piątek, 10 lipca 2015

Rozdział 1.87 - Gulasz



Poranek był męczarnią. Ellen obudziła się, usłyszawszy krzątanie się towarzyszy, i przez chwilę miała całkowitą pewność, że jej głowa lada moment odpadnie. Czaszka ćmiła tępym, przeszywającym bólem – dziewczyna, leżąc ze wzrokiem wbitym w kamienne sklepienie, dość długi czas próbowała zidentyfikować niedogodność. To na pewno nie pomioty. Nawet nie przebywali w obozie. Zatem co, tak właściwie? Znała to, tak jakby.
Wreszcie wspomnienia zaczęły wracać, choć bardzo niejasne. Uzmysłowiła sobie, że nie wiedziała, jakim cudem znalazła się w łóżku. Ostatnio przebywała w komnacie obok. Ostatnio śmiała się z żartów towarzyszy. Ostatnio… Stęknęła głucho i przyłożyła dłoń do czoła, jakby to mogło w czymś pomóc. Już wiedziała. Mniej więcej pamiętała. Niestety, zdecydowanie mniej niż więcej.
Pijacki wieczór. Nigdy znów. Ani razu się tak nie upiła jak wczoraj. Jak mogła sobie na to pozwolić? Miała na głowie Plagę! I kaca. Potwornego, okrutnego kaca.
— Zabijcie mnie — poprosiła w przestrzeń.
— Niestety, trzeba się zbierać, Strażniczko — usłyszała pogodny głos Zevrana.
Nagle zapragnęła elfa zabić. Za to, że ją spił. To był jego pomysł. Ona uległa naciskom. Gdyby nie ten pieprzony skrytobójca…
— Mogłabym coś na to poradzić — stwierdziła Wynne, strzepując koc. — Ale nie zamierzam. Kara za nieodpowiedzialność musi być.
— Ja też cię kocham — warknęła zdenerwowana Ellen, z trudem siadając na pryczy.
Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że wszyscy na nią spoglądali. Jedni z rozbawieniem, inni z dezaprobatą, kolejni z dziwnymi uśmieszkami. Ale nikt jej nie współczuł. Nawet Shale wydawała się pełna politowania, kiedy obserwowała niezdarne zbieranie się Strażniczki. Ellen naprawdę zapragnęła wszystkich zabić.
Podniosła się, mrucząc ze złością pod nosem, i zajęła się zbieraniem rzeczy. Na szczęście nie były rozrzucone ani jakoś wyjątkowo wybebeszone – nie musiała się nawet zbyt często schylać. Jednak podczas tego pakowania, przy którym rozlegały się tylko ciche pomruki mało żywych rozmów, uzmysłowiła sobie, że coś jej nie pasowało. Coś ważnego. Zmarszczyła czoło, wytężając umysł – niekoniecznie chciał współpracować, ale wreszcie wykrzesała z niego konstruktywne wnioski.
— Gdzie jest Alistair? — spytała zdumiona, prostując się.
W komnacie byli wszyscy, bez wyjątku. Nawet Levi. Brakowało Avernusa, co wydawało się oczywiste, ale gdzie podział się Strażnik? Poczuła drobne ukłucie niepokoju, nerwowo zastanowiła się, czy pamiętała, kiedy ostatnim razem go widziała. Zdołała dogrzebać się tylko do momentu, w którym przyjaciel dokądś ją prowadził, ale nie miała pewności, czy nie był to fragment jednego ze snów.
Popatrzyła na zmieszanych towarzyszy picia, licząc, że przyjdą jej z pomocą. Dopiero wtedy spostrzegła dziwny stan Zevrana – elf może wyglądał cokolwiek jak zawsze, ale…
— Co ci się stało, Zevranie? — dodała jeszcze bardziej zszokowana.
Leliana wymieniła spojrzenie ze skrytobójcą. Przez chwilę wyglądali na zdenerwowanych tym pytaniem, ale Zevran zaraz się otrząsnął.
— Nic takiego, moja droga przyjaciółko. Potknąłem się w pijackim widzie. — Wzruszył niedbale ramionami, szczerząc zęby.
— Oto najstraszniejsza broń na Zevrana – upić go. Zabije się sam — dołączyła się z tłumaczeniami Leliana i posłała przyjaciółce uśmiech.
— I podbiłeś sobie oko? — zdumiała się Ellen. — Upadłeś na kant?
— Och, żebym to ja pamiętał, na co upadłem. — Roześmiał się niezbyt prawdziwie. — Leliano, ty może sobie przypominasz?
— Krzesło — poinformowała bez mrugnięcia okiem kobieta. — To było krzesło.
— Oj — zmartwiła się zdawkowo Ellen. — Musiało boleć.
— Istotnie — zgodził się elf, uśmiechając się jeszcze szerzej. — Ale jakoś przeżyję. Więcej nie zamierzam upadać na krzesła.
— W porządku — mruknęła rozbawiona. — Więc gdzie jest Alistair?
— Twój templariuszyna poszedł na dziedziniec, kiedy zaczęliśmy się zbierać — odparła chłodnym głosem Morrigan. — Nie mówił niczego ciekawego, jak zwykle zresztą.
Ellen popatrzyła na wiedźmę skołowana, niepewna, czy powinna jej słowa jakkolwiek interpretować. Wydawała się ciut uszczypliwa, jednocześnie usłyszała nutę troski – chociaż przy Morrigan trudno było coś takiego wychwycić. Poznała jednak kobietę na tyle dobrze, że potrafiła rozpoznać podobne niuanse.
— Aha — wykrztusiła tylko. — W porządku.
Nikt więcej już nie rozmawiał. Wszyscy skupili się na pakowaniu, a gdy wreszcie udało się to zakończyć, Strażniczka skierowała się do drzwi. Otworzywszy je, ostrożnie wyjrzała na zewnątrz, jakby podejrzewała, że demony tylko czekały, żeby się na nich rzucić. Jednak nie. Na korytarzu ani nikogo, ani niczego nie było. Dziewczyna odetchnęła.
— W drogę zatem. Zanim uschnę z pragnienia — dodała pod nosem.
— Będę tęsknić za tym miejscem — mruknęła Shale, ruszając na końcu licznego pochodu. — Roiło się tu od duchów i nieumarłych, ale ptaków nie było wcale. Ani jednego złośliwego, pierzastego demona — skwitowała zgryźliwym głosem.
Ellen zachichotała, czego szybko pożałowała. Przycisnąwszy dłonie do skroni, poczłapała w dół schodów, mrucząc pod nosem wszystkie przekleństwa, jakie tylko znała.

Alistair wygrzebał spod śniegu kilka kamieni, dokładnie je wytarł w rękach, zdrapał z nich przymarznięty piach, po czym zaczął podrzucać. Przy jego nogach, u stóp schodów, maszerowała czarna niczym noc wrona. Łypała bystrym okiem na zmartwionego młodzieńca, jakby rozważała, czy okaże się jej rywalem, wrogiem albo przyjacielem.
— To okropne — poskarżył się nagle, sprawiając, że ptak zamarł wpół kroku, zwracając dziób w stronę rozmówcy. — Co teraz zrobić?
