niedziela, 31 marca 2013

Rozdział 1.78 - Stara chata


Śnieg zaskrzypiał pod końskimi kopytami ostatni raz, burząc równomierną melodię rozlewającą się dokoła łagodną falą. Poczuła gwałtownie szarpnięcie, nagle jakby cały świat spod niej uciekł, zachłysnęła się powietrzem i poszukała rękoma czegoś stałego, nie pamiętając już nawet, gdzie się znajdowała oraz dlaczego w tak dziwnej pozycji. Nim odszukała ratunek, twarde podparcie gwałtownie wróciło, wbijając, zdawałoby się, jej miednicę prosto w kręgosłup. Stęknęła głucho, a odgłos zmieszał się z czyimś równie ciężkim jękiem. Zadrżała, czując rozbiegające się po odrętwiałym ciele mrowienie.
— Ellen? — rozbrzmiało jak przez mgłę.
Znów poszukała podparcia pod rękoma, starając się skupić półprzytomny umysł na wrażeniu napinania powierzchni pod nogami, czego nie mogła zrozumieć. Wreszcie natrafiła dłonią na coś twardego, ale jednocześnie miękkiego, acz nieco szorstkiego. Zorientowała się, że miała zgrabiałe palce. Zmarszczyła czoło.
— Spokojnie, maleńka.
Nie wydawało się jej, by zwracano się do niej. Spróbowała obrócić ciężką głowę, jednak okazało się to zbyt trudne, dlatego nastawiła tylko ucha. Wychwyciła żałosne parsknięcie, coś metalicznie brzęknęło, wdzierając się do umysłu nieprzyjemnym prądem. Skrzywiła się, bezwiednie osłaniając oczy wierzchem dłoni, zupełnie jakby raziło ją światło.
— Nie okulawiła się chyba. Wszystko w porządku?
Chciała odpowiedzieć, jednak usta zdrętwiały równie mocno, co reszta ciała. Nie sądziła, by była w stanie wypowiedzieć jakiekolwiek konkretne zdanie, dlatego postanowiła milczeć, walcząc z dziwnym uczuciem pustki, które ją otaczało. Zupełnie jakby dokoła nie było niczego poza głosem, czymś stabilnym pod nią oraz ciemnością.
— Zaraz coś na to poradzę.
Poza dwoma głosami.
Ogarnęło ją niespodziewanie przyjemne ciepło, nagle mogła zaczerpnąć głębokiego, kłującego tchu, nagle ciało przestało być wrogiem. Zadrżała, otwierając oczy i zapatrując się bez zrozumienia w ciemną przestrzeń rozciągającą się tuż przed nią.
Powykręcane drzewa pochylały nad nimi nagie korony, strasząc drżącymi na wietrze kikutami gałęzi. Wiły się wśród rozległych terenów niczym ponure słupy ostrzegawcze, jakby mówiły „tak, tu możesz stanąć. Postąp krok w bok jednak, a runiesz w odmęty”. Wszędzie zalegały zaspy śniegu, niekiedy głębokie oraz wielkie, kiedy indziej ledwie zakrywające oblodzoną ziemię. A każdy krok mógł odebrać glebę spod nóg i pozwolić zapaść się w lodowatym, brejowatym bagnie.
Otrząsnęła się ze zdumienia i rozejrzała się szybko, starając się rozeznać we własnym położeniu. Z pewną ulgą dostrzegła, że nadal siedziała na Taice, klacz tkwiła po brzuch w zaspie, od czasu do czasu przygryzając ze złością wędzidło i strzygąc uszami. Kawałek za nimi, trochę powyżej, zatrzymali się pozostali – Alistair, Wynne oraz Leliana. Przypatrywali się przywódczyni z góry, zaniepokojeni.
Teraz już wiedziała, dlaczego podróż przez Głuszę Korcari nocą mogła być złym pomysłem. Nie sposób było już nawet polegać na wierzchowcu, którego ostępy myliły równie podstępnie, co jeźdźców.
— Wiem, co chcecie powiedzieć — zapewniła, unosząc rozgrzane przyjemnie dłonie na wysokość twarzy. — Możecie sobie oszczędzić — dodała, rozglądając się za upuszczoną gdzieś w okolicy rękawicą z prawej ręki.
— Na pewno? — mruknął kpiąco Alistair. — Może jednak coś pominęłaś w swoich przemyśleniach i należałoby to uzupełnić.
Wzruszyła ramionami, przechyliła się w siodle i sięgnęła do nieszczęsnej rękawicy, podnosząc ją mimo zniecierpliwionych poszturchiwań pyska Taiki. Nieporadnie pogłaskała klacz po chrapach, prostując się, i zaraz skupiła się na naciąganiu materiału na dłoń.
— Chyba przysnęłam, to dlatego. Przepraszam — stwierdziła, puściwszy uwagę starszego Strażnika mimo uszu. — Taika zmyliła drogę, nie zna tych terenów.
— Nikt ich nie zna — zauważał pod nosem niezadowolony Alistair, podczas gdy Wynne wymieniała spojrzenie z Lelianą.
— Przysnęłaś? — powtórzyła łuczniczka. — Mamrotałaś jeszcze chwilę temu coś o tym, że upuściłaś rękawiczkę i po nią jedziesz — poinformowała przyjaciółkę.
Ellen obejrzała się przez ramię i zlustrowała towarzyszy czujnym spojrzeniem. Widząc, że wszyscy przyglądali się jej tak samo pewnie jak Leliana, nieco się zafrapowała, strzepując z rękawicy resztki śniegu.
— To mówiłam przez sen. Nie pamiętam za wiele z ostatnich kilkunastu minut — przyznała potulnie i cmoknęła na Taikę, zawracając ją z wgłębienia, w które się zapadły.
Klacz parsknęła niezadowolona, szarpnęła łbem, a następnie całym ciałem, wyrywając się ze śnieżnej zaspy z niemałym wysiłkiem. Kopyta poślizgnęły się na oblodzonym stoku, ale pozostałe konie grzecznie cofnęły się pod komendą jeźdźców, dzięki czemu zrobiły Dzikiej więcej miejsca na wspinaczkę.
Chwilę później wierzchowiec otrzepywał się niezadowolony ze śniegu, jego spocona skóra drgała nerwowo, starając się przywrócić ciału stracone ciepło.
— Wyziębienie — uznała Wynne, kiwając głową w stronę Ellen. — Mogłaś powiedzieć, gdybyście nie wpadły do tego dołu, prawdopodobnie zrobiłabyś sobie krzywdę taką biernością — skarciła Strażniczkę.
— Przecież mówię, że zasnęłam — żachnęła się, unosząc się w strzemionach, by przyjrzeć się okolicy. — Nie umiem informować o wyziębieniu przez sen.
— Czyli przez resztę drogi będziemy dźgali cię kijem, żebyś nie zasnęła — postanowił Alistair, podjeżdżając do zrezygnowanej Taiki.
Klacz nawet nie miała siły zgrzytnąć zębami, tylko stuliła uszy na widok Kreoisa, rzucając ogierowi nieprzychylne spojrzenie.
