czwartek, 10 września 2015

Rozdział 1.89 - Polityczne kłopoty



Kopyta koni dudniły na trakcie, kiedy dwa wierzchowce przemieszczały się po drodze równym, lekkim galopem. Wyglądały groteskowo – jeden niewielki, o krótkiej kłodzie, z diabelskim błyskiem w oku, drugi rosły, ciężki, o grubych nogach, masywnej szyi, pełen idealnego spokoju. Podobnie różnili się jeźdźcy, zupełnie jakby stanowili lustrzane, trochę zdeformowane odbicia własnych wierzchowców.
Ani Ellen, ani Sten nie rozmawiali za dużo. Skupiali się na szybkiej podróży – przemierzali Ferelden kolejny dzień z rzędu, chcąc dostać się do Redcliffe przed upłynięciem nocy. W końcu potem należało wrócić pod wejście do Orzammaru, co było priorytetem. Strażniczka, rozmyślając o własnej decyzji, co i rusz wspominała słowa Wynne z ostatniej odbytej rozmowy. Zastanawiała się, dlaczego czarodziejka nie potępiła tego pomysłu, tylko coś, co było dla Ellen stokroć ważniejsze.
Nie miała z kim podzielić się wątpliwościami. Sten był ostatnią osobą, z którą dyskutowałaby na temat własnych rozterek, czy to sercowych, czy moralnych. Z koniem albo biegnącym nieopodal psem? Wyglądałoby to jeszcze dziwniej, a przecież nie otrzymałaby żadnej konkretnej odpowiedzi. Musiała czekać, patrzeć, co przyniesie przyszłość. Może trochę bardziej z Alistairem uważać, żeby nikt więcej się nie zorientował. Powinna mu to wytłumaczyć, kiedy wróci.
Niedługo potem zwolnili do kłusa, chcąc dać wierzchowcom czas na złapanie oddechu. Taika wydawała się dziwnie nerwowa, co chwila strzygła uszami, spoglądając dokoła czujnie, ale Ellen zrzuciła to na niepokój związany z rozstaniem ze stadem. W końcu klacz zawsze podróżowała z innymi końmi, teraz za towarzysza miała tylko Escalara.
Zdanie zmieniła, gdy Shegar, truchtający z przodu, zatrzymał się niespodziewanie i zjeżył sierść, warcząc. Nie musiała mówić Stenowi, by wstrzymał wierzchowca – oboje ściągnęli wodze i rozejrzeli się po trakcie, szukając powodu niepokoju ogara. Mabari jednak ani nie ruszył, ani się nie cofnął, stał nieruchomo, szczerząc kły. Ellen zmarszczyła czoło, wymieniając spojrzenie z towarzyszem. Na szczęście decyzję podjęto za nią – Taika z własnej woli skręciła i skierowała się między pobliskie drzewa, w ciszy wspinając się na wzgórze, jakby chciała coś obejść. Shegar niechętnie podążył jej śladem, potem natomiast pomaszerował niezbyt zainteresowany zamieszaniem Escalar.
Kiedy znaleźli się na wzniesieniu, osłonięci przez drzewa, Ellen ujrzała powód problemów. Na trakcie, poniżej wzgórza, kryło się kilku bandytów czyhających na nieszczęsnych podróżnych. Ich pułapka jednak nie wydawała się zbyt finezyjna – jeden z nich głośno mlaskał, przeżuwając coś, zupełnie jakby przyszedł na poczęstunek pod gołym niebem.
— Przestaniesz ty wreszcie żreć? — zdenerwował się jeden z jego kilku towarzyszy, całkiem dobrze odziany, co sugerowało, że był przywódcą grupki.
Mężczyzna przestał mlaskać.
— No co? — burknął, wsadzając sobie do ust olbrzymi kęs. — Głodny jestem — dodał, nie przejąwszy się tym, że splunął przeżuwanymi kawałkami.
— Napchasz się w obozie! — warknął przywódca. — A teraz skup się na tym przeklętym trakcie.
Rozległo się ciężkie westchnienie, tym razem należące do innego rozbójnika. Ellen aż przechyliła się w siodle, by lepiej widzieć rozgrywającą się tu scenę.
— Gapię się i gapię, a nikt nie nadjeżdża — poskarżył się trzeci mężczyzna, wsparłszy głowę na dłoni.
— Czy choć jeden z was może uważać?! — zawołał wściekły przywódca, załamawszy ręce nad podwładnymi.
Shegar podszedł bliżej krawędzi zbocza, sprawiając, że sturlało się z niej kilka kamieni. Jeden odbił się wprost od łysawej czaszki mlaszczącego bandyty, przerywając mu posiłek. Mężczyzna rozejrzał się zaniepokojony.
— Hej, kto tam? — spytał nerwowo.
Ellen, rozbawiona okolicznościami, w jakich się znaleźli, bez strachu wyłoniła się z kryjówki. Taika sprawnie zsunęła się ze zbocza wzgórza i weszła na trakt, tuląc gniewnie uszy. Bandyci zerwali się z miejsc, natychmiast sięgając po broń, na co Strażniczka uniosła brew. Nie ruszyła się, mruknęła tylko na Shegara, powstrzymując go od ataku.
— Możemy jechać dalej? — zainteresował się mało przejęty Sten, dogoniwszy towarzyszkę.
Mężczyznom w jednej chwili odeszła ochota do rabunku. Wymienili przerażone spojrzenia – jako pierwszy oręż odłożył przywódca bandy, unosząc obronnie ręce. Zaraz za nim podążyli następni, a w sumie było ich trzech. Posilający się bandyta nawet upuścił pożeraną przez cały czas bułkę.
— Myślę, że możemy, Stenie — mruknęła rozbawiona Ellen, przypatrując się bandytom. — Zdecydowanie możemy.
