poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 1.88 - Przełęcz



Gdy przebudziła się rano, miała wrażenie, że cały wieczór tylko się jej przyśnił. Zaniepokojona tym podejrzeniem opuściła namiot, by dopilnować przygotowań do wyruszenia. Wszystko odbywało się tak jak zawsze, towarzysze uwijali się, zbierając swój sprzęt, a Ellen z ogromnym uporem próbowała podchwycić spojrzenie Alistaira, jakby to mogło ją utwierdzić w tym, co było prawdą, co natomiast nie. Ledwie natrafiła na jego wzrok, wątpliwości się rozwiały. Nie powstrzymała szerokiego uśmiechu, który młodzieniec w jednej chwili odwzajemnił.
Więcej już nie próbowała nawiązać z nim kontaktu wzrokowego, pamiętając, że sama prosiła o zachowanie dyskrecji. Nie wiedziała, jak inni by zareagowali. Czy w ogóle wolno jej było na coś takiego? Nie zamierzała się jednak wycofać. Już dawno nie czuła tyle szczęścia naraz, jakby niespodziewanie mogła góry przenosić. Znaczyła dla Alistaira więcej, niż przypuszczała do tej pory, i to tak po prostu sprawiało, że nikt ani nic nie zepsuło jej humoru. Ani złośliwości Zevrana, ani uszczypliwości Morrigan kierowane do Strażnika, ani karcąca ją za brak ostrożności Wynne, ani mówiąca wyjątkowo dużo tego poranka Leliana. Wszystko było cudowne.
— Czy nasza droga Strażniczka nawdychała się czegoś przed odjazdem? — zainteresował się Zevran, kiedy już dosiedli koni i ruszyli ku przełęczy w Górach Mroźnego Grzbietu, gdzie znajdowało się wejście do Orzammaru.
Leliana uśmiechnęła się do niego z przekąsem, mrużąc oczy.
— A może wygrałeś zakład? — podsunęła wymownie.
Elf zmarszczył czoło.
— Wczoraj się nie zapowiadało — przyznał powoli. — Kiedy po nią poszedłem, była sama. Chyba. Chociaż…?
Łuczniczka roześmiała się cicho.
— Za mało miałeś do czynienia z orlesiańską Grą, mój przyjacielu, żeby od razu zauważyć te subtelności. Nie martw się, byłeś tylko Krukiem — dodała uszczypliwie.
Zevran wydął usta, nie skomentował jednak, zwróciwszy uważne spojrzenie na uśmiechniętą nieobecnie Ellen. Cieszyła się tak do pustej przestrzeni już od dłuższego czasu, co zdecydowanie było do niej niepodobne. Przede wszystkim szybko się nudziła, a wtedy robiła się marudna i pochmurna. Teraz natomiast – dosłowne przeciwieństwo.
— Może — mruknął, zerknąwszy na Alistaira. — Albo się nawdychała.
Podróż przebiegała spokojnie, ale również sprawnie. Ellen narzuciła ostrzejsze tempo niż poprzedniego dnia, chcąc dotrzeć do Orzammaru w przeciągu kilku dni. W kółko powtarzała, że dość już czasu zmarnowali, włócząc się po północy Fereldenu, kiedy traktat na wsparcie od krasnoludów czekał niewykorzystany. Z tego też powodu zmienili formę podróży – zatrzymywali się na godzinę lub dwie, nie rozbijali namiotów, spali owinięci w koce, a potem zrywali się i jechali dalej. Nie było za dużo czasu na jedzenie, odpoczynek czy rozmowy.
Mimo to nikt nie narzekał. Dzięki tej nowatorskiej formule po kilku dniach dotarli do przełęczy, gdzie zalegał już świeży śnieg. Powietrze wyraźnie się ochłodziło, oddechy zamieniały się w jasną mgiełkę. Po obu stronach drogi wyrosły olbrzymie górskie zbocza niknące gdzieś wysoko w górze – sam trakt prowadził pośród pojedynczych drzew iglastych, których gałęzie pochylały się pod ciężarem puchu. Podróżnicy czym prędzej nałożyli ciepłe płaszcze, nie chcąc zmarznąć w tych niegościnnych warunkach. Z każdą godziną zbliżali się do celu, dlatego Ellen zgodziła się na zwolnienie tempa. Zmęczeni, ale zadowoleni, oddali się odpoczynkowi.
Dokoła rozbrzmiały pierwsze rozmowy, wypełniając mroźną ciszę Gór Mroźnego Grzbietu przyjemnym gwarem. Swym zwyczajem drużyna rozstawiła się w mniej zwartym szyku, konie zwiesiły łby i maszerowały spokojnym stępem. Alistair mimowolnie odszukał sylwetkę jadącej po drugiej stronie traktu Ellen, uśmiechając się do siebie nieobecnie. Dziewczyna wpatrywała się w przestrzeń, mrużąc oczy, kiedy biel śniegu odbijała ostre promienie górskiego słońca. Po chwili jednak obiekt obserwacji został młodzieńcowi zasłonięty – niespodziewanie w polu widzenia pojawiła się Wynne.
Kobieta uśmiechnęła się do Alistaira uprzejmie, ale Strażnikowi wydało się, że coś jeszcze kryło się w tej minie. Zmarszczył czoło, zanim też uniósł kąciki ust, z trudem oderwawszy wzrok od zamyślonej Ellen. Cisza, która nastała między nimi, stała się dziwnie niezręczna.
— Więc ty… — zaczął Alistair, zwracając się do jadącej spokojnym stępem Wynne. — Wiesz, że jestem templariuszem, prawda? — Uśmiechnął się zaczepnie.
— Wydaje mi się, że – z tego, co słyszałam – nie byłeś tak naprawdę templariuszem — stwierdziła, zerknąwszy na Strażnika. — Byłeś szkolony na jednego, zanim stałeś się Szarym Strażnikiem.
— To prawda — zgodził się nieco speszony. — Ale wciąż mam... wszystkie zdolności templariusza, oczywiście. Czy to... cię nie niepokoi? — zainteresował się, przechylając głowę.
