła do własnej zbroi, skinięciem poprosiwszy łuczniczkę, by pomogła jej się ubrać.
Podczas gdy dwie panie siłowały się z rzemieniami, przeklinając cichutko, Alistair raczył się przyszykować, a nawet obudzić. Wyszedł z namiotu, rozejrzał się zdezorientowany, uniósł brwi, po czym zrezygnowany podszedł do Wynne, uznawszy, że nie było sensu pytać. Ellen tymczasem poradziła sobie ze zbroją, schowała sztylety do osłonek i zmierzyła towarzyszy uważnym spojrzeniem, mając nadzieję, że zanim dotrą do Głuszy Korcari, trochę się otrząsną ze snu.
— Przygotujcie swoje konie — rozporządziła szeptem, samej zawracając w stronę wozu Bodahna i Sandala.
Krasnoludy musiały dołączyć w nocy, kiedy już się położyła. Nie miała serca ich budzić, ale chciała, by ktoś poinformował pozostałych o konieczności pilnowania obozu oraz wyczekiwania powrotu drugiej części grupy. Wolała uniknąć jakichkolwiek nieporozumień, dlatego uznała, że Bodahn będzie osobą najodpowiedniejszą dla tego zadania.
Przykucnęła przy śpiącym krasnoludzie, uśmiechnęła się łagodnie, po czym potrząsnęła jego ramieniem, uważając, by nie obudzić Sandala. Nie dostrzegła jednak syna kupca w pobliżu; może spał na wozie. Kiedy Bodahn otworzył oczy i spojrzał na nią zdumiony, posłała mu uspokajający uśmiech.
— Wyruszam z kilkoma osobami w stronę Głuszy Korcari. Przekaż to reszcie i powiedz, że mają na nas czekać, pilnując tyłów — wyłuszczyła sprawę, zsuwając dłoń z ramienia krasnoluda.
— Dobrze, Strażniczko — mruknął Bodahn, unosząc się na łokciach, by lepiej ją widzieć. — Na wozie, z samego brzegu, stoi skrzynia — zmienił temat, uśmiechając się trochę nieprzytomnie. — Zabierz z niej cieplejsze odzienie, teraz na południu jest bardzo zimno — oznajmił z troską.
— Dziękuję, Bodahnie — odparła, po czym podniosła się z klęczek i skierowała się w stronę, którą wskazał jej krasnolud.
Szybko zlokalizowała omawianą skrzynię, po cichu ją otworzyła i zajrzała do środka. Płaszcze oraz cieplejsze buty, nawet rękawice znalazła. Pokiwała zadowolona głową, trochę na oślep wybrała odpowiednią ilość sztuk i tak obładowana zawróciła do wesołej kompanii, uważając, by nie potknąć się po drodze na żadnej nierówności.
Kiedy wreszcie do nich dotarła, wszyscy stali zwarci oraz gotowi, tylko czekając na rozkaz do wyjazdu. Przyjrzała się im, przystając kilka kroków z boku – zdawali się być zdezorientowani, ale nie śmieli na razie dyskutować, uznawszy, że jej działanie z pewnością miało głębszy sens. Ta myśl sprawiła, że uśmiechnęła się lekko, podchodząc najpierw do Leliany. Pogłaskała zainteresowanego Tallona po chrapach i podała przyjaciółce płaszcz.
— Ubierzcie się w to, Bodahn ostrzegał, że im dalej na południe, tym zimniej — poprosiła, rozdając odzienie.
— Na południe? — mruknął Alistair, przyglądając się temu, co właśnie dostał.
— Naszym celem jest Głusza Korcari. Chcę dotrzymać obietnicy — odparła powoli Ellen, niechętnie przenosząc wzrok na oczy Strażnika.
Chwilę się w siebie wpatrywali, milcząc, dziewczyna poczuła się trochę nieswojo, jakby przyjaciel ją krytykował. Nie wiedziała, co sobie myślał, nie wiedziała, jak ją oceniał, tak naprawdę nie wiedziała nic. Ufała mu, szukała w nim wsparcia, a ostatecznie niczego nie była pewna, szła na ślepo. Przymrużyła oczy i uśmiechnęła się, obracając głowę w stronę pasących się koni oraz przerywając kontakt wzrokowy.
Właściwie nieważne. Bardzo by chciała, żeby pochwalał jej decyzje i ją cenił, ale jeśli tak nie było, nie zamierzała zawracać. Sam zdecydował, że to ona powinna przewodzić, zatem nie przestanie kierować ich poczynaniami aż do samego końca.
Zawróciła i podeszła do drzemiącej Taiki, ubierając płaszcz oraz rękawice. Chwilę zastanawiała się, czy także zmienić buty, ale kiedy przyjrzała się nowemu obuwiu, uznała, że było solidne, dlatego naciągnęła je na stopy. Klacz w tym czasie się obudziła i teraz przypatrywała się poczynaniom właścicielki z zainteresowaniem, strzygąc uszami. Ellen posłała jej uśmiech, poklepując czule po szyi.
— Jedziemy — szepnęła, sięgając po odłożony w trawę sprzęt.
Dzika nie oderwała od niej wzroku przez całe siodłanie, jakby zastanawiała się, czy Strażniczka dobrze robiła. Dziewczyna zmarszczyła czoło, zirytowana tym wrażeniem, że wszyscy ciągle ją oceniali – czyżby bała się konfrontacji z Flemeth, nie była pewna słuszności decyzji? Syknęła przez zęby, energicznie dociągając popręg.
Nie ma odwrotu, Ellen. Nie chcesz zawracać. Ruszaj.
Wsunęła stopę w strzemię i wsiadła na Taikę, zadzierając głowę, by ocenić, jak długo jeszcze do świtu. Niebo powoli szarzało, należało się zbierać, inaczej ktoś zauważy, że wyjeżdżają, ona będzie musiała się tłumaczyć, wszystko znowu się opóźni… Otrząsnęła się z zadumy i cmoknęła na klacz, zdenerwowana kolejną chwilą zamyślenia. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie wyjedzie z tego cholernego obozu.
Minęła gotowych do drogi towarzyszy w milczeniu, ledwie zerknąwszy na nich, by się upewnić, że ją zauważyli. Taika przemknęła między namiotami prawie bezszelestnie, jakby skrupulatnie omijała wszelkie gałązki na drodze, co dziewczynę zdumiało. Szybko przestała zaprzątać tym sobie głowę. Jeśli uda im się dotrzeć kiedyś do Dalijczyków, musi poznać halle – może wtedy zrozumie niezwykłość wierzchowca.
Niedługo potem usłyszała za sobą stukot kopyt pozostałych koni, co oznaczało, że Alistair, Leliana i Wynne podążyli jej śladem. Musieli wyjechać z zagajnika, skierować na Zachodni Szlak, a potem wrócić na Imperialny Trakt. Nie powinni przejeżdżać przez Lothering, zresztą niczego na pewno tam nie znajdą.
Westchnęła z lekką irytacją, obejrzała się przez ramię i sprawdziła, jak daleko za nią byli pozostali. Postanowiła chwilowo nie przyspieszać. Wreszcie pod kopytami Taiki zachrzęścił żwir, Ellen uśmiechnęła się zadowolona i uniosła się w strzemionach, pochylając się nad szyją klaczy. Dzika zastrzygła czujnie uszami, nieznacznie się napinając.
— W drogę — mruknęła cicho Strażniczka, poluzowując wodze.
Wierzchowiec machnął łbem, przysiadł na zadzie i skoczył przed siebie, w przeciągu ledwie kilku sekund rozwijając naprawdę spektakularną szybkość. Ponad nimi niebo coraz bardziej szarzało, rozrzedzając zalegający wśród drzew półmrok.

Zbliżały się wczesne godziny poranne – siódma, ósma? Ellen z irytacją uzmysłowiła sobie, że normalnie właśnie jadłaby śniadanie przy ognisku, podczas gdy teraz przedzierała się przez zarośla, przeklinając, na czym ten świat stoi, i próbując zapanować nad burczącym szalenie żołądkiem. Oczywiście w ferworze walki, szukania ubrań oraz pakowania się nie zabrała żadnego prowiantu, nie dała też Alistairowi możliwości przygotowania jakiegokolwiek jedzenia.
Teraz cierp, powarkiwała do samej siebie w myślach, coraz bardziej wściekła. Jak mogła zachować się tak bezmyślnie? Pozostali pewnie też zgłodnieli.
— Co za… — wymamrotała niezadowolona, odsuwając z drogi wyjątkowo uporczywą gałąź.
Nie udało się jej jednak przytrzymać przeszkody wystarczająco długo, konar zahaczył o inny, kilka gałązek zaplątało się w grzywę Taiki, co klacz bardzo zirytowało. Chwilę później rozległ się trzask, pisk, potem nieprzyjemne plaśnięcie, a Ellen rozciągnęła się na zadzie Dzikiej, łapiąc się za twarz. Wierzchowiec Strażniczki podkłusował kawałek, tuląc uszy i wciskając ogon między pośladki.
— Ellen?! — rozległo się za jej plecami.
Odgłosy przedzierania się przez zarośla nasiliły się, jakby komuś nagle bardzo zaczęło się spieszyć.
— Nic mi, kurwa, nie jest, ja pierdolę — odparła radośnie, chwytając za przedni łęk siodła i podciągając się do pionu. — Cholerne krzaczory — warknęła, mierząc wrogie drzewa nieprzychylnym spojrzeniem.
— Sama wybrałaś tę drogę — przypomniała spokojnie Wynne, lawirując ze swoim ogierem wśród ciasno rosnących pni.
— Przecież wiem! — zawołała zdenerwowana Ellen, zatrzymując Taikę, by rozejrzeć się za mniej zarośniętym przejściem.
— Krwawisz — dodał Alistair, ściągając wodze Kreoisa obok zgrzytającej zębami uroczej klaczy przyjaciółki.
— Wiem — wycedziła Strażniczka, ścierając szkarłatne krople z rozcięcia zrobionego przez wredną gałąź.
— Ellen, wzięłaś mapę? — zainteresowała się Leliana.
— Wzięłam! — prychnęła oburzona.
— A wyjęłaś z torby? — dociekała łuczniczka, uśmiechnąwszy się szeroko.
— Leliana — warknęła ostrzegawczo Ellen.
— Pokaż mi ją — poddał się Alistair, wyciągając dłoń do Strażniczki.
Kiedy został zasztyletowany spojrzeniem, uśmiechnął się do przyjaciółki, unosząc znacząco brwi. Dziewczyna jeszcze chwilę miażdżyła go wzrokiem, aż wreszcie odetchnęła, sięgnęła do torby i wyjęła zwinięty w rulon pergamin. Rozłożyła go, strzepnęła, zlustrowała narysowane tuszem linie, po czym wzruszyła ramionami i podała mapę Strażnikowi.
Alistair przyjrzał się zwojowi, przekrzywiając głowę, uśmiechnął się szeroko, a na koniec obrócił pergamin o sto osiemdziesiąt stopni i oddał dziewczynie.
— Teraz spróbuj — zaproponował, dzielnie walcząc z rozbawieniem.
Gromki śmiech Leliany jeszcze długo dźwięczał Ellen w uszach, kiedy znowu ruszali przez zarośla, tym razem jednak w stronę Imperialnego Traktu, gdzie mieli dotrzeć już godzinę temu.
W pewnym momencie Taika poderwała łeb, strzygąc uszami. Strażniczka mimowolnie się napięła, obserwując, jak klacz czujnie przeczesuje okolicę spojrzeniem. Pożałowała, że zostawiła Shegara w obozie – to wszystko z troski, a teraz za to płaciła. Obejrzała się na towarzyszy i machnęła nerwowo ręką.