Taika zwróciła się do mężczyzn zadem i ruszyła równym stępem dalej po trakcie. Escalar niedługo potem zrównał z nią krok, zwiesiwszy łeb. Tylko Shegar wahał się z posłuchaniem właścicielki, spoglądając z nienawiścią na przerażonych, znieruchomiałych bandytów. Ostatecznie kichnął z dezaprobatą i dogonił grupę szybkim truchtem.
— Bardzo profesjonalna zasadzka — rzuciła w przestrzeń Strażniczka, nadal rozbawiona nieporadnością rabusiów. — Szkodliwość społeczna minimalna.
— Poznajesz te okolice? — zagadnął Sten, skinąwszy głową.
— Można tak powiedzieć. Myślę, że za kilka godzin będziemy na miejscu — mruknęła, marszcząc czoło. — Ruszmy szybciej, szkoda marnować czas.
Zgodnie przeszli w galop, zostawiając za sobą zdezorientowanych, przerażonych bandytów. Sądząc po rezygnacji na twarzach mężczyzn, od początku dnia nie zdołali obrabować żadnego przejezdnego. Trudno, doprawdy, stwierdzić, z jakiego powodu.

Ku uldze Ellen nie zostali rozpoznani w Redcliffe. Kroczyli przez miasteczko nie niepokojeni przez nikogo, spokojnie, mijając obce oraz trochę znajome twarze. Ludzie zajmowali się codziennymi obowiązkami, część budynków nadal wymagała reparacji. Zniknęły jednak zasieki, zapory oraz wszelkie inne znamiona rozgrywających się niedawno walk. Dzieci biegały po świątynnym placu, pokrzykując wesoło. Ellen nie potrafiła powstrzymać szerokiego uśmiechu na widok tej chwilowej beztroski.
Musieli zrobić wszystko, by powstrzymać Plagę, zanim dotrze też tutaj, niszcząc kolejny uporządkowany świat.
— Dwyn mieszkał na pomostach — przypomniała sobie, zatrzymując się przy brzegu spokojnego Jeziora Kalenhad. — Zostawmy tu konie.
Sten skinął głową, ściągnął wodze z szyi Escalara i przerzucił je przez pobliską poręcz, nawet nie trudząc się wiązaniem. Rosły ogier parsknął, zapatrzony w kołyszącą się taflę wody. Towarzysząca mu Taika zgrzytnęła zębami, kiedy jednak Ellen pogłaskała ją po pysku, uspokoiła się.
— Poczekaj tu — poleciła klaczy, klepnęła się w udo, by przywołać ogara, i w tym barwnym składzie wkroczyli na pomosty.
Strażniczka potrzebowała kilku chwil, by przypomnieć sobie, gdzie znajdowało się mieszkanie krasnoluda. Ledwie zdołała odtworzyć wszystkie niezbędne do tego wspomnienia, skierowała się w odpowiednią stronę, skinąwszy na Stena. Qunari podążył za nią, pochód natomiast zamknął ożywiony Shegar, który wyraźnie cieszył się z powrotu do pracy.
Ellen zatrzymała się przed drzwiami, uniosła dłoń, chcąc zapukać, ale trochę się zawahała. Zerknęła z ukosa na Stena – olbrzym nie zwrócił uwagi na jej niepewność, co więcej, nawet nie rzucił żadnej uszczypliwej uwagi odnośnie sławnych umiejętności pukania towarzyszki. Dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą.
— Musimy częściej podróżować razem — zawyrokowała, jednak nie wytłumaczyła swoich wniosków nawet pomimo zdumionego spojrzenia Stena.
Załomotała do drzwi z typową dla siebie delikatnością, co sprawiło, że Shegar zapiszczał niemalże zażenowany. Ellen posłała mu miażdżące spojrzenie – nie zdążyła psa jakkolwiek skarcić, bo za płytą rozległy się kroki. Couslandka od razu skupiła się na zamkniętym przejściu, w napięciu oczekując pojawienia się znajomej twarzy.
Nie pomyliła się – w progu stanął znany jej już krasnolud. Na widok Strażniczki zmarszczył podejrzliwie czoło, łypnął na milczącego Stena, potem na nastroszonego Shegara, z którym się nie polubili przy pierwszym spotkaniu. Otworzył usta, zapewne chcąc wyprosić niespodziewanych gości, ale Ellen nie dała mu dojść do słowa:
— Szukam miecza qunari, który kupiłeś — stwierdziła, uniósłszy uspokajająco ręce.
Dwyn zmarszczył czoło i wsparł się na klamce. Przyjrzał się Stenowi raz jeszcze, jakby się nad czymś zastanawiał.
— A dlaczego cię interesuje? — rzucił niedbale.
— Jest mój — poinformował zimnym głosem Sten, tym samym wyręczając Ellen.
Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową, chociaż Dwyn już nie zwracał na nią większej uwagi. Skrzywił się, bardzo nieszczęśliwy, i cofnął się pół kroku. Qunari tylko zmrużył oczy.
— Wiesz, Faryn nie wspomniał, że olbrzym, któremu go zabrał, był żywy — mruknął, uciekając spojrzeniem w bok.
— Może oddasz miecz i sobie pójdziemy? — zaproponowała Ellen, uśmiechnąwszy się jeszcze szerzej.
To niesamowite, jak łatwe wszystko się stawało, kiedy towarzyszył jej ponury, milczący Sten. Działał na cwaniaczków niczym balsam na ranę. Coś wspaniałego.
— Doskonały pomysł — zgodził się Dwyn, robiąc dla niej przejście. — Jest w mojej skrzyni. Oto klucz. A teraz zostaw mnie już w spokoju, dobrze? — poprosił, wcisnąwszy jej drobny metalowy przedmiot.
Ellen pokiwała głową. Zwróciła spojrzenie na Stena, uzmysłowiwszy sobie, że sufit w mieszkaniu Dwyna był dość niski.