— A powinno? — Spojrzała na niego przeciągle, uniósłszy brew. — Nie jestem apostatą. Może lepiej byś zrobił, gdybyś skierował to pytanie do Morrigan.
Alistair wykrzywił usta w coś kształtem przypominającego podkówkę.
— Ona twierdzi, że się mnie nie boi... ani niczego, w sumie — mruknął ponurym, niezadowolonym głosem. — Ale ty miałaś więcej doświadczeń z templariuszami niż ona. Wiem, że magowie mogą czasami…
— Templariusze spełniają istotną funkcję — przerwała mu bardziej stanowczo. — Jeśli to, co stało się w wieży, dowodzi czemukolwiek, to temu, że magowie mogą być niebezpieczni – nawet dla siebie samych — zauważyła.
— Jest to… pewien punkt widzenia — stwierdził, szeroko otworzywszy oczy.
— Poza tym wyglądasz na przyzwoitego młodego człowieka — mruknęła bardziej przymilnym tonem. — Gdybyś postanowił mnie zabić, jestem pewna, że przynajmniej byś mnie o tym poinformował, prawda?
— Och, jasne — westchnął zaskoczony i speszony przeczesał włosy dłonią. — Możesz być pewna.
Czarodziejka uśmiechnęła się zadowolona, skinąwszy głową. Najwyraźniej uznała rozmowę za skończoną, jednak nie odjechała sprzed Ellen, nadal Strażniczkę zasłaniając. Alistair zastanowił się, czy taki był plan kobiety od samego początku – szybko jednak przypomniał sobie, że przecież udawali, że wszystko pozostało po staremu. Wzruszył ramionami i zajął się obserwowaniem widoków.
— Zatem co powstrzyma cię przed otruciem twojego celu, kiedy już pozwolono ci nam towarzyszyć? — odezwała się – dość niespodziewanie – Morrigan, wzrok zwróciwszy na wiercącego się niecierpliwie w siodle Zevrana.
Elf popatrzył na wiedźmę zdumiony. Zanim odpowiedział, upewnił się, że kobieta patrzyła właśnie na niego, nie kogoś innego. Potem uśmiechnął się przewrotnie.
— Ty. Będziesz mnie obserwować na tyle uważnie, by się upewnić, że nie podejmę się czegoś takiego — wytłumaczył, wzruszając ramionami.
— I czemuż miałabym to robić? — pokazowo się zdumiała. — Na twoim miejscu wkradłabym się w nasze łaski, by ponowić tę próbę.
— A ja już zaczynałem się cieszyć z wizji ciebie obserwującej mnie uważnie — westchnął zawiedziony, odchylając głowę.
— Byłoby to dość proste, zatruć nasze jedzenie w obozie. Albo poderżnąć gardła podczas snu. — Uśmiechnęła się kącikiem ust z zaskakującą przebiegłością.
Zevran aż uniósł brwi, powstrzymując własne rozbawienie. Zakołysał się w siodle, sprawiając, że jego płochliwa klaczka zgubiła kilka kroków na śliskim podłożu. Nieszczęsna Syriana spektakularnie się potknęła, szarpiąc elfem, ale zanim oboje gruchnęli na ziemię, pozbierała się i pomaszerowała dalej, parskając gniewnie.
— Wydajesz się oczarowana tym pomysłem — wytknął skrytobójca, kiedy tylko poprawił się na grzbiecie.
— Byłoby to oczywistym rezultatem darowania ci życia — skwitowała chłodniejszym głosem i wzruszyła ramionami.
— Ach — westchnął. — Cóż, przykro mi, że cię rozczarowałem. Następnym razem, kiedy ktoś daruje mi życie, niezwłocznie zwrócę się przeciwko moim dobroczyńcom. Może być? — zaproponował i wyszczerzył zęby.
Morrigan posłała mu przeciągłe, czujne spojrzenie, zmrużyła jasnobrązowe, zwierzęce oczy, po czym pogoniła obojętną na otoczenie Entaine, zostawiając rozbawionego elfa samego. Zevran uśmiechnął się jeszcze szerzej, nie kryjąc się z poczuciem triumfu.
Ellen tymczasem, otrząsnąwszy się z zamyślenia, zorientowała się, że Taika kroczyła równym krokiem tuż obok milczącej Shale. Dziewczynę nagle ogarnęły wyrzuty sumienia – golem zdawał się być wykluczonym z ich grupy. Co prawda na własne życzenie, jednak nie chciała, by Shale czuła się odtrącona. Spotkanie z nią okazało się dla Couslandki bardziej wyjątkowe, niż przypuszczała.
— Spodziewałam się, że golemy są… inne — przyznała na głos.
Shale zwróciła w jej stronę głowę, w jej oczach pojawił się cień niezadowolenia. Ellen nie mogła wyjść z podziwu nad tym, jak wiele emocji potrafiły przekazać, pomimo że były tylko wyrytymi w kamieniu wgłębieniami lśniącymi jasnym światłem.
— Inne? — powtórzyła z dezaprobatą. — Inne niż co? Inne niż posągi? Inne niż kłody drewna? — wyliczyła, zanim Strażniczka zdążyła wyjaśnić nieporozumienie. — Mam mówić monotonnie? „Tak, pani. Istnieję tylko po to, by służyć mej pani. Będę dla mej pani zabijać!”. — Wymownie wzniosła spojrzenie do nieba. — Spodziewała się może, że będę miała dudniący głos? Że będę recytować limeryki? Mogę recytować limeryki, jeśli sobie zażyczy.
Ellen zakrztusiła się przez natłok słów, które Shale z siebie wyrzuciła. Ponieważ nie bardzo wiedziała, jak odeprzeć atak zdenerwowanego golema, uśmiechnęła się bezradnie.
— Czy te limeryki są nieprzyzwoite? — zainteresowała się rozbawiona.
Shale przez chwilę wydawała się zaskoczona tą odpowiedzią. Spoglądała na Couslandkę z dużą uwagą, zanim powoli stwierdziła:
— W większości dotyczą mordowania gołębi na różne pomysłowe i krwawe sposoby.