Wrona milczała. Przyjrzała się trzymanym przez Alistaira kamieniom.
— To było… zupełnie nie tak, jak powinno być. Jeśli w ogóle miałoby być — marudził dalej, nie zwróciwszy uwagi na brak większego zainteresowania ze strony ptaka. — Myślałem… to znaczy… zachowywała się tak, jakby nic nie… właśnie. A tu nagle… I… ech — poddał się.
Rzucił pierwszy kamień, który runął prosto w pobliską zaspę. Wrona podskoczyła, machnąwszy skrzydłami, przekrzywiła łebek, po czym szerokimi krokami poczłapała za pociskiem, by sprawdzić, czy nie nadawał się do jedzenia.
— A teraz jestem jeszcze bardziej w kropce. Jak mam coś zrobić z czymś, co w jej mniemaniu jest niczym? Znaczy, bo nie pamięta. Niemożliwe, żeby pamiętała. Jak mogłem w ogóle…? Powinienem był jej zabronić. Albo ją powstrzymać. Na oddech Stwórcy — wyrzucił z siebie, przeczesał włosy wolną dłonią, po czym cisnął drugim kamieniem.
Odłamek trafił w mur, zazgrzytał na nim i opadł na ziemię. Wrona zakrakała oburzona, wypluwszy pierwszy kamyk, który okazał się niejadalny oraz nierozbijalny. Na pewno nie orzech.
— Tobie to dobrze. Jesteś ptakiem. Nie masz takich problemów. Żadne zwierzę nie ma — burknął, nacisnąwszy palcami nasadę nosa. — Robicie co chcecie, byle się najeść.
Wrona zatrzepotała skrzydłami i zerwała się do lotu, porzucając rozmówcę. Alistair posłał za nią nienawistne spojrzenie, jak gdyby został okrutnie zdradzony.
— Pewnie, leć sobie. Bezuczuciowy pierz. Zostaw mnie w rozpaczy — warknął zdenerwowany, bez przekonania rzuciwszy ostatni kamyk.
Jak oparzony zerwał się na równe nogi, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Spojrzał szczerze przerażony na stojącą za nim Ellen, w panice zastanawiając się, w którym momencie dziewczyna przyszła. Potem przeraził się, że jednak zapamiętała, co się stało, i teraz będzie chciała rozmawiać. Odkręcić wszystko.
— Alistairze? — spytała niepewnie, cofnąwszy rękę. — W porządku? Z kim rozmawiałeś?
— Ja… to znaczy… eee… — wyjąkał, przenosząc wzrok na czekających cierpliwie towarzyszy. — Tak sobie… z nikim.
— Aha — wykrztusiła zaskoczona. — No dobrze. Chodź, trzeba ruszać. Jesteś gotowy do drogi? — zainteresowała się z uśmiechem.
— Pewnie — odparł szybko.
— To świetnie. — Uśmiechnęła się szerzej, po czym ruszyła w dół schodów, wyminąwszy przyjaciela.
Alistair stał kilka chwil, dopóki nie minął go Zevran. Elf zerknął na Strażnika, przymrużywszy oczy, a kiedy młodzieniec podchwycił jego spojrzenie, w jednym momencie przypomniał sobie falę złości, która zalała go poprzedniego wieczoru. Czym prędzej podążył za Ellen, dogonił ją i złapał za ramię, zwalniając.
— A jak się czujesz? — spytał zdenerwowany.
Spojrzała na niego speszona, zaczesując włosy za uszy. Nagle ogarnęły go jeszcze większe wątpliwości. Może naprawdę zapamiętała? I teraz się wstydziła, bo tak naprawdę nigdy nie chciała… nigdy nic do niego… Zacisnął usta, odsuwając od siebie te myśli. Musiał najpierw zaplanować działanie, zanim cokolwiek zrobi. Dobry moment, dobry pomysł, zadośćuczynienie tej całej potwornej farsie. Z kimś jak Ellen nie można problemów załatwiać po pijaku. Nie można w taki sposób traktować takiej kobiety. Tego był pewien.
— Średnio. Łeb mi pęka. Ale nie mów niczego Wynne, już się przymierza do wygłoszenia mi kazania — poprosiła szeptem i uśmiechnęła się szeroko. — Za to jeśli ty czujesz się tak, jak wyglądasz, to ci zazdroszczę.
— Też nie wyglądasz najgorzej — odparł od razu.
Ellen popatrzyła na niego zaskoczona, szerzej otworzywszy oczy, dlatego puścił jej ramię i zwolnił kroku, pozwalając, żeby go wyminęła. Teraz już naprawdę nie wiedział, co zrobić. Poczuł się bezradny. I ogarnęło go przerażenie. Bo jeśli rzeczywiście…?
— Nie załamuj mnie — poprosiła szeptem Leliana, kiedy go mijała.
Posłała mu tak przeszywające spojrzenie, że Alistair aż się cofnął pół kroku. Jeszcze bardziej skołowany niż wcześniej ruszył, postanawiając na spokojnie przemyśleć całą sytuację. Jakby to była walka, którą należało odbyć.

Wydostali się z kopalnianych korytarzy po godzinie wędrówki. Levi już lepiej orientował się na skrzyżowaniach, a Leliana zostawiła na ścianach odpowiednie znaki, by potem trafić z powrotem na Szczyt Wojownika. Towarzysze trochę się rozpogodzili – nawet zasępiona, sfrustrowana Ellen – i dokoła zaczęły rozbrzmiewać pierwsze rozmowy.
— Zastanawiam się, Morrigan… — odezwała się łuczniczka, wyskrobawszy następny symbol. — Wierzysz w Stwórcę?
— Zdecydowanie nie — odparła chłodnym głosem wiedźma. — Nie skrywam w sobie żadnego prymitywnego lęku przed księżycem, żeby musieć pokładać wiarę w baśnie, by spać po nocy — skwitowała, zadarłszy brodę.
— Ale to wszystko nie może być przypadkowe — żachnęła się Leliana i dogoniła rozmówczynię. — Duchy, magia, wszystkie te cudowne rzeczy dokoła nas, mroczne oraz jasne. Wiesz, że to istnieje — wytknęła.
— Fakt ich egzystencji nie implikuje inteligentnej kreacji nieobecnej postaci-ojca — parsknęła, mrużąc oczy.
— Więc to wszystko jest przypadkowe? Szczęśliwy przypadek, że wszyscy się tu znajdujemy? — rzuciła z wyraźną irytacją.
— Próby narzucenia porządku chaosowi są daremne — mruknęła Morrigan i uśmiechnęła się z wyższością. — Natura jest, podług jej własnej natury, chaotyczna.
— Nie wierzę w to — stwierdziła z mocą Leliana. — Wierzę, że mamy cel. Wszyscy.
— Najwyraźniej twoim jest dręczenie mnie — rzuciła uszczypliwie.
Leliana nabrała powietrza, ale zaraz wypuściła je ze świstem. Pokręciła głową zrezygnowana, po czym szybko dołączyła do idącej z przodu Ellen. Bez słowa, ramię w ramię, podążyły do wyjścia z kopalń, które zamajaczyło na końcu obranego przez nich korytarza.