— Sza! — rozkazała nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Głosy przyjaciół natychmiast ucichły. Dziewczyna rozejrzała się dokoła uważnie, starając się dostrzec to, co zaniepokoiło Dziką. Ptaki powoli zaczynały trele, liście drzew szumiały niemrawo, poruszane chłodnym wiatrem, ale prócz tego – nic.
Strażniczka zamknęła oczy, wytężając pozostałe zmysły, bo może chodziło o pomioty, których nie wyczuwała zbyt biegle. Ale nawet po prawie minucie całkowitego skupienia niczego z tyłu głowy nie usłyszała, żadnego syku ani szeptu. To nie były potwory, tylko coś innego. Przygryzła wargę, zastanawiając się, czy zignorować Taikę i ruszyć dalej.
Wtedy rozległ się charakterystyczny, choć niezwykle cichy, szczęk metalu o metal. Ellen zdrętwiała, zastygając czujnie, znów zlustrowała wzrokiem najbliższe zarośla, po czym popatrzyła na równie zaniepokojonych towarzyszy. Nie miała pojęcia, z której dokładnie strony nadszedł dźwięk, został zniekształcony rosnącymi dość ciasno pniami drzew. Nie była także pewna, czy istniał sens ruszania w tym kierunku – wystarczająco drogi nadłożyli, wolała dotrzeć do Głuszy Korcari przed zmrokiem.
Taika sama podjęła decyzję. Szarpnęła łbem, wyciągając wodze, znów zastrzygła uszami i ruszyła kłusem głębiej między drzewa. Ellen syknęła zdenerwowana pod nosem, ale pospiesznie uniosła się w strzemionach i pochyliła nad szyją wierzchowca, bo tak łatwiej było unikać gałęzi. Trzask drewna za jej plecami utwierdził ją w przekonaniu, że pozostali także ruszyli. Skupiła się na drodze, trzymając się grzywy i ufając, że klacz wiedziała, co robiła.
W końcu zatrzymała się na niewielkim wzgórzu zakończonym niezbyt ostrą skarpą. Za krawędzią rozciągał się parów, w parowie natomiast, poza zbutwiałymi kłodami drzew oraz porastającym ziemię mchem, znajdowali się ludzie. Ellen zmarszczyła czoło i pochyliła się wraz z Taiką, przypatrując się scence. Alistair i Leliana wyhamowali po jej obu stronach, Wynne przejechała kawałek w bok.
Grupa pięciu rzezimieszków górowała nad sapiącym ciężko, poharatanym mężczyzną. Nieznajomy ledwie łapał oddech, rozglądając się w panice za drogą ucieczki, jednak w jego oczach nadzieja już zgasła. Wyglądało na to, że niespecjalnie liczył na jakikolwiek cud, po prostu czekał, aż wszystko się skończy. Strażniczka zawahała się, jednak wyrzuciła nogi ze strzemion. Nie mieli tyle czasu, by poświęcać go na ratowanie każdego przechodnia, ale z drugiej strony nie wyobrażała sobie po prostu zawrócić i odjechać w swoją stronę.
— Elrik — wychrypiał zaskoczony Alistair.
— Kto? — rzuciła Ellen, już szykując się do zeskoczenia na ziemię i interweniowania w sprawie rannego mężczyzny.
— Elrik Maraigne, członek gwardii honorowej Cailana i jego powiernik — rozwinął myśl Strażnik, przenosząc na dziewczynę zdumione spojrzenie.
Tylko kiwnęła głową, wsparła się ręką na szyi Taiki i zsunęła się na wzgórze, zaraz dobywając pierwszego sztyletu. W tym momencie rabusie rzucili się na bezbronną ofiarę, zamierzając ją dobić, ostrza błysnęły w mdłym świetle sączącym się przez gałęzie.
Pierwsze strzały przeszyły powietrze szybciej od spadającej na wrogów Ellen. Strażniczka wylądowała na ramionach najbliższego wojownika i powaliła go siłą upadku, prawdopodobnie na miejscu łamiąc kręgosłup. Dla pewności jednak chwyciła go oburącz za głowę i skręciła kark, już skacząc do następnego przeciwnika. Wiedziała, że zanim Alistair oraz Wynne zejdą ze wzgórza i do niej dołączą, walka mogła dobiec końca, dlatego postanowiła polegać tylko na sobie oraz Lelianie.
Rzeczywiście, potyczka skończyła się równie szybko, co się zaczęła. Ellen odepchnęła od siebie trupa, który utknął na ostrzu sztyletu, i zlokalizowała wzrokiem ciężko charczącego mężczyznę opierającego się o pobliski zbutwiały pień. Rzuciła okiem za siebie, a widząc zbliżających się towarzyszy oraz ruszającą w ich stronę Lelianę, gwizdnęła cicho i podeszła do Elrika. Taika, słysząc wezwanie, zastrzygła uszami i podążyła spokojnie tą samą drogą, co łuczniczka, bez przerwy zerkając na Strażniczkę.
— Dziękuję — wychrypiał ranny, kiedy Ellen zatrzymała się obok, podpierając go troskliwie, by ułatwić mu utrzymanie równowagi. — Nie sądziłem, że ludzie banna tak szybko spostrzegą moją ucieczkę. Starałem kryć się w lesie, ale nie było czasu. A teraz jestem trupem — podsumował z zaskakującym spokojem, odsłaniając głęboką ranę na brzuchu, którą do tej pory skrupulatnie przykrywał dłonią.
Dziewczyna zmarszczyła czoło, przyglądając się mężczyźnie. Czyżby był więziony? Prawdopodobnie przez jednego z sojuszników Loghaina. Westchnęła i ostrożnie posadziła słaniającego się na nogach Elrika, słysząc, jak za jej plecami zatrzymują się pozostali.
— Próbowałam ci pomóc — mruknęła ze skruchą, doskonale wiedząc, że nawet magia Wynne już niczego nie poradzi.
Stracił za dużo krwi.
— Byłaś w Ostagarze — przypomniał sobie, jego zamglone oczy błysnęły żywiej. — Wiesz, jak wyglądała sytuacja. Ja miałem do wyboru to: śmierć w brzuszysku jakiegoś pomiota albo… stryczek za dezercję — przyznał, uśmiechając się krzywo kącikiem ust.
Ellen, im dłużej przypatrywała się Elrikowi, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że też go spotkała w obozie. Nie mogła dokładnie skojarzyć sytuacji, ale chyba była to narada wojenna – a może pod namiotem Cailana?
Potrząsnęła głową, powracając myślami do obecnego problemu.
— Tak, pamiętam twoją twarz — stwierdziła, uśmiechając się do umierającego ciepło.
— Byłaś tam z Szarą Strażą — ciągnął powoli, przyjrzawszy się jej uważniej. — Pośród rekrutów Duncana. Ja miałem strzec króla. — Uniósł drżącą rękę i zacisnął ją mocno na ramieniu Ellen, wbijając obłędny wzrok w jej oczy. — Był moim przyjacielem, rozumiesz? Stwórco — jęknął, na chwilę słabnąc.
Tym razem podtrzymała go nie tylko Strażniczka, ale także Alistair. Młodzieniec jednak nie odezwał się nawet słowem. Zerknął krótko na przyjaciółkę, dziewczyna dostrzegła w jego oczach smutek. Odwróciła wzrok.
— Tyle czasu spędziłem w lochu banna Lorena, ale ani na moment nie przestałem myśleć o tych, którzy zginęli w tamtą mroczną noc w Ostagarze… — wydusił Elrik, otarłszy ściekającą z kącika ust krew.
Ellen ponownie skupiła uwagę na mężczyźnie, uważając, by przypadkiem nie upadł na ziemię. Czuła, że musiała przy nim zostać aż do ostatniego tchnienia, nie potrafiłaby tak po prostu go opuścić.
— To nie twoja wina, że zginęli — zapewniła, bojąc się, że wojownik zacznie się obwiniać o tę tragedię.
Doskonale wiedziała, jak wielkim ciężarem było poczucie winy, nikt nie powinien umierać z takim brzemieniem.
— Wiem o tym — odparł z rozbawieniem, przymykając oczy. — Nawet gdyby ludzie Loghaina nie zostawili nas na lodzie, pomiotów i tak było zbyt wiele. Cailan także, z całą jego brawurą, wiedział, że zwycięstwa w Ostagarze być nie może — przyznał zachrypniętym głosem, przyglądając się zatroskanej Strażniczce. — Król powierzył mi klucz do swej skrzyni z uzbrojeniem — zmienił temat, jakby to było to, co koniecznie chciał przekazać. — Powiedział, że jeśli stanie mu się coś złego, klucz mam za wszelką cenę dostarczyć Strażnikom — wyznał, znów sięgając do ramienia Ellen, tym razem jednak zabrakło mu siły i ręka opadła bezwładnie na ziemię.
Dziewczyna zmarszczyła czoło, siadając bliżej rannego, bo mówił coraz bardziej niewyraźnie, trudno było go zrozumieć.
— Dlaczego po prostu nie wręczył klucza Duncanowi? — spytała zdumiona, zerknąwszy krótko na słuchającego w skupieniu Alistaira.
— Nie miał okazji — skwitował z rozgoryczeniem. — Duncan był zajęty nowymi rekrutami oraz Loghainem. Niezależnie od tego, co kierowało Cailanem, klucz powierzył mnie — zakończył dobitniej, po czym zaniósł się niezdrowym, krwawym kaszlem.
Wynne za plecami Ellen syknęła cicho, dając Strażniczce do zrozumienia, że mężczyźnie nie pozostało wiele czasu.
— Masz ten klucz przy sobie? — zapytała dziewczyna.
Skoro Szara Straż powinna go dostać, a jedyną Szarą Strażą w Fereldenie była ona oraz Alistair, wolała jednak spełnić ostatnią wolę Cailana. Może znajdowały się tam ważne traktaty, coś, co pomogłoby w walce z Loghainem?
Cisza jednak przedłużała się, co mocno zaniepokoiło Ellen. Z trudem powstrzymała się od potrząśnięcia ramieniem mężczyzny, widząc, że jeszcze oddychał. Słabo oraz płytko, także nieregularnie, jednak oddychał.
— Stwórca ma poczucie humoru, nieprawdaż? — sarknął słabo, uchylając powieki, by spojrzeć na zdenerwowaną dziewczynę. — Może to i lepiej, gdybym klucz zatrzymał, wpadłby w ręce banna Lorena.
— Ale… — wydusiła zaskoczona Wynne, po raz pierwszy zabierając głos w niezbyt wesołej rozmowie. — Przecież Cailan powierzył go tobie! — zdenerwowała się.
Ellen dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, że przecież czarodziejka również była w Ostagarze, walczyła wraz z innymi magami i widziała klęskę fereldeńskiej armii. Mimowolnie zapatrzyła się na staruszkę, otwierając trochę szerzej oczy. Naprawdę wydawało się, jakby wszystko miało miejsce w innym życiu.
— Bałem się, że zgubię go na polu walki — odparł Elrik, z trudem przenosząc wzrok na oburzoną czarodziejkę. — Dlatego ukryłem klucz w obozie. Proszę — mruknął, sięgając do kieszeni sfatygowanych spodni.
Strażniczka szybko mu pomogła, dzięki czemu po chwili w dłoni trzymała pomięty zwitek papieru. Rozwinęła świstek i zapatrzyła się na plątaninę linii, starając się dopasować je do rozlokowania poszczególnych punktów obozu z Ostagaru.
— Pewnie wciąż tam jest — stwierdził z bladym uśmiechem, pokazując palcem czerwoną kropkę.
— Myślisz, że pomioty go nie znalazły? — spytała pod nosem, marszcząc czoło, kiedy lokalizowała kryjówkę klucza.