— Poczekaj tu chwilę, przyniosę go — zaproponowała i, nie czekając na odpowiedź, wślizgnęła się do środka.
Krasnolud obserwował ją z ramionami skrzyżowanymi na torsie, z ponurą miną, ale też rezygnacją widoczną w postawie. W progu przywarował Shegar, nadal szczerząc na gospodarza zęby. Ellen tymczasem dotarła do omawianej skrzyni, otworzyła ją, a jej oczom ukazał się gigantyczny, z pewnością ciężki miecz. Chwyciła broń i z trudnością ją dźwignęła. Skrzywiła się rozpaczliwie, póki stała plecami do towarzysza – kiedy obróciła się do niego, robiła już dobrą minę do złej gry.
— Dziękujemy, Dwynie — powiedziała jeszcze, ledwie wyszła z domku.
Nie uzyskała odpowiedzi – tylko drzwi głucho trzasnęły, zdradzając, jak bardzo nieproszonymi gośćmi byli. Ellen westchnęła zdenerwowana, zaraz jednak skupiła się na milczącym Stenie. Blask, który dostrzegła w jego oczach, wywołał na jej ustach uśmiech. Bez słowa, trochę ceremonialnie, wręczyła olbrzymowi miecz.
Qunari uniósł ostrze tak, jakby było lekkie niczym piórko. Przyjrzał się klindze, pogładził rękojeść, samą głowicę, jeszcze się upewniając, czy to na pewno jego broń. Ellen obserwowała to w napięciu, zaniepokojona, że odnalazła nie ten miecz, który powinna. Nie potrafiła niczego odczytać z kamiennej twarzy Stena.
— Dziwne. Jedność — mruknął, przymrużając niemalże z rozczuleniem oczy. — Już prawie zapomniałem.
Ellen od razu odetchnęła z ulgą – udało się, mogli z czystym sumieniem wracać do pozostałych, by przypuścić szturm na Orzammar.
— Na pewno jesteś Szarą Strażniczką? — spytał niespodziewanie, przypasawszy broń do pasa. — Moim zdaniem trzeba być ashkaari, żeby w kraju ogarniętym wojną znaleźć jedną zaginioną klingę — stwierdził, przypatrując się jej.
Couslandka nie miała pojęcia, jak została właśnie nazwana i czy powinna się z tego powodu cieszyć, dlatego uśmiechnęła się bezradnie.
— Proszę bardzo, Stenie. — Wyminęła olbrzyma i skierowała się ku uwiązanym koniom, które rozglądały się po Redcliffe z umiarkowanym zainteresowaniem.
— Chciałbym ci się odwdzięczyć, lecz nie wiem jak — przyznał Sten, dogoniwszy ją w kilku krokach. — Jak sądzisz, arishok byłby zadowolony, gdyby Plaga dobiegła końca?
Ellen uniosła głowę, by napotkać wyczekujące, ale pełne przyjaznego blasku oczy olbrzyma. Uśmiechnęła się szeroko, nagle ogarnięta dziwnym wewnętrznym ciepłem. Nigdy nie sądziła, że zasłuży sobie na szacunek czy sympatię tego ogromnego wojownika.
— Jak najbardziej — odparła cicho, zatrzymując się przy Taice.
Sten skinął głową, raz jeszcze kładąc dłoń na rękojeści odzyskanego miecza. Strażniczka miała wrażenie, że będzie to robił bardzo często – jeśli już nie zawsze.
— Prowadź więc — zdecydował, zwróciwszy wzrok na północ, ku Górom Mroźnego Grzbietu, gdzie znajdował się ich cel.

— Shale, dlaczego zwracasz się do mnie jako „starszej czarodziejki”? — spytała Wynne, uniósłszy głowę znad robótki ręcznej, nad którą pochylała się już kolejny dzień.
Od kiedy Ellen ze Stenem wyjechali, w obozie zapanował przejmujący spokój graniczący z apatią. Wojownicy niekiedy odwiedzali targowisku u stóp gór, by obejrzeć towary oraz posłuchać rozmów miejscowych – poza tym niewiele mieli do roboty. Zaczynało to na nich źle wpływać.
— Oczywiście dlatego, bo jest stara. I czarodziejką — wyjaśnił niewzruszony golem, od niechcenia zwróciwszy wzrok na kobietę.
Wynne zmarszczyła czoło z niezadowoleniem.
— Mam imię. Wszyscy mamy — wytknęła. — Chociaż Morrigan jest „bagienną wiedźmą”, jak ją nazywasz, mogłaby woleć używania jej imienia.
Shale milczała kilka chwil, wpatrując się w podenerwowaną staruszkę beznamiętnym spojrzeniem.
— Nie mam wątpliwości, że by wolała — stwierdziła wreszcie.
Wynne otworzyła usta, najpierw oburzona, zaraz jednak na jej twarzy pojawiła się podejrzliwość. Mrużąc oczy, nachyliła się do golema.
— Więc po prostu wolisz być uparta? Na pewno stać cię na więcej — mruknęła krytycznie, kręcąc głową.
— Zauważyłam, że przysługuje mi niewiele cennych rozrywek — wyjaśniła, westchnąwszy z frustracją. — Skoro tak wielu woli nazywać mnie „golemem”, podoba mi się zwracanie do nich w podobnym guście.
— Och, dobrze — poddała się zirytowana. — Ale mogłabyś używać przynajmniej innego przymiotnika? Wolałabym, żeby mój wiek nie był moją najważniejszą cechą — mruknęła z dezaprobatą.
— Jak sobie wybredna czarodziejka życzy — zgodziła się potulnie.
— Och, poddaję się — warknęła, zabrała swoją robótkę i przesiadła się na większą od golema odległość, odprowadzana jego zadowolonym, triumfalnym spojrzeniem.