Sądząc po umiejscowieniu słońca na niebie, było popołudnie. Przez zaburzenie dziennego rytmu musieli odpoczywać dłużej, niż planowali, jednak Strażniczce to nie przeszkadzało. Po prostu narzucili sobie szybsze tempo marszu i dotarli do rozstawionego przez Bodahna obozowiska po kilkudziesięciu minutach. Shegar powitał właścicielkę bardzo wylewnie, merdając ogonem, ale Ellen nie pozwoliła mu na podróżowanie poza wozem. Postanowiła, że ogar powinien jeszcze chwilę się oszczędzać. Pies po kilku groźbach uległ woli dziewczyny.
Osiodłali konie i ruszyli w stronę przełęczy w Górach Mroźnego Grzbietu, gdzie znajdowało się ukryte w skalistym zboczu wejście do krasnoludzkiego miasta. Ellen zdecydowała, że przejadą tego dnia tyle, ile zdążą, bez forsowania ani siebie, ani wierzchowców – ku nieszczęściu Taiki, która jeszcze długą chwilę buntowała się woli amazonki, szarpiąc łbem, by ruszyć do przodu. Strażniczce jednak udało się potworną kobyłkę uspokoić i wreszcie maszerowały równym, energicznym stępem.
Couslandka zdążyła się już rozluźnić, kiedy niespodziewanie Taika kłapnęła paszczą, tuląc uszy. Dziewczyna od razu ściągnęła wodze wierzchowca, z zaskoczeniem spoglądając na podjeżdżającego do niej Alistaira. Uniosła brew, czekając na pytanie.
— Ellen… — zaczął zmieszany.
Jego zawstydzenie sprawiło, że sama poczuła się niepewnie. Nagle w jej piersi wykiełkowała dziwna nadzieja, do której nie chciała się przyznawać. W końcu to nieodpowiedzialne. Ryzykowne. Głupie. Naiwne. Ale bardzo chciała, żeby…
— Pamiętasz coś z wieczoru? — padło.
Strażniczka zrezygnowana opuściła ramiona. Odwróciła wzrok, przez chwilę walcząc z goryczą, ale szybko sobie wytłumaczyła, że to tak musiało być. Nie mogła zaprzątać sobie głowy przyjacielem w taki sposób. W ich sytuacji to niedojrzałe.
— Nie do końca. Trochę scen, kiedy razem piliśmy. Trochę głupot, które sobie opowiadaliśmy. Nic więcej. A, no i jak wychodziłam z komnaty, ale… nie wiem, potem, zakładam, znalazłam się w łóżku — odparła, uśmiechając się niemrawo.
— Och — westchnął z zaskoczeniem. — To… cóż. Nie pamiętasz.
Ellen uniosła brew. Do tej pory nie sądziła, że powinna się martwić tą luką we wspomnieniach, w końcu była wśród przyjaciół, ufała im. Ale teraz zaczęła wątpić.
— Czegoś konkretnego nie pamiętam? — zainteresowała się ostrożnie.
— To znaczy….
— Może pamiętasz, co robiłaś po zaśnięciu? — wtrąciła nagle Morrigan, przerwawszy zdenerwowanemu Alistairowi.
Ellen zauważyła, że młodzieniec odetchnął. Niepokój zacisnął się na jej żołądku, ale zwróciła spojrzenie na wiedźmę. Przypatrywała się jej chwilę, marszcząc czoło, aż wreszcie się uśmiechnęła.
— Obudziłam się w nocy, prawda? Chciało mi się pić. Nie miałam manierki — przypomniała sobie rozbawiona.
— Nie inaczej — zgodziła się z nutą krytycyzmu kobieta.
— Dałaś mi swoją. — Roześmiała się. — I kazałaś wracać spać, zanim mnie zabijesz. Że za dużo hałasu już narobiłam, powiedziałaś.
— Czyli nie jest z tobą najgorzej — mruknęła Morrigan, uśmiechając się lekko. — Nic ciekawego już się nie działo.
— Och. — Ellen spojrzała na Alistaira.
Dostrzegła na jego twarzy zaskoczenie, a potem spokój. Nie rozumiała, co tu się właśnie stało, ale nagle ogarnęło ją wrażenie, że wiedźma pomogła Strażnikowi. To natomiast wydawało się jeszcze dziwniejsze. Zmarszczyła czoło.
— W porządku — westchnęła ostatecznie. — Lepiej wiecie.
Alistair uśmiechnął się do niej ciepło. Poczuła, że się rumieni, więc odwróciła głowę. Miała wrażenie, że nie powinna im obojgu ufać. To przymierze na pewno oznaczało coś złego. Tylko co? Ale Strażnik już zwolnił Kreoisa i wbił wzrok w szyję ogiera, zdecydowanie zamyślony. Ellen postanowiła mu nie przeszkadzać. W końcu i tak nie powiedziałby prawdy, skoro nie chciał.
— Musisz wiedzieć, że morderstwo jest złe, zakładam — rozbrzmiał głos Wynne, przyciągając uwagę Strażniczki.
Dziewczyna przeniosła wzrok na plecy wyprostowanej czarodziejki, zaciekawiona, do kogo zwracała się w ten sposób. Na widok jadącego nieopodal Zevrana uniosła brwi i ochoczo podjechała do niecodziennego duetu, zaciekawiona rozmową, która się rozpoczęła.
— Przepraszam… mówisz do mnie? — zdziwił się elf, rozejrzawszy się po obecnych.
Wynne zignorowała jego pytanie.
— To dlatego chcesz opuścić Kruki. Kryzys sumienia — zawyrokowała, uśmiechając się pod nosem triumfalnie.
— Tak, dokładnie to — zgodził się szyderczo.
— Żartuj, jeśli chcesz, ale mam przeczucie, że głęboko w sobie żałujesz życia, którym żyłeś — żachnęła się, pokręciwszy głową.
— To prawda — zapewnił żarliwie, coraz bardziej rozbawiony. — Żałuję wszystkiego.
— Musisz być takim dzieciakiem? — zirytowała się Wynne i zmarszczyła gniewnie czoło. — Jesteś niezdolny do jednej poważnej rozmowy?
— Wiem — westchnął teatralnie skruszony, zwieszając głowę. — Jestem okropny i to sprawia, że się smucę. Mógłbym wesprzeć głowę na twych piersiach? Chciałbym zapłakać.
Wynne uniosła brew, mierząc elfa bardzo krytycznym spojrzeniem. Jeszcze bardziej krytycznym, niż zmierzyła rano Ellen, a to w mniemaniu Strażniczki było naprawdę wymowne.
— Możesz płakać z dala od moich piersi, zapewniam — poinformowała chłodniejszym głosem czarodziejka.
— Czy mówiłem ci, że byłem sierotą? — spytał płaczliwym głosem, ignorując oziębły ton towarzyszki. — Nigdy nie znałem mojej matki.
— Uch — warknęła kobieta, przymknąwszy oczy. — Poddaję się.
