wtorek, 31 marca 2015

Rozdział 1.83 - Tajemnica fortecy



W pomieszczeniu, wśród całego zniszczenia oraz starości, która rozpanoszyła się w pokoju, jedna rzecz pozostała bez względnych zmian. Zbliżywszy się do przejścia w głąb budowli, zaklęcie Morrigan oświetliło także pokryte zaciekami ściany. Na jednej z nich wisiał pożółkły pergamin pokryty wyblakłym, ale nadal czytelnym pismem. Ellen od razu skierowała tam kroki, nie przejąwszy się zatrzymaniem towarzyszy.
Pozostali bez słowa stanęli, Leliana chwyciła łokieć Leviego, żeby mężczyzna nie zapuszczał się w twierdzę bez ochrony drużyny. Strażniczka zatrzymała się pod ścianą, mrużąc oczy przy odczytywaniu tekstu. Alistair powoli do niej dołączył.
— Co tam znaleźliście? — spytała Wynne.
— Afisz? — mruknęła niepewnie Ellen. — Albo ogłoszenie?
— Deklaracja — poprawił ją młodzieniec.
— „Na tej ziemi dzielni mężowie stawili czoła tyranowi” — odczytała na głos. — „Stawili mu opór, walcząc o wolność. I zginęli”.
— Ile tu jest podpisów — zdumiał się Alistair, zawiesiwszy palce nad pergaminem, jakby się bał go dotknąć, by nie zniszczyć.
— Kapitan Melo, Czarna Fretka, Lopez Ciskający Krzesłami, sir Derek z Orlais, Jason Długi Łuk, Allan Kłótliwy, Męczennik Kartografii — uśmiechnęła się blado — Milczący David, Dustin Daltonista, Ebenger z Bydlęcego Bractwa, Dziki Farrell, sir Graham Niemęczliwy, Jazon bez Argonautów, Langley Nikczemny, Jama Szczęściara, Wściekły Pies Smeadows, Matthias Krwawy, Nikczemny Kapłan McGuirk, Magiczna Kryminalistka Melissa, Om Rozciągnięty — tutaj uniosła brew — Szczurek Derksen, sierżant „Rudy” Morrison, Santos Cichy Bułat, Eryk Złośliwiec, Ślepawy Santos oraz Welburn Szalony Ogień. — Nabrała głębokiego wdechu i pokręciła głową. — To… wszyscy z bractwa?
— Prawdopodobnie — mruknął Strażnik. — Kiedyś byliśmy liczni, co?
Przytaknęła, nadal jeszcze oszołomiona ilością wojowników. Nie potrafiła sobie wyobrazić życia w towarzystwie tak wielu osób, ale domyślała się, że w większości się dobrze znali, a nawet lubili. Tak, jak mówił Alistair – stanowili specyficzną rodzinę.
— Chodźmy może dalej — zaproponował zniecierpliwiony Levi.
Ellen zgodziła się niechętnie.
— Chodźmy. Morrigan, idź przodem ze światłem — poprosiła przyjaciółkę, posyłając jej niepewny uśmiech.
— Ja mogę rozświetlić tyły — zaproponowała Wynne.
— Doskonale. Uporajmy się z tym przed świtem — mruknęła Strażniczka, popatrzyła po towarzyszach, po czym ruszyła ku ciemnemu przejściu.
Wiedźma podążyła po jej lewej stronie, Alistair natomiast dołączył po prawej. Ellen z rozbawieniem pomyślała, że już dawno nie miała takiej obstawy. Zacisnęła usta, żeby się nie uśmiechnąć, i przyjrzała się pomieszczeniu, do którego wkroczyli.
Kamienna posadzka zmieniła się w drewniane deski, ich kroki zastukały na panelach, a najgłośniej zazgrzytały nogi Shale. Wyglądało to na hall reprezentacyjny – na pewno reprezentacyjny w czasach swojej świetności. Sala łączyła się otwartym, łukowym przejściem z następną, jednak nie dało się tam wejść z powodu ustawionej w progu barykady. Prawie nic nie zachowało się z mebli, wszystko leżało zniszczone, rozbite, połamane, dokoła walało się mnóstwo szczątek, a drewno nasiąkło ciemną substancją – prawdopodobnie krwią. Na lewo i na prawo, prawie w kątach, widać było pozamykane drzwi prowadzące do następnych pomieszczeń.
— Zasłona jest niestabilna — mruknęła Morrigan, kiedy cisza się przedłużyła i nikt nie chciał zapuścić się w salę. — Mimo to nie wyczuwam żadnych demonów ani duchów. Nic. Są tu, ale… nie w tym miejscu.
Alistair skinął głową, mrużąc oczy.
— Blisko. To na pewno — dodał, przenosząc wzrok na Ellen.
— W porządku. Rozdzielmy się, rozejrzyjmy, może coś znajdziemy. Potem spotkamy się przy tamtych drzwiach. — Wskazała przejście z prawej strony. — Jeśli to pomieszczenie będzie prowadziło dalej w fortecę, nie idźcie sami.