Bodahn w tym czasie skończył szykować posiłek i zawiesił gar na gałęzi rozciągniętej między dwoma pniami, skąd drużyna podczas nieobecności Ellen brała jedzenie, ilekroć zgłodniała. Krasnolud otrzepał zadowolony dłonie i zawrócił do bawiącego się lśniącymi kamieniami syna. Sandal nie odrywał wzroku od świecidełek, ignorując istnienie całego świata.
Przy garze, dość niespodziewanie, spotkali się Zevran z Morrigan. Elf dwornym gestem przepuścił wiedźmę przodem, uśmiechając się przewrotnie, a gdy zajęła się nakładaniem potrawki, bezczelnie wbił wzrok w jej smukłą talię. Zanim zawędrował spojrzeniem niżej, kobieta się odezwała:
— Zatem wcale nie boisz się Kruków? — Obróciła się do zaskoczonego skrytobójcy, robiąc dla niego miejsce.
— Traktuję to bardziej, jakby moje pragnienie opuszczenia ich zdecydowanie przewyższało mój strach przed nimi — wyjaśnił lekkim tonem, nakładając sobie posiłek.
— Myślisz, że Szarzy Strażnicy udzielą ci schronienia, kiedy to wszystko się skończy? — podsunęła kpiąco, uniósłszy brwi. — Na pewno nie jesteś tak naiwny.
— Zamierzam zaryzykować. — Uśmiechnął się zadowolony z siebie.
— A jeśli się mylisz? — Przechyliła głowę, mierząc elfa krytycznym, przeszywającym wzrokiem.
— Wtedy będę martwy. — Wzruszył ramionami. — Nikt, kto zajmuje się tym, czym ja, nie boi się śmierci aż tak.
— Są rzeczy gorsze niż śmierć — zauważyła, uśmiechając się kącikiem ust.
Zevran westchnął, jakby rozmowa zaczynała go irytować. Posłał Morrigan pełne pobłażliwości spojrzenie, nabierając na łyżkę pierwszą porcję potrawki.
— Jednym z nich jest niemożność wybrania, komu pragniemy służyć — odparł. — Uwierz mi, moja droga, moje obecne położenie zdecydowanie mnie zadowala.
Zanim Morrigan odpowiedziała, bezczelnie jej pomachał i odmaszerował sprężystym krokiem, by zająć miejsce w pobliżu wspólnego ogniska. Tam siedzieli także Alistair oraz Leliana – kobieta nuciła pod nosem, naprawiając zużyte strzały, Strażnik podrzucał kamyk w dłoni, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w dal. Zevran przysiadł nieopodal, wyciągnął nogi do płomieni i zajął się jedzeniem, wyjątkowo nikomu nie przeszkadzając.
Leliana, kiedy skończyły się jej pióra, odłożyła pracę i wstała. Odeszła spokojnym krokiem, znikając z kręgu światła rzucanego przez ognisko. Powróciła chwilę potem, przemknęła między towarzyszami i znów usiadła. Alistair drgnął, zawieszając na przyjaciółce uważniejsze spojrzenie.
— Nigdy nie wyjdę z podziwu nad tym, jak cicho się poruszasz — przyznał, posyłając jej niemrawy uśmiech.
Łuczniczka popatrzyła na młodzieńca zaskoczona, zanim wzruszyła ramionami.
— Zajęło mi to całe lata, żeby się tego nauczyć, a i tak nie jestem w tym najlepsza — stwierdziła skromnie.
— Czyli nie skradałaś się, kiedy szpiegowałaś? — zdziwił się, uniósłszy brwi.
— Każdy z nas miał inne metody działania — odparła i dopiero wtedy uśmiechnęła się rozbawiona. — Niektórzy woleli nie zostać wcale zobaczeni, okrywali się cieniami oraz ciemnością. Zrozumiałam jednak, że to nie takie złe, zostać zobaczonym, póki nie wyróżniasz się za bardzo i szybko zostajesz zapomnianym — wyjaśniła, machnąwszy strzałą dla podkreślenia słów. — Specjalizowałam się w stapianiu z otoczeniem, nie przyciąganiu uwagi, oraz wyglądaniu, jakbym miała pełne prawo do przebywania w danym miejscu. To niewidzialność, ale innego rodzaju.
Alistair zmarszczył czoło, zaskoczony opowieścią. Raz jeszcze podrzucił kamyk.
— No tak, ale słyszałem, że często uwodziłaś swoje cele. Zapamiętaliby cię — wytknął, przechylając głowę.
— Nie, jeśli zginęli… — zauważyła mniej śmiało, opuszczając wzrok na szykowaną właśnie strzałę.
— Och — wykrztusił.
— Umieranie w towarzystwie uroczej uwodzicielki… powiedz mi, że to nie jest dobra śmierć — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się szeroko.
— Nie wiem, czy powinienem brać cię na poważnie… ale czasami mnie przerażasz — przyznał, odsunąwszy się od przyjaciółki na bezpieczniejszą odległość.
Leliana roześmiała się pogodnie, szczerze rozbawiona postawą Strażnika. Spojrzała na niego przymrużonymi oczami, przez co zaczęła przypominać zadowoloną z udanego polowania kocicę. Alistair jeszcze mocniej zmarszczył czoło.
— Nie martw się, Alistairze. Ciebie nie zamierzam uwodzić — zapewniła.
— I tak by ci nie wyszło — burknął, czując się dość niezręcznie w tym temacie. — Zresztą nieważne. Na szczęście u nas strzelasz z łuku. Tylko — podkreślił na koniec.
— Oczywiście — zgodziła się grzecznie. — Ale zauważyłam, że jesteś trochę spięty.
Strażnik spojrzał na Lelianę przeciągle, spodziewając się pułapki. Lub innego podstępu. Kobieta jednak przypatrywała się mu z przyjaznym, łagodnym uśmiechem, czekając na odpowiedź. Zastanowił się, jak wiele osób wpadło w rozstawione przez nią sidła.