— Nie martw się, Wynne. Nie tylko ciebie doprowadza do ostateczności — wtrąciła rozweselona Ellen.
— Coś w tym jest — zgodził się Zevran i spojrzał na jadącego z tyłu Alistaira. — Zdecydowanie coś w tym jest.
— Nie wiem, czy chcę wiedzieć — mruknęła Strażniczka, uniósłszy brew. — Nie, chyba nie chcę. Wynne… — zwróciła się do nadal trochę zdenerwowanej czarodziejki.
— Tak? — odparła, dając dziewczynie znać, że jej słuchała, chociaż spoglądała przed siebie, próbując opanować frustrację.
— Czy możemy zrobić coś, by cię wyleczyć? — spytała i przechyliła głowę, przypatrując się towarzyszce z troską.
— Wyleczyć? — powtórzyła zdumiona.
W następnej chwili na jej twarzy pojawiło się zrozumienie. Uśmiechnęła się rozbawiona, przenosząc wzrok na zatroskaną Couslandkę.
— A co? Jestem chora? — rzuciła żartobliwie.
Ellen, niezadowolona z bagatelizowania całej mało wesołej sytuacji, spochmurniała. Odgarnęła z czoła potargane krótkie włosy i wzruszyła ramionami, wbijając wzrok w kłąb swojej niezadowolonej klaczki.
— Jesteś… odrobinę martwa — wykrztusiła po zawahaniu.
Wynne zaśmiała się dobrotliwie, jakby nieporadność dziewczyny ją rozczuliła.
— Nawet ty wiesz, że nie można wyleczyć umarłych — wytknęła.
Ellen nie była pewna, jak powinna potraktować zwrot „nawet ty”, dlatego postanowiła sprawę przemilczeć, wpatrując się w Wynne w napięciu.
— Zresztą nie tylko ja umieram. Ty też. Mnie to po prostu dużo lepiej wychodzi. — Uśmiechnęła się przewrotnie, nadal próbując poprawić Couslandce humor. — Ach, dziecko… twoja troska bardzo mnie cieszy, ale śmierć przychodzi po każdego z nas — mruknęła poważniej, widząc, że niewiele wskórała. — Nie jest czymś, czego należałoby się obawiać.
Strażniczka otworzyła usta, zawahała się, po czym je zamknęła. Westchnęła ciężko, wracając myślami najpierw do Wysokoża, potem do bitwy pod Ostagarem. Do swojego dziwnego snu, w którym niemal namacalnie wróciła do nietkniętego domu. Potrząsnęła głową, odganiając wspomnienia.
— Ja nie boję się śmierci — stwierdziła cicho. — To umieranie mnie przeraża.
Wynne skinęła głową, uśmiechając się łagodnie.
— Ludzie nie boją się samej śmierci, tylko tego, że zostanie im odebrane życie — zgodziła się. — Wielu marnotrawi dany im czas, zajmując się sprawami, które nie mają znaczenia. A gdy nadchodzi koniec, mówią, że nie znaleźli dość czasu, by zająć się ukochanymi, spełnić marzenia, wyruszyć naprzeciw przygodzie, o której tylko mówili… — wyliczyła. — Ale dlaczego śmierci miałby się obawiać ten, kto jest zadowolony ze swego życia, kto może obejrzeć się za siebie i powiedzieć: „Tak, dobrze. To wystarczy”?
Couslandka wydęła usta.
— Myślę, że to zależy od tego, jaką jesteś osobą.
— Ach, ludzka natura… Masz rację — zgodziła się czarodziejka. — Niektórzy nigdy nie są zadowoleni i zawsze chcą czegoś jeszcze. Myślę, że miałam dobre, pełne życie i nie boję się śmierci niezależnie od tego, co ze sobą przyniesie — mruknęła, przymknąwszy oczy, jakby powracała do odległych wspomnień. — Mówią, że kiedy umierasz, twój duch podróżuje przez Pustkę i powraca do Stwórcy. A co jest później… o tym się jeszcze przekonamy, nieprawdaż? — Spojrzała na Ellen, uśmiechnąwszy się przewrotnie.
Dziewczyna niepewnie uniosła kąciki ust, nie wiedząc, czy rozmowa ją zasmuciła, czy pokrzepiła. Ostatecznie wzruszyła ramionami.
— Oby nie w najbliższej przyszłości. Mam świat do uratowania — zauważyła z przekąsem, uśmiechając się szerzej.
— Och, nie sądzę, byś mogła się szybko przekonać. Tyle razy ocierałaś się o śmierć, a ta nadal cię nie zabrała. Zdecydowanie cię jeszcze nie chce — zawyrokowała Wynne.
— Coś w tym może być — zamruczała Ellen, wspominając dziwny sen.
Rodzice powtarzali, że ktoś inny jej potrzebował. Że miała obowiązek. To nie mogło być zwykłe majaczenie. Zwłaszcza że leżała wtedy w chacie legendarnej Wiedźmy z Głuszy. Z drugiej strony nie sądziła, by to Flemeth maczała w tym palce. Może Pustka była miejscem zupełnie innym, niż się ludziom wydawało? Trudno stwierdzić.
— Nigdy nie rozmawiasz? — rozległ się zdumiony głos Alistaira, który wyrwał Ellen z zamyślenia.
Strażniczka obejrzała się przez ramię na przyjaciela, nie wiedząc, do kogo się zwracał. Widząc, że jechał obok poważnego jak zawsze Stena, nie powstrzymała cisnącego się na usta szerokiego uśmiechu.
— No wiesz, prowadzisz uprzejme rozmowy, żeby ludzie poczuli się swobodniej? — doprecyzował, widząc, że qunari nie spieszył się z odpowiedzią.
— Masz na myśli, że powinienem wspomnieć o pogodzie, zanim odrąbię komuś głowę? — zainteresował się olbrzym, zwróciwszy spojrzenie na Alistaira.
Młodzieniec zmieszał się, zająknął, po czym z rezygnacją opuścił ramiona.
— …nieważne — burknął, poddając się.
Ellen roześmiała się w głos, ale szybko tego pożałowała. Stęknęła, chichocząc ciszej, i przyłożyła dłoń do skroni, krzywiąc się. Nie żałowała, tak w głębi serca, tej chwili beztroski. Żałowała, że musiała za to tak okrutnie płacić.
— Jesteś nieodpowiedzialną Strażniczką, Ellen — mruknęła rozbawiona Wynne. — Zaraz chyba się zlituję.
— Nie trzeba — zapewniła mało przekonującym głosem. — Należy mi się. Może powstrzyma mnie to przed ponownym zaufaniem tym potworom.
— Wszystko słyszę! — zawołał Zevran. — I zgadzam się.
— Ależ Ellen, możesz nam ufać — żachnęła się Leliana.
— Może lepiej nie — uznała Strażniczka, uśmiechając się szeroko. — Bo potem wypijam Morrigan wodę, to niedobrze.
— Też bym się martwił, pewnie dorzuca tam jakieś korzenie z lasów — zgodził się elf, szczerząc zęby.