Niedługo potem każdy poszedł w swoją stronę. Do sąsiedniej sali udała się Leliana, Sten oraz Wynne, pozostali skupili się w jednym miejscu. Ellen dokładnie przyjrzała się barykadom, zaciskając usta na widok zakrwawionych pali, które sterczały ze śmieciowej konstrukcji. Przesunęła wzrokiem po całym pokoju, dochodząc do wniosku, że walka zniszczyła wszystko. Nie ostały się nawet obrazy.
— Ellen! — rozległo się z drugiego pomieszczenia.
Strażniczka popatrzyła na pozostałych towarzyszy, nikt jednak nie wpakował się w tarapaty, dlatego z czystym sumieniem ruszyła za głosem.
— Co się stało? — spytała, stając w progu.
— Patrz — mruknęła zadowolona Leliana, wskazując salę.
Wyglądała na zbrojownię. Na półpiętrze, na które dało się wspiąć wąskimi schodami, stały piętrowe łóżka, na samym końcu wąskiego przejścia Ellen dostrzegła biurko. Jego zawartość przeglądała właśnie Wynne, dlatego Strażniczka skupiła się na starych manekinach, skrzyniach oraz kufrach. Przespacerowała się wzdłuż wyposażenia ustawionego pod ścianą, przechylając głowę.
— Nic z tego nie nadaje się do użytku — stwierdziła łuczniczka. — Przynajmniej tak orzekł Sten. — Stojący na uboczu qunari przytaknął ruchem głowy. — Ale pomyśl sobie – to nosili Strażnicy przed tobą! To należy do twojego bractwa.
Ellen nachyliła się nad zardzewiałą bronią w otwartym kufrze i zmarszczyła czoło. Wszystko cuchnęło tu stęchlizną, zgnilizną oraz kurzem. Nie łudziła się, by cokolwiek w tej fortecy nadawało się do czegokolwiek.
— To należy do historii. Ewentualnie do grobów, których nikt nie wykopał — mruknęła ponuro.
Leliana zająknęła się zmieszana.
— Wynne? Masz tam coś? — zwróciła się do czarodziejki, zignorowawszy zachowanie przyjaciółki.
— Nie, moja droga — odparła kobieta, prostując się nad blatem. — Jest puste. Poza podartymi strzępkami, ale nie ma na nich nawet pojedynczego słowa.
— Trudno — mruknęła Ellen. — Dobrze, wracajmy do pozostałych.
Ledwie przekroczyli próg, wszyscy zwrócili się w ich stronę. Zdumiona Strażniczka zauważyła, że pochylali się wspólnie nad świstkiem papieru. Uniosła brew, ruszając do towarzyszy. Alistair uśmiechnął się do niej, wyjął Zevranowi z dłoni wiadomość i wyciągnął ją do przyjaciółki. Elf posłał Strażnikowi oburzone spojrzenie.
— Popatrz na to — poprosił młodzieniec.
— Znalazłem to w starej szufladzie — wtrącił skrytobójca, nie zamierzając dać umniejszyć swoich zasług.
— O? — zdziwiła się zdawkowo i pogrążyła się w lekturze, wspierana migotliwym światłem zawisłym przy Morrigan.
Sophio,
Arl Ruahn został zamordowany wraz z całą rodziną, włącznie z dziećmi. Ród Ruahnów wygasł, a arlat chwilowo przeszedł na własność korony. Arland uważał, że Ruahn spiskuje przeciw niemu. Ruahn skrytykował tylko wydatki króla na święto Odzimienia, to wszystko. Parę pustych słów rzuconych w niewłaściwej chwili. Król posuwa się za daleko. Jego umysł wypełnia szaleństwo, a on sam trzyma się korony niczym tonący brzytwy.
Sophio, błagam Cię o pomoc. W przeciwnym razie ucierpi więcej ludzi.
Twój pokorny sługa,
Wulff.
Słowa pozostawały niewyraźne oraz wyblakłe, ale nadal możliwe do odczytania. Ellen zmarszczyła czoło, kilka chwil analizując treść listu. Nie wiedziała, kim był Wulff, ale ważniejsze wydawało się, że dowiedzieli się czegoś więcej o królu Arlandzie. Czyżby postanowił zaatakować także Strażników? Ale dlaczego? Bractwo przecież starało się utrzymywać neutralność poza okresem Plagi.
Z drugiej strony nie wiedzieli niczego o tamtym okresie. Może w grę wchodziły kwestie, których nawet nie podejrzewali? Ziemie, tytuły, niefortunne wykorzystanie Prawa Werbunku? Zacisnęła usta, zmartwiona zarysem zagadki tych murów.
— No, to jakiś trop — przyznała wreszcie. — Może znajdziemy coś więcej dalej.