— Bardzo śmieszne — burknęła Ellen, zerkając na przyjaciela. — Zresztą nieważne, na pewno jesteśmy już blisko — uznała, starając się przeczesać wzrokiem zalegającą w Głuszy ciemność.
— Tak samo jak godzinę temu? — zainteresował się sceptycznie Strażnik. — Nie poznaję tych okolic. Obawiam się, że…
— Wcale nie — sprzeciwiła się szybko, garbiąc ramiona. — Wcale że wiemy, gdzie jesteśmy. Pewnie niedługo pojawi się most jak kłoda.
— Kłoda jak most pomiędzy dwoma wzgórzami, jak już — poprawił ją Alistair, zaciskając usta. — Ellen, chyba muszę cię zmartwić, ale to mi wygląda na permanentne zgubienie.
Leliana przestała się śmiać z „mostu jak kłody” i spojrzała zmartwiona na przyjaciółkę. Nikt nie był już w dobrej kondycji, wizyta w Ostagarze poważnie wszystkich wymęczyła, w dodatku zapadła ciemna noc. W samym sercu Głuszy Korcari. Okoliczności nie sprzyjały dobremu humorowi, jednak łuczniczka postanowiła się chwilowo nie załamywać – może ich przywódczyni coś wymyśli.
Cóż, temu nie można zaprzeczyć, wymyśliła.
— No to nic. Jak będziemy jechać przed siebie, w końcu stąd wyjedziemy — stwierdziła, ponownie wzruszając ramionami.
— Zdrowy rozsądek do Ellen, słyszysz ty siebie? — jęknął przerażony Alistair, wbijając w przyjaciółkę zdruzgotane spojrzenie. — Za Głuszą Korcari są tylko niezbadane pustkowia, a my nie mamy prowiantu ani namiotów. Może lepiej wrócić po śladach do Ostagaru?
— O ile jeszcze są — wtrąciła Wynne. — Tu może nie sypie śnieg, ale w tych okolicach wiatr zmienia dość gwałtownie kierunek, istnieje ryzyko, że już je przykrył świeżą warstwą — zauważyła, odpowiadając przepraszającym spojrzeniem na te oskarżycielskie.
— Wykopmy norę i zróbmy coś jak igloo — zaproponowała zrezygnowana Leliana, obejmując szyję Tallona i kładąc się na rudym wierzchowcu.
— Nie zgubiliśmy się, głupoty gadacie — sprzeciwiła się po krótkim milczeniu Ellen. — Zaraz z Alistairem dostrzeżemy coś charakterystycznego, w końcu staraliśmy się poruszać tak samo jak wtedy, gdy byliśmy tu ostatnio.
— Ellen, ty się gubisz nawet z mapą — przypomniał zdesperowany Strażnik.
— Dzięki — rzuciła kwaśno i, demonstrując urażenie, pogoniła zmęczoną Taikę.
Śnieg znowu zaskrzypiał, ale tylko pod kopytami gniadej klaczy.
— To nie była złośliwość, tylko szczerość — westchnął Alistair, pokręcił głową i podążył za przywódczynią, postanawiając nie narzekać aż tak bardzo.
Cisza nie trwała długo tym razem. Ujechali kolejne kilkadziesiąt, może kilkaset metrów, pozwalając koniom samym decydować, gdzie będą stawiały kopyta, kiedy rozległ się niezadowolony jęk Strażnika. Ellen zatrzymała Taikę i obejrzała się na przyjaciela zdumiona, patrząc, jak kulił się w siodle, trzymając się za głowę.
— Most jak kłoda — zakomunikowała zadowolona Leliana i stanęła w strzemionach, poklepując dłonią pień, w który zarył czołem nieuważny młodzieniec.
— Och — wyrwało się Strażniczce; obróciła klacz przodem do pozostałych. — Czy to ten sam, którego wtedy szukaliśmy? — zainteresowała się, zawieszając na Alistairze wyczekujące spojrzenie.
— Wielu tego typu konstrukcji w Głuszy nie spotkałem — odparł zgryźliwie, prostując się niechętnie i przesuwając dłonią po spodniej części kłody.
Ellen wywróciła wymownie oczami, jednak powstrzymała chęć skomentowania, postanawiając, że wykaże się profesjonalizmem i nie będzie wszczynała kolejnej bezsensownej sprzeczki, tylko poczeka na konkrety.
— Wszystko na to wskazuje — odezwał się Strażnik. — Pamiętasz, wisiały tu wtedy trupy. Znalazłem zamarznięte liny — poinformował, dźgając coś w ciemności, czego dziewczyna nie potrafiła w tej widoczności określić. — Chyba jesteśmy na dobrej drodze.
— Poszliśmy potem do tych gigantycznych posągów, prawda? — spróbowała sobie przypomnieć, przykładając palec do ust. — I odbiliśmy… gdzieś tam. — Machnęła ręką w swoją lewą. — Ale się cofnęliśmy i podreptaliśmy po zdobyciu szkatułki… w tę stronę — zdecydowała, tym razem wskazując prawo. — I był taki mostek, potem wzgórze z kwiatkami.
— I więcej trupów — mruknął pod nosem Alistair, jednak zaraz skinął głową. — Morrigan sprowadziła nas w zarośla pod wzgórzem i poprowadziła między bagnami mniej więcej… tam. — Wskazał palcem orientacyjny kierunek.
— Kiedy was słucham, zastanawiam się, czy naprawdę chcę dalej podróżować po Głuszy podług wskazówek „gdzieś tam”, „tu”, „tamtędy” — wtrąciła Leliana, kręcąc z niedowierzaniem głową, a rozbawiona Wynne jej przytaknęła.
— To nie jest takie proste — żachnęła się oburzona Ellen. — Masz ciemno jak w dupie, każde drzewo wygląda podobnie, weź się tu, człowieku, odnajdź w zupełnie innej porze roku — burknęła, zaraz wzdychając ciężko. — Zatem co robimy?
— Jak to co? – prychnęła Wynne, uśmiechając się z teatralną wyniosłością. — Jedziemy mniej więcej tam — oznajmiła, przeprowadzając ogiera pod zwaloną kłodą i kierując go we wskazaną chwilę temu przez Alistaira stronę.
— Też masz wrażenie, że postanowiły się sprzymierzyć przeciwko nam? — mruknął do Ellen Alistair, kiedy i Leliana ich minęła.
— Mam wrażenie, że jeśli po tej rekonstrukcji trasy nie odnajdziemy chaty Flemeth, to stracimy cały autorytet — odpowiedziała półgłosem, uśmiechając się krzywo.
— Ty przynajmniej masz co tracić — zauważył rozbawiony, mrugnął do przyjaciółki, po czym pogonił Kreoisa, by dogonił pozostałe konie.
— Nie bardzo wiem, czy powinnam się obrazić — przyznała Ellen, zwracając się bardziej do klaczy niż kogokolwiek z towarzyszy.
Taika parsknęła z dezaprobatą, otrząsnęła się jak pies z wody, pozbawiając amazonkę równowagi, i energicznie ruszyła za pozostałymi, postanawiając zapomnieć o dowodzeniu Strażniczki. Może to i racja, może kobyła miała większe szanse w odnalezieniu chatki niż niezorientowana w terenie dziewczyna.