Między nimi zapadła cisza. Ellen nie miała odwagi, by dopytywać dalej, w końcu najwyraźniej poruszyła tkliwą strunę w sercu Shale. Jej towarzyszka jednak po chwili zebrała się w sobie, by podjąć przerwany wątek:
— Nigdy nie spotkałam innego golema — przyznała z drobnym smutkiem w głosie. — Nie mam pojęcia, jakie są ani dlaczego jestem do nich niepodobna. A co? — zagadnęła nagle zadziornie. — Spotykała już inne golemy? Mówiły inaczej ode mnie?
Ellen szczerze się zmieszała. Podzieliła się refleksją, nie przemyślawszy jej skutków. Okrutnie było osądzać podług stereotypów, ale tak właśnie robiła szlachta. Nie liczyła się z prawdą, tylko albo z plotką, albo z własnym – najwygodniejszym – punktem widzenia. Strażniczce nawet przez myśl nie przeszło, by dowiedzieć się czegoś więcej o kamiennych istotach. Skoro były z kamienia i się je kontrolowało, czyniło to z nich marionetki w oczach większości.
— Nie mam pojęcia, jaki dźwięk wydają golemy — przyznała speszona.
— Nie wiem, jakie są inne golemy, ale i tak jestem od nich lepsza, choćby dlatego, że posiadam wolną wolę — zawyrokowała Shale, najwyraźniej nie potraktowawszy stwierdzenia Ellen jako czegoś przykrego.
— To nie lada doświadczenie, z tym się muszę zgodzić — uznała ze śmiechem.
— Podobnie jak zostać poćwiartowanym — zauważyła uszczypliwie, znów zwracając spojrzenie na rozbawioną Couslandkę. — Może nie tylko ja mam tutaj niewyparzony język, hm?
Ellen zrobiła niewinną minę i wzruszyła ramionami. Aczkolwiek jeszcze nikt nie powiedział jej, by miała niewyparzony język. Zastanowiła się, czy była to prawda – przecież nie użyła żadnych nieodpowiednich słów. Chyba. Westchnęła, machnęła ręką i pogodziła się z losem.
— Słyszałam historie o qunari, wiesz? — odezwała się Leliana, podjechawszy do jak zawsze posągowo milczącego Stena.
— Och? — zainteresował się zdawkowo.
— Podbili prawie całą północ. Tevinter, Rivain, Antivę… Wiele ziem było pozostawionych jałowymi. W północnych królestwach mawiają, że qunari są zajadli. Bezwzględni. Bardziej jak lawina, nie inwazja. Potrzeba było trzech Świętych Marszów, by przegnać ich z powrotem na morze — opowiedziała, spoglądając na olbrzyma z lekkim, zadowolonym z siebie uśmieszkiem.
— Spiszemy się lepiej następnym razem — zapewnił z kamienną twarzą.
Leliana zająknęła się, zmarszczyła czoło, po czym spuściła zakłopotana wzrok. Trudno było znaleźć odpowiedź na coś takiego, dlatego nawet się nie wysilała. Zresztą niespodziewanie Ellen zatrzymała swojego wierzchowca, sprawiając, że dyskusje ucichły.
— Zbliżamy się — poinformowała. — Najpierw rozejrzyjmy się w okolicy, potem poszukamy Bodahna — zdecydowała.
Zanim zostawili krasnoluda, by podróżował sam – czy raczej w towarzystwie Sandala oraz nadal dochodzącego do siebie Shegara – ustalili z nim, że rozbije obóz w pobliżu wejścia do Orzammaru, który stanie się ich bazą wypadową. Ellen nie miała pojęcia, jak długo zajmie im pobyt w podziemnym mieście, dlatego wolała wszystko dokładnie zaplanować. Na szczęście Bodahn bardziej niż chętnie współpracował ze Strażnikami. Dziewczyna nie wiedziała, czy kiedykolwiek zdoła się mu odwdzięczyć.
— W drogę, góry czekają! — dodała żartobliwie, podejmując przerwaną na chwilę podróż.
Taika parsknęła, szarpnęła łbem i ruszyła energicznie przed siebie, strzygąc uszami. Z oddali napływały dźwięki charakterystyczne dla targowiska, co wydawało się dość zaskakujące, zważając na to, że w okolicy nie było żadnej wioski czy miasteczka.
— Mroczne pomioty uciekają pod ziemię, więc i my tam schodzimy — westchnął ciężko Sten, zacisnąwszy usta.
— No, nie do końca. Pomiotów nie ma w Orzammarze — zauważyła Ellen.
— Dokładniej są na Głębokich Ścieżkach — pośpieszył z tłumaczeniem Alistair i uśmiechnął się do dziewczyny ciepło. — Żeby zdobyć pomoc, nie musimy na nie schodzić.
— Właśnie — podjęła szybko, skinąwszy Strażnikowi głową. — Więc może uda nam się nie zmagać z tymi kreaturami zbyt długo. Oby.
— A potem? — zagadnęła Leliana, kłusem wjechawszy między Alistaira oraz Ellen.
Oboje posłali jej mało przychylne spojrzenia, którymi nawet się nie przejęła.
— Potem… zostają nam elfy — westchnęła Strażniczka. — Nie mam pojęcia, jak je odnaleźć w tym wielkim lesie. Nie zamierzam się o to na razie martwić — zawyrokowała z całą pewnością. — Coś się po drodze wymyśli.
To zakończyło dyskusję. Podróżnicy jechali w milczeniu, w napięciu wyczekując minięcia zakrętu. Najpierw skierowali się drogą wprost na most wznoszący się nad wąską, ale głęboką szczeliną. Przebyli konstrukcję spokojnym tempem, tylko Syriana kilka chwil buntowała się przed wejściem między mocne kamienne przęsła. Zaraz potem ich oczom ukazało się coś naprawdę zaskakującego – w niecce wśród skalnych zboczy zgromadziło się mnóstwo kupców. Rozłożyli swoje stragany i nawoływali nielicznych klientów do obejrzenia towarów. W oddali, niczym milczący strażnik pokoju, górował nad nimi szczyt, u którego podnóża wykuto wejście do Orzammaru. Delikatny wiatr unosił pojedyncze płatki śniegu, dodając widokowi niezaprzeczalnego uroku.