— Nie lubię bezczynności — zmyślił na poczekaniu.
— Mnie się wydaje, że chodzi o coś innego. — Przesiadła się do młodzieńca, nadal zachęcająco uśmiechnięta. — Chyba raczej tęsknisz.
— Nie! — zdenerwował się, by zaraz się zmieszać. — Może trochę. To znaczy martwię się. Pojechała tylko ze Stenem — przyznał, zastanawiając się, czy zabrzmiało to odpowiednio niezobowiązująco.
— Albo aż ze Stenem — wytknęła Leliana. — Na pewno nic jej nie będzie. I niedługo wróci, zobaczysz. To już kilka dni, Redcliffe nie jest aż tak daleko, żeby zniknęła na całe tygodnie — dodała.
— Nie wiem dlaczego, ale nie czuję się pocieszony — mruknął pod nosem, uśmiechnąwszy się krzywo. — Mimo to dzięki.
— Zawsze do usług! — ucieszyła się, biorąc do ręki kolejną strzałę.
W obozie zapadła cisza. Tylko Zevran ruszył się z miejsca, żeby odnieść pustą już miskę. Potem wszyscy zajęli się sobą, oddając się błogiemu lenistwu, które powoli ciążyło. Góry Mroźnego Grzbietu wisiały nad nimi niczym milczący kaci, czekając, aż podejmą się zadania stojącego przed nimi. Tym bardziej niepokojąca była bezczynność, im więcej podsłuchiwali na targu.
Po kilku godzinach niespodziewanie ożywiły się bardzo spokojne do tej pory konie. Rozległo się rżenie, zwierzęta przytupały niecierpliwie w miejscu. Spojrzenia podróżników zwróciły się w stronę, w którą wpatrywały się wierzchowce – i wtedy zza drzew wyłoniło się dwoje jeźdźców. Z przodu równym kłusem jechała zaciekawiona Taika, nastawiając uszy, kawałek z tyłu majestatycznie kroczył Escalar. Między końskimi nogami śmigał rozbawiony Shegar, poszczekując od czasu do czasu.
Widok Strażniczki, w dodatku całej i zdrowej, a nawet szeroko uśmiechniętej, sprawił, że z żołądka Alistaira zniknęła ciężka, zimna bryła niepokoju. Odetchnął, od razu się podnosząc, i sam uśmiechnął się szeroko, ruszając ku jadącej do towarzyszy dziewczynie. Chciał się odezwać, powitać ją po przyjacielsku, chociaż bardziej wolałby ją mocno wyściskać i ucałować, ale nie zdążył wykrztusić niczego poza zdumionym sapnięciem. Nie zwolniwszy Taiki, zeskoczyła z siodła, po czym całą siłą rozpędu rzuciła mu się na szyję, prawie przewalając go na plecy. Złapał Couslandkę w ostatniej chwili, przytrzymując mocno, żeby nie upadła.
— El… — zaczął, trochę odchyliwszy głowę, jednak i tym razem nie dała mu niczego konkretnego powiedzieć.
Pocałowała go tak niespodziewanie, że najpierw nawet nie wiedział, co zrobić. Zaraz przestał się przejmować, tylko objął ją wygodniej, nie chcąc, żeby mu się wysunęła. Poza parsknięciem zirytowanej sposobem zatrzymania Taiki w obozie panowała przeciągła cisza.
Strażniczka nagle jakby się opamiętała. Otworzyła szeroko oczy i pośpiesznie rozluźniła uścisk na szyi Alistaira, by stanąć wreszcie na ziemi. Młodzieniec spojrzał na nią, nadal trochę zaskoczony, ale teraz bardziej rozbawiony. Ellen zrobiła nieszczęśliwą minę, próbując mu zasugerować, że to jego wina. Odchrząknęła, przesuwając się tak, żeby spojrzeć na pozostałych towarzyszy, którzy chcieli ją przywitać, jednak nie załapali się na okazję.
— Mamy miecz — stwierdziła, dzielnie ignorując dorodny rumieniec na policzkach.
— O, nie wątpię — mruknął Zevran, uśmiechając się znacząco.
Leliana szturchnęła go w żebra, karcąc spojrzeniem. Niespecjalnie się przejął.
— Było spokojnie. Na trakcie. Prawda, Stenie? — Poszukała wzrokiem zawsze opanowanego qunari; on jeden nie wyglądał na zaskoczonego niespodziewanym wybuchem uczuć między Strażnikami.
— Prawda — zgodził się krótko.
Ellen skinęła głową, nadal próbując zapanować nad ogarniającą ją paniką.
— A u was dobrze? — zainteresowała się, skrzętnie omijając spojrzeniem rozbawionego, ale potulnie cichego Alistaira.
— Na pewno nie lepiej niż u ciebie — dociął Zevran i uśmiechnął się szerzej.
— Wszystko w porządku — dodała szybko Leliana. — Tylko dotarły do nas niepokojące wieści. Podobno w Orzammarze źle się dzieje — przeszła do ważniejszych kwestii. — Politycznie.
— Dokładniej nie mają króla — zabrał głos Alistair, poważniejąc. — Toczy się zażarta dyskusja odnośnie tego, kto może przejąć władzę.
Ellen zmarszczyła czoło. Zażenowanie ustąpiło miejsca niepokojowi; dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, zmartwiona tymi wieściami.
— Ale to Plaga. Przecież wojsko mają, z królem czy bez, prawda? — zauważyła z nadzieją.
— Krasnoludy zawsze… rozumowały inaczej. Bez obrazy dla Bodahna — mruknął Strażnik. — Najlepiej będzie się o tym przekonać osobiście.
Couslandka skinęła głową. Potoczyła wzrokiem po zebranych, zauważyła też idącą w ich stronę Morrigan, która dostrzegła przybycie przywódczyni najpóźniej ze wszystkich. Może to i lepiej, biorąc pod uwagę wpadkę biednej Ellen.