— Powtórzmy. Zarośla pod wzgórzem, więcej trupów, między bagnami oraz kluczowe „gdzieś tam”. Czy coś pominęłam?
— Najpierw były trupy, potem zarośla — burknęła Ellen, łypiąc na Lelianę.
— Ale wszystko się na razie zgadza — jęknął Alistair, zadzierając głowę, by przyjrzeć się mijanemu wzgórzu; istniała obawa, że to dopiero na tym znaleźli swego czasu stare archiwum Szarej Straży.
— Poza trupami — zauważyła spokojnie Wynne, niezwykle dobrze się bawiąc w tej tragicznej sytuacji.
— Może Flemeth się zirytuje i sama po nas wyjdzie — westchnął Alistair, zawieszając na Strażniczce zrezygnowane spojrzenie.
Ellen raczyła tylko zmiażdżyć przyjaciela wzrokiem, potem znów zgarbiła się w siodle, choć doskonale wiedziała, że nie wolno tego robić. Ale tym sposobem wydawało się jej, że zatrzymywała więcej ciepła, dlatego nie zamierzała bawić się we wzorcowy dosiad, kiedy zęby szczękały tak głośno, jakby chciały się wzajemnie powybijać.
— Nawet nie ma jak rozbić obozu. Beznadziejnie to zaplanowałam — sarknęła samokrytycznie, krzywiąc się zabawnie.
— Nie da się zaprzeczyć — pocieszyła przyjaciółkę Leliana, uśmiechając się z przekąsem.
— To nie wymagało komentarza.
— Na pewno niczego nie zabraliśmy? — zaryzykował przyznanie się do nadziei Alistair, zaraz ochoczo obracając się do własnego bagażu, by przejrzeć jego zawartość.
Oględziny nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.
— Na pewno. Początkowo mieliśmy zwyczajnie jechać do Flemeth, utłuc gadzinę, a potem wracać przed zmrokiem do reszty — westchnęła Ellen.
— Właściwie to czemu chcemy ją ubić? — zainteresował się Alistair.
— I skąd macie pewność, że istnieje? — dodała Wynne, przechylając głowę, by lepiej widzieć niknącą w mroku sylwetkę Strażniczki.
— Uratowała nas na Wieży Ishal i jest matką Morrigan — odpowiedziała zdawkowo czarodziejce, od razu skupiając uwagę na młodzieńcu. — Ponieważ jest niebezpieczna i pragnie zabić naszą prywatną wiedźmę.
— No to w czym problem? — zdumiał się Strażnik. — Morrigan z wozu, Szarym lżej.
Ellen spojrzała na niego zła.
— Ale posłuchaj siebie. Jedziemy zabić Wiedźmę z Głuszy, bo jej córka nas o to prosi, a wcale nie mamy pewności, że i tak córka by nas nie zdradziła. Nie widzę logiki — żachnął się.
— Przyjaźń nie podlega prawom logiki — mruknęła niechętnie; nie chciała się przyznawać, że w grę wchodziły osobiste uczucia.
— Przyjaźń z Morrigan? — wydusił zszokowany Alistair. — Chyba sobie żartujesz.
— Nie — prychnęła i poszukała wsparcia u pozostałych pań, ale obie ukradkiem odwróciły od niej spojrzenia. — Wielokrotnie uratowała mi życie. Jestem jej coś winna — dodała, znów skupiając się na Strażniku.
— Flemeth uratowała nam życie raz a porządnie i gdyby nie ona, Morrigan nie miałaby się kiedy wykazać — mruknął młodzieniec, zaciskając usta.
— Chcesz mi powiedzieć, że podczas walki staniesz po stronie Wiedźmy? — zainteresowała się ostrzejszym głosem.
— Chcę ci powiedzieć, że Morrigan nie jest warta takiego poświęcenia — sprostował, odważnie odpowiadając na jej gniewne spojrzenie.
— A ja chcę wam powiedzieć, że nie wierzę własnym oczom, ale to wygląda na chatę — wtrąciła Leliana, wjeżdżając Tallonem między kłócących się i wskazując palcem kierunek, w którym wypatrzyła domostwo.
Ellen od razu porzuciła rozmowę i zmrużyła oczy, przesuwając wzrokiem po rozciągających się dokoła krajobrazach.
Rzeczywiście, drzewa nieco rzedły, tworząc niemalże niemożliwą do przebycia ścianę z jednej strony budynku, z drugiej natomiast rosły tylko pojedynczo, zostawiając o wiele więcej przestrzeni. W niedużych okienkach tliły się płomienie świec, rzucając ciepłe światło na szyby, a wznoszący się na granatowym nieboskłonie księżyc tonął w zamarzniętej tafli niedużego jeziorka, na którego brzegach zwisały zwiędłe trzciny.
Strażniczka uśmiechnęła się szeroko, nie potrafiąc ukryć triumfu na utęskniony widok. Już myślała, że przyjdzie im umrzeć w dziczy.
— Wreszcie wyszło na moje — mruknęła zadowolona i poprosiła Taikę o kłus.
Klacz niechętnie ruszyła, tuląc uszy i parskając trwożliwie. Koniec końców zatrzymała się jak wryta w odległości niecałych dwudziestu metrów od wydeptanego podwórza chaty, odmawiając zbliżenia się do ganku. Strażniczka, chcąc nie chcąc, postanowiła zostawić tu konie i ruszyć dalej pieszo.
Kiedy całą niedużą grupką skierowali się do celu podróży, Ellen z pewnym zaskoczeniem dostrzegła, że ktoś stał przed drzwiami, przypatrując się im w ciemności. Poczuła na plecach lodowaty dreszcz i resztką zdrowego rozsądku powstrzymała się od odruchowego sięgnięcia po sztylet.
— Widzisz? — szepnął Alistair, chwyciwszy jej łokieć.
Skinęła głową. Już wcześniej przeczuwała, że Flemeth będzie na nich czekać, doskonale wiedząc, kiedy dokładnie się zjawią.
— A więc wracasz — rzuciła triumfalnie staruszka, postąpiwszy dwa kroki w przód, by znaleźć się w srebrnym świetle księżyca.
Strażniczka zatrzymała się i gestem poleciła pozostałym stanąć bardziej za jej plecami. Sama spojrzała odważnie na Wiedźmę z Głuszy, czując dziwny ucisk w żołądku. Nie wydawało się jej, by była to ekscytacja przed walką.
— Słodziutka Morrigan nareszcie znalazła kogoś, kto zatańczy, jak ona zagra — mruknęła Flemeth, przypatrując się drobnej dziewczynie przeszywająco. — A gra urzekająco, nieprawdaż?
— Znamy twoją brudną tajemnicę, Flemeth — warknęła, prostując się odruchowo, choć doskonale wiedziała, że nie stanie się przez to większą.
Staruszka parsknęła skrzekliwym, krótkim śmiechem, na moment przymykając żarzące się dzikim blaskiem oczy. Kiedy znowu spojrzała na Strażniczkę, można było w niej ujrzeć zaciekawienie oraz śladowy, kpiący podziw.
— Ciekawe którą — mruknęła, mrużąc powieki. — Co ci powiedziała Morrigan, hm? Co tym razem sobie uknuła? — zainteresowała się beztrosko.
Ellen poczuła się bardzo niepewnie. Przełknęła ślinę, siląc się na tę samą stanowczość, z którą ruszyła w stronę chatki, jednak wydawało się to niemożliwe do osiągnięcia.
— Wie, jak przedłużasz swoje życie — odpowiedziała, zwalczywszy nagłe ukłucie strachu; dostrzegłszy błysk w oczach Wiedźmy z Głuszy, zastanowiła się, czy niepokój nie został wywołany bezpośrednio przez nią.
— Oczywiście, że wie — parsknęła zirytowana. — Pytanie: czy ty też?
Strażniczka wyraźnie się napięła, zająknęła i ostatecznie nie odpowiedziała, wpatrując się we Flemeth coraz bardziej niepewnie. Nie przyszłoby jej do głowy, że Morrigan mogłaby ją oszukać, ale… tyle zdrady już widziała i jeszcze się nie nauczyła?
— Ach, to taka stara, bardzo stara opowieść — westchnęła Flemeth, uśmiechając się przewrotnie, jej głos na powrót stał się dziwnie miękki. — Taka, którą Flemeth już słyszała… a nawet opowiadała. Przejdźmy od razu do zakończenia, dobrze?
Ellen skinęła bezmyślnie głową, walcząc z suchością w ustach.
— Zabijesz uprzykrzoną staruchę, jak chce Morrigan? — spytała, mrużąc brązowe, chytre oczy. — Czy może opowieść pobiegnie innym torem?