Zgodną grupą skierowali się do drugiego przejścia – problem pojawił się z Shale, ponieważ golem nie do końca mieścił się we framudze. Dopiero po ugięciu kolan oraz ustawieniu się bokiem nieszczęsny przeszedł do korytarza. Na samym środku pomieszczenia znajdowało się jeszcze kilka blokad, jednak na środku zostały przełamane, dzięki czemu dało się swobodnie przemieszczać.
Wzdłuż ścian ciągnęły się w sumie trzy pary drzwi – dwie po prawej stronie, jedne po lewej. Otwierając po kolei każde, Ellen znalazła najpierw kuchnię, która wyglądała tak, jakby w każdej chwili ktoś mógł zacząć coś gotować, zatrzymana w czasie oraz historii, potem ciemne schody prowadzące do podziemi, po zapachu dało się wywnioskować, że chyba do lochów, a wreszcie z lewej strony – wracali do reprezentacyjnej sali, ale do drugiej części wcześniej odgrodzonej blokadą.
— Coś jest nie tak — ostrzegł Alistair, zanim przekroczyli próg.
Morrigan bez słowa skinęła głową.
— Wydaje mi się, że z całym tym miejscem coś jest nie tak — wytknął zgryźliwie Zevran.
— Doprawdy odkrywcze, elfie — parsknęła wiedźma.
— W porządku. — Ellen uniosła ręce, jakby chciała towarzyszy rozdzielać. — Wchodzimy i zachowujemy czujność. Wynne, Morrigan, wy zwłaszcza.
Poczekała, aż większość drużyny skinęła głowami – tylko Sten zmrużył w odpowiedzi oczy, ale nauczyła się już, że jego mowa ciała różniła się od tej znanej Fereldeńczykom – i dopiero wtedy przekroczyła próg.
Zdążyła dostrzec schody ukryte za filarem podtrzymującym pomieszczenie, ułożone w łuk palisady, które odgradzały stopnie od reszty pomieszczenia, oraz regały z książkami. W następnej chwili znowu poczuła mdłości i ugięły się pod nią nogi. Zacisnęła powieki, czekając, aż czarne plamy znikną sprzed oczu, ułatwiając patrzenie.
— Drzwi nie wytrzymają, archiwisto — rozległ się obcy głos.
Ellen rozejrzała się dokoła i zauważyła, że znajdowali się pośrodku pomieszczenia, zupełnie jakby coś ich przesunęło. Pod wejściem stała zwiewna, migotliwa postać odzianej w lekkie szaty kobiety, która z niepokojem obserwowała drżące pod uderzeniami deski.
Tam, gdzie znajdowały się regały, stał teraz także falujący stół. Leżała na nim wielka księga, nad którą pochylał się pomarszczony, zaaferowany mężczyzna. Z zapamiętaniem notował coś na szerokich kartach.
— Prawie gotowe… — zamruczał, rysy jego twarzy rozmazały się na moment. — Prawda musi wyjść na jaw.
— Jakie to ma znaczenie? — żachnęła się kobieta, odwróciwszy się od drzwi. — I tak jesteśmy już martwi. Nie powinniśmy byli tego robić — dodała nerwowo, obejmując się ramionami. — Strażnicy nie powinni przeciwstawiać się królom i książętom.
Archiwista wyprostował się gwałtownie i spojrzał na swoją pracownicę z gniewem w wodnistych oczach. Przez chwilę można było ujrzeć go bardzo wyraźnie, jakby przedarł się przez barierę przeszłości i wtargnął w teraźniejszość.
— Mielibyśmy stać bezczynnie, podczas gdy…? — zaczął, ale jego słowa gwałtownie się urwały, bo rozległ się huk wyważanych drzwi.
Wspomnienie gwałtownie się rozwiało, wrzucając drużynę z powrotem do cichej rzeczywistości. Ellen nabrała głęboko powietrza i wbiła wzrok w porzuconą na ziemi księgę.
— Myślicie, że da się rozczytać to, co zapisał? — spytała, od razu podchodząc do książki.
Ledwie pochyliła się wraz z Levim oraz Alistairem, zrozumiała, że nadzieje były płonne. Większość stron spłonęło, a te, które zostały, tak mocno się zwęgliły, że nie dało się niczego odczytać. Dziewczyna westchnęła zrezygnowana.
— Kolejna rebelia…? — zamruczał na głos Levi, podnosząc się z klęczek. — O co chodzi z tą rebelią? Gdyby tylko księgi się nie spaliły.
Ellen w nadziei rozejrzała się dokoła, szukając jakichkolwiek innych pozycji, z których mogliby się czegoś dowiedzieć. Leliana położyła jej dłoń na ramieniu, kręcąc głową – w pomieszczeniu nic się nie ostało.
— Co takiego? — westchnął Alistair, prostując się. — Rebelia stoi w sprzeczności z tym wszystkim, o co walczą Strażnicy.
Couslandka odwróciła się do dyskutujących panów.