O ile się nie myliła, a lepiej zweryfikować to z kimś, kto się na mapach znał, był ukryty nieopodal dawnej stacji magów z Kręgu. Nie dałaby sobie głowy uciąć, oczywiście, ale mniej więcej właśnie tam by szukała.
— Mam nadzieję, że nie — zmartwił się Elrik, opierając się o zbutwiały pień. — Ale nawet jeśli, to czy potrafiłyby otworzyć nim zamek? — zastanowił się na głos, nabrawszy głębszego, świszczącego oddechu.
— Pomioty są dużo przebieglejsze, niż się nam wydaje, ale królewskiego zamka raczej by nie sforsowały — uznała powoli Wynne, przyglądając się niedużej mapie, którą trzymała Ellen. — Rzekłabym, że zawartość kufra nadal pozostaje nietknięta.
— Klucz umieściłem za poluzowanym kamieniem u podstawy posągu — oznajmił Elrik, odczekawszy, aż zdoła nabrać powietrza. — Na tej mapie zaznaczyłem to miejsce, powinnaś wiedzieć, gdzie szukać — dodał słabo, kładąc dłoń na ranie.
— Wyruszymy tam, prawda? — spytał napiętym głosem Alistair, wlepiwszy w Ellen przeszywające spojrzenie. — Możesz mnie nazwać sentymentalnym, ale zostało tam parę pomiotów, którym należy się cios mieczem przez łeb.
Strażniczka zapatrzyła się na przyjaciela, trochę zdumiona, że w ogóle o to pytał, a trochę oburzona, że uznał, iż mogłaby przejść nad tym do porządku dziennego. Nie zdążyła jednak się ustosunkować do jego słów, bo głos zabrała także Wynne:
— Wydarzenia z Ostagaru nadal nie dają mi spokoju, Ellen. Powinniśmy to dokończyć — stwierdziła, siląc się na ton łagodniejszy niż Alistair, choć nadal słychać w nim było szczerą złość.
— Istotnym jest, by papiery króla nie dostały się w niepowołane ręce — wycharczał słabnący Elrik. — Jeśli zaś idzie o miecz Marica, jest zbyt potężny, by potwory mogły położyć na nim swoje łapy. Tyczy się to całego uzbrojenia króla oraz jego pancerza — uznał, wbijając w twarz Ellen płomienny wzrok. — A… a jeśli odnajdziecie ciało Cailana, pożegnajcie je należycie — poprosił na granicy szeptu oraz charkotu. — Był naszym królem. Nie powinniśmy zostawiać go na pastwę pomiotów.
Ostatnie słowa mężczyzny przebrzmiały w ciszy i rozpłynęły się wśród drzew. Nikt się nie odzywał, obserwując konającego oraz czekając, kiedy będą mogli odejść z czystym sumieniem. Pierś Elrika unosiła się coraz słabiej i wolniej, aż wreszcie znieruchomiała.
Ellen z nieprzeniknioną miną pochyliła się nad wojownikiem, delikatnie położyła opuszki palców na jego powiekach i zamknęła mu oczy, chyląc głowę z szacunkiem. Na uczczenie jego pamięci poświęciła kilkanaście sekund; czas gonił. Podniosła się z klęczek, otrzepała kolana z ziemi i podeszła raźnym krokiem do Taiki.
Dosiadła klaczy i ściągnęła wodze, czekając, aż pozostali przyprowadzą wierzchowce i przygotują się do drogi. Długą chwilę nikt się nie odzywał, ale wreszcie Alistair nie wytrzymał niepewności; rzucił Ellen zdenerwowane spojrzenie.
— Co teraz? — spytał krótko.
Strażniczka przytrzymała rwącą się do drogi Dziką i obejrzała się przez ramię. Młodzieniec poznał odpowiedź, zanim nawet się odezwała – ujrzał to w jej oczach płonących tak samo jak za pierwszym razem w Głuszy i potem zawsze, gdy stawiała na szali dwie przeciwstawne wartości: swoje bądź cudze życie.
— Jak to: co? — prychnęła chłodno. — Wracamy dokończyć jedną bitwę — oznajmiła, a potem przyłożyła łydki do boków Taiki.
Klacz wyskoczyła w przód i ruszyła szybkim galopem między drzewa, sprawnie wydostając się z parowu i śmiało prowadząc pozostałych z powrotem na Imperialny Trakt.
Nikt więcej nie pytał o nic.

Bodahn miał rację. W okolicy Lothering wyraźnie się ochłodziło, musieli założyć na siebie futrzane płaszcze – ziemia zamarzła, na nędznych resztkach pożółkłej trawy osiadł szron, drzewa wyglądały jak czarne kikuty sterczące w niebo z drżącymi na ciężkim wietrze gałęziami. Na całe szczęście ominęli zniszczoną wioskę, kierując się na wschód od niej, na przełaj do Ostagaru. Ellen nie zamierzała patrzeć na to, co zostało po przemarszu pomiotów, poczucie winy oraz rozdzierający smutek mogłyby ją pokonać.
Po kilku godzinach drogi przemierzanej energicznym galopem wreszcie ujrzeli potężne mury budowli. Strażniczka gwałtownie zatrzymała Taikę, zastygając na jej grzbiecie jak sparaliżowana. Mimo że forteca znajdowała się jeszcze dość daleko i teraz zdawała się o wiele mniejsza niż w rzeczywistości, Ellen poczuła się tak, jakby wkraczała do zatrzaśniętego na cztery spusty rozdziału swojego życia. Wiele obrazów przeleciało jej przed oczami, nagle zupełnie świeżych, przez co potrzebowała kilku dobrych minut, by otrząsnąć się z szoku i odszukać w sobie siłę do dalszej jazdy.
Nikt nie poganiał. Wszyscy milczeli, tylko kopyta koni zgrzytały na zamarzniętej ziemi. Im bliżej Ostagaru byli, tym więcej śniegu dokoła zalegało, tym zimniej się robiło. Szybki oddech Taiki zostawał w powietrzu białą mgiełką. Strażniczka poczuła, że drętwieją jej palce, dlatego naciągnęła na dłonie ciepłe rękawice.
Utrzymywali stałe tempo, mimo że wierzchowce zaczęły wyglądać na zmęczone – niedługo będzie południe, musieli tam dotrzeć przed tą godziną. Później udadzą się prosto do Głuszy Korcari i Ellen nie dbała już, jak późno odszukają chatkę Flemeth.
Zatrzymała klacz pod naruszonymi murami, w miejscu, z którego wchodziło się do głównej części obozu. Wiedziała, że przemierzyli właśnie wielkie połacie terenu, gdzie stacjonowało fereldeńskie wojsko ze swoimi namiotami, śnieg jednak – na szczęście – zakrył wszelkie pozostałości grubą warstwą puchu.
Dziewczyna przyjrzała się przejściu w głąb budowli, odetchnęła, pozwalając oddechowi rozmyć się w powietrzu, po czym wyrzuciła nogi ze strzemion i zeskoczyła prosto w zaspę. Pozostali poszli jej śladami, ona natomiast zajęła się przygotowywaniem Taiki do postoju. Kiedy poluzowywała popręg klaczy i poklepywała ją po spoconej szyi, Alistair, krzątając się bez większego przekonania przy Kreoisie, przeniósł wzrok na milczącą, nadzwyczaj ponurą staruszkę.
— Powiem ci, Wynne, że powracając tutaj, czuję się stary — westchnął, przerzucając strzemiona przez siodło.
Czarodziejka zastygła na chwilę, przypatrując się zasępionemu młodzieńcowi, po czym powróciła do przerwanego zajęcia, nie patrząc na niego.
— Co właściwie chcesz przez to powiedzieć, Alistairze? — spytała spokojnie, zerknąwszy na Ellen, by sprawdzić, czy była już gotowa do wejścia w ruiny twierdzy.
— Co? – powtórzył mimowolnie, opierając się na grzbiecie Kreoisa. — Nic! Pomyślałem tylko… — zaczął, marszcząc czoło, by odszukać dobre słowa.
— Że dobrze wiem, co to starość, i udzielę ci jakiejś rady? — dokończyła za niego z rozbawieniem, ściągając wodze przez szyję Altrivaire’a.
— Chodziło mi tylko o to, że byłem wtedy innym człowiekiem — żachnął się z niezadowoleniem. — Uwierzyłem mu, rozumiesz? Że to będzie wspaniała bitwa, że ją wygramy… — dodał ciszej, odruchowo biorąc rzemienie od Wynne, by podprowadzić konie do miejsca, w którym Ellen przygotowała stanowisko dla Taiki.
— Ja też mu uwierzyłam — przerwała Wynne, przekrzywiając głowę. — Wszyscy byliśmy trochę młodsi, gdy ostatni raz stąpaliśmy po tej ziemi — zauważyła, przyglądając się, jak Alistair odbierał także wodze Tallona od cichej Leliany.
— Z wyjątkiem ciebie — uznał złośliwie młodzieniec, kierując się do Ellen. — Ty zawsze byłaś stara — podsumował, zwalniając kroku koło nieco nieobecnej Strażniczki.
— Przez ten swój niewyparzony język, synku, nie dożyjesz połowy mojego wieku — zagroziła mu zirytowana, opatulając się płaszczem.
Na tym rozmowa się urwała.
Ellen wzięła wodze od Alistaira, rozejrzała się za czymś, do czego dałoby się konie przywiązać, po czym po prostu przełożyła rzemienie z powrotem przez szyje wierzchowców, nie patrząc na nikogo. Dopiero kiedy skończyła i odsunęła się w tył, przeniosła wzrok na oczekujących w milczeniu towarzyszy.
— Lepiej, żeby mogły uciec, gdyby coś chciało je zjeść — podsumowała, odetchnęła głęboko, a potem skierowała się do wejścia do ruin.
Wspomnienia ożyły, kiedy kroczyła powoli przez zaspy, otulona przedziwną atmosferą panującą w Ostagarze. Nieważne, czy ta forteca należała do pomiotów czy do ludzi, nie zmieniała się – nadal była nią trochę przytłoczona, nagle znów zagubiona, jeszcze drobniejsza wobec potęgi niezniszczalnych murów. Śnieg skrzypiał pod butami, a przed jej oczami rozciągały się miejsca, które pamiętała sprzed bitwy. Zatrzymała się, chłonąc zmienione i jednocześnie takie same widoki.
Kawałek dalej, przed nimi, trochę na prawo, znajdował się szpital polowy. Zaczepił ją tam ranny żołnierz, mówiąc o tym, że tej nocy wszyscy zginą, teraz pamiętała. Uśmiechnęła się ponuro, przypominając sobie, jak piorunujące wrażenie wywarły na niej jego słowa.
Na lewo natomiast, o ile się nie myliła, znajdowała się kapliczka, gdzie poznała pierwszy raz sir Jory’ego, a kawałek za nią – prowizoryczne więzienie składające się z powieszonych na łańcuchach klatek. Teraz żelastwo leżało w śniegu, zawalone po bitwie. Strażniczka ruszyła tam wolnym krokiem, świadomie wypchnąwszy ze świadomości napierające zewsząd szepty pomiotów, skupiła się tylko na wspomnieniach.
Zatrzymała się nad jedną z cel, zawieszając pusty wzrok na częściowo zwęglonym, częściowo zamarzniętym trupie. To był dezerter, którego dokarmiła przed bitwą. Oto, jak skończył – na zawsze w zamknięciu, uwięziony w miejscu własnej śmierci. Poczuła rozlewającą się w swoim wnętrzu pustkę, kiedy ktoś zabrał głos:
— Zejście do stanowiska kwatermistrza jest zablokowane — oznajmił Alistair, zawróciwszy z podestu, na który wszedł. — Musimy pójść przez świątynne ruiny. — Wskazał palcem wysokie, oszronione kolumny. — To tam była narada wojenna.