— Chcę tylko znać prawdę — szepnęła słabo Strażniczka, czując, że wszystkie karty wysuwają się jej z rąk.
— „Prawdę”, mówisz! — wykrzyknęła, potrząsając siwymi włosami. — Jak gdyby nigdy nic! Nie, nie — mruknęła karcąco i pogroziła dziewczynie palcem. — Kłamstwo jest lepsze. Lepsze są miękkie kocyki, cienie, matczyna miłość.
Ellen bardzo zapragnęła cofnąć się parę kroków i chwycić rękę Alistaira, by poczuć się pewniej, jednak wiedziała, że nie powinna. Z pełną świadomością podejmowanej decyzji przyjęła na swoje barki odpowiedzialność przywódcy, więc teraz musiała stać pierwsza w szeregu, biorąc na siebie ciosy rzeczywistości.
— Morrigan pragnie mej księgi? — odgadła Flemeth. — Bierz ją jako trofeum. Powiedz jej, że nie żyję — zaproponowała, uśmiechając się pod nosem.
Strażniczka drgnęła. Poczuła się tak, jakby ściągnięto z niej warstwę strachu i zezwolono na większą swobodę myślenia – wtedy z przerażeniem zastanowiła się, czy te wszystkie wątpliwości nie spowodowała przypadkiem brudna magia Flemeth.
— A co będzie z tobą? — spytała podejrzliwie.
— Pójdę — odparła, wzruszając ramionami. — Może pewnego dnia zrobię Morrigan niespodziankę… a może po prostu będę obserwować — mruknęła, przypatrując się zdumieniu dziewczyny. — Co zrobi ze swoją wolnością? To byłby ciekawy widok. Pouczający. Pozwolisz na to starej kobiecie?
Ellen pochyliła głowę, zamykając myśli przed wkradającymi się do umysłu wątpliwościami. Skupiła się tylko na suchych faktach, starając się analizować wszelkie za i przeciw poddaniu się sugestii kobiety.
— Myślisz, że w to uwierzy? — rzuciła nieprzekonana.
Uniknięcie walki mogłoby być dobre ze względu na pozostałych, zmniejszyłoby, z oczywistych względów, ryzyko porażki czy nawet śmierci, ale… czy Ellen potrafiłaby spojrzeć sobie w twarz, gdyby oszukała przyjaciółkę?
— Wierzymy w to, w co chcemy wierzyć. Na tym polega życie — odparła łagodnie Flemeth, uśmiechając się z rozbawieniem.
— A co ty będziesz z tego miała? — drążyła, teraz bardziej opryskliwie, zastanawiając się, po co kobiecie ta cała gierka.
Wiedźma z Głuszy zachichotała upiornie.
— Możesz ją sobie zatrzymać — stwierdziła niedbale. — Na jakiś czas.
Ellen otworzyła szerzej oczy, wyobrażając sobie odległy dzień, w którym Flemeth zjawi się w życiu Morrigan i bez najmniejszego wahania ją zabije, biorąc to, co wziąć miała już wcześniej. Po tym wszystkim pozwolić na przegraną – nie wyobrażała sobie własnego zezwolenia na coś takiego. Morrigan nie była przedmiotem, który przekazywano z rąk do rąk.
— Nie — odparła twardo. — Zapomnij.
— Szkoda — mruknęła Flemeth, jej uśmiech się poszerzył. — A więc jak będzie?
Strażniczka zawahała się z odpowiedzią, zaskoczona, że wciąż miała możliwość wyboru. Pozbyła się ochoty na zagryzienie wargi, odetchnęła głębiej przez nos i na krótką chwilę przymknęła oczy, szukając w sobie siły.
Gdy ją odnalazła, spojrzała prosto na Flemeth.
— Teraz umrzesz.
— To taniec, który stara Flemeth dobrze zna — westchnęła kobieta, jej uśmiech stał się drapieżny; cofnęła się dwa kroki. — Zobaczmy, czy pamięta jeszcze kroki. — Rozłożyła ręce, jakby chciała kogoś objąć. — Chodź — zwróciła się do powietrza. — Ona musi sobie zapracować na to, co bierze.
Spojrzała prosto w oczy Ellen, a Strażniczka nie dostrzegła tam ani wyrzutu, ani niepokoju, ani złości. Tam było tylko zrozumienie oraz świadomość tego, co się stanie.
— Nie mogłoby być inaczej — szepnęła na koniec.
Uderzenie wiatru wydało się równie niespodziewane, co silne, niemalże zwaliło dziewczynę z nóg. Krzyknęła, osłaniając twarz ramieniem, poczuła czyjeś ciepło za sobą i przylgnęła do tej osoby, czekając, aż atak żywiołu się skończy. Nawet nie mogła się rozejrzeć. Nawet nie mogła…
Jasne światło przedarło się przez zaciśnięte powieki, przeszywając umysł promieniem bólu. Ellen jęknęła cicho, czując, jak palące dreszcze wstrząsają ciałem, niczym nerwowe ostrzeżenie przed nadciągającą tragedią. To już nawet nie zdrowy rozsądek pchnął ją do rozejrzenia się mimo buntu ciała, tylko instynkt. Czuła się tak, jakby ten jeden warunek miał uchronić ją od śmierci.
Wśród panującej przed chatą jasności ujrzała ciemny kształt. Serce zatłukło się dziko w piersi, kiedy zaczęła rozpoznawać kontury, podejrzenie na moment sparaliżowało. Umysł natomiast rozpaczliwie próbował zrozumieć, podczas gdy okolica ciemniała, wracając do poprzedniego natężenia światła.
Gdy olbrzymi smok rozpostarł błoniaste skrzydła, szczerząc kły, Ellen wreszcie pojęła, jakim cudem się to stało.
Morrigan też była zmiennokształtna.
— Stwórco przenajświętszy — usłyszała za sobą ochrypły głos Alistaira.
— No, kurwa mać — zgodziła się z nim cicho, starając się odzyskać oddech.
W pierwszej chwili zastanowiła się, czy przypadkiem nie przeprosić Flemeth za najście, nie zawrócić do koni i nie spieprzyć widowiskowo w obłokach kurzu – a właściwie śniegu – jednak szybko odrzuciła pomysł. Przede wszystkim dlatego, że Wiedźma z Głuszy pewnie by ich sprawnie dogoniła.
— Miło było was poznać! — krzyknęła zamiast polecenia odwrotu, chwyciła sztylet i z desperacją ruszyła do natarcia.
Nie uszła daleko, Alistair chwycił jej łokieć i szarpnął w tył, przewalając w pobliską zaspę. Zachłysnęła się oburzona powietrzem i odprowadziła wojownika spojrzeniem, niezadowolona z nadopiekuńczości, jaką się wykazywał. Potem przypomniała sobie, jak ostatni smok miotał nią po całej górze niczym szmacianą lalką i nagle przestała się na Strażnika gniewać.
Musiała tylko wymyślić, jak się przydać w walce. Teraz było ich o wiele mniej niż wtedy, a przeciwnik znacznie bardziej potężny. Czarno to widziała. Porwali się z motyką na słońce głupiej, niż zakładała w planach.
— A to przewidziałaś? — zawołała do niej Leliana, naginając ramę łuku, by szybko naciągnąć cięciwę do walki.
— Tak, niespodzianka w pakiecie! — odwarknęła z zaspy i jakoś się pozbierała, patrząc, jak Alistair stara się uszkodzić solidny pancerz smoka, jednocześnie unikając potężnych ataków łap oraz szczęk.
— Co robimy? — spytała Wynne, rzuciwszy Lelianie karcące spojrzenie.
— Nie dajemy się zabić — mruknęła pod nosem Ellen, otrzepując się ze śniegu. — Atakujemy! — krzyknęła do przyjaciół, dając znak ręką, a potem przeszła do taktycznego myślenia.
Podczas gdy Alistair zaciekle walczył, Wynne wspomagała go zaklęciami defensywnymi oraz regenerującymi, Leliana natomiast szyła powietrze strzałami, od czasu do czasu przeklinając, Ellen analizowała. Zdawała sobie sprawę ze swojej niskiej przydatności w aktualnej sytuacji, ale też doskonale wiedziała, że Alistair nie miał w pojedynkę, tylko ze wsparciem przyjaciółek, szans. Zwłaszcza że Flemeth ewidentnie sobie z nim pogrywała, gdyby chciała, zabiłaby go od razu.
Co mogła zrobić ona w tej sytuacji?