— Ale Sophia musiała mieć swoje powody — żachnął się kupiec. — Strażnicy są bohaterami. Nad pewnymi krzywdami po prostu nie można przejść do porządku dziennego — orzekł twardym głosem, podpierając się pod boki.
— Wzniesienie broni przeciwko królowi zagraża naszej neutralności — uparł się Alistair.
Ellen uśmiechnęła się, rozbawiona zachowaniem Strażnika. Już chciała skierować się do schodów prowadzących na piętro, kiedy Levi zadał niespodziewane pytanie:
— Czym to się różni od tego, co robicie z teyrnem Loghainem?
Strażniczka natychmiast znieruchomiała i mimowolnie wymieniła spojrzenie z Alistairem. Młodzieniec zacisnął usta, wymownie wznosząc oczy do sklepienia.
— Plaga zmienia wszystko — odparła tym razem Ellen. — Robimy to, co musimy, aby wygrać — wyjaśniła ostrzej, niż zamierzała.
Levi zmarszczył czoło, tracąc pewność siebie.
— Wasze życie jest cięższe od mojego — zawyrokował, choć trudno było orzec, czy właśnie z nich zakpił, czy faktycznie się pokajał.
Strażniczka zacisnęła usta i podjęła marsz do schodów, postanawiając nie wdawać się w tę dyskusję, jakiegokolwiek podłoża by nie miała. Za nią podążyli pozostali, ale Zevran zabrał głos, jak zawsze okrutnie uszczypliwy:
— No kto by pomyślał, nieszczęsny kupiec zmagający się z trudami sprzedawania.
Leliana trzepnęła elfa w ramię, on jednak nawet się nie speszył, tylko wywrócił oczami. Ellen uśmiechnęła się pod nosem, ruszając stopniami w górę; szybko ucichło nerwowe, niewyraźne mamrotanie tłumaczeń przez Leviego, których nikt nawet nie słuchał.
Znaleźli się w przestronnej sali – do głównego fragmentu pomieszczenia musieli przejść po jeszcze kilku schodkach, wkraczając na coś w rodzaju balkonu otoczonego na brzegach, gdzie brakowało ścian, balustradą. Wyglądało to tak, jakby tutaj walka prawie nie dotarła. Meble w większości zachowały swój pierwotny kształt, nieopodal paleniska stał szeroki, długi stół, przy nim jedna ława, bo druga została roztrzaskana. Na ścianach wciąż wisiały obrazy przedstawiające dość ponure, wojenne sceny. Komnata sprawiała wrażenie niemal przyjazne, za swej świetności z pewnością była przytulna.
Kiedy jednak drużyna wspięła się na tę wysokość i po przyjrzeniu się palenisku spojrzała w lewo, ich oczom ukazał się zgoła inny oraz zdecydowanie niepokojący widok. W powietrzu unosił się półprzezroczysty dym, w podłodze lśniły dziwne kręgi, a w narożu wznosiła się tafla przypominająca lustro – szkło jednak pokryte było ciemnofioletowym nalotem, zdawało się, że poza jego granicą poruszały się kontury innego świata. Widok przyprawiał o gęsią skórkę; nawet powietrze zdawało się rzadsze niż jeszcze w pobliżu stołu.
Ostrożnie zbliżyli się tam, gdy Sten wypatrzył schody prowadzące na kolejne piętro zaraz naprzeciwko dziwnych lśniących kręgów. Dopiero przekroczyli granicę wyznaczoną przez niewysoką balustradę, pod Ellen ugięły się nogi – choć doświadczenie było znajome, bo już kilkukrotnie w twierdzy dopadała ją tego typu słabość, przyprawiając o zawroty głowy, tym razem doznała tego o wiele silniej. Musiała wesprzeć się na balustradzie, prawie osunąwszy się na ziemię. Przez kilka chwil miała wrażenie, że czaszka po prostu jej pęknie. I chyba nie tylko ona, bo usłyszała za sobą głuche stęknięcia. Wreszcie jednak powłoka rzeczywistego świata znów została przerwana, na aktualny obraz nałożyło się faliste wspomnienie.
Ujrzeli grupę Szarych Strażników, na przedzie których stała w pełni uzbrojona Sophia. Poderwała wielki, mocny miecz, oglądając się na podwładnych. Zebrani wojownicy wyglądali na wyczerpanych, ale zdeterminowanych.
— Żołnierze, sprawcie, by każdy centymetr ziemi musieli okupić swoją krwią! — zakrzyknęła Sophia i jako pierwsza natarła na napierających wrogów.
Wymieniła kilka ciosów z najbliższym przeciwnikiem, wraziła ostrze pod jego żebra i szarpnęła, by w następnej chwili przypaść do kolejnego. Krew chlusnęła na kamienną posadzkę, dokoła rozbrzmiało echo odległego szczęku metalu.
— Utrzymać flankę! — ryknęła, widząc, że dwóch Strażników zaczęło się cofać pod naporem nacierających wojowników. — Avernusie, jesteś nam potrzebny!