Morrigan odparła coś mrukliwie, czego nie dało się zrozumieć – prawdopodobnie to i lepiej, zważając na to, że jej mina wyrażała skrajną dezaprobatę. Ellen uśmiechnęła się szeroko, nagle czując ciepło na sercu.
To było trochę tak, jakby znalazła swoją nową rodzinę.
Tylko… Odwróciła się w siodle, by spojrzeć na zamyślonego Alistaira. Młodzieniec obserwował drzewa rosnące wzdłuż traktu, ignorując wszystko inne. Był jedynym problemem, z którym musiała się wśród przyjaciół mierzyć. Bo zupełnie nie wiedziała, czego chciała – czy czego powinna chcieć.

Rozbili obóz pod wieczór w miejscu osłoniętym skałami. Ponieważ jechali całą drogę wolno, Bodahn nie został w tyle i wspólnymi siłami razem z krasnoludem zajęli się rozstawianiem namiotów. Jak zawsze rozpalono ognisko, Alistair pochylił się nad posiłkiem, denerwowany przez podejrzanie zadowolonego z siebie Zevrana. Wszystko było w normie, tak cudownie spokojne oraz budujące, że Ellen nie potrafiła uwierzyć, iż Ferelden trawiła Plaga. Na północy nie widzieli jeszcze pomiotów, to prawdopodobnie dlatego.
Levi odłączył się od ich grupy, ruszając po swoje towary. Obiecał zaadaptować Szczyt Wojownika, by nadawał się do użytku dla sojuszników Strażników oraz samego bractwa. Liczącego dwie osoby, co niezmiennie Ellen bawiło. Usiadła przy ognisku, wyciągnęła nogi do płomieni i postanowiła odpocząć, rozkoszując się spokojem.
Morrigan czym prędzej oddaliła się od towarzyszy, umęczona ich ciągłą obecnością. Sten skończył rąbanie drewna w pobliskim zagajniku i wrócił z naręczem świeżego opału. Wynne z Lelianą rozkoszowały się odpoczynkiem, łuczniczka przez chwilę zagadywała milczącą Shale, ale golem tak skrzętnie kobietę ignorował, że ta ostatecznie zrezygnowała. Shegar natomiast z radością rozprostował kości, pokręcił się dokoła, wsadził nos do gulaszu Alistaira – za co dostał po łbie – po czym położył się między czarodziejką oraz właścicielką, sapnąwszy z zadowoleniem.
Wynne zmarszczyła nos, niespodziewanie się krzywiąc.
— Twój pies jest brudny — poskarżyła się, zwróciwszy spojrzenie na radosną Strażniczkę. — Czuć go na pięćdziesiąt metrów.
Ellen uniosła brwi, nie do końca rozumiejąc, skąd kobiecie wzięło się nagle tyle metrów. Shegar natomiast zaskomlił głośno, nie kryjąc niezadowolenia z niesprawiedliwej oceny.
Dziewczyna pogłaskała ogara po łbie.
— No i dobrze. Powali naszych wrogów samym odorem. — Wzruszyła ramionami, posyłając ulubieńcowi czuły uśmiech.
Shegar zaszczekał radośnie i zamerdał ogonem. Ellen tak nawykła do zapachu wydzielanego przez psa, że zupełnie zapomniała, iż komuś mógł przeszkadzać. Może to jednak prawda, że Ferelden cuchnął… cóż, psem?
— Możliwe — mruknęła nieprzekonana Wynne. — Ale mimo to pozwól mi go wykąpać — poprosiła z uśmiechem.
— Wykąpać? — zdumiała się. — A nie możesz machnąć swoim kosturem i sprawić, aby był czysty? — dodała trochę zrzędliwie.
Kąpanie Shegara zawsze graniczyło z cudem, oznaczało wielki potop oraz koniec świata. A przynajmniej w obrębie Wysokoża. Coś porównywalnego do najazdu przez wilkołaki w Czarnym Wieku. Ellen aż się skrzywiła na samą myśl o tym karkołomnym pomyśle.
— Nie, magia służy do czegoś innego — odparła krytycznie czarodziejka; zaraz westchnęła ciężko. — No cóż… każ mu spać po drugiej stronie obozowiska. Razem z Alistairem — zdecydowała.
Ellen spojrzała na nią jeszcze bardziej zdumiona, nie wiedząc, co miał do tego nieszczęsny Strażnik.
— Przy odrobinie szczęścia uda nam się zatrzymać cały smród na jednym niewielkim obszarze… — zamruczała Wynne, uśmiechając się wymownie.
Strażniczka wytrzeszczyła oczy, po czym zasłoniła usta dłonią, by nie ryknąć śmiechem. Biedni panowie. Aczkolwiek musiała przyznać, że widziała podobieństwa między Shegarem oraz Alistairem. Może niekoniecznie w kwestii zapachu, ale…
Ostatecznie jednak nie skazała Shegara na wygnanie. Uznała, że przemyśli kwestię kąpieli psa, choć nie będzie się z tym spieszyła. Podniosła się i ruszyła do koni, zostawiając towarzyszy samych. W końcu nic się nie stanie, jeśli spuści ognisko z oka – zresztą wszyscy wiedzieli, jak cudownymi umiejętnościami kulinarnymi się odznaczała.
Zbliżyła się do skubiącej trawę Taiki, przeciągnęła dłonią po ciemnej sierści klaczy, po czym zajęła się masowaniem jej spracowanego grzbietu, mrucząc pochlebstwa. Wierzchowiec wyraźnie się rozluźnił, uniósł łeb i przymknął ślepia, zwróciwszy jedno ucho ku szepcącej Ellen, jakby z uwagą słuchał pochwał. Dziewczyna bez reszty skupiła się na tej czynności, samej się uspokajając taką prostą rzeczą.

— Jesteś beznadziejny — syknął Zevran, oddawszy Alistairowi łyżkę, którą mu zabrał podczas kłótni odnośnie gulaszu.
— Możesz sobie gotować sam — warknął Strażnik, unosząc się honorem.
— Nie mówię o tej breji! — zdenerwował się elf, potrząsnąwszy głową. — Mówię o… Ty nawet nie wiesz, o kim mówię, prawda? — uzmysłowił sobie zrezygnowany.
— Nie rozumiem — przyznał młodzieniec i zmrużył podejrzliwie oczy. — Co znowu wymyśliłeś, podła kreaturo?
— Naprawdę myślisz, że dałbym ci się ot tak pobić? — zdenerwował się, rozkładając ręce. — Miało cię to zmotywować, cholera, a ty schowałeś głowę w piasek! Daj spokój, założyłem się z Lelianą.
Alistair uniósł brwi. Kilka chwil wpatrywał się w elfa w zamyśleniu, rozbierając jego słowa na czynniki pierwsze, gdy nagle doznał olśnienia. Aż nabrał powietrza z oburzeniem, z całą wyrazistością przypominając sobie, co skrytobójca wyprawiał poprzedniego wieczoru.
— Mówisz o Ellen — zawyrokował grobowym głosem.
— Nie, mówię o tym, że jesteś pierdołą — parsknął Zevran. — Ale Ellen jest częścią tej twojej pierdołowatości. Templariuszyno zakonna cholerna.