Obróciła sztylet w dłoni, zacisnęła zęby i przeniosła wzrok na Wynne, raz jeszcze szacując w myślach, jak bardzo mogła się pomylić. Jakkolwiek wielka pomyłka by nie była, brak działania również będzie kosztował ich życie. Uśmiechnęła się krzywo, mrużąc oczy, po czym nabrała powietrza, czując ogarniający ją spokój.
— Znasz zaklęcia ofensywne? — zawołała, przekrzykując gromki smoczy ryk.
Przeniosła wzrok na Flemeth, odnalazła gadzie ślepia i zapatrzyła się w nie, mając wrażenie, jakby cały świat na moment zwolnił, kiedy się sobie przyglądały.
— Owszem! — odkrzyknęła jak przez mgłę Wynne, w jej głosie pobrzmiewało zdumienie.
— W takim razie przypieprz porządnie! — wydała rozkaz Ellen, dobyła drugiego sztyletu i złapała ramię Leliany, szarpiąc ją za sobą do biegu.
— Co ty…? — wydusiła zdezorientowana łuczniczka, posłusznie składając broń, by podążyć śladami przyjaciółki.
— Zamierzam zrobić jedną z największych głupot mojego życia! — odkrzyknęła, bez wahania kierując się do pokrytej strzechą chaty.
Za ich plecami Alistair z trudem unikał smoczych ciosów, warcząc przekleństwa przez zęby i uparcie nacierając, podczas gdy Wynne usiłowała zdezorientować gada magicznymi atakami. Wyglądało to na wyrównaną walkę, ale Ellen wydawało się, że zabawa toczyła się na innych zasadach, niż wszyscy myśleli.
Flemeth magia nieszczęsnej Wynne nie mogła zagrozić. Olbrzymiemu smokowi jeden wojownik nie mógł zrobić krzywdy. Już powinni nie żyć – a mimo to wszystko szło po ich myśli. To było ukartowane, musiało być z góry zaplanowane. Kolejny raz stali się marionetkami w rękach Wiedźmy z Głuszy, pionkami w olbrzymiej, przerażająco dalekosiężnej grze. Cokolwiek miało się jednak stać, Ellen zamierzała odegrać swoją rolę najlepiej, jak umiała.
— Podsadź mnie! — zawołała, hamując w miejscu, z którego najłatwiej było się wspiąć na stary dach chatki.
— To mnie się nie podoba — zakomunikowała niezadowolona Leliana i zawahała się ze złożeniem rąk, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie.
— Zaufaj mi — poprosiła Ellen, wpatrując się uparcie w szczyt dachu.
— W takim razie spójrz mi w oczy.
Strażniczka odwróciła głowę i wykonała polecenie łuczniczki, uśmiechając się lekko. Sama nie wiedziała, skąd w niej tyle spokoju; może walka z mitycznym wrogiem wydawała się po prostu tak abstrakcyjna, że nierealna? Może wszyscy zwyczajnie zamarzli w śniegu w sercu Głuszy i to ich wspólne majaczenie?
— Wrócę w jednym kawałku — obiecała cicho, przez co jej głos utonął w ryku.
W następnej chwili łuczniczka brała na ręce ciężar drobnej przywódczyni i podsadzała ją na krawędź dachu. Ellen wsparła się ramionami na strzesze i wciągnęła się na lekko pochyłą powierzchnię, ostrożnie ruszając na szczyt. Musiała uważać, by stopa nie zapadła się w stare krycie, ale cudem dotarła w jednym kawałku. Chwyciła pewniej broń i stanęła wyprostowana, lokalizując spojrzeniem Flemeth.
Wzrok ich oczu znowu się skrzyżował, na moment zastygły, wpatrując się w siebie. Ellen doznała przemożnego wrażenia, jakby działała zgodnie z wolą Wiedźmy z Głuszy, jednak w sposób bardziej brawurowy, niż było to zaplanowane. Uśmiechnęła się pod nosem, pochylając głowę; chyba trzeba już przywyknąć do tego, że jej pomysły usiłowały się przegonić przerażającą głupotą.
Odepchnęła się od strzechy, przebiegła dwa kroki, a potem z okrzykiem po części bojowym, po części przerażonym skoczyła, lecąc w stronę smoczego łba. Usłyszała przerażone wołanie Alistaira, karcenie Wynne, pisk Leliany, ale wszystko zagłuszył gromki ryk Flemeth, zupełnie jakby udawała złość, że została tak zaskoczona. Strażniczka podjęła maskaradę, zresztą była autentycznie wystraszona, że gruchnie na ziemię i się połamie.
Na szczęście wylądowała na łbie smoczycy i objęła kurczowo jeden z kolców odstających od pokrytej wielkimi łuskami skóry. Złapała oddech, spojrzała w gadzie ślepie, a potem zacisnęła zęby. Teraz się nie cofnie, cokolwiek ją czekało za taką bezmyślność. Chwała albo śmierć, co?
— Uciekaj! — wrzasnęła, słowa kierując do Alistaira.
Puściła kolec i chwiejnie zsunęła się na wysokość ślepi smoka, zatrzymując się dokładnie między nimi. Skóra była delikatniejsza, łuski śmiesznie drobne oraz cienkie, zupełnie jakby nie rozwinęły się za dobrze. Chwyciła sztylet, uniosła go, a potem z całej siły pchnęła, chcąc wierzyć, że maskarada zakładała ich przeżycie.
Ryk poniósł się na całą Głuszę, bezwładnym smoczym cielskiem szarpnęło, Ellen natomiast zdążyła tylko pomyśleć, jakim cudem taki cios miał niby zabić coś tak wielkiego. W następnej chwili straciła równowagę i z wrzaskiem poleciała w pustą przestrzeń, oczami wyobraźni widząc już, jak spektakularnie rozbija sobie głowę.
Przynajmniej, teoretycznie, pokonała Wiedźmę z Głuszy, mogła przejść do legendy z marszu, skoro trzeba.
Wśród tumanów poderwanego przez miotanie się gada śniegu dostrzegła coś ciemnego. Domyślając się, że to głaz, najpierw chciała zamknąć oczy, nie zdążyła jednak. W następnej chwili obejmowała coś w miarę ciepłego jedną ręką, wisząc bokiem nadzwyczaj koślawo; nie zorientowała się, co się działo, ale została pchnięta w udo i podrzucona wyżej, ostatecznie siadając okrakiem.
Potem pisnęła cicho, gdy wybawiciel zawrócił ostro i pomknął długimi susami dokoła stawu, by uniknąć zmiażdżenia przez walące się cielsko smoka. Rumor rozbrzmiał wokół upiornym echem, podczas kiedy zdyszana, drżąca Taika tuliła uszy, przechodząc do lekkiego kłusa i zwieszając łeb. Ellen przylgnęła do spoconej szyi klaczy, nie potrafiąc wyrazić wdzięczności, że zwierzę rzuciło się jej na ratunek.
Kiedy dotarły do pozostałych, Strażniczka poczuła na sobie zdruzgotane oraz pełne wyrzutu spojrzenia. Niepewnie zsunęła się na ziemię, nadal starając się obejmować równie podenerwowaną Dziką, a potem spojrzała na pokonaną bestię.
Wiedźma z Głuszy się nie ruszała. Wszystko wskazywało na to, że umarła.
— Chodźmy po grimuar — szepnęła zachrypnięta i niczym w transie ruszyła do drzwi chatki, za nią natomiast w ciszy podążyli przyjaciele.
Widząc, że przejście było zamknięte na klucz, bez najmniejszego wahania wyważyła je celnym kopnięciem – nawet nie musiała się wysilać – a potem zagłębili się w półmrok domku, rozpoczynając poszukiwania.
Nie wiedziała, jak długo kręcili się po pomieszczeniach w ciszy, ale wreszcie odnalazła w starym kufrze poszukiwaną księgę. Przycisnęła ją do piersi, uśmiechnęła się do towarzyszy i skierowali się do wyjścia, by w progu dokonać szokującego odkrycia.
Truchło smoka zniknęło.
Rozejście się dokoła w poszukiwaniu śladów rannej kobiety, która mogła uciekać, niczego nie dało. Trafili tylko na swoje konie oczekujące na jeźdźców w nerwach, smoka natomiast czy choćby ludzkiej formy Wiedźmy z Głuszy – ani śladu.
— Wynośmy się stąd — poprosiła Ellen. — Jak najdalej.
Po chwili cztery konie znikały w mroku lasu, zostawiając cichą, tajemniczą chatę nad stawem za sobą.