— Na Stwórcę — wychrypiała Ellen, szeroko otworzywszy oczy. — Co tu się dzieje? — dodała, wskazując handlarzy.
Stragany były ostatnim, czego się spodziewała w samym środku Gór Mroźnego Grzbietu. Albo pod krasnoludzkim miastem – krasnoludy słynęły ze swojego przywiązania do tradycji, niechętnie witały osoby z zewnątrz, z powierzchni, we własnym królestwie. Nieufność zawdzięczały po części utracie potęgi. Z powodu mrocznych pomiotów niegdyś ogromne imperium krasnoludzkie, rozsiane pod ziemią w całym Thedas, zostało zredukowane do kilku miast oraz odzyskanych thaigów. Pomioty zajęły niemalże całe Głębokie Ścieżki, sprawiając, że komunikacja między metropoliami umarła.
— Większości kupców nie udaje się wejść do Orzammaru, więc… — zaczął Alistair, urwawszy na moment, by przyjrzeć się zebranym. — Gromadzą się w pobliżu bram miasta. Z tego, co wiem, nie obowiązują tu żadne prawa.
— Och. No tak. To wiele wyjaśnia. Rozejrzyjmy się, a potem ruszymy poszukać Bodahna — zdecydowała Ellen.
Jako pierwsza wyrzuciła nogi ze strzemion i zsiadła z ożywionej Taiki. Poczekała, aż towarzysze się rozejdą – dopiero wtedy sama także poprowadziła wierzchowca w stronę straganów, zafascynowana towarami, jakie tu sprzedawano. Szybko jednak odkryła, że niewiele różniły się od pozostałych fereldeńskich stoisk. Nieco zawiedziona brakiem egzotyki z poświęceniem godnym lepszej sprawy przypatrywała się wszystkiemu, wpuszczając rozmowy nielicznych klientów jednym uchem, a wypuszczając drugim. Taika co i rusz szturchała ją pyskiem w łokieć, jednak była ignorowana.
Tym, co uderzyło Ellen, okazał się brak zdumienia. Dopiero gdy spojrzała dokoła kolejny raz, uzmysłowiła sobie, że otaczały ją przede wszystkim krasnoludy. Dawniej, przed całą tragedią, nigdy nie miała bliższej styczności z przedstawicielem tej rasy. Tymczasem podróżowanie z Bodahnem oraz jego synem uczyniło ją odporną na obecność tych istot. Co więcej, traktowała ten stan rzeczy jako naturalny. Po raz kolejny uzmysłowiła sobie krótkowzroczność szlachty w jej codziennych nieistotnych zatargach.
Wędrując wzdłuż rozstawionych przy zboczu góry stoiskach, spotkała się z milczącym Stenem. Widok qunari w pierwszej chwili ją ucieszył, zaraz jednak spoważniała i znieruchomiała niczym rażona piorunem. Z odmętów pamięci dobyło się wspomnienie, które odsunęła na potem, bo wcześniej nie miała dla tej sprawy czasu. Natychmiast się ożywiła i czym prędzej podeszła do olbrzyma. Chwyciła jego łokieć, mimo że Sten już się jej beznamiętnie przyglądał.
— Chodź, poszukajmy tego ścierwojada — zaproponowała podekscytowana. — Podobno zabrał twój miecz, prawda? I miał się udać do Orzammaru. Może tu gdzieś sprzedaje! — zauważyła.
Qunari milczał kilka chwil.
— Pamiętałaś — stwierdził niespodziewanie.
Ellen zmieszała się, puściła rękę olbrzyma i koniec końców wzruszyła ramionami.
— No cóż, niezupełnie. Dopiero co sobie przypomniałam — przyznała uczciwie. — W każdym razie warto poszukać, prawda? Chodź ze mną.
Sten skinął głową. Strażniczka, nawykła do małomówności qunari, po prostu podjęła przerwany marsz, teraz czujniej przyglądając się oferowanym przez kupców towarom. Musiała znaleźć taki, którego jakość była wątpliwa, a przynajmniej wyraźnie nie z pierwszej ręki. W końcu szukała ścierwojada handlującego zrabowanym zmarłym dobytkiem.
Dochodzili już do końca linii straganów, kiedy wreszcie czyjś głos, ewidentnie ją wołający, przykuł jej uwagę:
— Podejdź tu, moja droga, i spójrz na najlepszy wybór prawie nowych zbroi i broni na wschód od Orlais! — zawołał nieznajomy mężczyzna.
Ellen w jednej chwili się do niego odwróciła, przypadkiem szarpnąwszy nieszczęsną Taikę za wodze. Klacz sapnęła zdenerwowana i potrząsnęła łbem. Dziewczyna tymczasem ruszyła w stronę kupca, przyglądając się mu uważnie. Na jego pociągłej, wychudłej twarzy widać było trudy życia, jednak nie wzbudziło to w Couslandce litości. Nie lubiła osób, które w taki sposób zarabiały na swoje utrzymanie.
— „Prawie nowych”? — powtórzyła z drobną kpiną.
Usłyszała głośne parsknięcie, a potem ciężkie kroki, co zwiastowało, że Sten razem z Escalarem zbliżyli się do niej.
— No cóż, nie lubię się przechwalać, lecz mam tu parę doskonałych rzeczy, prawie prosto z królewskiej zbrojowni — poinformował, nie wyczuwszy nuty niechęci w jej głosie. — Miały trochę perypetii po drodze.
Ellen uniosła brew. Nie była pewna, czy „trochę” dobrze oddawało istotę sprawy.
— Rzeczy, które zrabowałeś zabitym pod Ostagarem? — zasugerowała bezczelnie, podpierając się pod boki.
— „Rabunek” to takie mocne słowo, moja droga! — wykrzyknął, uniósłszy obronnie ręce. — Niczego nie zrabowałem. Trudnię się odzyskiem! Ratuję wyroby wysokiej jakości przed rdzą i zaniedbaniem! Jestem wybawcą porzuconego ekwipunku! — zawołał z emfazą.
Strażniczka spochmurniała, doszła jednak do wniosku, że ta dyskusja nie miała żadnego sensu. Porzuciła zatem temat, zerknęła na milczącego Stena, po czym znów skupiła się na kupcu.