Ze schodów zbiegł odziany w ciężką, ciemną szatę mężczyzna – ten sam, z którym Sophia rozmawiała w hallu twierdzy przed wygłoszeniem przemowy. Młody mag poderwał kostur, ustawiając się wśród walczących pobratymców.
— Nelatop obresooth sythan net bekon! — zakrzyknął, a wokół jego dłoni zebrało się jasne, oślepiające światło, które przebijało nawet ze świata wspomnień.
Promień padł na jeden z przygotowanych kręgów i wprost z jego wnętrza wyłonił się demon. Przeciągnął podłużne cielsko, zacharczał, a potem natarł z furią na zdumionych żołnierzy atakujących Szczyt Wojownika. Mężczyźni cofnęli się z przestrachem, nie rozumiejąc, co się stało, podczas gdy ze światła wyłaniały się kolejny istoty przyzywane przez wolę Avernusa.
Z nadgarstka maga miarowo skapywała świeża posoka.
— Na krew Andrasty! — sapnął jeden z przeciwników. — C-co?
— Więcej, Avernusie! — wrzasnęła Sophia, gestem dając znać Strażnikom, by uderzyli w przerażonych wrogów. — Tyle, ile będzie trzeba!
— Kaelee ai benfotus victus! — wyrecytował mag, promień światła kierując na następne kręgi przywołania wprawione w podłogę.
Z jasności wyłaniały się kolejne demony, po czym rozpraszały się po sali, siejąc zniszczenie. W szeregach przeciwników nastało poruszenie, zapanował zamęt, co Strażnicy bezlitośnie wykorzystali.
— Na nich! Teraz, na nich! — krzyczała Sophia, wymachując bronią.
Niespodziewanie jednak demony zwróciły się nie tylko przeciwko wrogom bractwa – natarły także na innych Strażników. Jedna z młodych czarodziejek uderzyła z wielką siłą o ścianę, roztrzaskując sobie głowę, krew bryzgnęła na mur. Kolejny wojownik został dosłownie w mgnieniu oka rozczłonkowany.
Demonów przybywało. Avernus walczył ze światłem, którego nie mógł opanować – a gdy wreszcie zgasło, istoty wcale nie przestały przedzierać się do realnego świata.
— Nie! — wrzasnął zrozpaczony mag. — Rozkazuję wam, walczcie z ludźmi króla!
Cień zwrócił w jego stronę podłużny, upiorny łeb. Jego jasne oko zapatrzyło się w twarz przerażonego Avernusa.
— Głupcy — zasyczał. — Tyle śmierci, cierpienia i, och, tak… krwi. Zasłona została rozerwana — stwierdził triumfalnie, górując nad zdruzgotanym czarodziejem. — Avernusie, twoja dusza należy do mnie.
— Akolici… — jęknął Avernus, idąc chwiejnym krokiem. — Wycofajcie się. Bitwa jest przegrana — wychrypiał słabo.
W następnej chwili sam odwrócił się od sceny rzezi i skoczył do biegu w górę schodów, porzucając towarzyszy na pastwę losu.
— Avernusie! — ryknęła za nim Sophia.
Równie szybko, jak wspomnienie zaatakowało – zniknęło. Ellen stęknęła głucho, obejmując się ramionami za głowę; nie mogła znieść głuchego łupania w czaszce, jak gdyby pamięć zaczęła się buntować przed tak brutalnym zmienianiem jej struktury.
— Co się sta… — zaczął zdezorientowany Levi.
— Zasłona! — zawołała Morrigan, jej ostry głos przebił się przez otumanienie, które ogarnęło umysł po kolejnym pomieszaniu rzeczywistości.
— Cholera — syknęła Ellen, zbierając się z balustrady.
Ledwie zdołali się rozejrzeć, z dziwnych kręgów buchnęło ciemne światło, a kiedy opadło ku posadzce, zmieniło się w opary. Spośród nich wyłoniły się pierwsze istoty Pustki – na ich widok Strażniczka zamarła na kilka chwil, czując podświadomy, niemal instynktowny strach.
— Cofnijcie się! — rozkazał Alistair, chwytając miecz i ruszając przodem.
Natarł na pierwszego cienia materializującego się w rzeczywistym świecie, tnąc jego półmaterialne ciało lśniącym błękitem mieczem. Jego śladem podążyła Morrigan, wystawiając się na widok dla przedzierających się przez Zasłonę demonów, Wynne natomiast ustawiła się pod ścianą, mamrocząc pierwsze zaklęcie. Zdezorientowana Ellen zapatrzyła się na pękające powietrze – fragmenty przestrzeni rozstępowały się w formie szczelin, a potem znów zasklepiały, kiedy na widoku pojawił się demon. Zupełnie tak, jakby Pustka wypluwała żyjące w niej istoty.
— Za dużo ich — sapnęła Leliana, wypowiadając na głos obawy Strażniczki. — Nie poradzą sobie sami.
Dziewczyna skinęła głową.