35 komentarzy:

  1. Whoa, nowość! *.* A ja cisnę na telefonie i staram się nadrobić tę historię i jestem bodajże w... 53 rozdziale... Więc muszę się spieszyć, żeby znowu mi się tych rozdziałów nie namnożyło :D
    Ale super, że jednak będzie tutaj się coś pojawiać - w pewien sposób podczas lektury tej historii bardzo zżyłam się z bohaterami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, nie sądzę, by tempo publikacji wróciło z czasów sprzed trzech lat ^^ Raz w miesiącu postaram się coś nowego wrzucić, więc masz szanse.
      Od początku przenosiłam Szarą, żeby coś tu wrzucać. Bo... głupio mi się zrobiło i parę ludzi prosiło xD Tylko chciałam wrzucić nowość w rocznicę, żeby jakoś zamknąć to wszystko.
      Po roku - oto jest ^^

      Usuń
    2. Nie wiem czemu ubzdurałam sobie, że jestem koło 50 rozdziału... Bo teraz sprawdziłam na telefonie i ogarnęłam, że właśnie zaczynam 62 rozdział, czyli już niewiele mi zostało ;D
      Ale to super, że wracasz! :D Mam cholerną nadzieję, że pociągniesz do końca i nie zostawisz tego :P Pisz choćby i po to, żeby ćwiczyć :D