— Ja też cię nie lubię, nie przejmuj się — warknął Alistair, pochmurniejąc.
Elf machnął ręką i podniósł się zrezygnowany. Zostawił towarzysza bez słowa wyjaśnienia, przesiadając się do Leliany. Łuczniczka popatrzyła na obu panów, po czym zwróciła się do skrytobójcy szeptem – co tylko bardziej zdenerwowało Strażnika. Nie pojmował, dlaczego wszyscy przepadali za tym kruczym pomiotem.
— Powiedział cholerny elf — rzucił do siebie zły.
Potem z chmurną miną skupił się na mieszaniu gulaszu. Zauważył odejście Ellen – odprowadził ją spojrzeniem bardziej odruchowo niż świadome, ale w tym też momencie przypomniał sobie wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Nagle ogarnęła go niepewność. Niepewność odnośnie tego, co zrobić. Skoro niczego nie pamiętała dziś, może naprawdę była wtedy szczera? A jeśli była szczera… ale to miał jej powiedzieć, że wczoraj…? Zamknął oczy i pokręcił głową. To nie wchodziło w rachubę. Pewnie by dostał w łeb, zaczęłaby krzyczeć, zrobiłaby się zła i na pewno by nie porozmawiali.
Właśnie. Rozmowa. Tak załatwiali to cywilizowani ludzie, prawda? Tylko takie cholerne elfy od razu przechodziły do rękoczynów. Mogli porozmawiać, w końcu robili to już tyle razy. Rozmawiali, oczywiście. I nie wyśmiała go, gdy dał jej różę. Nigdy do tematu nie wróciła, ale jak można rozmawiać o zerwanym kwiatku? Podziękowała. Zarumieniła się nawet. Gdyby tak faktycznie…? Ale to też mogło mu się wydawać. To wtedy i to wczoraj. Znaczy wczoraj się nie wydawało, jednak po pijaku robiło się różne rzeczy. Nie myślało się. No i nie miało się zahamowań.
— Na oddech Stwórcy, ukręcę temu elfowi łeb — rzucił zdenerwowany, odłożył łyżkę i podniósł się, zanim zmienił zdanie.
Lepiej zerwać bandaż jednym gwałtownym pociągnięciem, niż zadawać sobie ból dłużej, prawda? Jeśli rozmowa miała być zerwaniem bandaża, to tym lepiej. Przestaną zachowywać się niezręcznie, a wszystko kiedyś się zagoi.
Odnalazł przyjaciółkę przy jej wierzchowcu. Taika zwróciła łeb w jego stronę i stuliła uszy, w ciemności błysnęły białka oczu, zdradzając gniew zwierzęcia. Zaskoczona Ellen odsunęła się od kobyłki i pogłaskała ją po pysku, zdumiona zmianą w nastawieniu. Dopiero usłyszawszy za sobą kroki, odwróciła się.
Na widok Alistaira zająknęła się, nie wiedząc, co powiedzieć. Wsparła się plecami o łopatkę zdenerwowanej Taiki, wpatrując się w Strażnika niczym w obraz. Zerknęła ponad jego ramieniem na łunę ogniska niknącą wśród gałęzi drzew i nagle poczuła na plecach dreszcz. Rzadko byli sami, zwykle towarzyszyło im co najmniej kilku wojowników.
— Jak zawsze przy potworku? — zagadnął, ruchem brody wskazując Taikę.
— Tylko ja z nią wytrzymuję — zauważyła, trochę się rozluźniwszy, na co też klacz się uspokoiła.
— Podobnie jak ze mną — mruknął, spoglądając to na wierzchowca, to na Ellen.
Kiedy słowa przebrzmiały, Strażnicy wymienili między sobą zmieszane spojrzenia. Taika nastawiła uszy, zaciekawiona atmosferą, która zapanowała w tej niecodziennej grupie.
— To znaczy no. Lubisz moje gotowanie — wybrnął niezręcznie.
— Jak ci kiedyś ugotuję, zrozumiesz, skąd moje żarliwe uwielbienie — skwitowała rozbawiona, westchnąwszy.
— Może w takim razie poproszę o posiłek na łożu śmierci. Ukrócisz moje męki — postanowił pogodniej, zatrzymując się obok dziewczyny.
Taika odruchowo zgrzytnęła zębami, ale w drodze wyjątku nie spróbowała Alistaira ugryźć. Młodzieniec najwyraźniej nawet nie pamiętał, że już kilkukrotnie cudem uniknął paszczy wściekłej kobyłki.
— Masz jak w banku. Aczkolwiek sądzę, że wolałbyś, bym cię dźgnęła. Moje gotowanie to śmierć w męczarniach — zastrzegła, uśmiechając się szeroko.
Alistair też się uśmiechnął. I nagle poczuła się bardzo szczęśliwa, chociaż rozmawiali o kompletnych głupotach. Może oszalała. To prawdopodobne.
— Zaryzykuję — postanowił, przymrużywszy oczy.
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale się zawahał. Odwrócił wzrok, zmarszczył czoło, od niechcenia poklepał Taikę po szyi. Było to tak niespodziewane, że klacz w zdumieniu zapomniała się wściec. Ellen wytrzeszczyła oczy, spoglądając to na dłoń Alistaira – nadal całą! – to na zszokowanego wierzchowca.
— No więc przez cały ten czas, który spędziliśmy razem… — zaczął Strażnik, nieświadomy dokonanego przełomu. — Wiesz, tragedia, ocieranie się o śmierć, nieustanne bitwy z wiszącą nad nami Plagą… — wyliczył, gestykulując żywo, jakby brak słów chciał zastąpić ruchami. — Czy zatęsknisz za tym, gdy będzie już po wszystkim?
Ellen oderwała wzrok od Taiki zdezorientowana. Jak można tęsknić za śmiercią, zagładą oraz końcem świata? Wtedy jednak podchwyciła jego spojrzenie i poczuła, jak coś zaciskało się na jej żołądku. Uzmysłowiła sobie, o co mógł pytać, i to wydawało się abstrakcyjne. Piękne – chyba – ale abstrakcyjne. Zająknęła się podobnie do Alistaira.
— Zatęsknię za nieustannymi bitwami? — powtórzyła powoli, patrząc w ziemię. —Czy za tobą? — dokończyła ciszej.
Zapadło milczenie. Rozbrzmiewał tylko równy, głęboki oddech stojącej przy nich Taiki, w oddali rozlegało się trzaskanie pożeranego przez płomienie drewna. Ellen na moment zdjęło przerażenie – rozmawiali o czymś tak osobistym, a tuż za drzewami odpoczywali ich towarzysze! A jeśli przyjdą? A jeśli zobaczą?
Tylko co mieliby zobaczyć? Że rozmawiała z przyjacielem?
— Wiem… — westchnął Alistair, pochyliwszy głowę. — To może zabrzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę, że tak krótko się znamy, ale zaczęło mi… na tobie zależeć — wyznał cicho.