Ellen podążyła za jego ręką wzrokiem, wstrzymując oddech. Pamiętała, wezwano ją tuż po Dołączeniu, by towarzyszyła Duncanowi, bo król Cailan chciał poznać nowego członka Szarej Straży. To wtedy dopracowano plan bitwy, ją i Alistaira wysłano na Wieżę Ishal, Loghain natomiast potwierdził atakowanie z flanki. Zacisnęła dłonie w pięści, chwilę walcząc z samą sobą, nim ruszyła sztywnym krokiem.
Musieli przedrzeć się przez większe zaspy, by dostać się do starej świątyni, ale udało im się. Na miejscu zastali przykryte śniegiem resztki stołu – to przy nim odbywała się narada, przed oczami Ellen ponownie stanęli wszyscy na niej obecni: król, teyrn, Duncan, Wielebna Matka oraz Uldred, przedstawiciel Kręgu Maginów. Uśmiechnęła się kącikiem ust, uświadamiając sobie, jak wiele z tych osób już nie żyło. Zabolało.
Uniosła wzrok na kraniec świątyni, na prowadzące do jej drugiej części podwyższenie posadzki, i poczuła się jeszcze dziwniej. Tam właśnie odbyło się Dołączenie, tam wypiła krew mrocznych pomiotów i po raz pierwszy stanęła oko w oko z arcydemonem. Tam, w tamtym miejscu oraz czasie, Duncan nadal żył.
Popatrzyła na równie zasępionego Alistaira, nagle czując z nim prawie materialną nić porozumienia, jakby ich więź stała się silniejsza.
— Pomioty — ostrzegła cicho Leliana, dostrzegłszy poruszenie w tamtych rejonach ruin.
— Ile? — spytała Ellen.
Strażnik przymknął oczy i milczał kilka chwil, marszcząc czoło.
— Osiem sztuk. W całym Ostagarze jest ich o wiele więcej, jednak natężenia są nieregularne — oznajmił, znów spoglądając na towarzyszy.
Ellen pokiwała głową, sięgając dłonią do rękojeści sztyletu i ruszając energicznym krokiem w stronę wrogów. Przybyli tu, by wybić pomioty co do nogi, a przy okazji spełnić ostatnią wolę Cailana – i to właśnie zamierzała zrobić. Uśmiechnęła się ponuro pod nosem, słysząc, że pozostali podążyli za nią.
Zauważyły ją. Miarowe murmurando narosło, kilka krępych genloków wyszczerzyło zębiska, obserwując, jak zbliżała się do ich pozycji, nieugięta oraz spokojna. Nie zauważyła hurloków, większość z pomiotów wydawała się być z niższej hierarchii. Jeden uniósł kuszę i wycelował bełtem prosto w jej czoło, powarkując groźnie. Przebiegła po potworze spojrzeniem, zauważywszy, że pozostałe istoty skupiały się wokół niego.
Potem dostrzegła na jego nogach coś, co nie pasowało do całego obrazu – miał na sobie doskonałej jakości pancerz, nagolenniki wyglądały na całe, tylko poplamione posoką. Skądś je znała. Otworzyła szerzej oczy, pojmując, że genlok przywłaszczył sobie część zbroi Cailana, tak po prostu, jako łup wojenny. Pochyliła głowę i skoczyła do biegu, przygotowując się do walki.
Wpadła między pomioty niczym burza, jakby nie dostrzegając rozstawionych po bokach przeciwników – widziała tylko jednego potwora, tylko na zabiciu jego teraz jej zależało. Na szczęście osłaniano jej tyły, Alistair dołączył do walki niedługo potem, Leliana natomiast przypuściła szturm z bezpiecznej odległości, strzały przecięły powietrze jak rój os. Ellen przez ten czas przepchnęła się do zdumionego kusznika, celnym ciosem sztyletu odtrąciła jego broń, ale ostrze utknęło w starym, twardym drewnie. Warknęła wściekła, zamierając na ułamek sekundy i szacując, co bardziej się opłacało.
Szarpnęła orężem swoim oraz jednocześnie genloka, wyrywając mu kuszę z łap i pozbywając się na chwilę jednego sztyletu. Braki w uzbrojeniu nadrobiła celnym ciosem pięści w szczękę potwora, pozbawiając go równowagi. Cięła pozostałym jej ostrzem, starając się poderżnąć przyszłej ofierze gardło. Potwór się uchylił, ledwie drasnęła rozkładającą się skórę, ale niespecjalnie się przejęła. Znów natarła, słysząc wokół siebie chrupot łamanych gości oraz chlustającej na ziemię krwi. Przywykła do tych dźwięków i nawet je polubiła, przynosiły ze sobą specyficzną, bardzo sadystyczną ulgę.
Wreszcie pozbawiła przeciwnika równowagi, przydepnąwszy mu łapę i drugą nogą kopnąwszy bezlitośnie w kolano, czym złamała genlokowi nogę. Skrzek bólu był ogłuszający, musiała zacisnąć powieki, żeby to wytrzymać – przez chwilę myślała, że jej czaszka eksploduje. Na oślep uderzyła łokciem w krtań wroga, a gdy ciało ustąpiło, poszła za nim, lądując w śniegu na kolanach i zatapiając sztylet w szyi potwora. Zarzęził, zadrżał konwulsyjnie, po czym znieruchomiał. Spod cielska wylała się ciemna krew, barwiąc zalegające wokół zaspy na bordowo.
Ellen podniosła się z klęczek i wyrwała broń z gardła genloka, cofając się kilka chwiejnych kroków. Nieco nieobecnie rozejrzała się dokoła, lokalizując zniszczoną kuszę, podeszła do niej i odzyskała drugi sztylet, nie patrząc na towarzyszy. Dopiero kiedy wszyscy się zbliżyli, zerknęła na ich napięte, zmęczone twarze, podchodząc z powrotem do genloka.
Ściągnęła zabrudzoną rękawicę z dłoni i przetarła ręką nagolenniki, ścierając z nich posokę. Przygryzła wargę, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku, jednak spróbowała nie dać tego po sobie poznać – ze stoickim spokojem zabrała się do odpinania rzemieni zbroi, by ściągnąć ją z truchła. Nie zamierzała zostawiać pomiotom czegoś tak cennego, czegoś, co należało do króla.
— Leliano, przynieś trochę czystego śniegu — poprosiła cicho, ściągnąwszy jeden nagolennik i ułożywszy go obok siebie.
Łuczniczka skinęła głową i odeszła pod przeciwległą ścianę. Wynne i Alistair zostali obok Ellen, stojąc nad nią niczym kaci. Czarodziejka oderwała wzrok od zabrudzonych pomiocią posoką rąk Strażniczki i spojrzała na młodzieńca, dostrzegając, że miał dziwną minę – jednocześnie przerażoną, złą oraz pełną obrzydzenia.
— Alistairze, co się stało? — spytała łagodnie, podczas gdy Leliana powróciła z naręczem nadal białego śniegu i wysypała puch obok Ellen.
Uklękła przy przyjaciółce, ściągnęła rękawice i sięgnęła po nagolenniki, by wyczyścić je tak, jak dziewczyna sobie wymyśliła, ale została powstrzymana przez Strażniczkę; Couslandka pokręciła głową, odsuwając dłonie Leliany od zabrudzonych posoką pomiotów elementów zbroi.
— Nie wiem — wydusił Alistair, nie mogąc oderwać wzroku od zdewastowanych nagolenników. — Dziwne uczucie znaleźć to tutaj, poharatane szponami mrocznych pomiotów i pokryte ich posoką. Przecież to była jego własność — dodał słabszym głosem.
— Wiem, czuję to samo — mruknęła Wynne, kładąc dłoń na ramieniu Strażnika. — Ale on nie był pierwszym królem, który poległ w walce, ani nawet pierwszym, którego zabiły mroczne pomioty — przypomniała surowiej, obserwując twarz młodzieńca.
Ellen doprowadziła do względnego porządku jeden z nagolenników i odłożyła go obok Leliany, sięgając po drugi. Ręce, prócz tego, że zabrudziły się krwią, jeszcze zgrabiały od zimna i trzymania w nich śniegu. Przyjrzała się czerwono-bordowym palcom, przekrzywiając głowę, ale zaraz wróciła do pracy.
— Tak, ale ta rana jest głębsza — wycedził Strażnik, zaciskając dłonie w pięści.
Nie odrywał wzroku od dziewczyny, obserwując jej poczynania.
— I długo jeszcze będzie krwawić — zgodziła się czarodziejka. — Ale musimy ruszać dalej. Pomioty z pewnością aż się palą, by dać nam jeszcze więcej powodów do żałoby — skwitowała z goryczą, mrużąc oczy.
— Ktoś ma miejsce w torbie? — przerwała im spokojnym głosem Ellen, podnosząc się ze śniegu i przenosząc wzrok na towarzyszy. — Nie zmieszczę ich u siebie, zresztą utrudnią mi poruszanie się podczas walki.
— Ja mogę je wziąć — zadeklarowała się Leliana, biorąc z ziemi nagolenniki. — Nie są bardzo duże, a ja się niewiele ruszam — uznała, uśmiechając się nieśmiało do przyjaciółki.
Strażniczka skinęła głową, jeszcze chwilę milczała, po czym popatrzyła pustym wzrokiem na wyższą kondygnację świątyni, gdzie przechodziła tak dawno temu Dołączenie. Serce na chwilę zamarło, gdy przyglądała się znajomym kolumnom, ale jednocześnie czuła, że bardzo pragnęła tam iść. Skonfrontować się ze swoją przeszłością.
— Wynne, Leliana, zostańcie na czatach — bardziej poprosiła, niż rozkazała, mówiąc to nieobecnym głosem. — Alistairze, zrób, co chcesz — zwróciła się do przyjaciela, ale na niego nie spojrzała.
Ruszyła na podwyższenie, mając wrażenie, że przeszłość przenikała się z teraźniejszością, tworząc niemożliwy do opisania mętlik w jej głowie. Czy tęskniła? Czy to była nostalgia? Nie potrafiła określić. Po prostu pamiętała, jak przed bitwą przyszła tu, by odszukać Alistaira. Była zirytowana, zwiedziła cały obóz, szukając jednego Strażnika – a on cały czas stał tu, kłócąc się z magiem.
Uśmiechnęła się lekko, wchodząc na właściwy poziom. Pamiętała rozbawiony, trochę niedowierzający wzrok młodzieńca, gdy przyglądał się czarodziejowi, potrafiła przypomnieć sobie niemalże całą rozmowę, jaką później przeprowadzili. Jako pierwszy był dla niej bezinteresownie serdeczny, to ją uspokoiło, poczuła się bezpieczniej. Stali tam, prawie na środku kolistego pomieszczenia, za ich plecami rozciągał się nadburzony balkon.
Zatrzymała się, oddychając przesadnie głęboko. Za plecami usłyszała czyjeś kroki – nawet jeśli był to Alistair, nie obejrzała się na niego. Odtworzyła w pamięci chwile z Dołączenia, kręcącego się nerwowo sir Jory’ego oraz szydzącego z niego Davetha. Pamiętała, jak łucznik upadł martwy na posadzkę i jak Duncan, przyparłszy wojownika do ściany, zabił go. Przesunęła wzrokiem po okolicy, widząc obraz rozlewającej się pod nieruchomym ciałem sir Jory’ego krwi, drgające konwulsyjnie ciało Davetha. Alistair musiał ją przytrzymać, wpadła w panikę. Potem wzrok Duncana padł na nią.
Ruszyła wolnym krokiem przed siebie, szukając spojrzeniem stolika, z którego Strażnik podniósł kielich Dołączenia. Nie odnalazła go, może pomioty go zabrały, może olbrzymie zaspy przykryły. Szła przed siebie, rozglądając się z ciekawością, nadal walcząc z nakładającymi się na teraźniejszość wspomnieniami. Kroki za jej plecami ucichły, ale ona wciąż szła, starając się uspokoić bicie serca.