      Usuń
    3. Noo, nawet bardzo niewiele ^^ Z pewnością zdołasz nadrobić przed publikacją kolejnego, zważywszy, że go nawet nie zaczęłam xD
      Planuję. No, powrót po roku nieobecności jednak coś chyba znaczy. No i chyba wyrosłam z porzucania historii, co nie znaczy, że coś nie może mi iść jak krew z nosa xD

      Usuń
  2. Musiałam przetrzeć oczy i ekran monitora, bo nie wierzyłam O.o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, podła babo xD To ja nie mówiłam, że w urodziny wrzucam?
      Hm, może tylko Joaśce i Monice xD

      Usuń
    2. Przynajmniej lista czytelnicza na blogerze o mnie pamięta xD

      Usuń
    3. JUŻ NIE DRAMATYZUJ, cholera xD

      Usuń
    4. Ojtam xD Cholera mam na drugie xD

      Usuń
    5. A tak ogółem, to krótko i spodziewałam się po walce z Flemeth czegoś bardziej epickiego niż wpadanie w zaspy (na początku), ale i tak cię kocham za ten rozdział <3 Łyknę wszystko, kiedy następny?

      Usuń
    6. Prawdę mówiąc, trudno było zrobić z tą walką coś wiarygodnego. Umówmy się - wielka Wiedźma z Głuszy pada z rąk czterech kretynów? Śmiech na sali, zwłaszcza jak przybrała postać wielkiego smoka, noł łej Oo

      A wpadanie w zaspy... no cóż, od czegoś musiałam zacząć, po roku każdy początek jest lepszy niż żaden ^^

      Nie wiem. Postaram się pisać jedno na miesiąc, ale no. Zobaczymy.

      Usuń
    7. Lilkę i Alka pomnożyłaś razy dwa? xD
      Flemeth... W DA2 jest boska. <3
      Przyzwyczaj się, wczuj się, żebyś nie wyszła z wprawy. I dużo graj, bo to dobra gra jest, a i treść dobra, bez gry nawet. Wtedy czytelnicy będą mieli zaciesz z odpowiedniej liczby postów, ot co :D

      Usuń
    8. ... Nikogo nie mnożyłam xD
      Wiesz co... przestałam za tobą nadążać, więc... skinę tylko bezmyślnie głową, udając, że wiem, o co chodzi xD

      Usuń
    9. To jest bardzo dobre rozwiązanie, muszę przyznać xD
      W skrócie: dużo graj, żeby mieć dobrą wenę, ale znajdź jeszcze czas na pisanie xD

      Usuń
    10. Najpierw to ja muszę to na nowo zainstalować, w sensie DAO xD

      Usuń
  3. Szaaraaaa! Aaaaa! Natalia, kochanie... kocham Cię! Jak uwielbiam Granice i Legendę, tak Szarą wznoszę na wyżyny. Bez kitu. Wiesz jak fantastycznie czytać to znowu? nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak mi tego brakowało. Serio! No i oczywiście genialna Ellen i jej krytyczne momenty i fantastyczne momenty przebłysku głupoty graniczącej z odwagą. Jednak chyba nic nie pobije Ellen furiatki, która ni stąd i ni zowąd dostaje niewytłumaczalnych zapasów sił i energii i w amoku rozpiedziela towarzystwo.

    I powiem Ci, że nadal się to czyta z... hm... niecierpliwością, co będzie dalej. Może nieco inną niż kiedyś (bo przecież parę lat temu nie miałam DA, nie?). I wszystko było dla mnie obce, próbowałam zrozumieć świat i powoli ogarniałam. Teraz po przejściu chyba wiem co i jak, ale Ty piszesz tak, że uzupełniasz grę w bardzo duży sposób. Swoimi opisami, rozterkami i w ogóle. i to sprawia (iż pomimo znam mniej więcej co i jak się dzieje), że jest nutka niepewności, co się teraz wydarzy xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wzbudzaj we mnie poczucie winy, że tyle mnie nie było, argh xD
      Mam nadzieję, że Ellen nie zmieniła się za bardzo przez ten rok nieobecności. Chciałam pokazać nieco dojrzalszą postać, ale nie wiem, czy przypadkiem nie przesadziłam i nie straciłam gdzieś... jej właśnie. No nic, zobaczymy, powinnam niedługo zacząć kolejny rozdział.

      Bo tak sobie właśnie umyśliłam - Dragon Age ma to do siebie, że powstaje sporo luk, które można wykorzystać, a historia jest opowiedziana tak, że momentami sama się pisze, jeśli tworzymy konkretnego bohatera. Robię za takiego internetowego następcę Davida Gaidera, że tak sobie walnę nieodpowiednio xD

      Usuń
  4. Ej, to wcale nie było planowane z tym wzbudzaniem litości. Zupełny przypadek. Błąd przy pisaniu, haha xD

    Czy ja wiem czy Ellen się zmieniła? Dalej jest tą... nieogarniętą Szarą Strażniczką, która nie potrafi sprecyzować miejsca położenia przy pomocy nawet mapy xD Ellen, to po prostu Ellen, jakby to pewna podła wiedźma ujęła xD

    No i wychodzi Ci to naprawdę fajnie. Pozwala uzupełnić braki o pozostałych bohaterach NPC, tak naprawdę. Nadaje im wyobrażenie, bo podczas gry pozostawała własna wyobraźnia, którą jako tako zapełniało się te powstał luki. A już szczególnie opisy uczuć, odczuć i zachować. Uwielbiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JASNE. Jesteś tak samo podła, jak ja, za dobrze cię znam xD

      No, póki dla czytelników to dalej Ellen, to dobrze. Zawsze ogarnia mnie niepokój, jak wracam do postaci, z którą nie miałam długo styczności. Bo mogłam przestać ją czuć, ona mogła się obrazić, cholera wie xD

      Och, cieszę się <3 Jak już wiesz, lubię kreować postaci (98, 98, 98! xD), więc coś takiego trochę mi naturalnie przychodzi. No i niektóre dziury w grze zostawiają pole do własnej interpretacji wątków, jak chociażby ta Flemeth. No to interpretuję xD