— W takim razie czas przygotować się na zejście pod ziemię. Za godzinę ruszamy do bram miasta. Omówię szczegóły z Bodahnem — postanowiła, uśmiechnęła się do wszystkich, a potem ruszyła w stronę wozu krasnoluda.
Pozostali rozeszli się do swoich obowiązków, wiedząc, że należało mieć na uwadze najróżniejsze scenariusze. Także te najczarniejsze.

Niedługo potem całą grupą zmierzali ku monumentalnym, wykutym w kamieniu drzwiom górującym nad nimi niczym sam szczyt, w którego wnętrzu stworzono niesamowite podziemne miasto. Ellen w pierwszej chwili dała się oszołomić widokowi – chociaż wrota zdobiono dość skromnie, wyryte na nich kształty układały się w elegancki wzór przywodzący na myśl siłę oraz niezłomność. Nie wiedziała, jak udało się osiągnąć taki efekt, nie stosując żadnych figuralnych przedstawień.
Ruszyli w górę schodów, przypatrując się celowi podróży, i dopiero po chwili dotarły do nich wściekłe pokrzykiwania. Ellen wymieniła spojrzenie z idącym przy niej Alistairem, po czym przyśpieszyła kroku, chcąc przyjrzeć się tej dziwnej sytuacji. Strażnik podążył za nią, a na końcu pozostali, niektórzy nadal podziwiając krasnoludzką architekturę.
Tuż przed drzwiami stało dwóch strażników – natomiast przed nimi jeden odziany w najbogatszą zbroję, najpewniej dowódca zmiany wartowników. Mierzył gniewnym, nieprzychylnym spojrzeniem krzyczącego człowieka, także wojownika. Mężczyźnie towarzyszyło jeszcze dwóch innych nieznajomych, oni jednak zdawali się zupełnie nieporuszeni zaistniałymi okolicznościami.
— Żądam audiencji u królewskiego urzędnika! — wykrzykiwał wojownik, maszerując przed spokojnym krasnoludzkim strażnikiem. — To zniewaga dla całego Fereldenu! Król Loghain nie będzie tolerować zatrzymywania jego posłańca!
Ellen syknęła wściekła przez zęby i ostatnie stopnie przebyła szerszym krokiem, prawie skokiem, by jak najszybciej dostać się w centrum zamieszania. Przyszła akurat w momencie, w którym strażnik stracił cierpliwość.
— Vaeta! — zawołał zapewne we własnym języku. — Ta ziemia jest zarządzana przez niezawisłych królów krasnoludzkich. Nie wolno mi nikogo wpuszczać — warknął, mierząc posłańca złym wzrokiem.
— Król Loghain żąda posłuszeństwa deszirów, lordów czy jak tam nazywacie tych z Kongresu! — wzburzył się mężczyzna.
Ellen, zatrzymując się skromnie z boku, pomyślała, że Loghainowi brakowało dobrych ludzi. Nie mogła uwierzyć, by teyrn okazał się tak głupi i posłał z propozycją sojuszu człowieka, który nawet nie wiedział, jak rozmawiać z krasnoludami. Obrażanie ich tradycji oraz polityki niewiele pomoże. A skoro nie posiadali dobrej wiedzy, wystarczyłaby odrobina taktu. Pokręciła do samej siebie głową i zerknęła na stającą po jej lewej Lelianę.
— Jestem jego osobistym posłańcem — podkreślał tymczasem przybysz, celując w krasnoluda palcem.
— Nie obchodzi mnie, czy jesteś jego osobistym posłańcem, czy podcieraczem dupska — parsknął strażnik. — Póki nie zadecydujemy o sukcesji, tylko krasnoludy mają wstęp do Orzammaru.
Strażniczka poczuła, że gną się pod nią nogi. To nie wyglądało dobrze. Zdecydowanie nie wyglądało. W tej sytuacji mogła zapomnieć o wsparciu… chyba że przykuje uwagę krasnoluda i może uda się jej go przekonać.
— Musimy pomówić z waszym królem — odezwała się, postąpiwszy krok w przód. — To pilne.
— Nie wy jedni — warknął posłaniec, krzyżując ręce na torsie. — Jeśli nie wpuścili mnie, to nie wpuszczą nikogo.
— Orzammar nie ma króla — przerwał mu krasnolud, zwracając spojrzenie na Ellen. — Endrin Aeducan rozchorował się z rozpaczy po utracie synów. Niecałe trzy tygodnie temu powrócił do Kamienia. Kongres głosował już z tuzin razy i wciąż nie wybrał następcy. Jeśli nie dogadają się prędko, grozi nam wojna domowa — wytłumaczył z ciężkim westchnieniem.
Strażniczka zacisnęła usta; doskonałe wyczucie czasu, niech wojna domowa ogarnie wszystkich akurat podczas Plagi.
— Jesteśmy Szarymi Strażnikami — żachnęła się, nie zamierzając dać dojść do głosu posłańcowi. — Ten traktat zobowiązuje Orzammar do udzielenia nam pomocy. — Sięgnęła do torby, z której wydobyła odpowiednie dokumenty.
Wręczyła je krasnoludowi, zawieszając na nim pełne nadziei oraz wyczekiwania spojrzenie. Nie zwróciła uwagi na posłańca Loghaina, jednak on sam wyraźnie się ożywił, słysząc zaskakujące wieści.
— Strażnicy zabili króla Cailana i o mało nie doprowadzili Fereldenu do zguby! — wykrzyknął zdruzgotany. — Król Loghain wypowiedział im wojnę!