— Powinniśmy ruszać dalej — usłyszała cichy, smutny głos Alistaira.
— Już idę — odparła odruchowo, przystając przed naprawdę dużą zaspą.
— Poczekam z resztą — zdecydował młodzieniec, potem kroki znów rozbrzmiały, tym razem jednak się oddalały.
Nie zatrzymywała go. Jej uwaga skupiła się na subtelnym blasku po drugiej stronie zaspy. Dziewczyna zastygła, zastanawiając się, co to mogło być. Po krótkim wahaniu ruszyła przez śnieg – zapadła się w nim po talię, ale zdołała się wygrzebać i wydostać się na okrągły balkon, gdzie zauważyła anomalię. Zachłysnęła się powietrzem, widząc leżące przy jednym z wielu rozrzuconych dokoła głazów naczynie. Rzuciła się tam niemal biegiem, opadła na kolana na posadzkę i ostrożnie podniosła srebrny kielich, czując ucisk w żołądku.
Z niego napiła się tamtej pamiętnej nocy krwi pomiotów.
Przesunęła palcami po pięknie rzeźbionej nóżce, obróciła przedmiot w ręku, przyglądając się zdobieniom. Nie był nawet wgnieciony, najwyraźniej roztaczał dla pomiotów przerażającą aurę. Uśmiechnęła się i, nim się zastanowiła, przycisnęła znalezisko do piersi. Zastygła tak na chwilę, jeszcze wspominając to, co wiązało się z tym konkretnym miejscem, aż wreszcie schowała kielich do podręcznej torby.
Nie mogłaby go zostawić.
Wróciła do reszty i nie odezwała się nawet słowem. Dała tylko znać do podjęcia marszu – ze świątyni wyszli na główny plac, gdzie na północnym zachodzie znajdowały się psiarnie, na północy namioty króla oraz teyrna, na południowym zachodzie siedziba kwatermistrza, a na wschodzie obozowisko magów.
Ellen zwolniła, kiedy stanęli na równym gruncie, zmarszczyła czoło i wydobyła z kieszeni karteczkę od Elrika, na której mężczyzna naszkicował mapę do klucza. Właśnie studiowała z uwagą linie, gdy w jej głowie eksplodowały niskie, rzężące głosy. Krzyknęła cicho i zgięła się wpół, z trudem utrzymując równowagę na nagle drżących nogach. Ktoś ją podtrzymał troskliwie, usłyszała wściekłe słowa Alistaira, ale była zbyt zamroczona, by zorientować się, co się działo.
Musiała opanować murmurando, zepchnąć je na tył świadomości, co kosztowało ją sporo wysiłku.
— Leliana, Wynne, osłaniajcie mnie — usłyszała Strażnika, kiedy z trudem się prostowała w ramionach przyjaciółki i przenosiła na młodzieńca zdumiony wzrok.
Chwilę potem Alistair ruszył do walki z pomiotami, które wysypały się z kryjówek jak robactwo z nor. Ellen otworzyła szeroko oczy, widząc, jak wiele potworów było – koło trzydziestu, może więcej. Serce jej na chwilę zamarło, gdy przyjaciel starł się z wrogiem, nie zamierzając odpuścić pola.
— Alistairze! — krzyknęła za nim przerażona.
— Spokojnie, musisz odsapnąć — skarciła ją Leliana, stając przed dziewczyną oraz blokując jej możliwość dołączenia do potyczki.
Naciągnęła cięciwę, wycelowała i strzeliła, pocisk wbił się w środek czoła hurloka i powalił cielsko na ziemię, zatopiwszy się w kości niemal do połowy drzewców. Strażniczka przez ten czas błyskawicznie zastanowiła się, co powinna zrobić, by pomóc Alistairowi oraz jednocześnie wykonać to, co do niej należało. Ostatecznie warknęła wściekła pod nosem i rzuciła się biegiem do opuszczonego, zdewastowanego obozowiska magów, niepomna na wykrzykiwanie jej imienia.
Przez chwilę pamięć odtwarzała wspomnienie pierwszej rozmowy z Wynne, mimowolnie przypomniała sobie spotkanie Davetha. Potem zahamowała przy jednym z kilku okalających teren obozu posągów, opadła na kolana i sprawdziła jego podstawę, szukając obluzowanego kamienia. To nie ten.
Spieszyła się tak, jakby goniła ją horda pomiotów – co niewiele mijało się z prawdą. Dotarła do celu w przeciągu pół minuty od przybiegnięcia do obozu, rzuciła obluzowany kamień na bok i złapała oszroniony klucz, z trudem oddychając. Wepchnęła kawałek metalu do torby, zerwała się z ziemi i ruszyła do walki, by wesprzeć Alistaira.
To było ciężkie oraz wyczerpujące. Potwory napływały niemalże zewsząd, wyglądało na to, że potyczka nigdy się nie skończy. Posoka pomiotów barwiła śnieg, który niedługo potem zmienił się w rozdeptaną, krwawą breję – ślizgali się na niej i Strażnicy, i ich wrogowie. Jednak ani ona, ani Alistair nie zamierzali się wycofać. Z zaskakującą koordynacją ruchów, płynnie się nawzajem osłaniając i pomagając w co trudniejszych sytuacjach, zdołali przerzedzić szeregi wroga. Gdyby nie regenerujące zaklęcia Wynne oraz wsparcie w strzałach Leliany, najprawdopodobniej ich przeżycie stanęłoby pod dużym znakiem zapytania.
Gdy pomioty wreszcie się skończyły – ostatniego zabił Alistair, strząsnąwszy truchło z miecza – trudno było w to uwierzyć. Dziewczyna złapała płytki oddech i popatrzyła skołowana na przyjaciela, nadal czując ból głowy, jednak już mniej intensywny. Wytarła sztylety o czysty śnieg, do którego musiała się przejść aż pod psiarnie, a gdy wróciła, towarzysze stali nad jednym z pomiotów, wyraźnie zasępieni.
Ellen, widząc na łapach potwora królewskie rękawice, bez słowa skargi zabrała się raz jeszcze do zdejmowania elementu zbroi. Nikogo tym razem nie musiała prosić o pomoc, Alistair zaraz klękał u jej boku, a Leliana dostarczyła świeży śnieg. Pracowali w milczeniu, doprowadzanie rękawic do porządku zajęło dłuższą chwilę. Na sam koniec łuczniczka schowała je do torby, tym samym zapełniając ją po brzegi.
— Mam klucz — oznajmiła zachrypniętym głosem Ellen, wcisnąwszy skostniałe, poplamione posoką dłonie pod pachy, by choć trochę je ogrzać.
— W takim razie chodźmy — mruknął Alistair, pomógł przyjaciółce wstać i zlokalizował wzrokiem miejsce, gdzie wcześniej stał królewski namiot.
Ruszyli tam wolnymi krokami, z pewnym trudem przedzierając się przez zaspy, by dotrzeć na miejsce. Ellen kilkakrotnie prawie się wywróciła, gdy poślizgnęła się na oblodzonej drodze, jednak Strażnik nie odstępował jej, zatem zdołał chwycić przyjaciółkę za każdym razem, gdy traciła równowagę.
Wreszcie znaleźli się u celu. Dziewczyna podeszła do poplamionego, obdrapanego kufra i sprawdziła, czy zamek pozostał nienaruszony. Wyjęła klucz z torby i wsunęła go do dziurki skostniałymi palcami, najpierw mając problem, by trafić. Wreszcie go przekręciła, otworzyła wieko kufra i zajrzała do środka, szukając tego, po co przybyli.
Sięgnęła po leżące na samym dnie pergaminy i przyjrzała się im w dziennym świetle, marszcząc czoło. To była oficjalna korespondencja – korespondencja z Orlais. Tam właśnie doczytała, że miały przybyć posiłki sąsiadów, by wspomóc ich w walce z pomiotami, o ile Cailan wyrazi ostateczną zgodę.
Zgoda nigdy nie nadeszła.
— A więc to prawda! — wykrzyknął zdumiony Alistair, wyjąwszy Ellen z dłoni znalezione papiery. — Udało mu się przekonać siły Orlais, by dołączyły do walki przeciwko mrocznym pomiotom — oznajmił z niedowierzaniem, umożliwiając Wynne i Lelianie zrozumienie tego zszokowania jego oraz Ellen.
Tym razem to Wynne zabrała Alistairowi dokumenty i sama je przejrzała.
— Cesarzowa Celena czekała tylko na jego odpowiedź! — dopowiedziała oszołomiona i popatrzyła po zebranych.
— Odpowiedź, która nigdy nie nadeszła i, za sprawą zdrady Loghaina, nigdy już nie nadejdzie — dodał z goryczą Alistair.
— Nigdy to bardzo długo, Alistairze — skarciła go Wynne, oddając znalezisko Ellen, by mogła je schować do torby. — Poczekaj trochę i pozwól gorącym głowom ochłonąć. Jeszcze zapanuje między nami pokój — uznała spokojnie, uśmiechając się blado.
— Cóż, Wynne, mam nadzieję, że doczekasz tej chwili — skwitował napiętym głosem, rozglądając się ukradkiem na wypadek, gdyby ktoś znów zaatakował.
— A ja mam nadzieję, że pomioty jej nie doczekają — odparła twardo czarodziejka, jeszcze chwilę przyglądając się Strażnikowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Ellen grzecznie odczekała, aż towarzysze zakończą rozmowę. Przez ten czas znów przyjrzała się okolicy, najwięcej uwagi poświęcając widocznemu z tego miejsca stanowisku, gdzie znajdował się obóz Szarej Straży.
Kawałek dalej, gdzie pomioty zrobiły groteskowy, przerażający stos, wcześniej płonęło ognisko. Przy nim Duncan czuwał, pilnując, by wrogowie nie zaatakowali pod osłoną nocy – tam się zbierali przed Dołączeniem, tam Shegar czekał, aż dziewczyna znajdzie Alistaira. Tyle wspomnień, wszystko pogrzebane przez pomioty.
Ruszyli znowu. Choć odzyskali już dokumenty, zbroja Cailana pozostawała zdekompletowana, poza tym istniała szansa, że odnajdą ciało króla. To chyba najbardziej przerażało Ellen, ale zdusiła niepokój, wkraczając na most łączący dwie części twierdzy Ostagar. To pod nim toczyła się tamtej nocy bitwa. Pamiętała, jak Alistair uratował ją przed kulą ognia, pamiętała zacinający deszcz, pamiętała swoje pierwsze przejście kładką, jeszcze w dzień. Zwolniła kroku, rozglądając się po zamarzniętej okolicy, nagle przestało się jej spieszyć. Nie wyczuwała pomiotów, zatem postanowiła trochę odpocząć.
Spokój został zburzony, gdy dotarli na sam środek mostu. Z oddali widzieli konstrukcję potworów przypominającą zawieszoną w górze deskę, ale wiele takich groteskowych przedmiotów zostało wcześniej wzniesionych, dlatego z początku nie zwrócili na to większej uwagi. Dopiero jak znaleźli się tuż przy tym, znieruchomieli.
Ellen wydało się, że jej serce zastygło, nie wytrzymawszy panującego wokół zimna. Jeszcze chwila, a rozpęknie się na kawałki, kiedy patrzyła na to, co na konstrukcji zawieszono. Ciało było sine, spryskane krwią swoją oraz pomiotów, posiniaczone i poprzebijane metalowymi prętami, by trzymało się na drewnie. Głowa opadała smętnie na pierś, jasne włosy stały się niemalże czerwone. Zbroję zdzierali z niego brutalnie, dało się zauważyć mnóstwo krwawych otarć. Najpewniej tylko dzięki zimnu nadal tu wisiał, pokonany, zdawałoby się, że na zawsze uwięziony w łapach pomiotów.