— Shale, pomóż Alistairowi! Stenie, osłaniaj Morrigan! Leliano, zostań tutaj. Zevranie, rozdziel uwagę między Wynne oraz Leviego! — postanowiła ostrzejszym tonem.
Towarzysze skinęli głowami, bez wahania rzucając się do walki. Ellen jeszcze obejrzała się na przerażonego kupca, upewniła się, że znajdował się poza zasięgiem stworów, po czym sama skoczyła w środek skłębionych demonów.
Patrząc po istotach, rozpoznawała w nich te same, z którymi spotkała się w Pustce. Najwięcej grasowało tu cieni – próbowały przełamać obronę wojowników oraz magów, by pochylić się nad nimi i rozpocząć ucztę. Z kręgów wyłoniły się także demony gniewu w swej pierwotnej formie; ich gorące ciało zwęglało kamienie, jakby nie istniało takie tworzywo, którego nie dało się spalić. Niedługo potem spod ścian podniosły się także nieruchome do tej pory zwłoki, opanowane przez szybsze demony. Sala wypełniła się istotami, sprawiając, że liczna grupa Strażników stanęła w obliczu poważnego kłopotu.
Ellen walczyła sama, jednak osłaniały ją celne strzały Leliany. Wiedziała, że nie mieli zbyt dużych szans w tym starciu – cała odpowiedzialność za zwycięstwo lub porażkę spoczywała na barkach Alistaira oraz dwóch czarodziejek. Oni tylko odwracali uwagę demonów, starając się umożliwić pozostałym zadanie śmiertelnego ciosu. Chociaż ta strategia wydawała się rozsądna, przy tak poważnym pęknięciu Zasłony okazała się nieskuteczna. Stworów było po prostu zbyt wiele. Ellen uzmysłowiła to sobie wraz z chwilą, w której została rzucona pod pobliską ścianę.
Stęknęła, zerwała się na równe nogi, ale już było za późno. Demony zaczęły wygrywać – dziewczyna ujrzała, jak Alistair upada, upuszczając lśniący miecz. Cień, z którym walczył, wzniósł się ponad nim, jakby zamierzał połknąć go w całości – chociaż nie miał paszczy. Ellen z przestraszonym okrzykiem rzuciła się do przyjaciela, chcąc go odciągnąć.
Kolejne szarpnięcie niewidzialnej mocy cisnęło nią w tył; zderzyła się plecami z równie brutalnie potraktowanym Zevranem. Opadli na kolana, otoczeni przez dwa cienie. Morrigan jeszcze odpierała ataki demona gniewu, ale gdy spadło na nią ostrze jednego z żywych trupów, musiała skupić się na kolejnym przeciwniku. Sten nie zdążył do niej dotrzeć, odgrodzony czterema potworami. Leliana nie nadążała z wypuszczaniem strzał, cofając się przed sunącym w jej stronę cieniem. Tylko Shale jeszcze stała, wycofawszy się trochę, by uniemożliwić demonom ruszenie do przerażonego Leviego. Wynne potoczyła po pokonywanych towarzyszach przerażonym wzrokiem.
Ellen, czując znajomą niemoc, która powoli wkradała się w ciało, z trudem widziała na oczy. Próbowała się odezwać, pomóc pozostałym, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Zaczęła ogarniać ją ciemność – wiedziała, że krył się w niej ból związany ze staniem się posiłkiem cieni. Nie mogła jednak z tym walczyć. I tym razem nie nadejdzie błękitne światło. Alistair znajdował się w niebezpieczeństwie, a ona nie była w stanie go uratować.
Wtedy przez mrok przebiło się coś złotego oraz ciepłego. Zupełnie nie spodziewała się nagłego poczucia bezpieczeństwa, jakby otoczenie przez demony niosło ze sobą szczęście, nie śmierć. Została wydobyta z otchłani, przywrócona do świata materialnego – otworzyła oczy, odkrywając panującą dokoła jasność. Dopiero na granicy pola widzenia czaiły się syczące wściekle ciemne kształty. Uniosła się na łokciu, nie rozumiejąc, co się stało.
Zajęło to kilka chwil, nim pojęła, że jasność, która rozmazywała kontury, promieniowała z jej ciała. Oraz z ciał pozostałych towarzyszy, każdego, bez wyjątku – tylko Levi znalazł się poza zasięgiem dziwnego zjawiska. Wszyscy powoli się podnosili, oszołomieni zmianą, spoglądając na demony bojące zbliżyć się do światła, jakby mogło je poparzyć. Wreszcie jasność przygasła, zostawiając po sobie uczucie siły oraz wypoczęcia. Zjawisko przepełzło po podłodze, wracając prosto do stojącej nieruchomo Wynne.
Kobieta zamigotała najróżniejszymi kolorami tęczy, światło wniknęło w nią przez skórę, a potem zapadło się w ciało. Pozostało tylko w jaśniejących barwnie oczach, których wzrok przesunął się po wszystkich ocalonych wojownikach. Zaraz potem staruszka skierowała kostur na jednego z cieni, rzucając nowe zaklęcie, najzwyczajniej w świecie wracając do potyczki.