— Faktycznie, to królewska pieczęć — mruknął krasnolud, podobnie jak Ellen zignorowawszy nieszczęsnego mężczyznę. — Co oznacza, że to sprawa międzynarodowa, a zatem sprawa Kongresu. Przechodźcie, Szarzy Strażnicy. — Przechylił się, by ogarnąć spojrzeniem barwną grupę, ale nie skomentował niecodziennego widoku.
— Wpuszczasz zdrajców? Obcych? — wściekł się posłaniec. — W imieniu króla Loghaina żądam, byście wymierzyli sprawiedliwość tej… plamie na honorze Fereldenu! — Wskazał Ellen palcem, posławszy jej nienawistne spojrzenie.
Shegar zawarczał rozjuszony, gotów mężczyźnie odgryźć rękę, jednak Strażniczka położyła dłoń na jego łbie, uspokajając go. Wykrzywiła usta w szyderczym grymasie.
— Zmykaj do swojego fałszywego króla — poradziła posłańcowi. — Krasnoludy nie będą go dziś słuchać.
— Ty… — zakrztusił się, zdumiony jej bezczelnością. — To jeszcze nie koniec. Król Loghain każe cię poćwiartować!
Groźba nie wywarła na Ellen wrażenia, dlatego pokonany mężczyzna, razem z pozostałymi wojownikami, zawrócił gwałtownie, ruszając w drogę powrotną. Dziewczyna odprowadziła go przeciągłym, krytycznym spojrzeniem.
— Możecie wejść do Orzammaru, Szara Strażniczko — zwrócił się do niej krasnolud, oddając traktat — chociaż nie wiem, czy znajdziecie tu pomoc.
Wielkie drzwi z głuchym zgrzytnięciem rozwarły się, wpuszczając całą grupę do podziemnego miasta Orzammar.

8 komentarzy:

  1. A już obstawiałam, że ze trzy rozdziały będą załatwiać sprawy w Redcliff. Zaskoczyłaś mnie – takie rachu-ciachu i po strachu. W ogóle to zabawne, że Dwyn aż tak boi się Stena (bez niego już nie był tak uległy, skubany). Kurka, pukanie do drzwi to chyba naprawdę za trudne zadanie dla Ellen (dobry Shegar, strofuj panią :D) i tylko Sten potrafi to znieść (bo ma zwis na to).
    Fajne były te pogawędki między bohaterami (nie pamiętam ich z gry), szczególnie ta między Alistairem i Lelianą – jego reakcje naprawdę mnie rozbawiły, bo miałam wrażenie, że biedak obawiał się, że Leliana zaraz się na niego rzuci i bezczelnie uwiedzie! A Leliana miała, zdaje się, niezłą zabawę, no i Zevran chyba również. Za to Wynne mnie zaskoczyła, bo nie sądziłam, że aż tak irytowały ją przytyki Shale na temat wieku (fajne było spostrzeżenie o przekorności Shale i powodzie, dla którego mówi w ten sposób). Zevran to samobójca, że startuje do Morrigan? Zamieni go w żabę albo co… xD
    Ale Ellen ukradła rozdział – wspaniałe zeskoczenie z Taiki wprost na Alistaira i jeszcze cmok (a ktoś wcześniej wspominał, że musi się lepiej postarać, żeby ukryć pewien romans).
    Ten irytujący typek przed bramami Orzammaru zawsze mnie wkurzał i nie mogłam się powstrzymać przed uciszeniem go, więc szacun dla Ellen, że puściła go wolno. Swoją drogą ciekawe, czy uda ci się jakoś przemycić coś więcej o Logainie (jakoś go polubiłam wbrew temu, że głównie robi za wroga). No i dawaj Orzammar – krasnale mają chyba największy urok w serii ze spiskami, kłamstwami i Głębokimi Ścieżkami.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Znowu zapomniałam: już obczaiłam, kim jest Anders. Jak dla mnie facet jest zupełnym przeciwieństwem Alistaira. A Skoczysław to najlepsza część Przebudzenia :D.

      Usuń
    2. Nie było sensu się rozdrabniać, skoro niczego dodatkowego do zrobienia tam nie było. W takim tempie nigdy nie dotrę nawet do DA2, a przecież zaczęli już prace - lub niedługo zaczną - nad DA4. Borze zielony, jestem w takiej czarnej dupie. Aha, no i ten, żart z pukaniem do drzwi chyba nigdy nie stanie się dla mnie za stary. A Sten jest opanowany pod względem wszystkiego!
      Pewnie przeszłaś grę tylko raz albo dwa razy. Ja przeszłam około ośmiu, to prawie wszystkie znam, he. Zevran startuje do wszystkich, nawet Oghrena, nie pamiętasz? On kpi sobie z niebezpieczeństwa! A Shale w sumie lubię, ma fajne dialogi. I podoba mi się to, jak relacja Wynne-Shale zostaje rozwinięta w Rozłamie. Ogółem, kurde, lubię ich. Wiesz, że wszyscy mieli się pojawić w DAI? Smutno mi, że z tego zrezygnowali.
      Ellen jest w ogóle bardzo dobra w kwestiach emocjonalnych. Bardzo umie powściągnąć nerwy. Tak.
      Ellen raz w życiu zrobiła coś poprawnego politycznie! Co do Loghaina, chciałam to raczej zachować wzdłuż narracji z gry. Lubię go, to dobra, zagubiona postać, nie chciał źle i takie tam. Dlatego sama staram się go nie przedstawiać w czarnych barwach, kiedy dostawał te fragmenty narracji z Denerim w cut-scenkach.

      Usuń
    3. Ach, Anders to albo cudowny Anders z Przebudzenia, albo dziwny Anders z DA2. Skoczysław jest wspaniały i cudowny, to prawda!
      Anders jest inny od Alistaira, oczywiście, ale w Przebudzeniu większość postaci wydawała się kreowana trochę na odbicia tych z DAO i Anders wyglądał na odbicie krzywe Alistaira. Bardziej kocham Alistaira anyway.