Król Cailan Theirin.
Miała pustkę w głowie, pustkę w sercu, cała była pusta. Stała, zadzierając brodę, i patrzyła na sponiewierane ciało swego władcy, na cenę, którą zapłacił Ferelden za przegraną w tamtej potwornej bitwie. Nie czuła niczego, słyszała tylko własny oddech i to jego równomierność ratowała ją od szaleństwa – bo jednocześnie przed oczami ujrzała Cailana jak żywego, jako młodzieńca, którego poznała po przybyciu do Ostagaru. Uśmiechniętego, pełnego werwy, niosącego nadzieję, żyjącego państwem pod jego opieką.
Kochał Ferelden. Kochał poddanych. Kochał przygodę. Skończył jako łup pomiotów.
Znała tę pustkę – lodowatą pustkę. Towarzyszyła jej długo, nauczyła się z nią najpierw żyć, potem nad nią panować, na koniec wykorzystywać na własną korzyść. Teraz nie była odrętwiająca, była pomocna, już nie mogła nią zawładnąć, sprawić, że prawdziwa Ellen skuliłaby się w kącie duszy.
— Wybacz nam, mój królu — usłyszała jak przez mgłę bezbarwny, drżący głos Alistaira. — Gdy wypłoszymy pomioty z ich nor i zyskamy trochę czasu, wrócimy, aby doprowadzić cię do Stwórcy — obiecał wiszącemu smętnie ciału.
Ellen nie potrafiła się odezwać, także wpatrując się w martwego. Wiedziała, że Strażnik mówił w imieniu wszystkich, bo nie tylko ją oszołomił ten widok. Była pewna, że teraz zniszczy gnieżdżące się tu pomioty, nic jej nie zatrzyma. Zacisnęła zęby, starając zmusić się do oderwania wzroku od sinej twarzy Cailana. Jej króla.
Dopiero niski pomruk gdzieś z tyłu głowy sprawił, że drgnęła i rozejrzała się, na powrót czujna. Po drugiej stronie mostu dostrzegła genloka, trzymał drewniany kostur, szczerząc do nich złowieszczo zębiska. Ale nie on był interesujący, tylko to, co miał na sobie – napierśnik Cailana. Zmrużyła oczy, nieco sztywno obracając się przodem do wroga.
Pomiot poderwał broń nad głowę, wokół jego łap zebrało się czarno-fioletowe światło; zalegające na moście trupy drgnęły. Rzężenie nasiliło się i Ellen nie wiedziała już, czy rozbrzmiewało w jej głowie, czy dokoła. Chwyciła broń, by mieć ją w gotowości, i rzuciła się biegiem w stronę przeciwnika, nie oglądając się za siebie. W chwili, w której pomiot zawrócił i zaczął uciekać, zostawiając za sobą oddziały nieumarłych zasilane przez hurloki oraz genloki, z gardła Ellen wyrwał się niski, pełen bezsilnej furii wrzask.
Wpadła między wrogów niczym burza, tnąc z pozoru na oślep, jednak wciąż śmiertelnie. Zaraz za nią biegli towarzysze; przestała ich zauważać, pogrążona w ślepym szale, w żądzy zemsty. Musiała zabić. Rozerwać na strzępy. Za to, co zrobiły, co robią i co jeszcze zrobią. Zniszczy. Bez litości. Wrogowie padali pod atakami, a ona prześlizgiwała się między ciałami i znów cięła, znów pchała, znów dźgała, torując sobie drogę. Nic nie było już ważne, tylko dotrzeć do tamtego emisariusza i wyrwać mu plugawe serce z piersi, potem odrąbać łeb, każdą kończynę, wyszarpnąć wnętrzności, rozkawałkować. Świat zaszedł dziwną mgiełką – ignorowała ją tak długo, aż nie zorientowała się, co to dokładnie było.
Łzy mieszały się z furią, rozmazując bryzgającą na twarz krew, torowały sobie drogę na policzkach i powoli zamarzały w zimnie.
Ellen tego nie dostrzegała, musiała dostać się do wroga, zabić go, zemścić się, odebrać to, co należało do nich, do Strażników, do Fereldenu, do Cailana. Zeszła już z mostu, zadyszana oraz wyczerpana, ale nadal nieświadoma. Przestała dostrzegać swoje ograniczenia – słabość powróci, gdy wykona zadanie.
— Tam jest Wieża Ishal! — usłyszała zachrypnięty głos Alistaira. — Do dzieła.
Ellen przyhamowała, rozejrzała się, po czym skręciła na drogę prowadzącą do wieży. Przeszłość znów wymieszała się z teraźniejszością – pokonywała pomioty rozsiane na ścieżce, raz padał deszcz, raz brnęła po kolana w krwawym śniegu, ale wróg pozostawał ten sam. Ślizgała się na błocie bądź lodzie, słyszała towarzyszącego im maga bądź pełne troski okrzyki Wynne, czuła przy nodze ciepłe futro Shegara bądź zimno kamienia, gdy traciła znowu równowagę.
I po tych niemal niekończących się minutach – może godzinach? – dzikiej walki zatrzymała się tuż pod wejściem do Wieży Ishal, dysząc ciężko. Opuściła sztylety pokryte od ostrza po głowicę krwią, rozglądając się za wrogami. To już koniec? Ile ich zabili? Spojrzała pustym wzrokiem na drogę wiodącą z powrotem do mostu i poczuła, że robi się jej niedobrze. Wszędzie krwawe trupy, poodrywane kawałki ciała, krew oraz wnętrzności.
Zamknęła oczy i odwróciła głowę, przenosząc wzrok na monumentalną wieżę. Podczas bitwy w Ostagarze, gdy wraz z Alistairem przedzierali się do budynku, także odcięła się od całego świata, tracąc poczucie czasu. To musiał być system obronny jej organizmu, najpewniej inaczej by oszalała, zmuszona mordować tyle żywych istot – nawet jeśli były to pomioty. Niepewnie rozluźniła mięśnie, przez co niemalże runęła na ziemię.
Ktoś ją objął i przytrzymał, więc wsparła się na wybawcy, łapiąc coraz głębszy, spokojniejszy oddech. Jeszcze chwila, Ellen. Dopadniesz go, odbierzesz napierśnik Cailana, wygrasz tę bitwę. Odbijesz Ostagar z łap pomiotów, wszyscy odbijecie, cały Ferelden odbije.
— Nie przemęczaj się — usłyszała głos Alistaira. — Będzie ich więcej, a wyglądasz, jakbyś miała zemdleć.
Odsunęła się od niego, jednak nie za daleko, nadal woląc szukać w nim oparcia. Rzeczywiście się przeforsowała, może Wynne zdoła coś zaradzić.
— Nic mi nie jest — mruknęła cicho. — Zresztą mamy chwilę odpoczynku — zauważyła, obracając głowę do nadchodzących powoli Leliany i czarodziejki.
— Jesteś blada — zawyrokowała przyjaciółka, przyglądając się Ellen z niepokojem.
— Rzucę zaklęcie regeneracyjne, bo wykończycie się już na parterze wieży — postanowiła Wynne, wyciągając dłoń do pary Strażników; żadne z nich nie wyglądało na pełne sił oraz wigoru, lepiej dopilnować, by im nie padli w trakcie walki.
W tym momencie Ellen wychwyciła wysoki, skrzekliwy pisk. Zadrżała, wczepiła się mocniej w ramiona Alistaira i rozejrzała się pospiesznie. Wydało się jej, że cały świat zawirował, a powietrze ugięło się w kilku miejscach, jakby coś tamtędy przemknęło z niewyobrażalną prędkością. Napięła się.
— Słyszysz? — spytał Alistair, ruchem ręki uciszywszy panie.
— To jakby… — zaczęła powoli Ellen, ale w tym momencie Strażnik gwałtownie ją od siebie odepchnął, przez co straciła równowagę i upadła w zaspę.
Straciła przyjaciół z widoku, a osłabione ciało z początku nie chciało podnieść się z ziemi. Kiedy jednak usłyszała przedziwny skrzek i czyjeś pazury zazgrzytały na metalu, najpewniej zbroi, zmusiła się do zerwania ze śniegu. Obróciła się, gotowa do walki, i zastygła, oszołomiona tym, co zobaczyła.
Jedno wiedziała na pewno – to były pomioty. Trzy wysokie, ale zgarbione, pokryte ciemnym, splątanym, rozkładającym się futrem, o chudych pazurzastych łapach oraz takich samych groteskowych rękach. Podłużne pyski, wielkie szpiczaste uszy, wąskie oczy i wystające z paszcz kły. Nie znała tej odmiany, widziała ją pierwszy raz w życiu, dlatego najpierw ten widok ją sparaliżował.
Szybko jednak oprzytomniała i rzuciła się na pomoc Alistairowi, który starał się nadążyć za błyskawicznymi ruchami nowych wrogów. Ellen obserwowała potwory przez chwilę, kiedy wspomagała przyjaciela i go osłaniała, starając się zrozumieć taktykę nieznanych bestii. Wreszcie naszło ją pewne skojarzenie – to trochę jak skrytobójcy bądź łotrzykowie pomiotów. Ta myśl zrodziła w niej spokój.
Zmieniła taktykę. Do tej pory walczyła otwarcie, na pierwszej linii, teraz gwałtownie się wycofała, dezorientując pomiota, a następnie do niego skoczyła, błyskawicznie zatapiając broń w naprężonym cielsku. Wielka łapa świsnęła pazurami tuż przy jej twarzy, ale Ellen zdołała odskoczyć i zaatakować innego potwora. W ten sposób, gdy dekoncentrowała i raniła, Alistair mógł się bardziej wykazać i niedługo potem wszystkie stworzenia leżały na lodzie w kałuży krwi.
Tym razem Ellen nie utrzymała się na nogach i osunęła się na kolana, z trudem oddychając. Poczuła na ramieniu dłoń, ciepło zaraz wypełniło jej ciało, odnawiając siły. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, odchylając głowę, by złapać głębszy oddech; zamknęła oczy, rozkoszując się momentem ciszy.
— Co to było? — spytała niepewnie Leliana i szturchnęła butem mordę przedziwnego pomiota, który leżał na ziemi z wywalonym nadgniłym jęzorem.
— Wrzeszczoty — odparł krótko Alistair, skinąwszy Wynne głową z wdzięcznością, kiedy czarodziejka zajęła się także nim. — Do tej pory słyszałem o nich tylko w teorii, myślałem, że są mniejsze. I wolniejsze — przyznał w zamyśleniu.
— Są jeszcze jakieś gatunki pomiotów, które powinnam poznać, zanim spróbują mnie zabić? — spytała z ponurym rozbawieniem Ellen, podnosząc się z pomocą Leliany.
— Chyba nie, to będzie już komplet — uznał Alistair, kiwając głową. — Wchodzimy do Ishal? — zmienił temat, przenosząc wzrok na olbrzymi budynek.
— Wchodzimy — potwierdziła Strażniczka, ruszając do wieży energicznym krokiem.

W środku czekało ich jeszcze więcej pomiotów, tym razem jednak same znajome – genloki oraz hurloki. W głównej sali było ich multum, Ellen nie potrafiła oszacować ich liczby i właściwie dobrze, że tego nie zrobiła, bo mogłaby się przestraszyć. Tymczasem jedyne, co ją zainteresowało, to fakt, że ścigany przez nią genlok pobiegł głębiej w korytarze, nadal uciekając jak ostatni tchórz.