— Nie znalazłeś przypadkiem miecza qunari? — zapytała, nie kryjąc nadziei.
— Qunari? — powtórzył zdumiony. — Obawiam się, że nie znam tego słowa.
Couslandka jeszcze bardziej zmarszczyła czoło.
— Byłby dość duży i nieporęczny — wyjaśniła naprędce, wzruszając ramionami.
Poczuła na sobie spojrzenie Stena i w jednej chwili ogarnęła ją jeszcze większa potrzeba odzyskania tej broni. Przyjaciel na niej polegał.
— A, te? — przypomniał sobie mężczyzna, po czym niedbale machnął ręką. — Miałem jeden, ale już sprzedałem.
— Gdzie jest mój miecz? — rozległ się lodowaty, ostrzegawczy głos Stena, który sprawił, że Ellen w jednej chwili zamknęła otwarte do udzielenia odpowiedzi usta.
Nie tylko ona poczuła niepokój w obecności qunari, kupiec także popatrzył na jej towarzysza z przerażeniem.
— Ja… ee… nie wiem, o czym mówicie, panie — wyjąkał cieńszym głosikiem.
— Na twoim miejscu oddałabym mu go — poradziła Ellen, uśmiechając się pod nosem z przekąsem.
— Ja… ja go nie mam! — jęknął. — Przysięgam na bieliznę Andrasty! Sprzedałem go po drodze!
— Gdzie jest teraz? — zapytała od razu, uniósłszy dłoń, by powstrzymać Stena od interwencji.
— W Redcliffe. Krasnolud, który go kupił, mieszka w Redcliffe. To kolekcjoner. Chyba nazywa się Dwyn — wyrzucił z siebie na wydechu, szeroko otwierając oczy w szczerym przerażeniu.
— Zaraz… — Ellen zastygła, mając przemożne wrażenie, że skądś znała to imię.
Spojrzała w ziemię, marszcząc czoło, podczas gdy nieznajomy zmagał się z miażdżącym wzrokiem Stena. Wreszcie spłynęło na nią olśnienie – zmusiła tego krasnoluda, by pomógł podczas obrony Redcliffe przed żywymi trupami.
— Dwyn? — powtórzyła. — Znam go.
— Cóż, to on jest dumnym właścicielem miecza — zapewnił mężczyzna, kilkukrotnie rozłożywszy ramiona.
— To się jeszcze okaże — oznajmił grobowym głosem Sten.
— A teraz wybaczcie, ale nagle mam ochotę zacząć się pakować — pisnął kupiec, rzucił qunari ostatnie spłoszone spojrzenie, po czym uciekł na tyły straganu.
Ellen westchnęła i na moment ukryła twarz w dłoniach. Redcliffe? Naprawdę? Czy ktoś nie mógł jej tego wcześniej powiedzieć, Stwórca na przykład? Przecież zabrałaby broń od razu, kiedy tam byli! Na płonący miecz Andrasty, naprawdę zjeździ cały Ferelden w tę i z powrotem.
Popatrzyła na Stena zrezygnowana, zaraz obdarzając go uśmiechem. Olbrzym milczał, obserwując ją – wiedziała, że nie zażądałby wyruszenia po ostrze. Po tym wszystkim, co razem przeszli, po prostu zaczeka na jej decyzję i się z nią pogodzi. Ale Ellen nigdy nie potrafiła odłożyć dobra bliskich w imię innego dobra.
— Wyjedziemy jutro rano, Stenie. Pośpieszymy się, to może nie nadłożymy za dużo drogi — mruknęła, dotknęła łokcia towarzysza, a potem skinęła ku pozostałym. — A teraz zróbmy zbiórkę. Czas odwiedzić Bodahna, zanim powiem wszystkim o naszej małej wycieczce.

Obóz znaleźli szybko. Krasnolud serdecznie ich powitał i zaoferował ciepły posiłek, na który wszyscy przystali. Ellen w międzyczasie opowiedziała towarzyszom o zaistniałej sytuacji i obiecała, że razem ze Stenem wrócą najszybciej, jak to będzie możliwe. Nikt nie zgłosił jednoznacznych sprzeciwów – poza Alistairem, Strażnik jednak wyraził dezaprobatę pojedynczym spojrzeniem. Couslandka w jednej chwili spurpurowiała na twarzy, uzmysłowiwszy sobie, że kiedy pójdzie do Taiki, czeka ją gęste tłumaczenie się z podjętej decyzji. Jednocześnie w dziwny sposób ją to ucieszyło.
Tak jak się spodziewała, Alistair odnalazł ją bardzo szybko. Udawała, że nie zauważyła jego przybycia, czyszcząc skubiącą owies z lnianego worka Taikę. Młodzieniec zbliżył się do nich, skrzyżował ręce na torsie i wbił w profil Ellen zatroskany wzrok.
— Jesteś pewna, że to dobry pomysł? — spytał cicho.
Zastygła z uniesioną szczotką, zaskoczona, że obyło się bez wyrzutów. Jednocześnie ton Strażnika przeszył jej serce mocniej, niż mogłaby się spodziewać.
— Nie — mruknęła, odwracając się do niego. — Ale jedyny, jaki mam. Sprawiedliwy. Oraz szybki, że tak powiem.
— Niebezpieczny — wytknął.
— Wiesz, będę ze Stenem. Dwumetrowym olbrzymem, jak nie lepiej. Każdy dwukrotnie się zastanowi, zanim nas zaatakuje. — Uśmiechnęła się szeroko. — I wezmę Shegara. No i Taikę.
— Teraz to na pewno nie zasnę — uznał, jednak w jego głosie usłyszała więcej pogody ducha, co pozwoliło jej się rozluźnić. — Jesteś szalona.
— Troszeczkę — zgodziła się z uśmiechem. — Jak inaczej wyróżniłabym się wśród całej reszty tej podłej szlachty?
— Jakoś by ci się udało — zapewnił, przymrużając oczy, i odgarnął jej za ucho kilka kosmyków włosów.