      Usuń
    4. Hehe – naprawdę będziesz pisać do końca świata i tydzień dłużej. W ogóle żałuj, że nie widziałaś mojej miny, gdy w grze zobaczyłam możliwość wywalenia drzwi… bezcenne.
      Dwa, ale jeszcze kiedyś wrócę. Rzadko brałam Zevrana do drużyny, bo mnie facet lekko irytował, ale fakt miał dużo zaczepnych, kpiących tekstów. Rozłamu nie znam (to książka?). Właśnie trochę kłuje mnie, że tak mało postaci pojawia się w dalszych częściach (kij, że jeszcze nie grałam), a jeżeli już to ich rola jest tak mała. Znaczy rozumiem, że trudno jest to dograć, ale szkoda.
      Właśnie, kurka, a tak liczyłam, że sprawi im mantu (tym bardziej, że kojarzy mi się, że gości z Lothering wybiła). Ach, dobre i tyle – i tak jakoś ciężko było mi go ubijać, gdy przechodziłam po raz pierwszy.
      Właśnie nie wiem, czy chce mi się grać w DA2, bo słyszałam, że nie za bardzo się postarali.
      Pełna zgoda x2 :D.

      Usuń
    5. Hue, ta opcja powstała specjalnie dla Ellen, nie inaczej.
      Ja z początku też byłam na Zevrana cięta - ale później zorientowałam się, jaki facet ma sposób bycia i myślenia, no i go polubiłam bardzo. Jest uroczy na swój sposób. Rozłam to książka, tak, ostatnia autorstwa Gaidera, ostatnia przetłumaczona na polski. Resztę będę cisnąć w oryginale, hue.
      Wiesz, oni chcieli dawać więcej cameo. Ale w DAO była opcja zabicia prawie wszystkich. Kiedy Leliana pojawiła się w DA2, a potem została zapowiedziana w DAI, zrobił się taki burdel, taka afera, że oesu. Bo przecież niektórzy ją zabili! Wyrzucili z drużyny! Jak śmiecie! Nie dziwię się, że im przeszło.
      Ale od czego są fiki, prawda? Zawsze można jakąś rolę poszerzyć i w ogóle.
      Bo Ellen jest bardzo, hm. Widzisz, tamci byli złodziejami, bandytami, rabowali i pewnie mordowali. Ten tutaj ma niewyparzoną gębę i za dużo gada. Dlatego tamtych zabiła, tego nie. Simple as that.
      DA2 lubię. Jest najsłabsze, ale to wtedy, jak się patrzy przez pryzmat DAO. DA2 to inna historia, z inną narracją, inną przestrzenią. Ma ciekawe postaci, całkiem fajną historię i jeszcze raz ciekawe postaci. Nie skreślałabym DA2 ani przez moment, bo jako historia jest dobra. Ale jak ktoś chciał drugie DAO z kolejną Plagą i pomiotami, to faktycznie smutek.

      Usuń
  2. Nareszcie przeczytałam! Znalazłam trochę czasu (jak pisałam na gie, ostatnio żyję oeerwana od rzeczywistości) i postanowiłam poczytać co nieco do śniadanka, a raczej do herbaty, bo śniadanko szybko pochłonęłam :P
    Wow, fajnie, że załatwiłaś sprawę w jeden rozdział, trochę obawiałam się, że przeciągniesz do przez dwa, a tu taka niespodzianka! Mi tam się podoba, bez żadnych sztucznych zapychaczy, szybko, konkretnie, a jednocześnie fajnie :)
    Trochę zaskoczyło mnie zachowanie Ellen pod koniec rozdziału - nie spodziewałam się tego po niej. Wcześniej nie przejawiała żadnych chęci do aż takiego wylewnego powitania, ba! - próbowali przecież wszystko ukryć. Chyba fajniej by było, gdyby dalej to ukrywali i w jakimś momencie w Orzammarze ktoś niechcący odkrył, że są razem (choć i tak pewnie wszyscy się tego domyślali) i dopiero wtedy by to wszystko wyszło na jaw.
    Albo po prostu lubisz nas zaskakiwać :P
    W każdym razie nie mogę się doczekać nowego rozdziału i tego, jak rozpiszesz akcję u krasnoludów. Bądź co bądź, sporo się tam działo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez tyle lat posiadłam umiejętność planowania fabularnego w nieco bardziej rozsądny sposób, to i niepotrzebnie nie przedłużałam. A i wątek taki pomniejszy, to trzeba było w miarę szybko się z tym uporać!
      To dziwne, że się nie spodziewałaś; jej charakter jest dość stabilny przez te dziewięćdziesiąt prawie rozdziałów i nie było trudno odgadnąć, że Ellen nie jest w te klocki najlepsza. Niezręcznie mi to tłumaczyć, bo mam wrażenie, że to takie trochę ci uwłaczające; Ellen jest impulsywna, najpierw robi, potem myśli. Związek z Alistairem jest dla niej nowością, czymś obcym, ale także spełnieniem nieśmiałych marzeń z czasów, kiedy jeszcze żyła w Wysokożu. Chciałaby zachować swobodę, ale czuje się źle, bo ma przewodzić, ma być rozsądna i tak dalej. Niemniej, nadal jest dziewczyną, której na świecie została ledwie odrobina ważnych osób - Alistair jest jedną z najbliższych. Na jego widok zareagowała impulsywnie oraz intuicyjnie, tak jak by chciała w normalnej życiowej sytuacji. Dopiero po chwili przyszło opamiętanie - ale najpierw zrobiła. Jak zawsze. Kiedy dusiła emocje, stała się bardzo zgorzkniałą osobą, co było widać przez ładnych kilkanaście rozdziałów. Teraz sobie zaczęła z tym radzić, ale przez to wraca spora impulsywność, jak "za młodu", niewinnych lat w Wysokożu.

      Usuń