Ellen poczuła, jak jej serce zatrzepotało w piersi. Spojrzała na Strażnika zdezorientowana, jeszcze wmawiając sobie, że chodziło po prostu o przyjaźń. Nagle jednak ogarnął ją niepokój – co się stało w tych momentach, których nie pamiętała? Nigdy się tak nie upiła, nie wiedziała, jak się zachowywała. Czy to dlatego Alistairowi było głupio? Zrobiła z siebie kretynkę? Zraniła go?
— I to bardzo — uzupełnił, nieświadomy tego, co działo się we wnętrzu skołowanej Couslandki. — Może to dlatego, że tak dużo razem przeszliśmy, nie wiem. Albo mi się tylko wydaje. Może oszukuję sam siebie — dodał szybko, jakby wpadał w coraz większą panikę.
Nie wiem – to było jedyne co zatłukło się w głowie Ellen. Tyle że nie wiedziała, czy powinna. Odpowiadać. Zgadzać się. Reagować. Czy przypadkiem w tym momencie nie należało odwrócić się, skrzywdzić go i odejść. Zrobić lepiej. Rozsądniej. Była Plaga. Musieli uratować ojczyznę. A on musiał kiedyś zasiąść na tronie. Musieli być odpowiedzialni. Musieli… ale ona nie chciała.
— No więc? — spytał, bo milczenie się przedłużyło. — Czy oszukuję sam siebie? A może kiedyś… poczujesz do mnie to samo? — wykrztusił, uniósłszy wreszcie wzrok na jej czerwoną od emocji twarz.
Spanikowała. Wszystko wymykało się spod kontroli. Miała do tego nie dopuścić. Miała się nie zakochać. Miała o tym zakochaniu nie wiedzieć. Nie pamiętać. Miała unikać tego typu rozmów. Bo inaczej go skrzywdzi, prawda? Odmową, zgodą, w każdą stronę niedobrze. Uciec? Couslandowie nie uciekali.
Gdyby tylko Fergus ją widział. Popłakałby się ze śmiechu.
— Nie wiem — wyszeptała łamiącym się głosem, próbując się zmusić, by odejść, ale nie potrafiła. — Za wcześnie, żeby o tym mówić — dodała, zanim ugryzła się w język.
To była nadzieja. Nie powinna dawać mu nadziei. Miała odmówić. Zaprzeczyć. Alistairze, jesteś moim najdroższym przyjacielem, tylko przyjacielem? Jesteś moim pieprzonym księciem z bajki, ale nie możesz o tym wiedzieć. Niech szlag trafi to wszystko, z nią na czele.
Nie wiedziała, co mógł ujrzeć na jej twarzy. Chciała panować nad emocjami, jednak nie panowała już nad niczym. W szczególności nad samą sobą. Znieruchomiała, kiedy poczuła jego dłoń na policzku.
— A czy jest za wcześnie też na to? — wyszeptał.
W jednej chwili zapomniała o całym świecie. Pocałował ją i już nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle się czegokolwiek wypierała. Niepewnie się do niego przysunęła, odwzajemniając pieszczotę, rozkoszując się bliskością, słodkim otumanieniem, które ją ogarnęło. Poczuła, jak ją objął, przesunął dłonią po plecach, i nie wiedziała nawet kiedy, a zaplotła ramiona na jego szyi.
No trudno. Przegrała.
Gdy się odsunął, nie mogła powiedzieć, by nie poczuła zawodu. Wolała tkwić w tej cudownej niepamięci aż do końca świata. Nie puścił jej jednak, nadal stała bardzo blisko, wtulona w niego, spokojna, rozluźniona. Wszystko wydawało się na miejscu. Poza Plagą za ich plecami oraz arcydemonem, którego należało zabić.
Spojrzała mu prosto w oczy, a wśród bezbrzeżnego ciepła, które w nich ujrzała, dostrzegła rozbawienie. Poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej, dotarło do niej, że zadał wcześniej pytanie. Zmarszczyła nos, zakłopotana tą słabością. Nie mogła mieć takich przystojnych słabości.
— Nie wiem — burknęła tonem obrażonego dziecka. — Muszę jeszcze przeprowadzić kilka testów — dodała i wzruszyła ostentacyjnie ramionami.
Alistair roześmiał się cicho. Usłyszała w jego głosie ulgę oraz radość, sama nie powstrzymała szerokiego, szczęśliwego uśmiechu. Przeniosła wzrok na Strażnika, czując ten zdradliwy ucisk w brzuchu, od którego miękły jej nogi.
— Cóż, w takim razie będę musiał je jakoś zorganizować, prawda? — mruknął rozpogodzony, przypatrując się jej z zachwytem oraz rozczuleniem.
Zanim odpowiedziała, trochę spoważniał. Odgarnął jej z czoła kilka kosmyków włosów, wzdychając.
— Na oddech Stwórcy, ależ ty jesteś piękna — stwierdził cicho, wiodąc spojrzeniem po jej twarzy. — Szczęściarz ze mnie.
Zająknęła się, jeszcze bardziej zawstydzona. Gdy dotarło do niej, co się właśnie stało, spurpurowiała i schowała twarz w jego ramieniu, wczepiając się w Strażnika mocniej, niż wymagała tego sytuacja. Bez słowa ją objął, wspierając policzek na jej głowie – ale wiedziała, że znowu go rozbawiła. Po prostu nie umiała przyjmować takich komplementów.
— Ale… ale nie możemy… to znaczy… bo… moglibyśmy tego nikomu nie mówić? — wydukała niespodziewanie. — Wiesz, po prostu… mamy Plagę na głowie, nie wiem, czy dałabym sobie radę ze złośliwostkami.
Musnął ustami jej skroń, jakby chciał ją uspokoić. Kolejny raz ze zdumieniem uświadomiła sobie, jak bardzo bezpiecznie się przy nim czuła. Nie doświadczyła tego jeszcze nigdy, może dlatego tak się peszyła.
— W porządku. Chyba damy radę. Musisz po prostu częściej chodzić czyścić tę szkapę — postanowił, pochylając się tak, by oprzeć swoje czoło o jej.
Za ich plecami Taika parsknęła z dezaprobatą. Nikt nie zwrócił na to uwagi, a i sama klacz nie wyglądała na specjalnie zaangażowaną we własny bunt.
Ellen spróbowała odpowiedzieć, ale nie zdołała oprzeć się pokusie. Przeniosła ciężar ciała na palce, by samej Alistaira pocałować. Nieopodal usłyszała szmer i parsknięcie, założyła, że Taika gdzieś odeszła. Nie miała głowy, by się tym zmartwić, zbyt zaaferowana właśnie odkrytą bardzo przyjemną rozrywką. Strażnik chyba też nie miał nic przeciwko, bo niechętnie ją puścił, gdy się trochę odsunęła.
— Będzie najczystszym koniem w całej drużynie — wychrypiała Ellen, uśmiechając się szeroko.
No i został pieprzonym księciem. Bała się, ale też nie potrafiła opisać szczęścia, które temu towarzyszyło. Teraz musiała po prostu zadbać o to, by go nie zranić.
— Bardzo mnie to cieszy — zapewnił, uśmiechając się szeroko.