Dzięki tej dziwnej, nieprzewidzianej interwencji Wynne drużyna zdołała pokonać osłabione demony. Ellen natychmiast dopadła do Alistaira, by wesprzeć przyjaciela w ostatnich chwilach walki, i ramię w ramię, z pomocą pozostałych wojowników, unicestwili istoty, posyłając je z powrotem do Pustki. Powietrze iskrzyło od zaklęć miotanych przez Wynne oraz Morrigan, ziemia drżała przez ciosy wymierzane ze strony Shale, dokoła rozlegały się ostre świsty mknących do celu strzał. I równie gwałtownie, co wszystko się zaczęło – skończyło się.
Demony zniknęły. Ellen z trudem złapała oddech, potoczyła dokoła spojrzeniem, upewniając się, że wszyscy byli cali. Przyjrzała się uważnie zwłaszcza Zevranowi, który razem z nią wpadł w potrzask cieni – elf jednak zdawał się równie żywotny, co zawsze.
— Pieprzone ścierwa — mamrotał, rozmasowując obite ramię.
— Zasłona się trochę wzmocniła. W najbliższym czasie nie grozi nam tak liczny atak — odezwała się chłodnym głosem Morrigan.
— Lepiej, żeby się ta nie myliła — burknęła Shale, po raz wtóry tego dnia chwytając Leviego niczym niesforne szczenię i przenosząc go ponad balustradą, żeby dołączył do Strażników.
Mężczyzna drżał ze strachu, toczył dokoła przerażonym spojrzeniem, kulił ramiona niczym skarcone dziecko. Wyglądał niemalże żałośnie i Ellen z pewnością zrobiłoby się go żal, gdyby nie sprawa, która bardziej ją zaabsorbowała.
— Oj… — westchnęła Wynne, przeciągnąwszy dłonią po twarzy. — Hmm… to było ciekawe, ale wyczerpujące — mruknęła do siebie.
— Co to było? — spytała od razu Strażniczka; podeszła do czarodziejki, schowawszy niepotrzebną chwilowo broń.
— Przywołałam ducha, który utrzymuje mnie przy życiu, by nam pomógł — wytłumaczyła, uśmiechając się blado. — Nie miałam pojęcia, że aż tak mnie to zmęczy. Zdawało mi się, że to dobry pomysł, nawet jeśli trochę pochopny.
Ellen posłała jej niepewne, pytające spojrzenie, jednocześnie kładąc dłoń na ramieniu Morrigan w geście milczącej pochwały.
— Wydaje mi się, że duch nieco osłabł — pospieszyła z wyjaśnieniem Wynne.
— Chcesz mi powiedzieć, że to cię może zabić? — spytała zdruzgotana dziewczyna, w jednej chwili zapominając o niepokoju związanym ze słabą Zasłoną.
— Cóż… eee… to chyba niewykluczone — przyznała niechętnie. — Nie powinnam raczej używać tej konkretnej sztuczki zamiast fajerwerków na czyjeś urodziny — spróbowała zażartować.
Pogoda ducha Wynne wcale nie uspokoiła Ellen. Strażniczka skrzyżowała ręce na piersiach, marszcząc czoło.
— Nie chcę, żebyś się przemęczała — powiedziała ostrzejszym głosem.
— Obiecuję, że będę ostrożna. Dziękuję, że się przejmujesz — mruknęła czarodziejka i uśmiechnęła się do dziewczyny ciepło.
Ellen odwróciła zakłopotana wzrok, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. Tak samo zareagowałaby także na kłopoty innych towarzyszy – chyba słusznie, prawda? W końcu stali się jej przyjaciółmi. Prawie rodziną. Każdy był dla niej ważny.
— Strażnicy przyzwali demony — rozległ się drżący głos Leviego.
Mężczyzna musiał nawiązywać do wizji, którą ujrzeli, zanim zostali zaatakowani. Strażniczka popatrzyła na niego.
— Nie mogę w to uwierzyć — przyznał kupiec. — A moja babka… ona wiedziała — dodał cicho, bardziej zgaszony, jakby stracił wiarę w rodzinę.
— Ona walczyła o życie — przypomniała rozsądnie Ellen.
Chociaż nie usprawiedliwiało to przyzwania demonów, można było dzięki temu próbować zrozumieć. Dziewczyna popatrzyła po towarzyszach, a kiedy Alistair i Morrigan skinęli głowami, poczuła się trochę pewniej.
— Ja… wierzyłem, że moja rodzina jest inna — westchnął Levi. — Może dalej znajdziemy odpowiedzi.
— Racja — zgodziła się Ellen. — Ruszajmy na kolejne piętro. Miejcie się na baczności — poprosiła, kierując kroki do stopni znikających w półmroku.
Znaleźli się w pomieszczeniu przejściowym, na środku którego górowała nad nimi wielka kamienna rzeźba umieszczona na ołtarzu. Na panelach konstrukcji ustawiono niewysokie, okrągłe świeczki, wszystkie zgaszone, ze szkarłatnego wosku. Tworzywo dzieła sztuki było obryzgane krwią na postumencie, ale także sama figura spryskana została ciemnymi plamami na wysokości szat opinających długie nogi. Po prawej stronie w ścianie widniały dwie pary drzwi za posągiem, ukryte we wnęce kolejne, a wreszcie – z lewej znajdowało się ostatnie przejście.
— Niczego nie czuję — zapewnił od razu Alistair.
Ellen skinęła w podzięce głową i dopiero wtedy zdecydowała się ruszyć na przeszpiegi. Otworzyli po kolei obie pary drzwi po prawej stronie, odkrywając opuszczone sypialnie. Strażnicy odpoczywali na dwupiętrowych pryczach we wspólnych alkowach. W pomieszczeniach panował bałagan, wielki chaos nasuwający na myśl gwałtowne wyrwanie ze snu oraz nerwowe poszukiwania różnych rzeczy.
Następnie skierowali się do drzwi z lewej. Wślizgnęli się do środka, a ledwie uchylili przejście, buchnął w nich smród rozkładających się ciał. Strażniczka, przygotowując się mentalnie na widok wielu trupów, wyszła zza naroża ściany. Ujrzała elegancko urządzony gabinet z ciężkim biurkiem w centralnej części. Za nim znajdował się regał pełen ksiąg, a przed nim… ktoś stał. Kobieta odziana w ciężką zbroję w wyblakłych barwach Szarej Straży.
Kiedy odwróciła się do nich przodem, ukazała znaną zebranym twarz, choć zniekształconą czasem oraz – prawdopodobnie – magią. Jasna skóra poznaczona była krwawymi i sinymi wykwitami, płaty ciała miejscami odchodziły od pozostałych nadal elastycznych warstw, popękane usta skrywały spróchniałe zęby. W oczach wojowniczki czaił się blask szaleństwa.
Oto stanęli twarzą w twarz z nieżywą od dwóch pokoleń Sophią Dryden.

5 komentarzy:

  1. Stwórco jedyny, jak ja żałuję, że nie zagrałam w to dlc ;_; A teraz czekaj sobie na ciąg dalszy, żeby wiedzieć co z tą Sophią xd
    Nie wiem kiedy cały ten rozdział pochłonęłam.
    A tak wgl to sto lat Ellen xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, masz, czego żałować! xD Huehue. Aha, no i ten, długo nie trzeba czekać, w sumie, więc nie płakusiaj!
      Ellen to już stara baba, bez kitu. Że ja jednak aż tyle lat wytrzymałam... xD

      Usuń
    2. Ja jestem niecierpliwa kobita. Dlatego tak przeżywam xD
      Swoją drogą zaczęłam czytać fanfika o 30 Seconds To Mars. Niby nic ale ile takich się przewinęło przez moje ręce... i tylko ten mnie wciągnął. Laska przerwała pisanie w takim momencie że myślałam, że się rozpłaczę xD Polubiłam jej wizję chłopaków z zespołu. Może tak wróci do pisania. Inaczej ja sobie dopiszę ciąg dalszy xD
      Kochana. Naszła mnie taka myśl. Gdyby Ellen tyle czasu ratowała Ferelden, co Ty piszesz, to nie byłoby czego zbierać w Thedas :D Znaczy wiem, że to pracochłonne, ale no ta myśl mnie przed chwilą nawiedziła i musiałam się pochwalić xD

      Usuń
  2. Legenda pomogła mi wymyślić wiarę, a strażniczka sprawiła, że chce mi się pisać :D To się nazywa dobre combo! I dziękuję Ci za to, jak zawsze mnie wspierasz, choć nawet o tym nie wiesz ;P
    Hm... Trochę się zakręciłam przy ataku demonów. Tekst mnie, oczywiście, wciągnął, aż tu nagle zdaję sobie sprawę, że nasi bohaterowie walczą z przeciwnikami, którzy byli w wizji. I nastąpił niezły mindfuck xD Ale spoko, w końcu zaczaiłam, o co chodziło ;P
    Tak jak i poprzedni rozdział, ten bardzo szybciutko mi się czytało. Nie wiem, czego to zasługa, ale jak dla mnie super! <3
    I teraz czekać tylko do 10, by przeczytać kolejną nocię! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yyy, nie ma sprawy, czy coś, nie xD
      To było dość wymagające do opisania, bo podobnie chaotycznie się rozgrywało w grze, ale tam mieli przynajmniej kolorki, żeby odznaczyć wizje :C A ja nie. Musiałam udawać, że wiem, co robię.
      Pewnie tego, że mamy tu przykład zupełnie nieambitnego pisania... Zmierzchy też się czyta szybko xD

      Usuń