Prawdopodobnie dlatego wraz z towarzyszami przebili się przez spory pomioci oddział stacjonujący na parterze. Całe szczęście nikomu nie przyszło do głowy obejrzeć się na to, co zostawili za sobą, by przyjrzeć się krwawemu szlakowi wnętrzności oraz ciał. Liczyło się tylko dogonienie wroga, ten jednak jakby się rozpłynął, co z początku Ellen zdezorientowało. Pocieszające było, że odzyskali hełm Cailana, ale Strażniczce bardziej zależało na dopadnięciu przeklętego emisariusza.
Zbliżyli się wolnym krokiem do olbrzymiej dziury w posadzce nieopodal schodów prowadzących na wyższe piętra. Dziewczyna dobrze pamiętała, że ten otwór poważnie ją zastanowił podczas bitwy – podejrzewała, że stamtąd nadeszły pomioty, i teraz tylko nabierała pewności. Zajrzała do bezdennej otchłani, marszcząc nos, kiedy uderzył w nią zatęchły podmuch smrodu potworów.
Tak, z pewnością było ich tam więcej.
— Fuj — podsumował, jakże trafnie, Alistair. — Przez dziurę i na dół. Nie chcę nawet myśleć, dokąd to przejście prowadzi — westchnął, krzywiąc się.
— Najprawdopodobniej do podziemi. Wydaje mi się, że to tędy przedostały się do wieży podczas bitwy — oznajmiła Ellen, kucając na krawędzi.
— Uważaj — poprosiła szybko Leliana, przytrzymując ramię przyjaciółki.
— Ale co byłoby w stanie wywalić taką dziurę? — spytał z powątpiewaniem młodzieniec, zawiesiwszy spojrzenie na Couslandce.
— Ogr. Mieliśmy jednego na szczycie, prawda? — zauważyła i podniosła się, kiwając do samej siebie głową. — Schodzimy, byle ostrożnie — zarządziła, jako pierwsza ruszając w ciemność.
Nikt już nie podejmował wątku ogra rozwalającego posadzkę o kilkumetrowej grubości, jednak brzmiało to, mimo wszystko, wiarygodnie. Te pomioty były olbrzymie oraz potężne, jeśli nie jeden, to dwa wystarczyłyby, żeby się przebić. To przerażało.
Schodzili powoli, uważając, by nie potknąć się na nierównościach. Ciemność stawała się coraz bardziej gęsta, dlatego Wynne przywołała bladą kulę światła, dzięki której pole ich widzenia znacząco się poszerzyło. Ellen czuła nieprzyjemny ciężar w piersi – niepokój był silny, zaczęła się zastanawiać, czy nie prowadziła towarzyszy w samo serce hordy. Ale główny jej trzon chyba przeniósł się już dalej, minął Lothering, zatem nie powinno stać się nic strasznego. Musiała tylko dopaść tego genloka, odzyskać napierśnik Cailana, a potem wrócą do koni i wyruszą do Flemeth.
Nie wiedziała też, jak długo już w Ostagarze byli. Podejrzewała, że do Wiedźmy z Głuszy dotrą późnym wieczorem – bez postoju, bo wszystko zostawili na Zachodnim Szlaku pod opieką pozostałych z drużyny. W ten sposób łatwiej się przemieszczało, ale w tej sytuacji byli na gorszej pozycji. Trudno.
Wreszcie znaleźli się w podziemnych korytarzach. Architektura była stara, jednak dobrze utrzymana – rzeźby na ścianach oraz posągi w dużej mierze zachowały się w jednym kawałku. Z sufitu zwisały olbrzymie korzenie, a część odnóg okazała się zawalona. To ułatwiało podążanie dobrą drogą – emisariusz z pewnością nie przedzierał się przez rumowiska. Ellen spojrzała na towarzyszy, skinęła głową i poszła przodem, wypatrując wszelkich pułapek oraz zagrożeń. Szept pomiotów w umyśle ustał, najwyraźniej ich największe siedlisko było w Wieży Ishal.
Szli w milczeniu, Strażniczka prowadziła. Lawirowanie wśród korytarzy przypominało gubienie się w labiryncie, Leliana jednak, na wszelki wypadek, zostawiała na ścianach wyraźne kreski, które miały wskazywać im później drogę powrotną. Ellen ze zdumieniem uświadomiła sobie, że najwyraźniej żaden pomiot się tu nie czaił – to znowuż wzmogło jej czujność, bo prawdopodobnie oznaczało to pułapkę. Natknęli się na kilka martwych potworów, częściowo nadgryzionych, Strażniczka jednak nie chciała wiedzieć, co mogło się nimi żywić.
I nie chciała czekać, aż to coś zgłodnieje i wyjdzie z kryjówki.
Tajemnica się rozwiązała, kiedy mijali jedno mniejsze, otwarte pomieszczenie. W środku komnata pokryta była w całości pajęczynami, wprost od posadzki po sufit. Dziewczyna wzdrygnęła się, odpowiedziawszy sobie na pytanie, i ponagliła towarzyszy, nie mając ochoty na dodatkową walkę z przerośniętymi pajęczakami. Tym sposobem dotarli do kolejnej większej sali, która kończyła się wybitym przez mur tunelem.
Ellen wymieniła spojrzenie z Alistairem, chcąc dowiedzieć się, czy na końcu przejścia natkną się na sporą ilość pomiotów. Strażnik zmarszczył czoło, chwilę milcząc, ale zaraz skinął głową z wyraźnym zdumieniem. Znowu nic? Ruszyli, dziewczyna trzymała się blisko ścian, wypatrując zagrożenia. Wreszcie dostrzegła światło dzienne, które najpierw ją oślepiło – śnieg odbijał promienie słońca, zwiększając ich natężenie, od czego rozbolały ją oczy. Wyszli na świeże powietrze, uderzył w nich zimny wiatr wiejący od strony Głuszy Korcari.
Ellen niepewnie przeszła kawałek w przód i zatrzymała się, widząc, że stała na polu bitwy – przed nią wznosił się most, na którym znaleźli ciało Cailana. Dokoła zalegał tylko śnieg, nie widziała trupów, pomiotów, nic. Eteryczny, prawie kojący spokój, dlatego nieznacznie się rozluźniła, oddychając mroźnym, kłującym powietrzem. I wtedy dostrzegła genloka, którego ścigali aż od mostu. Momentalnie się napięła, sięgając po broń, ale nie zdążyła nic zrobić, kiedy ziemia niespodziewanie zadrżała zaraz po tym, jak emisariusz uniósł łapska nad głowę.
Ellen zachwiała się na nogach, z trudem odzyskując równowagę, i zapatrzyła się zdumiona oraz przerażona na wybrzuszający się śnieg, oczekując na efekt zaklęcia. Spod zaspy wynurzył się olbrzymi ogr. Podniósł się z pochylonym rogatym łbem, wyprostował się powoli, rozciągając zamarznięte kości, coś dokoła chrupnęło. Strażniczka jednak zapatrzyła się na to, co wystawało z jego piersi – miecz oraz sztylet.
Miecz, który odebrał życie sir Jory’ego, sztylet, który pił krew ludzi Howe’a w Wysokożu. Znała tę broń aż za dobrze, czyszczono ją przy niej wiele razy, przyglądała się jej równie często.
— To ty — wydusiła przez ściśnięte gardło, czując narastającą w piersi nienawiść. — Ty zabiłeś Duncana — domyśliła się.
Zaraz za ogrem spod śniegu zaczęły podnosić się inne ciała – ludzi oraz pomiotów, ożywione przez ściganego przez nich genloka. Ellen nie zwróciła na nie zbytniej uwagi, skupiona na mordowaniu wzrokiem triumfującego ogra oraz układaniu w głowie solidnego planu działania.
— Alistairze, zajmij się resztą. Wynne, Leliana, osłaniajcie — zdecydowała, sięgając po własne sztylety.
— Chyba nie chcesz…? — zaczął przestraszony młodzieniec, doskonale pamiętając, że dziewczyna bała się ogrów.
— Mamy rachunki do wyrównania. W ostateczności mnie uratuj — poprosiła cicho, tak, że tylko Alistair ją usłyszał.
Odwróciła głowę i spojrzała przyjacielowi prosto w oczy; zapadło między nimi milczenie, trwało jedynie ułamki sekund, ale w tym czasie zdołali sobie wszystko wyjaśnić. Młodzieniec skinął powoli głową, przyglądając się Strażniczce z troską, jednak nie zamierzał jej zatrzymywać. Posłała mu ciepły uśmiech, jakby chcąc pocieszyć.
Potem rozpoczęła się walka.
Rzucili się na wrogów sprawnie oraz szybko, z nowymi siłami, zdeterminowani, by pomścić tych, którzy padli z rąk pomiotów. Alistair skierował się do mniejszych trupów ożywionych przez genloka, Ellen skupiła się tylko na ogrze. Wiedziała, że to nie będzie proste, ale chciała to zrobić. Przynajmniej ten jeden raz.
Ledwie doskoczyła do wroga, musiała unikać ciosu olbrzymiej łapy. Zachłysnęła się powietrzem, przeturlała się po śniegu i znów natarła. Tym razem wycofała się jeszcze szybciej, bo ogr wyskoczył w powietrze i gruchnął z całej siły w ziemię zaciśniętymi w pięści rękoma, wstrząsając gruntem. Ellen, znajdując się ładne kilka metrów od przeciwnika, upadła, tracąc dech. Niskie parsknięcie oraz groźny pomruk sprawiły, że podniosła się nader szybko, w ostatniej chwili, by zauważyć pochylającego się pomiota. Bestia zaszarżowała na nią niczym taran, Strażniczka rozpaczliwie odepchnęła się od podłoża i rzuciła się w bok.
Był potężny. Potężniejszy niż inne ogry, z jakimi do tej pory się zmagali – kwestia magii genloka czy naprawdę był lepszy? Nie miała czasu, by się nad tym zastanawiać, udało się jej drasnąć potwora, ciemna posoka skapnęła na biały puch. Zdenerwowany pomiot spróbował ją złapać w łapę, ale znów uciekła; przynajmniej to jej wychodziło. Zachwiała się na lodzie i przypuściła kolejny szturm, coraz bardziej wątpiąc w to, że uda się jej cokolwiek zdziałać w starciu z tym olbrzymem. Alistair chyba powinien był ją jednak powstrzymać.
Kiedy ponownie wylądowała na ziemi, zabrakło jej tchu. Ciało zadrżało, czując wyczerpanie całego dnia, i odkryła, że nie mogła się ruszyć. Dostrzegła stającego nad nią ogra, obróciła się z brzucha na plecy i popatrzyła prosto w rybie oczy wroga. Zawahała się z ucieczką, zawahała się z atakiem. Nie wiedziała, co będzie lepsze – i to wahanie zaprowadziło ją na krawędź zguby.
Nim atak pomiota sięgnął celu, od potwora oddzielił Strażniczkę Alistair. Zmusił ogra do cofnięcia się o kilka kroków, pomiot stracił równowagę i dziewczyna zinterpretowała to jako dużą szansę. Zerwała się z ziemi, wykrzesawszy z siebie jeszcze trochę siły.
— Alistairze! — krzyknęła, rzucając się biegiem do przyjaciela.
Nie miała pojęcia, jak to się stało, że ją zrozumiał, odgadł, co zaplanowała. Jednak w chwili, w której odbiła się od ziemi, pochylił się lekko, pozwalając jej odepchnąć się od swoich pleców. Tak też zrobiła, starając się włożyć w to jak najwięcej wyczucia, a potem skoczyła prosto na pierś ogra.