— Ej, gulasz się fajczy chyba. Trudno orzec, w obu wypadkach pachnie naprawdę podobnie — rozległ się zdecydowanie zbyt blisko czyjś głos, prawdopodobnie Zevrana.
Ellen odskoczyła od Alistaira niczym oparzona, trochę zbyt gwałtownie się mu wyrywając. Widząc jednak, że Taika stanęła tak, by oddzielić ich własnym ciałem od obozowiska, rozluźniła się. Zatkała Strażnikowi usta dłonią, zanim udzielił odpowiedzi.
— Już go szukam, nie mógł pójść daleko — odparła, spoglądając ku zbliżającej się sylwetce. — Uważaj, tu jest Taika.
Klacz niczym na zawołanie zgrzytnęła zębami, więc elf zatrzymał się niczym rażony piorunem.
— W porządku. To go szukaj. Chociaż nie zaszkodziłoby nam, gdybyśmy raz odpuścili sobie te wyborne frykasy — mruknął zrzędliwie, zawracając.
Ellen poczekała, aż Zevran odszedł poza zasięg słuchu, zanim puściła Alistaira. Odetchnęła z ulgą, licząc, że elf niczego nie zauważył.
— Zabiję tę skrytobójczą gnidę — burknął Strażnik.
Dziewczyna zaśmiała się cicho, ścisnęła dłoń młodzieńca, a potem ruszyła z powrotem do obozowiska. Chociaż chciała zachować pozory, niczego nie mogła poradzić na szeroki, szczęśliwy uśmiech oraz dorodne rumieńce na policzkach.

4 komentarze:

  1. Świat się kończy! Jak nic będzie jakaś katastrofa, bo inaczej TEGO nie da się wytłumaczyć. Swoją drogą jesteś strasznie złym człowiekiem. Przeczytałam tyle rozdziałów, że totalnie sama zaczęłam patrzyć na Ellen i Alistaira jak na przyjaciół, bo ile można na nich czekać? A teraz nagle Zevran zabrał się do roboty i zmotywował templariuszynę do działania. W ogóle, że nikt nie pyta Zebrana, kto nabił mu limo… Chyba że wszyscy wiedzą i tylko Ellen trwa w niewiedzy.
    W każdym razie trzeba przyznać, że Alistair wreszcie się ogarnął i zdecydował ogarnąć ten biznes. Ellen dalej leci w kulki z chowaniem się po kątach (przecież ona nie utrzyma tego w tajemnicy przed tymi wszystkimi wścibiuchami!), ale scena z Taiką mnie urzekła – tutaj muszę przyznać, że naprawdę mnie rozśmieszyłaś najpierw tym szokiem biednego zwierzęcia, a później chowaniem się Alistaira i przestrachem Zeva (koń, który pewnie wzbudza przestrach nawet w pomiotach!).
    W ogóle chciałam się pochwalić, że przeszłam DA:O i nie ogarniam, jakim cudem mam gdzieś 55% (A Alisiair strzelił takiego focha, że zonk). No, ale zasadniczo chodzi mi o to, że pamiętam te dialogi! Znaczy nie wszystkie, ale to strasznie miłe uczucie, gdy je widzę w opowiadaniu. Chociaż, jak pomyślę, o tym, co to będzie, kiedy pojawi się Oghren… on jest genialny, szczególnie z Wynne. O, a Wynne z tym psem i Alistairem chodziło o te nieszczęsne skarpetki? Skarpetki były urocze :P.
    Temat gotowania w tym rozdziale osiągnął poziom krytyczny i zaczyna mnie niepokoić, czy wszyscy dotrwają do spotkania z Arcydemonem. Zevran może paść z głodu. Albo Ellen zacznie gotować i to dopiero będzie katastrofa!
    A, gdy ekipa będzie w Orzammarze, wykorzystasz zapas raz z gry? Niektóre obrażenia były ciekawe, a to chyba najlepszy moment, żeby ktoś oberwał (tylko nie krzywdź już psa!).
    Tak zawiasem: co ta Ellen opowiada o Alistairze? Jakim księciem? Jakim królem? Przecież ja od początku opowiadania żyję w przeświadczeniu, że oboje pozostaną Szarymi Strażnikami. Bo Ellen na tronie zupełnie sobie nie wyobrażam (efekty mogłyby być podobne do jej gotowania), a ona raczej nie wkopie go w królowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś trzeba było to zrobić. Kumpela mnie zmotywowała, żeby przestać się bawić w kotka i myszkę, no i oto jest. Nic skomplikowanego, hue. I Ellen spytała Zevrana - chyba przy wszystkich nawet - razem z Lelianą odpowiedział, że się po pijaku wypieprzył.
      Bo Taika to dobrze zwierzę jest. A Ellen jest głupiutka i to wiemy nie od dziś - jak długo jej się to będzie udawało, jeszcze zobaczysz, ale myślę, że to takie bardzo w jej stylu ostatecznie. No. Generalnie to nie może być zbyt łatwo przy jej nieogarnięciu.
      Tak, taki miałam zamysł - żeby wykorzystywać faktyczne dialogi z gry, ale też dawać od siebie. Trochę roboty z tym jest, ale w sumie nie najgorszy efekt, no i to był wstępny zamysł. Nie zamierzam go zmieniać, w sumie. Pewnie i o skarpetki, i o ser, którego fanem jest Alistair, a który nie zawsze ładnie pachnie.
      Nikt by się marudzącym Zevranem nie przejął, takie świntuchy. No i zawsze można żreć jagody/maliny, sprawdzone info.
      Podejrzewam, że wykorzystam. Nie pamiętam już. Na pewno coś się będzie działo.
      Jak to będzie, zobaczymy. Na razie oboje są w sytuacji, że Eamon sadza Alistaira na tronie przy pierwszej możliwej okazji, a Ellen nie bardzo wie, co z tym zrobić, więc trwa w nerwowej stagnacji.

      Usuń
  2. Ugh, w końcu udało mi się tutaj dotrzeć i przeczytać.
    Może to i lepiej, że trafiłam dopiero teraz mam o wiele mniej czasu oczekiwania na kolejny rozdział! :P
    W ogóle wow, w końcu! Mam ochotę śpiewać i skakać i wrzeszczeć "alleluja" ;P Jestem ciekawa, jak długo uda im się to ukrywać przed drużyną - podejrzewam, że raczej niedługo, hahahah ;P
    Btw rozmowa Allistaira z krukiem była jednym z lepszych fragmentów, hahaha :D Przypadła mi do gustu, była cholernie... poruszająca xD
    Lubię to! :D
    Of course wpadłam tu po to, by nałapać chęci do pisania swoich wypocin. I jak zwykle podziałało! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ellen zawsze ma dobre pomysły, stąd też pomysł, że ukrywanie czegokolwiek może się udać. Przynajmniej trochę się ogarnęli, zawsze coś.
      No wiesz, wśród tych drużynowych potworów nie ma komu się zwierzać, to i biedny musiał pogadać z kimś bardziej wyrozumiałym. A wrona udawała, że słucha :D

      Usuń