Od razu się zarumieniła i spuściła głowę, by ukryć uśmiech. Usłyszała zgrzytnięcie zębów Taiki, co pozwoliło jej skupić się na karceniu klaczy. Wierzchowiec parsknął z dezaprobatą, łypnął na Alistaira i zrezygnował z próby ataku.
— Ona nikogo nie lubi. Nawet jak się jej nie rusza — zawyrokował Strażnik.
— Jest chyba zazdrosna — podsunęła dziewczyna, przeczesując palcami grzywę Dzikiej. — Taika, bądź grzeczna. Alistaira nie wolno gryźć.
— Ani kopać — uzupełnił pośpiesznie.
— Też — zgodziła się z chichotem.
Klacz stuliła uszy, jakby rozmyślała nad przystaniem na propozycję, po czym z głębokim westchnieniem wypuściła powietrze. Strażnik zerknął na Ellen i niepewnie wyciągnął dłoń do szyi Taiki – zwierzę nie zareagowało, więc je pogłaskał. Szybko rękę cofnął, nie chcąc kusić losu.
— Dokonałem cudu. Teraz proszę arcydemona do zabicia — zaanonsował oficjalnie.
Ellen roześmiała się pogodnie i sama poklepała Dziką po łopatce w nagrodę za dobre sprawowanie. Przysiadła na ziemi, a Alistair od razu zajął miejsce obok niej; po krótkim wahaniu dziewczyna nieśmiało wsparła się ramieniem o jego ramię. Jakże się zdziwiła, gdy od razu objął ją troskliwie, przyciągając do siebie.
— Cóż, ekhm, to bardzo mądre zwierzę — wykrztusiła, skupiwszy myśli na rozmowie. — Zrozumiała. Wiesz, Shegar polubił cię, zanim ja cię polubiłam.
— O, to było okrutne. Nie musiałem tego wiedzieć — stwierdził ze śmiechem, przenosząc na nią wesołe spojrzenie.
— Będziecie na siebie uważać? — westchnęła, porzucając temat niesfornej klaczki; za sprawą zmartwienia Alistaira ją samą dopadły troski.
— Żartujesz sobie? Natychmiast przypuścimy zbrojny atak na Orlais. Co mogłoby pójść źle? — prychnął i wzniósł oczy do nieba.
Ellen szturchnęła go palcem między żebra, ale Strażnik zdołał zachować śmiertelnie poważną minę.
— To świetnie. Przynajmniej się was pozbędę — burknęła urażona.
Alistair uśmiechnął się lekko i przygarnął ją do siebie, chowając twarz w jej włosach. Znieruchomiała, nadal speszona tą bliskością, próbując oswoić się z nowym porządkiem rzeczy. Mimo że się jej podobało, wciąż nie wiedziała, jak powinna się zachowywać.
— Będziemy grzeczni i będziemy tęsknie wyczekiwać twojego powrotu — mruknął.
— Wiesz co? — odezwała się, niepewnie sięgając dłonią do jego policzka, żeby go pogładzić. — Masz szczęście.
— Bo będę tęsknił? — zainteresował się, szczerząc zęby, i od razu się wyprostował.
Ellen wywróciła oczami.
— Bo nie ma tu mojej rodziny. Ale byś miał piekło. — Roześmiała się. — Matka wytrwale szukała dla mnie męża. Chciała więcej wnuków i w ogóle. Bardzo ją unieszczęśliwiałam, odrzucając po kolei każdego wynalezionego kandydata. Niektórym bym nie dała szansy nawet, gdyby mi zapłacono, ale niektórzy… cóż. Czemu nie, generalnie.
Alistair posłał jej bardzo niezadowolone spojrzenie, na co Strażniczka uśmiechnęła się szeroko, starając się ukryć satysfakcję, którą odczuła na widok jego reakcji.
— Ale jakoś… nie wiem. W każdym razie matka walczyła o męża dla mnie. Ojciec nie. Ojciec… obserwował. Tak mi się zdaje z perspektywy czasu. Chyba myślał, że prędzej czy później coś się stanie z Gilmorem. — Odchyliła głowę, marszcząc czoło.
— Czekaj, kto to? — spytał od razu.
— Mój przyjaciel. Dowódca wysokorskiej straży — wyjaśniła, uśmiechnąwszy się smutno. — Uczył mnie walki. Nasza relacja była… dziwna. Nie wiem. Naprawdę. Nie patrz tak na mnie już, no — żachnęła się, kiedy Strażnik nie spuścił z niej podejrzliwego wzroku. — Matka szukała, ojciec obserwował, a w tym wszystkim był jeszcze mój starszy brat. On to dopiero bywał nieznośny. Nadopiekuńczy. Złośliwy. Paskudny. Uch — stęknęła na koniec.
— Czyli bardzo dobry brat, nie sądzisz? — mruknął ciut złośliwie.
— Tak — westchnęła, spuszczając wzrok. — Znalazł sobie piękną żonę i mieli uroczego synka. Zawsze się śmiał, kiedy robiłam się czerwona, bo wymieniali między sobą małżeńskie czułości. Nawet w dniu odjazdu do Ostagaru nie darował mi takiej uszczypliwej uwagi. Koniec końców… byłby gotów powiesić cię za palce u stóp na suchej gałęzi, byle się upewnić, że nie jesteś podstępnym szaleńcem dybiącym na moją niewinność, majątek, urodę, wpływy, niepotrzebne skreślić, w dowolnej kolejności — wyliczyła wesoło.
— Ciekawe, jak długo bym wisiał — zastanowił się, przechylając głowę.
— To na co dybiesz? — Uniosła brew.
— Na urodę, oczywiście, bo resztę albo straciłaś, albo nie masz.
— …czy ty właśnie powiedziałeś mi, że nie jestem niewinna?
Alistair wyszczerzył zęby, za co prawie dostał po głowie. Taika poderwała łeb, zaniepokojona kierunkiem, w którym zmierzała pogawędka, ale Strażnik szybko opanował wzburzoną Couslandkę. Chwycił ją za nadgarstki, pociągnął lekko, a gdy straciła równowagę, mocno ją do siebie przytulił.
— Szkoda, że jednak ich nie poznam — szepnął.