Własną broń zatopiła powyżej miecza oraz sztyletu Duncana. Wbiła głęboko, silnie, i jeszcze raz, trochę wyżej, aż zawędrowała tą wspinaczką pod mordę ogra. Pomiot stracił równowagę, zraniony oraz popchnięty siłą uderzenia, zachwiał się i runął na ziemię, prawie strącając z siebie Strażniczkę. Dziewczyna jednak mocno trzymała rękojeść sztyletów – jeden puściła, drugi wbiła w sam środek czoła potwora, nim jego łapy jej sięgnęły. Przekręciła ostrze raz, drugi, poczuła napinające się pod sobą ciało, a potem ogr zwiotczał i znieruchomiał.
Wszystko rozgrywało się w ułamkach sekund, walka nadal trwała mimo tego zwycięstwa. Poważnym problemem pozostawał genlok, który mógł wskrzesić każdego poległego ponownie.
— Leliano, emisariusz! — krzyknęła Ellen, odchyliwszy się na piersi ogra, gdzie przysiadła po udanym ataku.
Łuczniczka wyszarpnęła strzałę z kołczanu, obwiązała grot żyłką wyjętą z torby i wycelowała, napinając cięciwę.
Kolejne sekundy, nieznośnie długie sekundy, gdy pomiot unosił łapy, zbierając moc do nowego zaklęcia, a Leliana szukała odpowiedniego miejsca, by strzelić. Strażniczka zagryzła wargę, nie chcąc zdekoncentrować przyjaciółki wyrywającym się z piersi okrzykiem. Wtedy strzała śmignęła, wbiła się w łeb emisariusza, po czym rozsadziła czaszkę. Ciało zadrżało konwulsyjnie i osunęło się, bezgłowe, na śnieg. Ellen otworzyła szeroko oczy, zastygając na chwilę; to najpewniej przez tę żyłkę, której przyjaciółka użyła – mocna rzecz.
Wynne i Alistair skierowali się do genloka, by zdjąć z niego napierśnik Cailana, Strażniczka natomiast delikatnie, by niczego nie uszkodzić, wyjęła z ciała ogra broń Duncana. Przyjrzała się mieczowi, potem sztyletowi, poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle i pospiesznie przytroczyła broń do pasa, nie przejmując się tym, że było to niewygodne. Na razie nie zanosiło się na kolejną walkę, potem przywiąże oręż do siodła Taiki. O ile konie nadal stały tam, gdzie je zostawili.
Gdy już się z tym uporała, nie podeszła do pozostałych. Wolała poczekać, aż skończą oczyszczanie napierśnika Cailana. Sama zajęła się obserwowaniem okolicy, oddychając głęboko mroźnym, otrzeźwiającym spojrzeniem. Czy zabicie ogra przyniosło ulgę? Nie potrafiła powiedzieć, ale satysfakcja była na pewno.
— Oto jest ostatni element — westchnął Alistair, odsuwając się od doprowadzonego w miarę do porządku napierśnika.
Znalazł także miecz Marica przy pasie genloka, dlatego i broń zabrał, choć po krótkim wahaniu. Wynne przejęła od młodzieńca element zbroi, najwyraźniej uznawszy, że mogła to bez problemu ponieść. Strażnik spojrzał niepewnie na oręż ojca, marszcząc w zadumie czoło.
— To był długi dzień — uznała Wynne, podnosząc się z klęczek i oglądając się przez ramię na milczącą Ellen. — Z tymi workami pod oczami wyglądasz równie staro jak ja — dodała żartobliwie, zerknąwszy na zafrapowanego Alistaira.
Młodzieniec uśmiechnął się z przekąsem pod nosem, z oporami przytraczając miecz do pasa, by móc go przetransportować do koni.
— A ty, pani, ośmielę się powiedzieć, z każdym dniem wydajesz się coraz młodsza — odparł pogodnie.
Całą grupą ruszyli do czekającej na nich Ellen, uspokojeni tym, że pomiotów nie było już widać i genlok leżał martwy.
— Uważaj, z kim flirtujesz, młodzieńcze — ostrzegła go Wynne i pogroziła Strażnikowi palcem. — Gdy obudzisz się jutro u mego boku, znów zacznę ci przypominać twoją babkę — zawyrokowała, delikatnie popychając Ellen, by przekonać ją do ruszenia w drogę powrotną.
Strażniczka poszła przodem, Leliana zrównała z nią krok i w ten sposób dwie panie zostawiły pozostałych towarzyszy trochę w tyle.
— U twego boku? — powtórzył przestraszony Alistair.
— Słyszałeś, co powiedziałam. Nie pierwszy raz obudziłabym się w łóżku z młodszym mężczyzną — postanowiła uświadomić Strażnika, uśmiechając się szeroko na widok jego zmieszania.
— Czy wszystkie kobiety z wiekiem stają się tak nikczemne i przebiegłe? — burknął ponuro, mimowolnie przeniósłszy wzrok na plecy idącej z przodu Ellen.
Wynne musiała to dostrzec, bo, nim zagłębili się znów w tunel prowadzący z powrotem do Wieży Ishal, roześmiała się serdecznie i poklepała Alistaira pocieszająco po plecach, przymrużając triumfalnie oczy.
— Tylko ja, mój drogi. Tylko ja.

Dotarcie z powrotem do mostu zajęło im dłuższą chwilę. Kiedy wreszcie tam nadeszli, cofnąwszy się po wszystkich trupach, jakie po sobie pozostawili, znów zatrzymali się pod ciałem Cailana – w dalszym ciągu wywoływało równie piorunujące, miażdżące wrażenie, Ellen z trudem oddychała, kiedy na nie patrzyła.
Coś ścisnęło ją w żołądku i przez chwilę myślała, że zwymiotuje, ale zdołała się powstrzymać. Za dużo atrakcji jak na jeden dzień.
— Alistairze, nic ci nie jest? — zmartwiła się Wynne, widząc, że Strażnik pobladł, zupełnie jakby podzielał samopoczucie Ellen.
Młodzieniec pokręcił bez przekonania głową, przymknąwszy oczy.
— Fuj. Zostawiły go tutaj, żeby zgnił. Musimy coś z tym zrobić — wydusił, przenosząc wzrok na nadal milczącą Strażniczkę.
Dziewczyna przytaknęła, nie odrywając wzroku od sinego ciała. Gdyby nie mróz, już prawdopodobnie byłby w trakcie rozkładu; wzdrygnęła się na samą myśl.
— To członek rodziny królewskiej i zasługuje na stos pogrzebowy — uznała pustym głosem, nie potrafiąc wymówić niczego cieplejszego.
— Był zacnym człowiekiem, który chciał osiągnąć zbyt wiele i umarł zbyt młodo — westchnął Alistair, przyjrzawszy się Ellen z troską. — Zasługuje na tę odrobinę szacunku, jaką możemy mu w tej chwili okazać — zgodził się, rozglądając się dokoła za czymś, z czego stos pogrzebowy można byłoby wykonać.
— Na głównym placu — postanowiła Strażniczka. — Rośnie tam trochę drzew, część drewna weźmiemy z barykad — dodała, zawracając.
Prace trwały dość długo, ale wreszcie udało się im ułożyć odpowiednią konstrukcję. Zrobili to nieopodal ogniska Duncana, całkiem blisko dawnego namiotu króla, gdzie cień rzucała olbrzymia, stara sosna. Choć wszystko było zamarznięte, Wynne zapewniła, że to nie problem i jej czary zdołają się przez lód przebić. Ellen została przy stosie pogrzebowym, podczas gdy Alistair oraz czarodziejka zawrócili po ciało władcy. Leliana po krótkim wahaniu zdecydowała się dotrzymać towarzystwa przyjaciółce, widząc, że była już bardzo zmęczona i wstrząśnięta tym, co musieli w Ostagarze znieść.
Dziewczęta nie pytały, jak udało się pozostałym zdjąć Cailana z konstrukcji. Łuczniczka domyśliła się, że Wynne za pomocą magii pozbyła się prętów, Alistair natomiast ciało przyniósł. Sprawnie ułożyli je na stosie, młodzieniec splótł ręce króla, a potem cofnęli się kilka kroków, pozwalając działać czarodziejce. Chwilę potem ogień z trzaskiem wzniósł się prosto w niebo, zaczynając pochłaniać drewno oraz zwłoki Cailana. Cała czwórka zapatrzyła się na konstrukcję, przez minutę albo dwie wspominając władcę i oddając mu w ciszy cześć.
Najkrócej wytrzymała przed stosem Ellen, jako pierwsza odwróciła głowę i skierowała się z powrotem do wyjścia z Ostagaru, do koni. Nie mogła patrzeć, jak ogień trawił ciało króla, bo to było ostatecznym dowodem na to, że młodzieniec umarł. W pewnym sensie cieszyła się, że nie odnaleźli zwłok Duncana, teraz przynajmniej mogła zapanować nad rozpaczą.
Idąc przez ciche ruiny Ostagaru, rozluźniła się. Powrócił spokój, gorycz oraz pustka rozmyły się, odniosła wrażenie, jakby została oczyszczona. Twierdza widziała już wiele nieszczęść i każdemu z nich się przeciwstawiała – gdyby ona, Ellen, mogła być jak forteca, nieugięta, nieustępliwa… Ale nie była, cierpiała i przegrywała tak samo jak każdy. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
Wojna nadal się toczyła, jeszcze wiele mogła w niej powiedzieć – nieważne, czy zmieni to przyszłość Fereldenu, czy nie. Najważniejsza była sama próba, sama walka o to, by coś zdziałać. Zdziałają wiele, wspólnie, razem, na pewno.
Taiki stała wraz z pozostałymi końmi, Ellen powitała cichym, pełnym niepokoju rżeniem. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno do klaczy i wtedy Dzika podeszła do niej, strzygąc czujnie uszami. Strażniczka sięgnęła do szyi wierzchowca, przeciągnęła pod niej dłonią, ciesząc się ciepłem zwierzęcia, gdy nagle coś ją objęło i ostrożnie do siebie przygarnęło; Ellen zdrętwiała, bojąc się nawet oddychać.
Chwilę potem znów się rozluźniła i przytuliła się do Taiki, w duchu czując niewyobrażalną, trudną do opisania ulgę. Nie wiedziała dlaczego, ale dopiero w tym momencie zrozumiała z całą wyrazistością, że ani przez chwilę nie była sama. Wczepiła się dłońmi w gęstą, czarną grzywę klaczy, wycierając znów wilgotną od łez twarz w ciepłą sierść. Jak to dobrze, że ją miała, chociaż Taika była trudna i charakterna. Teraz stała się jej bardzo bliską, jeśli nie najbliższą przyjaciółką, prawie jak Shegar.
Pozostali dołączyli do nich długo potem, przez ten czas Ellen się opanowała, doprowadziła do porządku i przygotowała torby podróżne przy siodłach, by móc schować zbroję Cailana, przytroczyć miecz Marica oraz broń Duncana. Wszyscy bez słowa przyszykowali się do drogi, nadal nie do końca wiedząc, co Strażniczka dokładnie planowała – rano powiedziała im tylko, że wyruszali na południe, do Głuszy Korcari. Po drodze nastąpiła pewna zmiana planów i znaleźli się tutaj.
— Co dalej? — spytał Alistair, kiedy dosiedli już wierzchowców.
Widać było po nich zmęczenie, jednak dzielnie starali się je maskować, zauważywszy, że Ellen była zdeterminowana, by osiągnąć cel. Strażniczka spojrzała po towarzyszach, uśmiechnęła się lekko i zwróciła Taikę na oblodzoną, kamienistą dróżkę wiodącą dokoła wzgórza, na którym wzniesiono twierdzę Ostagar.
— Jedziemy do Głuszy. Flemeth się za nami z pewnością stęskniła — oznajmiła, przykładając łydki do boków klaczy.
Kopyta Dzikiej zazgrzytały na kamieniach, kiedy wierzchowiec ruszył we wskazaną stronę, powoli zbliżając się do ponurych, teraz zamarzniętych bagien Głuszy Korcari.

1 komentarz: