sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 1.80 - Marjolaine



Podróż, ku zdumieniu Ellen, przebiegła bez zakłóceń. Chyba pierwszy raz od długiego czasu nie zostali przez nikogo zaatakowani, nie wpadli w żadną pułapkę, nie natknęli się na krwawą jatkę albo oddział mrocznych pomiotów. W dodatku zdołali uwinąć się z trasą dokładnie w dwa dni, tak jak początkowo planowała – chociaż oznaczało to narzucenie sobie wymagającego tempa. Odpoczywali tylko wieczorami i podczas postoju wszyscy byli już tak zmęczeni, że nawet nie mieli ochoty na rozmowy.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy przedpołudniem trzeciego dnia, jadąc wśród maszerujących do stolicy uchodźców ze zniszczonych przez pomioty wiosek, ujrzeli monumentalne mury Denerim. Ellen pozwoliła na zwolnienie tempa, konie z ulgą przeszły do stępa i teraz zmierzali do miasta równym, energicznym, ale nie szybkim krokiem. Wizja osiągnięcia celu poprawiła wszystkim humor, dlatego w gwarze rozmów innych podróżników także towarzysze Strażników zaczęli pogawędki.
Kilkadziesiąt minut później dołączył do nich wóz Bodahna, na którym krasnolud wiózł zniszczony ekwipunek; dziewczyna zamierzała go naprawić. Uśmiechnęła się do zasiadającego na koźle mężczyzny, pozdrowiła skinieniem głowy, po czym zwróciła spojrzenie na kroczącą nieopodal Shale – golem szedł blisko rosłego wierzchowca Stena, jego sylwetka przyciągała uwagę większości mijanych ludzi. Ellen przechyliła głowę, zauważając, że dwa olbrzymy ewidentnie rozpoczęły rozmowę. Przejechała na drugą stronę wozu, zamierzając bezczelnie towarzyszy podsłuchać – szczerze ciekawiło ją, o czym mogli gawędzić golem z qunari.
— Nie rozumiem, czym jest golem. Po co ktokolwiek miałby tworzyć taką istotę? — rzucił Sten; jego ton sugerował, że spór trwał już co najmniej chwilę, pobrzmiewała w nim irytacja.
— A po co tworzy się miecz? — odparła Shale, równie sfrustrowana, z satysfakcją zdeptując kamień, który się napatoczył pod jej ciężką nogę. — Po to, aby atakować nim wroga.
— Ale ty nie jesteś mieczem, golemie — burknął qunari.
Ellen w jednej chwili przypomniała sobie pogawędkę na temat możliwości płci. Nie zdziwiłaby się, gdyby Shale nie udało się dojść do porozumienia ze Stenem – wojownik miał bardzo specyficzne poglądy.
— Mówisz jak żywa istota, ale zachowujesz się tak, jakbyś była czyjąś własnością. Nie wiem, co mam o tobie myśleć — ciągnął, zacisnąwszy z niezadowoleniem usta.
Shale prychnęła wściekła.
— Nie jestem niczyją własnością, a przynajmniej nie jestem nią od chwili, gdy popsuła się moja różdżka kontrolna — wyjaśniła nieco wyniośle.
— Nie jesteś? — powtórzył z powątpiewaniem. — To wciąż tkwi gdzieś w twoim sercu. Nie zdajesz sobie z tego sprawy? „Stulecie za stuleciem powstawali mężowie, by oznajmić światu: ‘Z tego, co było przede mną, zostałem wykuty, lecz nową jestem istotą, od mych przodków potężniejszą’. I kroczą po świecie mężowie, sami sobie pozostawieni i próbie nie poddani. Nie w pełni ze swego istnienia robiąc użytek” — wyrecytował równym, głębokim głosem.
Ellen popatrzyła na qunari zdumiona. Nie słyszała jeszcze, żeby Sten powiedział tak dużo naraz – był niezwykle małomówny, nawet jej nie udawało się wyciągnąć z niego dłuższych zdań, chociaż często go nękała.
— To jakaś zagadka? — spytała bez przekonania Shale, nie wykazawszy zainteresowania metaforyczną opowieścią Stena.
Wojownik westchnął ciężko i zerknął z góry na maszerującą równym krokiem towarzyszkę. Golem sprawiał wrażenie niewzruszonego oraz trochę znudzonego.
— Na to wygląda — mruknął, najwyraźniej się poddając.
Strażniczka uśmiechnęła się mimowolnie, uświadamiając sobie, że i qunari, i golem byli do siebie podobni. Oboje mieli własną filozofię, której się trzymali, trudno przemawiało się im do rozsądku, niechętnie rozmawiali, pozostawali uparci jak osły. Podejrzewała, że nigdy tak do końca nie dojdą do porozumienia – tak to bywało z osobami przypominającymi się wzajemnie.
Pogoniła idącą równym stępem Taikę, pozwalając jej wyprzedzić wóz i zbliżyć się do pozostałych towarzyszy. Podchwyciła spojrzenie Alistaira, więc posłała mu pogodny uśmiech, ale zaraz skupiła się na zbliżającej się Lelianie; klacz Strażniczki na widok rudego wierzchowca łuczniczki zazgrzytała zła zębami, więc Ellen musiała ściągnąć wodze.
— Jaki mamy plan? — zagadnęła uśmiechnięta kobieta, chociaż dało się zauważyć w jej zachowaniu nerwowość.
— Najpierw udałabym się do kowala — przyznała Ellen. — Kiedy zostawimy sprzęt do naprawy, będzie można rozejrzeć się po dzielnicy targowej i uzupełnić zapasy. Wieczorem musimy opuścić miasto z całym ekwipunkiem, a rano pojedziemy dalej, północną drogą, prosto do Orzammaru — opowiedziała, przenosząc wzrok na przyjaciółkę.
— Och. Brzmi rozsądnie — stwierdziła od razu. — Mamy jakąś listę tych zapasów? — zainteresowała się, jednak nie patrzyła na Strażniczkę.
— Coś mamy — zapewniła. — Leliano… jeśli chodzi ci o Marjolaine, zamierzam jej poszukać — powiedziała wprost, siląc się na spokojny głos. — Zakupy nie powinny nam zająć całego dnia w końcu.
Kobieta spojrzała na nią zszokowana, w pierwszej chwili nie wiedząc, co odpowiedzieć. Ellen uśmiechnęła się pogodnie, by dodać jej trochę otuchy. Domyślała się, że łuczniczka po prostu założyła, że Strażniczka zapomniała o tej sprawie. Dziewczyna jednak miała pamięć dobrą – choć dość krótką.
— To znaczy… — zaczęła speszona Leliana.
— Pójdziemy razem. Resztę oddeleguje się do jakichś zadań. Spotkamy się potem wszyscy pod bramą i opuścimy miasto. Będzie dobrze — dodała, uśmiechając się szerzej.
Łuczniczka zająknęła się, po czym skinęła głową, opuszczając ramiona. Mimo zrezygnowanej pozycji kąciki jej ust uniosły się, zdradzając ulgę, która ją ogarnęła. Popatrzyła na Ellen z radością, nie mówiąc niczego. Strażniczka poczuła ciepło w sercu na myśl, że mogła Lelianie pomóc – w końcu wiele jej zawdzięczała.
Żadna z nich nie spodziewała się podjechania Alistaira. Młodzieniec zrównał wierzchowca z końmi towarzyszek, co Taika skwitowała wściekłym stuleniem uszu. Spotulniała tylko na moment, kiedy Ellen pogłaskała ją po szyi.
— Wiesz, słyszałem o bardach — zwrócił się do Leliany Strażnik, uśmiechając się do niej z zadowoleniem.
Łuczniczka zerknęła zdumiona na przyjaciółkę, na co dziewczyna machnęła ręką. Podejrzewała, że Alistair próbował odwrócić uwagę towarzyszki od zmartwienia, a że temat wybrał niefortunny – zdarzało się. Leliana po prostu była trochę trudniejszym urządzeniem od niej samej, niekoniecznie mogła reagować na ten sam sposób pocieszenia, co ona.
— A kto nie słyszał? — westchnęła kobieta. — W końcu są dość sławni.
— Opowieści, które słyszałem, były dość… — urwał, zerknąwszy błyskawicznie na jadącą z drugiej strony Leliany Ellen. — …pikantne — dokończył ostrożnie. — Przedstawiano w nich, jak bardka likwidowała swój cel. Jak sprawiała, że… stał się całkowicie rozluźniony.
Strażniczka uśmiechnęła się rozbawiona. Sama także słyszała opowieści, w końcu szlachta rozpowiadała różne rzeczy, ale nigdy się nimi nie kłopotała. To znaczy raz czy dwa razy zarumieniła się, wysłuchując tych historii, jednak nie wstydziła się samego rozmawiania o nich. Dopiero po kilku chwilach wpadł jej do głowy powód, dla którego Alistair zareagował w taki sposób. Myśl, że chodziło nie o historię, a o nią samą, jej obecność, sprawiła, że policzki dziewczyny natychmiast nabrały mocniejszych barw.
— Gdyby te opowieści były prawdziwe, kto zapraszałby bardów? — mruknęła znudzona Leliana, wzruszając ramionami.
— Nie mam pojęcia, ale niebezpieczeństwo bywa pociągające, prawda? — rzucił, ucieszywszy się z odbiegnięcia od tamtego tematu. — No i chyba nie wszystkie jesteście skrytobójcami? Ja tam bym zaryzykował. — Uśmiechnął się pogodnie. — To znaczy gdyby te opowieści były prawdziwe.
Ellen wywróciła oczami, zapanowawszy nad emocjami, które chwilę wcześniej ją ogarnęły. Posłała Alistairowi wymowne spojrzenie, na co Strażnik wyszczerzył zęby.
— Mamy zasady w takich sprawach. Bardzo surowe zasady — poinformowała Leliana i zerknęła na towarzysza kątem oka.
— Na przykład? — zainteresował się. — Pewnie mi ich nie zdradzisz, prawda?
— Powiedzmy, że miałam mnóstwo powodów, żeby wstąpić do Zakonu, dobrze? — westchnęła ciężko, spuściwszy wzrok. — I niech tak zostanie.
— Zbliżamy się do bram, Ellen! — rozległ się ostry głos Morrigan, który przerwał wszystkie prowadzone rozmowy.
Strażniczka spojrzała w przód, w kierunku obróconej w siodle wiedźmy, po czym skinęła głową. Wjazd do miasta nie mógł być trudny, jednak zamierzała wprowadzić do dzielnicy targowej także Bodahna z wozem, a w tym celu musiała się powołać na swoje nabyte w stolicy znajomości. Westchnęła ciężko i uniosła rękę.
— Chodźcie bliżej! — zawołała do towarzyszy.
Odczekała, aż wszyscy podjechali na tyle, by słyszeć to, co miała im do powiedzenia. Widząc, że krasnolud także chciał podprowadzić do niej swój wóz, pokręciła głową, uśmiechając się do niego.
— Rozdzielimy się, żeby sprawniej wszystko załatwić — zwróciła się do przyjaciół. — Ja i Leliana musimy zrobić jedną rzecz, więc pójdziemy we dwie. I z Shegarem. — Spojrzała na ogara drepczącego u nóg Taiki, na co ten zakołysał ogonem. — Alistairze, Wynne, Zevranie, zajmijcie się uzupełnieniem zapasów, dobrze? A reszta zostanie z Bohdanem i zaprowadzi go do tamtejszego kowala — zakończyła.
— Gdzie i kiedy zbieramy się znowu? — zapytał Strażnik.
— Myślę, że pod miejskimi bramami. Każdy odbierze swojego konia i poczeka gdzieś z boku. Aha, pieniądze — mruknęła, sięgając do sakiewki.
Kiedy wszystko zostało już załatwione, a role rozdzielone, Ellen wraz z Lelianą oraz zadowolonym Shegarem oddzieliły się od grupy, ruszając przodem. Strażniczka miała tylko nadzieję, że dowódca miejscowej straży nie będzie zły za wykorzystanie jego nazwiska do ich interesów. Mogła zawsze zapewnić go, że działali w imieniu ojczyzny, prawda?

Dostanie się na targ razem z wozem Bodahna nie było takie trudne, jak Ellen z początku zakładała. Rozdzielili się zaraz po tym i ruszyli w różne strony, chcąc załatwić wszystko, co zaplanowali. Strażniczka pomachała oddalającym się towarzyszom, posyłając w ślad za nimi uśmiech, zanim przeniosła wzrok na milczącą Lelianę. Łuczniczka nie zareagowała zbyt entuzjastycznie na rozstanie, wyraźnie przygasła.
— Boisz się? — zagadnęła Ellen, ruszając wolnym krokiem przed siebie.
Kobieta popatrzyła na nią szybko.
— Czego?
— No, spotkania. Nie wydajesz się nim zachwycona — wyjaśniła, wzruszywszy ramionami.
— Trochę. Poniekąd. Po prostu… nie wiem, co czuję — mruknęła i wykrzywiła usta w parodii uśmiechu. — Mam wrażenie, że to bez sensu.
— Nie przekonamy się, dopóki nie sprawdzimy. — Przechyliła głowę, zerkając na przyjaciółkę. — Poza tym wiesz co? Wstąpiłabym na chwilę do świątyni.
Leliana natychmiast się ożywiła, popatrzyła na Strażniczkę z zainteresowaniem, przywołując na usta tym razem szczery uśmiech. Zanim zadała pytanie, jej wzrok powędrował na majaczące za zakrętem mury okalające tutejszy przybytek sakralny.
— Po co? Chcesz się pomodlić?
Ellen zająknęła się, uzmysłowiwszy sobie znienacka, że już od dawna nie oddawała się tego typu zajęciom. W Wysokożu było to dla niej normalne – każdego dnia udawała się z rodzicami wysłuchać modłów matki Mallol, ale teraz… ani nie miała ochoty, ani tym bardziej czasu. Co szczerze ją zdumiało, jej religijność wcale nie wzrosła od zetknięcia z Urną Świętych Prochów. Westchnęła ciężko.
— No, eee, nie — przyznała, robiąc dobrą minę do złej gry. — Potrzebowałabym, tak jakby, pomocy. Nie duchowej — zapewniła szybko, zauważywszy, że Leliana już otworzyła usta, by się odezwać. — Tylko się rozejrzę.
— W porządku. Zawsze coś — mruknęła trochę złośliwie.
Ellen uśmiechnęła się w odpowiedzi, zadowolona, że przyjaciółka chociaż na chwilę przestała się martwić spotkaniem z Marjolaine. Swoją drogą – miała nadzieję, że bez trudu odnajdą aktualne miejsce pobytu kobiety. Mogłyby się włóczyć po dzielnicy cały dzień, a nie trafić do celu. Trochę liczyła na wsparcie aktualnie mocno rozkojarzonego Shegara.
Obeszły mury świątyni i skierowały się do bram, przy których – jak chyba codziennie – stały dwie siostry zakonne. Jedna deklamowała Pieśń Światła, przekręcając jej wersety, druga z uporem maniaka poprawiała starszą koleżankę. Ellen, zerknąwszy na nie, zauważyła złośliwy błysk w oku mylącej słowa kobiety. Powstrzymała uśmiech i potoczyła spojrzeniem po wirydarzu, chcąc znaleźć kogoś, kto mógłby im pomóc.
Leliana w tym czasie odmaszerowała pod zakonną tablicę ogłoszeń, gdzie wisiało kilka kartek. Strażniczka mimowolnie przestraszyła się, że przyjaciółka powróci z naręczem zadań charytatywnych, na które zdecydowanie nie miały dzisiaj czasu.
— Dziwne, że sprawy przybrały tak burzliwy obrót, a mimo to dzień jest tak jasny — rozległo się tuż za plecami Ellen, sprawiając, że dziewczyna podskoczyła nerwowo. — Och, przepraszam, tak głośno myślę — pokajała się kobieta.
Strażniczka odwróciła się do siostry zakonnej, która niemalże wpadła w jej plecy. Wyglądała na młodą oraz pełną wigoru, na jej pogodnej twarzy widniał przyjazny uśmiech.
— Czy przychodzisz tu do świątynnej tablicy? — spytała zaciekawiona.
Ellen pokręciła głową, wzrok spuszczając na starą księgę ściskaną przez siostrę zakonną.
— Co tutaj robisz? — mruknęła.
— Nazywam się Justyna, jestem kustoszem relikwiarza tej świątyni. — Wyprostowała się, jakby dzięki swojemu stanowisku obrastała w pióra, ilekroć o nim wspominała. — Ach, znowu ta duma — zmartwiła się natychmiast. — Ciężko jest dorównać przykładowi Andrasty.
Strażniczka poświęciła kilka chwil zadumie nad tym, jak mało zrozumiała z wypowiedzi Justyny. Wstyd się przyznać, ale zupełnie nie orientowała się w hierarchii zakonnej, nigdy jej to nie interesowało.
— A czym zajmuje się kustosz? — zaryzykowała pytanie.
— Archiwista dba o księgi, ja zajmuję się relikwiami. Szukam także nowych do naszego zbioru. To trudniejsze, niż można sądzić — zastrzegła szybko, zaciskając usta.
Ellen w jednej chwili się rozpromieniła. Problem, który targała ze sobą aż od świątyni w Azylu, został rozwiązany! Swoją drogą powinna ograniczyć wynoszenie dziwnych rzeczy z jeszcze dziwniejszych miejsc, zwłaszcza kiedy nie wiedziała, do czego właściwie służyły.
Sięgnęła do swojej sakwy i wydobyła z niej plik zwiniętych w rulon pergaminów. Uniosła go na wysokość oczu.
— Znalazłam te zwoje w tevinterskich ruinach — poinformowała.
— Doprawdy? — rzuciła z kpiną Justyna, uniósłszy brew.
Kiedy natrafiła na chłodne, zagniewane spojrzenie Ellen, trochę się zreflektowała:
— Wybacz… moje niedowierzanie. W każdym razie chciałabym się im przyjrzeć.
— Uważaj na nie — mruknęła dość obcesowo, wręczając Justynie zwoje. — Wyglądają na bardzo stare.
Siostra zakonna ostrożnie rozwinęła pergaminy i przebiegła wzrokiem zapisane na nich znaczki. W jednej chwili jej oczy rozbłysły entuzjastycznie, jakby ujrzała coś niezwykłego.
— Bez wątpienia są bardzo stare — przytaknęła. — A pismo… to szyfr… Pierwsi z wyznawców uważali, że dzięki niemu ich zapiski będą bezpieczne przed magami z Tevinteru. Mogą… być autentyczne. Pozwolisz mi się tym zająć? — spytała entuzjastycznie.
Ellen wzruszyła ramionami.
— Proszę.
Justyna czym prędzej skierowała się do ławy stojącej przy murach świątyni, mijając zaczytaną Lelianę. Rozłożyła teksty na kamieniu, podczas gdy Strażniczka podchodziła do niej wolnym krokiem.
— Potrzebuję pergaminu, pióra i odrobiny inkaustu. O co chodziło z tym szyfrem? Hmm… — zamruczała do siebie, pocierając brodę.
Zajęło to kilka minut, podczas których kobieta mamrotała, a Ellen obserwowała ją, czekając na werdykt. Zanim Justyna zdołała cokolwiek wydobyć ze zwojów, dołączyła do nich zaciekawiona Leliana, zakończywszy porywającą lekturę ogłoszeń.
— To, co udało mi się odczytać… — zaczęła siostra zakonna, nie odrywając wzroku od pergaminów. — To może być zapis ostatnich dni Maferatha, a może coś więcej.
Ellen wymieniła spojrzenie ze zdumioną Lelianą.
— Maferath – mąż Andrasty? — spytała dla pewności.
— Wiem, to niezwykłe — wydusiła podekscytowana. — Ten sam Maferath, który zdradził naszą prorokinię i patrzył, jak żywcem płonie w Minratusie. Gdyby udało nam się sporządzić porządny przekład, cóż, to może być znalezisko naszego życia!
— Mogę dostać kopię twojego tłumaczenia? — ożywiła się Ellen; może i jej religijna gorliwość bezpowrotnie przeminęła, ale za to zastąpiło ją zainteresowanie historią.
Dziewczyna mimowolnie się uśmiechnęła, zastanawiając się, jak by na to odkrycie zareagował poczciwy Aldous. Prawdopodobnie nie uwierzyłby, dopóki nie zobaczyłby na własne oczy. Głupiutka córka teyrna zaczęła używać zionącej między uszami otchłani!
— Oczywiście — odparła Justyna. — Gdy tylko skończę prace nad tekstem, co nie będzie łatwe. Może to trwać miesiącami — zastrzegła. — Szyfry miały być trudne do złamania dla magistrów. Kto wie, jakie odkryjemy tajemnice? — Westchnęła, przyciskając pergaminy do piersi.
W następnej chwili wcisnęła w dłoń Ellen mieszek pełen brzęczących monet.
— To wszystkie pieniądze, jakie mogę przeznaczyć na zakup relikwii. Weź je i idź z moim błogosławieństwem! — zawołała, skłoniła się przed zaskoczoną dziewczyną, po czym pomknęła niczym strzała do Zakonu.
Strażniczka zająknęła się zszokowana.
— Po-poczekaj! — wykrztusiła.
Nie zdążyła zrobić niczego więcej, bo Leliana chwyciła ją za łokieć, powstrzymując od ruszenia za kobietą.
— Nawet nie myśl o oddawaniu tych pieniędzy — skarciła przyjaciółkę, poznawszy po jej minie, że to właśnie planowała.
— Ale… przecież… — zaczęła zdenerwowana Ellen.
— Masz serce tak dobre, że aż głupie. Potrzebujemy każdej kwoty, żeby dotrwać do końca Plagi. No, nie marudź już, chodź — poleciła Leliana, ujęła Strażniczkę pod rękę i poprowadziła ku wyjściu z wirydarza.
Za murami czekał na nie dyszący z zadowoleniem Shegar; na widok obu kobiet jego ogon zakołysał się radośnie, ślepia natomiast błysnęły wesoło. Zerwał się, podbiegł do Ellen, otarł się o jej nogi i w podskokach pomknął na targ.
— Postaraj się nie wystraszyć zbyt wielu ludzi! — zawołała za nim Strażniczka.
Leliana zaśmiała się cicho. Obie ruszyły wolnym krokiem ku kamienicom, w których mogła skrywać się poszukiwana Marjolaine. Łuczniczka nie straciła na razie dobrego humoru, dlatego Couslandka uznała, że zdążyła pogodzić się z wizją spotkania.
— Pamiętasz, co ten mężczyzna mówił? — spytała, zerkając na przyjaciółkę.
— To gdzieś tu — odparła spokojnie Leliana. — Jeszcze kilka domów, o ile się nie mylę. Ale… — urwała, wbijając wzrok w ziemię.
— Tak? — mruknęła Ellen i przechyliła wyczekująco głowę.
— Nie zostawisz mnie, prawda? Nie chcę mierzyć się z nią samotnie — stwierdziła cicho, unikając spojrzenia Strażniczki.
— Oczywiście, że nie. Przecież…
Urwała, kiedy zza ich pleców rozległo się wesołe szczekanie. Ellen, dobrze znając ten głos, odwróciła się – w ich stronę gnał Shegar z wywalonym jęzorem, natomiast za nim mknął niski chłopiec z rozwianymi włosami. Strażniczka uniosła wysoko brwi, patrząc na zatrzymującego się przed nią ogara.
— Piesek! — ucieszył się dzieciak, klaszcząc w ręce.
— Na Stwórcę! — wykrztusiła Couslandka, zerknąwszy na rozbawioną Lelianę. — Skąd go masz? — zwróciła się do mabari.
Shegar zamerdał ogonem, przekrzywiając wyczekująco łeb. Ellen zacisnęła usta, powstrzymując się od szerokiego uśmiechu, i podparła się pod boki.
— Nie, nie możesz go zatrzymać — skarciła psa.
Ogar zaskomlił żałośnie, robiąc wyjątkowo smutną minkę – na szczęście Strażniczka była już odporna na urok przyjaciela, dlatego tylko ponownie pokręciła głową.
— Nie zostawaj w tyle, mamy ważną rzecz do załatwienia — upomniała go i ruszyła przodem, skinąwszy na Lelianę.
Shegar ze smutkiem popatrzył na zdezorientowanego chłopca, pomachał ogonem, po czym skoczył do biegu za właścicielką, zostawiając nowego przyjaciela na pastwę losu.
Tymczasem obie kobiety zatrzymały się pod drzwiami prawie na końcu ulicy. Leliana przyjrzała się budynkowi, cofnąwszy się dwa kroki, pokiwała w zadumie głową. Ellen zerkała to na nią, to na kamienicę, czekając na werdykt.
— To chyba tu — mruknęła łuczniczka.
— Łatwo poszło — skomentowała Strażniczka, wydąwszy usta.
— Poczekaj, aż tam wejdziemy — żachnęła się podenerwowana.
— Nie ma co czekać. Chodź. — Wyciągnęła rękę do kobiety, uśmiechając się pogodnie, a kiedy Leliana niepewnie ujęła jej dłoń, poprowadziła ją do drzwi.
Zapukała w deski z typową dla siebie gracją, aż łuczniczce zazgrzytały zęby. Szarpnęła przyjaciółkę za ramię.
— No co? — oburzyła się Ellen.
— Nigdy się nie nauczysz — westchnęła Leliana.
Zanim Strażniczka wyraziła swoje niezadowolenie, drzwi stanęły otworem, a w progu ujrzały barczystego, ponurego mężczyznę w pełnym uzbrojeniu. Obu na moment zabrakło języka w ustach, gdy go ujrzały.
— My… to znaczy… — zająknęła się Leliana.
— My do szefowej. Ważna sprawa — weszła jej w słowo Ellen, wystąpiwszy przed przyjaciółkę z typową dla siebie odwagą.
Nie wywarła piorunującego wrażenia – sięgała wojownikowi co najwyżej do ramienia, w dodatku wyglądała jak ćwiartka całej jego masy. Mimo to zadarła brodę i popatrzyła mu prosto w oczy, nie zamierzając dać się przegonić.
Nie musiała jednak się wykłócać. Ku jej zdumieniu mężczyzna odstąpił z progu, przepuszczając je do niewielkiego przedpokoju. Weszły do środka niepewne, wymieniwszy spojrzenia, i Ellen natychmiast pożałowała, że nie poprosiła Alistaira, żeby z nimi poszedł. Poczułaby się przy nim bezpiecznie.
Leliana najwyraźniej myślała o podobnych kwestiach, bo szepnęła do przyjaciółki:
— Szkoda, że nie ma z nami Stena. Byłby większy od tego osiłka.
— Ale nie rozładowałby atmosfery — mruknęła Ellen, wiodąc wzrokiem za podchodzącym do następnych drzwi mężczyzną.
Łuczniczka uniosła brew.
— Czy ty właśnie się przyznałaś, że tęsknisz za…? — zaczęła.
W tym momencie przejście stanęło otworem; wojownik zaprosił je szerokim gestem olbrzymiego, umięśnionego ramienia. Ellen uśmiechnęła się krzywo, próbując okazać wdzięczność, zacisnęła dłoń na ręku przyjaciółki i pociągnęła za sobą. Shegar, mijając mężczyznę, zawarczał na niego ostrzegawczo.
Wkroczyły do pomieszczenia, które wyglądało jak wyrwane z innej rzeczywistości. Leliana – najwyraźniej nawykła do tego typu wystroju – nawet nie mrugnęła, zatrzymując się na środku pokoju, ale Ellen aż się skrzywiła. Dokoła królowała czerwień w najróżniejszych odcieniach, nawet meble wykonano z drewna o takiej barwie, w dodatku były przeraźliwie gładkie, błyszczące oraz z powyginanymi dziwnie nogami. Przestrzeń zajmowały kwiaty, w powietrzu unosił się duszący zapach roślin oraz tlących się gdzieś poza zasięgiem wzroku kadzideł, prawie każda płaszczyzna została wyłożona miękkimi poduszkami.
Strażniczka ledwie powstrzymała się od zrozpaczonego jęku. Poczuła się tak, jakby brutalnie przeniesiono ją prosto do Orlais – w dodatku Orlais w tym najmniej gustownym, jej zdaniem, wydaniu.
— Leliana! — zakrzyknęła kobieta zajmująca miejsce w głębokim, obitym czerwonym materiałem fotelu. — Jak cudownie znów cię widzieć, moja droga…
Ellen zwróciła na nią spojrzenie, kiedy tylko wstała. Musiała przyznać, że nieznajoma – na pewno Marjolaine – idealnie komponowała się z otoczeniem. Miała na sobie elegancką suknię podkreślającą kobiece kształty, zwłaszcza krągły biust dodatkowo wyeksponowany zaskakująco głębokim dekoltem (Ellen nie mogła przestać się zastanawiać, czy podczas jedzenia wpadały jej tam okruszki), twarz natomiast pomalowała w mocny, ale nie przesadzony sposób, podkreślając rysy. Ciemnobrązowe włosy częściowo upięła, reszcie pozwalając swobodnie opadać na ramiona.
— Daruj sobie te uprzejmości — warknęła Leliana. — Wiem, że…
— Och, wybaczysz mi – z pewnością – to nędzne zakwaterowanie — weszła jej w słowo Marjolaine, całkowicie ignorując gniewny ton dawnej podopiecznej. — Staram się być dobrą gospodynią, ale widzisz, z czym muszę pracować? Ten kraj pachnie jak zmokły pies. Wszędzie — parsknęła z oburzeniem. — Nie mogę pozbyć się tego zapachu z włosów, z ubrań… fuj.
Ellen otrząsnęła się z oszołomienia okrutnym dla jej oczu wystrojem i popatrzyła na kobietę święcie wzburzona.
— Ferelden nie pachnie jak zmokły pies — warknęła zła.
Leliana posłała przyjaciółce pełne niedowierzania spojrzenie – najwyraźniej nie spodziewała się wyrażenia patriotyzmu akurat w tej chwili.
— Oczywiście, że wy tego nie czujecie — prychnęła Marjolaine. — Tarzacie się w brudzie ze zwierzętami tak często, że przywykacie do ich smrodu.
Shegar zawarczał – sądząc po minie Ellen, także miała ochotę to zrobić.
— Nie jestem tu po to, by dyskutować o woni Fereldenu — zirytowała się Leliana. — Wrobiłaś mnie, kazałaś mnie schwytać i torturować. — Wycelowała palcem w Marjolaine. — Myślałam, że w Fereldenie się od ciebie uwolnię, ale okazuje się, że nic z tego. Co się stało, że tak mnie nienawidzisz? Czemu aż tak chcesz mnie zabić?
— Zabić? — teatralnie zdumiała się kobieta. — Bzdura, moja Leliano. Wiem, do czego jesteś zdolna. Pokonać czterech, pięciu ludzi naraz… to dla ciebie pestka. Zostali wysłani, byś miała powód, żeby do mnie przyjść. No i widzisz? Oto jesteś. — Uśmiechnęła się przewrotnie.
Ellen spochmurniała jeszcze bardziej. Przebywanie w pobliżu czegokolwiek orlesiańskiego źle wpływało na jej samopoczucie.
— Mogłaś po prostu wysłać jej list — burknęła.
— Zignoruj ją — poprosiła od razu Leliana. — Kłamie. Znam ją. Co ty knujesz? — zwróciła się do Marjolaine. — Powiesz, co robisz w Fereldenie?
— Tak naprawdę? Dysponujesz wiedzą, którą możesz wykorzystać przeciwko mnie. Nie mogę zostawić cię w spokoju dla mojego własnego bezpieczeństwa — stwierdziła, poważniejąc, a jadowity uśmieszek zniknął jej z twarzy. — Sądziłaś, że nie wiem, gdzie jesteś? Że nie będę obserwować mojej Leliany? „Cóż ona porabia?”, myślałam sobie. Coś planujesz, mówiłam sobie. — Pokiwała uniesionym palcem, spacerując wzdłuż etażerki. — Więc obserwowałam… ale nie było żadnych listów, żadnych wiadomości. Nie rozmawiałaś prawie z nikim. Sprytnie, Leliano, bardzo sprytnie. Prawie mnie oszukałaś — pochwaliła. — Ale potem tak nagle odeszłaś z Zakonu. Jaki miałam z tego wyciągnąć wniosek? Ty mi powiedz.
— Wydaje ci się, że odeszłam z twojego powodu? — wykrztusiła zdumiona łuczniczka. — Że wciąż mam jakiś plan… zemsty? Jesteś szalona. Masz paranoję!
— Leliana pomaga Szarym Strażnikom — wtrąciła Ellen, równie oszołomiona tokiem rozumowania Marjolaine. — To wszystko.
— Tak sądzisz? — zamruczała kobieta, wbijając w Couslandkę spojrzenie zmrużonych oczu. — Na twoim miejscu nie wierzyłabym w ani jedno jej słowo. Ani jedno — podkreśliła. — Wykorzysta cię. Patrzysz na nią i widzisz prostą dziewczynę – przyjaciółkę, ciepłą i serdeczną. To oszustwo.
Chociaż Ellen była pewna, po czyjej stronie stała oraz kto mówił prawdę, niespodziewanie poczuła ukłucie niepokoju w sercu. Mimowolnie zerknęła na zdenerwowaną Lelianę, pozwalając wątpliwościom wkraść się do umysłu. Faktycznie sporo ryzykowała, pokładając zaufanie w osobie stworzonej do oszukiwania. Mogła zostać zdradzona, zostawiona na lodzie – a kolejnego takiego zawodu by nie przeżyła. Może powinna wziąć pod uwagę to, co mówiła Marjolaine…?
— Ja nie jestem tobą — warknęła Leliana. — Wyjechałam, bo nie chciałam się stać taka jak ty.
— Ależ jesteś. Nie uciekniesz od tego — skwitowała rozbawiona Marjolaine, z zadowoleniem obserwując zawahanie malujące się na twarzy Strażniczki. — Nikt nie zrozumie cię tak jak ja, bo jesteśmy takie same. Wiesz, dlaczego byłaś tak wspaniałą manipulantką, Leliano? — zamruczała, ruszając dokoła obu kobiet niczym wilk dokoła ofiar. — Bo ta gra sprawiała ci przyjemność. Rozkoszowałaś się władzą, którą ci dawała. Nie zmienisz tego. Nie zaprzeczysz temu.
Leliana zacisnęła dłonie w pięści, nie potrafiąc zapanować nad bezsilną złością. Na jej twarzy malował się ból oraz strach – spojrzała na Ellen, najwyraźniej przerażona myślą, że Marjolaine mogła ją przeciągnąć na swoją stronę.
Strażniczka zerknęła na łuczniczkę, jeszcze zastanawiając się, co było w niej silniejsze – zgubna wiara czy niepokój? Westchnęła, zwracając twardy wzrok na Marjolaine.
— Nie obchodzi mnie, co mówisz — obwieściła zimnym głosem. — Ufam Lelianie.
— Dziękuję — szepnęła łuczniczka, rozluźniając ramiona. — Nie będziesz więcej grozić ani mnie, ani moim przyjaciołom — odezwała się do zdumionej kobiety. — Wynoś się z mojego życia.
— Wiesz, że póki żyjesz, będzie cię prześladować? — spytała cicho Ellen.
Leliana powoli skinęła głową, nabierając głębokiego wdechu.
— Na zbyt wiele osób sprowadziłaś cierpienie. Pora położyć temu kres — stwierdziła, sięgając do przewieszonego przez plecy łuku.
— I wydaje ci się, że możesz mnie tak po prostu zabić? Stworzyłam cię, Leliano — syknęła, mrużąc oczy. — Równie łatwo mogę cię zniszczyć.
— A to się jeszcze okaże — warknęła Ellen, natychmiast chwytając własną broń.
Marjolaine roześmiała się wysokim, prawie obłąkanym głosem, sprawiając, że Strażniczka w pierwszej chwili tylko wymieniła spojrzenie z przyjaciółką. W następnej natomiast stęknęła głucho i upadła na twarz, gdy coś z dużą siłą uderzyło ją w plecy.
Uniosła głowę, potrząsając nią, by odgonić czarne plamy sprzed oczu, a kiedy usłyszała wściekły wrzask Leliany, natychmiast zerwała się na równe nogi. Zatoczyła się, wpadając na okrągły stolik, i zobaczyła, że łuczniczka została pochwycona w żelazny uścisk tego samego mężczyzny, który je wpuścił.
— Najpierw ty, zapchlona Fereldenko — syknęła Marjolaine, sprawiając, że Ellen przeniosła zamglony wzrok na zbliżającą się do niej kobietę.
Szlag by to, pomyślała, sięgnąwszy po broń, ale jej ruchy były zbyt wolne przez zamroczenie. Orlesianka zdołała chwycić ją za włosy i szarpnąć gwałtownie, wpychając na blat stolika. Uderzyła twarzą dziewczyny o drewno, przez co Ellen znowu zatańczyły czarne plamy przed oczami; w ustach poczuła metaliczny posmak krwi.
— Należy ci się odpowiednia śmierć — wycedziła Marjolaine. — Jak świni, z którymi sypiacie w jednym pokoju.
Kiedy poczuła na gardle zimne ostrze, powstrzymała się od przełknięcia śliny. Ogarnął ją niemalże paraliżujący strach – już dawno tak bardzo nie bała się śmierci. Już dawno tak po prostu nie chciała przeżyć.
— Nie! — wrzasnęła Leliana.
Rozległ się głuchy warkot, potem krzyk oraz huk. Głowa Ellen gwałtownie opadła na blat, mięśnie zadrżały i dziewczyna wylądowała na podłodze, łapiąc oddech.
— Ty parszywy kundlu! — usłyszała zdławiony bólem głos Marjolaine, potem kolejny krzyk Leliany, a wreszcie głośne skomlenie.
Dopiero ten dźwięk sprawił, że krew zawrzała w żyłach Ellen, adrenalina natomiast wymazała z ciała wszelkie fizyczne utrudnienia. Dziewczyna poderwała ociężałą głowę, szeroko otwierając oczy – jej wzrok padł na cofającego się od zakrwawionego sztyletu Shegara. Po boku ogara, tuż pod przednią łapą, nieopodal serca, ściekała posoka.
Leliana szarpała się bezradnie w uścisku osiłka, rozpaczliwie go kopiąc, nawet próbując gryźć, mężczyzna jednak nie zwracał na to uwagi. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywał się w rozjuszoną, rozczochraną Marjolaine.
W następnej chwili kobieta gwałtownie zachwiała się, a pokój wypełnił rozwścieczony krzyk. Ellen skoczyła na plecy Orlesianki, oplotła ją nogami w talii, żeby nie spaść, i chwyciła ramieniem za szyję. Sztylet natychmiast zazgrzytał o zbroję, szukając luki w pancerzu, by zatopić się w ciele, ale Strażniczka nawet tego nie zauważyła. Niemalże wydrapała kobiecie oczy, siłując się z nią, byle uchronić swojego pupila.
— Ty natrętna kurwo! — warknęła Marjolaine, wreszcie wbijając ostrze między żebra Ellen; dziewczyna zignorowała ból, nie przejąwszy się tym, czy sztylet wszedł pod kątem, czy prosto, nie czyniąc poważniejszej krzywdy.
— Zdychaj! — wycedziła Strażniczka, uchwyciwszy w dłoń podbródek kobiety.
Kobieta sapnęła, chcąc się wyrwać, ale w tym momencie Couslandka gwałtownie szarpnęła rękoma, skręcając jej kark. Leliana krzyknęła cicho, zamierając w uścisku wojownika, Ellen natomiast zwaliła się na podłogę wraz ze zwiotczałym ciałem Marjolaine. Dysząc z wściekłości, spojrzała na trupa, zaraz przenosząc wzrok na przyjaciółkę oraz trzymającego ją osiłka.
Wojownik w jednej chwili odrzucił zszokowaną Lelianę, przygotowując się do odparcia ataku – Ellen skoczyła zaraz potem, dobywszy sztyletu. Nogi jednak się pod nią ugięły, gdy na swojej broni zatrzymała silny cios dużego półtoraręcznego miecza. Stęknęła, zmagając się z potężnym wojownikiem; krew popłynęła obficiej po jej boku, ale nadal to ignorowała. Musiała zabić, żeby zająć się Shegarem.
Kiedy już myślała, że osunie się na kolana, niespodziewanie czoło mężczyzny przeszyła strzała. Pocisk został wypuszczony z taką siłą, że grot przeszył czaszkę na wylot. Po skórze stoczyła się strużka krwi, zanim wojownik runął niczym kłoda na swoją pracodawczynię. Ellen odtrąciła miecz, który na nią upadł, i skoczyła nad trupami, dopadając do kulącego się Shegara.
— Nic ci nie jest? — sapnęła Leliana, opuszczając trzymany łuk.
Strażniczka nie odpowiedziała, drżącymi rękoma unosząc łapę ogara. Pies zaskomlił, strosząc sierść, ale nie odważył się warknąć na panią.
— Ellen? — spytała niepewnie Leliana, starając się nie zerkać na zwłoki zamordowanej Marjolaine.
— Zostań tu z nim — odezwała się dziewczyna, zrywając się na równe nogi.
Popatrzyła na przyjaciółkę błędnym wzrokiem.
— Zostań z nim — powtórzyła.
— Do-dobrze, ale… jesteś… — zaczęła, wskazując krwawiący bok Strażniczki.
— Pilnuj go! — krzyknęła wysokim głosem, jej oczy się zaszkliły. — Zaraz wrócę. Szybko. Zaraz. Nie pozwól, żeby coś mu się stało.
Leliana, oszołomiona histerią przyjaciółki, skinęła głową. W następnej chwili Ellen wypadła z budynku niczym burza, jakby nawet nie czuła rany. Łuczniczka powiodła za nią wzrokiem, po czym przyklękła przy Shegarze. Wyciągnęła do psa ręce, ale ten zawarczał ostrzegawczo, wyszczerzywszy kły. Kobieta od razu zrezygnowała z głaskania mabari; rozejrzała się bezradnie po pomieszczeniu, chcąc znaleźć coś do obandażowania rany.
Na kredensie, poza czystymi obrusami, dostrzegła gładką ramę łuku. Zainteresowana zbliżyła się do mebla, co i rusz oglądając się przez ramię na rannego ogara.

Zakupy poszły, można było zaryzykować stwierdzenie, śpiewająco. Nawet pomimo obecności tego cholernego elfa. Na szczęście Zevran był bardziej zaaferowany dokuczaniem Wynne niż Strażnikowi, dlatego Alistair z czystym sumieniem mógł udawać, że nielubiany towarzysz nie istniał.
Poza tym nie musiał się przyznawać, że słuchanie tych pogawędek sprawiało mu niejaką przyjemność. Miło obserwować, jak dokuczano komuś innemu.
— Wiesz, Wynne… — odezwał się znów elf, sprawiając, że czarodziejka zacisnęła niemalże do siności usta. — Mam przyjaciela w Antivie, który z pewnością bardzo chciałby cię poznać.
Wynne popatrzyła na niego z uprzejmym zdumieniem.
— Słucham?
— Salvail gustuje w kobietach dojrzałych oraz z doświadczeniem. Mówi, że są bardziej treściwe, krzepkie oraz aromatyczne — wyjaśnił Zevran, uśmiechając się nonszalancko.
Alistair zerknął na niego nieco zaniepokojony.
— Doprawdy? — mruknęła ze stoickim spokojem Wynne.
— W rzeczy samej. Nie ma potrzeby zaprzeczać, Zevran zna się na tych sprawach — zapewnił, uniósłszy wymownie brew.
— Nie jestem żadną sprawą! — oburzyła się czarodziejka, posyłając elfowi pełne gniewu spojrzenie.
— Nie ma powodu, by odmawiać sobie przyjemności płynącej z męskiego towarzystwa, czyż nie? — ciągnął niewzruszony.
Zapadła dziwna, napięta cisza. Alistair, podrapawszy się po nosie, uciekł spojrzeniem w bok. Dokuczanie dokuczaniem, ale nie sądził, że Zevran potrafił posunąć się do takich pogawędek. Strażnik czym prędzej zainteresował się pobliskimi stoiskami, nie zamierzając włączać się do tej małej potyczki. Nawet dla obrony dobrego imienia Wynne.
— Możesz już mówić — poinformował czarodziejkę Zevran, nadal wypowiadając się w radosnym, zadowolonym tonie. — Zapewniam cię jednak, że Salvail to prawdziwy dżentelmen, w dodatku dość przystojny…
 — Zamierzam teraz odejść — odparła opanowanym głosem Wynne, zadzierając brodę. — Spokojnie. Na chłodno. To po to, by oszczędzić ci bólu siłowego usuwania twojego mózgu poprzez uszy. — Przyspieszyła kroku, a jej toga zaszeleściła złowieszczo.
Alistair mimowolnie się zakrztusił, posyłając za czarodziejką zdruzgotane spojrzenie.
— To musi być coś nie tak z tym Fereldenem, przysięgam — mruknął elf, cmoknąwszy z irytacją.
— Nie przyszło ci do głowy, że coś nie tak jest z tobą? — zasugerował Alistair i uśmiechnął się kwaśno, kiedy padło na niego spojrzenie Zevrana.
— Oszalałeś? — parsknął skrytobójca, unosząc brwi.
Strażnik westchnął ciężko, także przyspieszając kroku, żeby dogonić zdenerwowaną Wynne. Rozbawiony elf podążył za nimi, uśmiechnięty z przesadnym zadowoleniem. Czarodziejka jednak przystanęła przy wyjściu z placu targowego, zapatrzywszy się na coś w uliczce; na jej twarzy pojawił się niepokój.
— Czy to…? — zaczęła powoli.
Alistair poszukał wzrokiem tego, co zdenerwowało kobietę. Na widok biegnącej w ich stronę Ellen poczuł, jak lodowata bryła opada mu na samo dno żołądka. Jeszcze zanim dziewczyna zorientowała się, że ich odnalazła, Strażnik bez namysłu ruszył do niej. Na ich widok zachłysnęła się powietrzem i wpadła całym ciężarem ciała na przyjaciela, ufnie wspierając się na jego wyciągniętych ramionach. Alistair zmarszczył przestraszony czoło, przytrzymując Ellen przy sobie.
— Co się stało? — spytał napiętym głosem.
Odsunęła się od niego, łapiąc oddech, i dopiero teraz zobaczył jej zalaną łzami twarz. Pobladł, wpatrując się w nią z przerażeniem.
— Chodź. Błagam. Chodź. Shegar. Szybko — wydusiła, ciągnąc go w stronę, z której nadbiegła.
— Prowadź — poleciła Wynne, jako pierwsza otrząsnąwszy się z oszołomienia.
Ellen skinęła głową, zawróciła i skoczyła do biegu, wyślizgnąwszy się z ramion Alistaira. Młodzieniec pustym wzrokiem spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń. Zaraz potem także ruszył, wyprzedzając truchtającą trochę koślawo Wynne.
To okrutne, ale przez kilka chwil naprawdę wolał, żeby krew należała do Shegara, nie do Ellen.

18 komentarzy:

  1. [konstruktywny komentarz] *fangirl squee* [/konstruktywny komentarz]

    OdpowiedzUsuń
  2. NARESZCIE! Jeszcze nie zaczęłam czytać (w sumie 1 zdanie) i stwierdzam, że chyba powinnam sobie przypomnieć całość, żeby wiedzieć, o co chodzi, hahahaha! xD
    Dobra, idę czytać, potem zostawię konstruktywny komentarz (choć pewnie będzie taki sam jak Denka xDDD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No weź. Poczytaj sobie ten rozdział, szybko się zorientujesz, oni już od roku jadą do Denerim, za dużo się nie zmieniło xD
      Nah, grunt, że ktoś skomcia... xD

      Usuń
    2. Okej, konstruktywny komentarz jednak będzie konstruktywny :P
      "Wojownik westchnął ciężko i zerknął z góry na maszerującą równym krokiem towarzyszkę." - pardon me, ale wydaje mi się, że Sten nie mógł spojrzeć na golema z góry, bo: a)siedział na koniu, b) golem raczej jest wyższy nawet od tak wielkiego qunari.
      Albo mi się wydaje, nie wiem, wyprowadź mnie z błędu, w każdym razie trochę mi to zgrzyta :P
      Taika? Jaka Taika? Zmieniłaś zwierzakowi imię? Bo totalnie go nie kojarzę ;P
      Imię Justyna tak bardzo odstaje od reszty, że to aż boli ;P Zresztą mam siostrę o tym imieniu, co dobrze wiesz, a ona ani trochę nie jest religijna i od razu wyobraziłam ją na tym stanowisku - a potem parsknęłam głośnym śmiechem ;P
      Jedno się zgadza - ona też jest cholernie dumną kobietą.
      Shegar jest dobry - wychujał chłopca i pognał dalej, olewając go - mój pies, hahaha! xD
      Nie ma to jak kobieca rozkmina na temat kobiecego biustu - czy wpadają jej tam okruszki podczas jedzenia - dostajesz ode mnie blogspotowego lajka, hahahah! xD
      O nieeee, tylko nie Shegar! Biedny, mały Shegar! :c Smutno mi się zrobiło i mam nadzieję, że go uratują...
      Ach, dobrze, że wróciłaś ze strażniczką! Tak bardzo mi brakowało tej powieści, serio! Tego... klimatu, tego humoru, tej magii w tym wszystkim... Po prostu kocvham! <3
      I to by było na tyle, jeśli chodzi o mocno konstruktywny komentarz, hahaha xD
      Dawaj następnym, bo nie zasnę! Muszę wiedzieć, co będzie z Shegarem!
      Z Ellen też. Ale z Shegarem najpierw.

      Usuń
    3. Szaleństwo, Iza napisała konstruktywny komentarz xD
      Escalar jest rosłym koniem + dwumetrowy qunari + Shale, którą jej pan skrócił w kolankach, bo mu się w mieszkaniu nie mieściła. Opowiadała o tym kiedyś xD Jest trochę niższa od Stena, jak oboje stoją.
      Tak, Taika to Mystic. Po prostu ogarnęłam, jak bardzo to pierwsze imię nie pasowało, a Taika znaczy praktycznie to samo, winc.
      Taaak, witamy w polskim tłumaczeniu xD W tle przewija się jeszcze Natalia (xD) prowadząca pralnię (rozdział z Goldaną). Na szczęście Justyny rola właśnie się zakończyła.
      Może zaproponuj siostrze jakiś zakon? Przyjdę jej sprzedać relikwię ziemniaka! xD
      A co, pańcia zabroniła zatrzymać, to tam!
      Ellen jak zawsze w formie. To dziewczę jest niereformowalne i mało ogarnięte, oh well.
      Hehehehe, wiedziałam, że Shegar ruszy bardziej niż Ellen, Alistair, Leliana czy Zevran xD
      Humoru, czerstwego jak stary chleb xD Ale spoko, miło mi, że ktoś docenia te suche żarty. Mam nadzieję, że suchość utrzyma się w dalszych rozdziałach.
      Niestety, musisz poczekać do lutego. Hehehe.
      Ellen nic nie było... oh wait. Dźgnięcie. OJTAM.

      Usuń
  3. *densi sobie radośnie na widok rozdziału, a potem jeszcze radośniej hopsi po jego przeczytaniu*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Komentarz do komentarza: autorka powyższej czynności jest niezdolna do napisania czegoś ambitniejszego z powodu targającej nią radości wynikającej z pojawienia się nowego rozdziału Szarej.]

      Usuń
    2. ...aha xD Nie no, miło, że zajrzałaś, zawsze coś xD

      Usuń
    3. No ej... zajrzałam wszędzie i wszystko nadrobiłam, no. Tylko komcia do Legendy nie zostawiłam, bo czytałam w pracy i nie miałam jak :D
      Chyba nie wątpiłaś, że tu zajrzę, hęęę?

      Usuń
    4. No skoro nadrobiłaś zaległości, to dzielna jesteś bardzo, bohater własnego domu, można powiedzieć xD

      Usuń
  4. Taaaak, czyli wielki powrót ^.^
    W pierwszej chwili nie wiedziałam kim jest Taika xd Przechrzciłaś Mystic. Okej. I biedny Shegar ;_; A generalnie dobrze wiedzieć, że będzie co czytać raz w miesiącu.
    Jestem komandor Shepard, a to mój ulubiony FF w internetach xd
    (Antivanka, jakby cuś. Heheszky. Jeszcze tu wrócę)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak, nie rozpisuję się, bo późno już i mi się nie chce, a sama walczę z Wordem w tej chwili. Chwilowy brak pomysłu i mi się przypomniało, że 10 stycznia miało się tu coś pokazać. To przyszłam. W sumie żeby zakomunikować że wciąż tu zaglądam. No i żeby poczytać. Teraz już sobie idę.

      Usuń
    2. Plasiam, po prostu imię nie pasowało za cholerę do klimatu xD Ktoś też musiał cierpieć w rozdziale!
      Jejciu, nie spodziewałam się nikogo ze starej gwardii. Naprawdę tu zaglądałaś przez cały ten czas? Wow.
      Hahaha, no to pa! Póki co wygląda na to, że przez ponad rok będą regularne publikacje, winc :3

      Usuń
    3. No tak, bez cierpienia nie ma zabawy xd
      A no zaglądałam. Średnio dwa razy w miesiącu :3 w międzyczasie czytając fanfiki z Mass Effecta i TESa Dikajosa. I rysując. I sama probując coś ogarnąć, jakąś historię. Tym razem chyba się udało, zobaczymy. A jeszcze grając w Inkwizycję. I w Wiedźmina. I czytając Wiedźmina. I pracując. Tyle zajęć, tak mało czasu xd
      Skoro będą regularne (wciąż muszę się dwa razy zastanowić zanim to napiszę xd) publikacje, to będę tu regularnie wpadać xd ustawię sobie przypomnienie w telefonie i po pracy, siedząc zmęczona fizycznie i psychicznie w autobusie, będę się relaksować czytając okrutne opisy o tym, jak to nieogarnięta Ellen poderżnęła komuś gardełko. Względnie o kwitnącym romansie między Strażnikami. Tak... ^.^

      Usuń
    4. Na szczęście moje życie nie jest aż tak napięte - na zmianę Legenda, Granice, od czasu do czasu Szara, ostatnio krótkie opowiadania z Inkwizycji, Inkwizycja i AC. No i studia, ale to tam. Nie przesadzajmy xD
      Ellen jest ogarnięta! To znaczy jest impulsywna, ale nie nieogarnięta :c No, chyba że poruszamy kwestię jej relacji z Alistairem, to faktycznie jest nieogarnięta jak trzynastolatka xD

      Usuń
    5. Taka szczęściara xd Ciesz się, że nie wiesz co to nagminny brak czasu na cokolwiek xd
      Praca... ale chwilowa. Potem tyż idę się kształcić dalej, bo inaczej zginę w tym świecie.
      No przecież mówię, że nieogarek ^.^ But still better than me ;_;

      PS: Strzeli mnie coś jak znowu mi komentarz nie wklei się tam gdzie bym sobie tego życzyła xd

      Usuń
    6. Blogspot ma czasami fochy ^^ Wiesz, jest jeszcze sesja. Sesja sesja est, czy coś. Ech. Czeka mnie kilka tygodni katastrofy, a potem znowu słodycz wolności!

      Usuń