Ellen znieruchomiała na kilka chwil, zdjęta ukłuciem rozpaczy, które ją na moment ogarnęło. Zaraz objęła młodzieńca i schowała twarz w jego ramieniu, uspokajając się jego bliskością. Wiele by oddała, żeby zabrać go do dawnego Wysokoża i pokazać, jakie było jej życie, zanim wszystko legło w gruzach.
— Wiesz, jeśli ojciec miał rację co do Gilmore’a, wisiałbyś bardzo długo. Razem z Fergusem zniszczyliby ci życie — mruknęła, siląc się na żartobliwy ton.
— No dobrze, tego dowódcę straży mógłbym sobie odpuścić — skwitował zgryźliwie.
Couslandka uśmiechnęła się szeroko. Nigdy nie myślała, że rozmowa o rodzinie przyjdzie jej kiedyś tak naturalnie. Że zdoła się pogodzić. Albo że będzie miała komu o tym wszystkim opowiadać.
Siedzieli tak w ciszy jeszcze kilka chwil. Niebo nad nimi coraz mocniej ciemniało, zerwał się chłodniejszy wiatr, sypiąc w twarz śniegiem. Ellen wreszcie odczuła panujący dokoła chłód i zdecydowała się zawrócić do obozu – Alistair natomiast uznał, że pora iść po to drewno, po które wybrał się dobrą godzinę temu. Rozbawiona Strażniczka wkroczyła w krąg światła rzucanego przez ognisko sama, szybko odkrywając, że większość towarzyszy udała się na spoczynek.
Rozejrzała się zdezorientowana, wzruszyła ramionami i już miała iść do namiotu, w wejściu do którego drzemał Shegar, gdy usłyszała za sobą cichy głos:
— Przypadliście sobie do gustu, prawda? — odezwała się Wynne.
Ellen zdrętwiała – w pierwszej chwili ze strachu, że ktoś ją zaszedł od tyłu, w drugiej natomiast ze strachu, że nie udało się utrzymać tej drobnej głupotki w tajemnicy. Przełknęła ślinę i, spanikowana, zamiast iść w zaparte, rzuciła:
— Wiesz o mnie i Alistairze?
Odwróciła się do czarodziejki cała spięta, nie mając pojęcia, jak się zachować w tej sytuacji. Czego po Wynne oczekiwać?
— Trudno nie zauważyć tych cielęcych oczu, które do ciebie robi. Szczególnie wtedy, gdy myśli, że nikt nie patrzy — skwitowała krytycznie kobieta, zacisnąwszy usta. — Cała ta słodycz jest niemal nieznośna, a przecież jestem starszą panią, która powinna dziergać na drutach wełniane sweterki i kocyki w serduszka.
Ellen uzmysłowiła sobie, że sama zachowywała się mało dyskretnie. Mogła być ostrożniejsza albo chociaż rozsądniejsza! Niemniej ton Wynne sprawił, że zrobiła się, dla odmiany, czujna. Zmarszczyła czoło.
— Nie jesteś przeciętną starszą panią — zaryzykowała stwierdzenie.
— Nie, nie planuję w najbliższym czasie szyć ci skarpetek z pomponami. Ale nie w tym rzecz — westchnęła z lekką irytacją. — Zauważyłam wasz kwitnący związek i chciałam spytać, dokąd to według ciebie zmierza. Alistair to dobry chłopiec, świetnie radzi sobie w bitwach, ale w sprawach sercowych jest zupełnie niedoświadczony — stwierdziła stanowczym głosem, skrzyżowawszy ręce na piersiach. — Szkoda byłoby, gdyby stała mu się jakaś krzywda.
Couslandka szeroko otworzyła oczy, zgadując, co miała na myśli czarodziejka. Abstrakcja tego oskarżenia w pierwszej chwili ją zdruzgotała, w drugiej zdumiała, w trzeciej natomiast poczuła mimowolny gniew. Nagle dotarło do niej, że to wszystko, co działo się między nią a Alistairem, nie było niczyją sprawą. Mogli robić, co im się żywnie podobało. Zgrzytnęła zębami.
— Chcesz mi powiedzieć, że mogę skrzywdzić Alistaira? — spytała ostrzej, niż zamierzała, dlatego zacisnęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę.
— Z pewnością nie celowo — spróbowała ją uspokoić. — Ale któreś z was, lub was oboje, może spotkać tragedia. W waszej sytuacji to bardzo możliwe — wyjaśniła, kręcąc głową. — Oboje jesteście Szarymi Strażnikami, a on jest synem króla. Macie obowiązki, które są ważniejsze od waszych osobistych zachcianek.
Ellen poczuła, jakby wszystkie wątpliwości nękające ją przez ostatnie dni nagle runęły jej na głowę. Dokładnie tego się bała, gdy Alistair przyszedł wtedy porozmawiać – oraz długo, długo wcześniej, kiedy odkrywała swoją słabość do niego. Z drugiej jednak strony… co to byłby za świat, gdyby każdy robił jedynie to, co musiał lub powinien?
— Nie jestem tylko Strażniczką — wypomniała z goryczą. — Jestem osobą i mam uczucia — dodała dobitniej.
— Miłość tak naprawdę jest samolubna — mruknęła Wynne, jakby głucha na bunt Ellen. — Żąda całkowitego oddania się jednej osobie, sercem i umysłem. Nikt nie może być od niej ważniejszy — westchnęła. — Szary Strażnik nie może sobie na to pozwolić. Pomyśl, jeśli przyjdzie ci wybierać między życiem ukochanej osoby a całą resztą świata, co zrobisz?
Trafność tego pytania niemal zwaliła Couslandkę z nóg. Dziewczyna doskonale wiedziała, że miała skłonność do przedkładania dobra bliskich nad dobro ogółu. Couslandowie dbali o swoich. A w przypadku Ellen Alistair stał się najważniejszą osobą w jej życiu. Czy potrafiłaby go poświęcić dla kogoś innego?
Potrząsnęła głową, odwracając wzrok.
— Widzisz wszystko w czarnych barwach — wyszeptała, nie znalazłszy na to jednoznacznej odpowiedzi.