      Usuń
    2. Mam problem, bo nie wiem, jak to traktować... Jako uznanie? xD
      Dobrze jest, serio. Aczkolwiek mnie zawsza urzeka Ellen-genialne pomysły i Ellen furiatka, która nagle dostaje wkurwa i sieka wszystko, co tylko nawinie jej się pod sztylety. Zdolna dziewczyna xD
      Tak... wiem, że lubisz... Nawet nie chcę wiedzieć ile tych postaci masz nie licząc tych 98, albo i już 100? xD Oj, Flemeth jest strasznie cwana. Powiem szczerze, że na początku DA2 miałam takie WTF!? Że niby jakim cudem ona tam jest! xD

      Usuń
    3. Interpretuj do woli :3

      No, tutaj generalnie nie było co w furię wpadać, bo w takiej dupie to oni jeszcze wszyscy nie byli xD Ale cóż poradzić :3

      Hihihi <3 Jeszcze 98 xD Ale już kombinuję nad 99, dobijemy do 100, nie ma bata :3 Ja też się zdziwiłam w DA2, dlatego postanowiłam to tutaj wyjaśnić. Choć trochę. No bo wiadomo, to Wiedźma z Głuszy jednak xD

      Usuń
    4. No i przyznam, że takie rozwiązanie, jak zniknięcie jej ciała daje trochę do myślenia. Nawet pozwala ładnie to połączyć z motywem z DA2, ale tym nieco dalszym niż 'na dzień dobry" (nie chcę spoilerować xD ). O ile w taki sposób będziesz to zamierzała wykorzystać, hah xD

      Usuń
    5. Generalnie chciałam dać wrażenie, że nie wszystko jest takie proste. Że coś się za śmiercią Flemeth kryje.
      To mi otwiera dużo furtek do pisania DA2, dlatego no. Trzymajmy kciuki, że w ogóle Początek i Przebudzenie skończę xDD

      Usuń
  5. Miałam problem ze znalezieniem adresu!
    Brawa dla mnie, no xD

    Padam na ryjek, przeczytam później.
    Swoją drogą odzywaj się częściej, zła Kobieto. Obiecałaś! :P

    Joaneska, w sensie Aśka. Nawet nie wiem, czy mi się podpis doda, no -.-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... Ale przeca odnośnik jest i na starym blogu, i wszędzie indziej, gdzie ja jestem, też istnieje xDD

      Ale ja cię na GG nie widuję ._. To tak no. Milczę, bo nie mam do kogo rozmawiać xDD

      Ależ wiem. Jak bym żem śmiała nie poznać :3

      Usuń
    2. Do mnie możesz rozmawiać. W końcu to lepiej, niż do ścian xD

      Usuń
    3. ... Ściany są fascynujące, ale tobą też mogę się zadowolić :3

      Usuń
    4. Ściany nie nazwą Cię uroczą! xD

      Usuń
    5. ... Pewnego pięknego dnia zginiesz xD

      Usuń
  6. Wyobraź sobie, moja droga, że nadrobiłam! Jednak punkcja kolana, a co za tym idzie leżenie całymi dniami w łóżku coś daje :D
    Przez Ciebie mam cholerną ochotę przymierzyć się do opisania chociażby i samego początku gry Neverwinter Nights 2, którą swoją drogą bardzo lubię.
    I przez Ciebie mam ochotę, zakupić w najbliższym czasie Dragon Age, a także książki na podstawie gry... Niedobra Ty! :D
    I od razu mam takie pytanie czysto ciekawskie, jak to ja: wplatasz w rozdziały wypowiedzi postaci, jakie są w grze? Bo to mnie najbardziej ciekawi chyba...
    Ach, chyba na pewno zakupię w najbliższym czasie DA :P
    Lecę do następnych Twoich blogów i dziękuję za nakręcenie mojej weny twórczej, dzięki Tobie mam siłę i chęci, by dalej pisać Wojnę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nazwa tego czegoś sprawia, że mnie wszystko boli xDD
      Hahaha, jestem złym człowiekiem xD Fajna sprawa, takie pisanie z gry. Czasami nużące, ale na pewno dobry trening. Zwłaszcza że w takich grach często bywa, że pojawiają się sceny, których normalnie by się nie napisało xD
      Jeju, kolejną wzięło na DA xDD Nesayah skończyła tak samo, przeze mnie zagorzała fanka Dragona, bez kitu xD
      Mhm. Część jest z gry, część moja. Na przykład rozmowa z Flemeth w tym rozdziale - z gry. Wpadająca w zaspę Ellen - moja xD
      Eeee, prosz? xD Polecam się na przyszłość, generalnie xD

      Usuń
    2. Dokładniej rzecz ujmując punkcja kolana polega na wbiciu jebutnej igły w kolano na żywca i wyciągnięcie nadmiaru "płynu" zalegającego w stawie, także więc... Myślę, że pół szpitala mnie słyszało xD 6 zastrzyków w brzuch za mną, pobranie krwi - troszkę przeszłam przez ten miniony tydzień xD Ale skorzystałam na tym pod względem czytania :P
      Chyba spróbuję, jeśli mi gra odpali, ale raczej poczekam na nową kartę graficzną, bo moje są tak słabe, że mogę sobie zagrać jedynie w Mario -.-'
      Ale serio, jakoś tak... z początku się wahałam, czy kupić, czy nie, bo już kiedyś chciałam DA u siebie na półce, ale teraz, po lekturze u Ciebie, to na pewno w najbliższym czasie się zaopatrzę :P
      Mam do nadrobienia Granice i Legendę, więc na pewno skorzystam z polecenia, bo sporo tego mam przed sobą :D

      Usuń
    3. ... NIE MÓW :<< Już umarłam. Niech na mój pogrzeb przyjdzie ktoś przebrany z Ponurego Kosiarza z kosą i będzie stał. Dziękuję, może być bez kwiatów.
      Miałam taki problem... kiedyś xD A potem wlazłam w granie tak bardzo, że graficzna to najczęściej wymieniana karta w moim staruszku była xD Teraz mam nowego kumpla, który ma świetną kartę, Skyrim na najwyższej jakości <3
      Ja się zawsze waham z każdą grą. Ale DA mogę polecić w ciemno. DA2 jest specyficzne, pod pewnymi względami gorsze od DAO, ale można dostrzec jego plusy. Zwłaszcza będąc twórcą FF xD
      Granice to Niekończąca Się Opowieść, więc... xD Ale zrobię je na papierze <3 A Legenda to chyba jest na tym etapie, co do oceny czytałaś xD

      Usuń
  7. trochę mnie tu nie było, a tak mało się pojawiło :D Twój opis walki z Flemeth odbiera trochę dramatyzmu, ale jak najbardziej go rozumiem :) w końcu potem dowiadujemy się o Hawk'u...

    OdpowiedzUsuń