— W tych czasach nic nie jest pewne — przypomniała. — Nie można niczego przyjmować jako oczywiste i niezmienne. Chcę, żebyś o tym pamiętała — stwierdziła z naciskiem, próbując odszukać spojrzenie Ellen.
Dziewczyna jeszcze mocniej zacisnęła dłonie w pięści. Ponad ramieniem czarodziejki dostrzegła wracającego do obozowiska Strażnika – i nagle jego widok jakby dodał jej pewności siebie. Odważnie zajrzała w oczy kobiety, zadarłszy brodę.
— Nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie dalibyśmy z Alistairem rady — rzuciła niemalże opryskliwie, trochę tak, jakby było to wyzwaniem.
Wynne raz jeszcze pokręciła głową.
— Skoro tak mówisz — skapitulowała, wyraźnie zawiedziona. — Dałam ci już swoją radę. Postępuj, jak uznasz za słuszne.
Wyminęła Couslandkę i skierowała się do własnego namiotu. Ellen jeszcze kilka chwil stała nieruchomo, targana złością oraz żalem, nie mogąc sobie poradzić z wątpliwościami. Wynne miała świętą rację. A jednocześnie nie miała jej wcale. I to właśnie było w tej sytuacji najgorsze.
Wymusiła uśmiech, gdy podchwyciła pytające spojrzenie Alistaira, po czym udała się na spoczynek. Nie wiedziała, czy umiałaby ze Strażnikiem porozmawiać – czy w ogóle tego chciała. Cmoknęła na Shegara i wtuliła się w jego miękką sierść, licząc na to, że bliskość wiernego przyjaciela przyniesie ukojenie wyrzutom sumienia.

10 komentarzy:

  1. Szkoda że rozdziały są co miesiąc :c Ale się spisałaś! Bardzo miło się czytało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałabym stracić zapasu na wypadek przestoju - bo znowu byłaby haniebna przerwa roczna albo dłuższa. :D

      Usuń
  2. Uwielbiam to opowiadanie! Jest świetne <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale plotek! Kurczę, przegadali cały rozdział :P.
    Zadziwiające, że Zevowi tyle zeszło, żeby załapać, jaki sukces odniósł. Za to Leliana jak zawsze na posterunku, nie wspominając o Wynne, która prawie cały rozdział czaiła się, żeby pogadać z Ellen. W ogóle to dość zaskakujące, że Wynne aż tak troszczy się o Alistaira, no i w pewnym sensie o tron Fereldenu... (w grze też miałam zonka, gdy wyleciała z tym)
    Straszny z ciebie troll – zapowiadałaś Orzammar, a tu Ellen idzie po miecz Stena (na drugi koniec świata). Buuu, a tak się cieszyłam na rozróbę na Głębokich Ścieżkach!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwila oddechu, a wydaje się długa, bo rozdział jeden na miesiąc. Jestem złym człowiekiem.
      Zevran po prostu nie mógł uwierzyć, że ten impas został przerwany. Jakoś mu się nie dziwię, w sumie. Leliana to jednak kobieta. Wynne po prostu ma taki charakter. Z Alistairem ma bardzo rodzinne relacje, jak to jest ciągle sugerowane, ma do niego ciepłe uczucia, to i się martwi. Trochę okrutnie z jednej strony, ale cóż.
      No przecież niemalże Orzammar! Już pod bramą! No i przecież nie utnę Głębokich Ścieżek, są już prawie napisane. Ale też wiesz, nie utnę Orzammaru, żeby przeskoczyć na Głębokie.

      Usuń
    2. Oj jesteś, jesteś :P.
      W sumie niby prawda, ale wydawał się taki sprytny do wyczuwania romansów! Ano, Wynne traktuje Alistaira trochę jak własne dziecko (po prostu znają się dość krótko, ale zwalmy to na okoliczności i ogólnie Plagę).
      Orzammar też fajny, może ktoś oberwie przy zadaniu z kartelem? Swoją drogą ciekawe, kogo Ellen wybierze na króla...

      Usuń
    3. To nadal tylko facet, nie oczekujmy zbyt wiele... Instynkt macierzyński potrafi uderzyć szybciej, przynajmniej takie mam obserwacje. Zwłaszcza że Wynne ma go już rozbudzony, ale niewykorzystany.
      No, wszystko przed nami.

      Usuń
  4. Nareszcie udało mi się zasiąść i przeczytać! Lubię to :D
    Ogółem przeczytało mi się cholernie szybko, lekko, niezobowiązująco...Ach, gdybym tylko umiała tak pisać... :P
    Jestem bardzo ciekawa, jak opiszesz wszystko to, co dzieje się w Orzammarze. Jakby nie patrzeć, w cholerę pisania :P Chyba że będziesz się skupiać tylko na głównej linii fabularnej, a nie na... misji złapania tych łysych szczurów, czy jak to tam się nazywało xD Anyway, muszę przyznać, że cieszę się, że Cię mam (zabrzmiało poważnie, lol xD). Od razu jak wchodzę do Ciebie na bloga i zaczynam czytać, jakieś dziwne rezerwy odzywają się we mnie i każą mi iść pisać, pisać, pisać... Cokolwiek, czy to HF, czy to WOD. Aby pisać i nie przestawać. Jakby nie patrzeć, jesteś takim głosem, który kopie w tyłek mojego lenia i każe otwierać Worda ;D
    I naprawdę jestem ciekawa, jak to wszystko rozpiszesz :) Choć, póki co, przed nami mała wycieczka do Redcliffe. Ahoj, przygodo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdzialik był w gruncie rzeczy łatwy, bo dotyczył tylko, eee, gadania. Gadanie się łatwo pisze.
      Łyse szczury to bryłkowce. I w sumie nie są za bardzo spokrewnione ze szczurami. :D A każdy krasnolud powinien je szanować.
      No, na pewno skupię się na linii fabularnej, ale niektóre jej elementy dają ładny wgląd w społeczeństwo krasnoludów, więc będę musiała wyważyć całość. To znaczy już spróbowałam to zrobić, bo właściwie Orzammar mam w całości napisany. :D
      Cieszę się, że mogę pomóc!
      Nah, taki tam, poboczny wątek. Side-quest po prostu. :D

      Usuń