sobota, 10 października 2015

Rozdział 1.90 - Orzammar



Po wyjściu z ciągnących się daleko pod ziemię schodów niespodziewanie stanęli w przestronnej, kamiennej sali o wysokim sklepieniu ginącym w półmroku. Konstrukcję podtrzymywały masywne kolumny wyrastające ze środka komnaty niczym stalagnaty, te umiejscowione po bokach nasuwały na myśl zwierzęce żebra. Pomieszczenie oświetlały nie tylko pochodnie oraz lampiony wypełnione ognistym blaskiem, ale również, znajdujące się w bezpiecznej odległości od przechodniów, przecieki złocistej lawy.
Ellen, stanąwszy na tarasie górującym nad salą, rozdziawiła w zdumieniu usta. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała – czymkolwiek to miejsce było, tak właściwie. Z oszołomieniem przyjrzała się licznym posągom trochę większym od przeciętnego człowieka, które rozstawiono pomiędzy kolumnami. Dokoła kręciły się tylko krasnoludy i nagle Strażniczce zrobiło się dziwnie. Naprawdę rzadko się zdarzało, żeby gdziekolwiek należała do jednych z najwyższych osób.
— Atrast vala, Strażnicy — odezwał się uzbrojony krasnolud, skinąwszy im głową. — Wasze przybycie to dla nas błogosławieństwo — zapewnił uprzejmie, mierząc spojrzeniem stojących za ich plecami towarzyszy. — Wolimy, żeby obcy nie byli świadkami naszych wewnętrznych sporów, ale wasza obecność będzie tolerowana.
— Eee, dziękuję — wykrztusiła Ellen, zbyt rozkojarzona widokami, by skupić się na słowach gwardzisty.
Wyminęli pełniącego wartę krasnoluda i ruszyli ku kolejnym monumentalnym drzwiom. Dziewczynie – podobnie jak jej towarzyszom – zdecydowanie donikąd się nie śpieszyło. Z podziwem przypatrywali się posągom, które wypełniały komnatę aż do następnego przejścia. Nie były podpisane, krasnoludy prawdopodobnie wiedziały, kogo każdy przedstawiał, ale Ellen umiała rozpoznać co najwyżej płeć portretowanej osoby.
— Jeśli dobrze pamiętam, te posągi przedstawiają krasnoludzkich Patronów — odezwał się Alistair. — Wybitnych krasnoludzkich przodków — dodał, kiedy skołowana Strażniczka rzuciła mu pytające spojrzenie.
— Och — westchnęła.
Prawie ogarnęła ją panika w chwili, w której uświadomiła sobie, że niczego nie wiedziała o krasnoludzkiej kulturze. Miała zażądać wojsk do walki z Plagą, a nie umiała się odezwać bez palnięcia gafy. Zagryzła zdenerwowana wargę – cóż, nie było odwrotu. Wóz albo przewóz.
— To coś pięknego, córko — odezwała się nieznajoma krasnoludka, zapatrzona w jeden z posągów. — Jeśli będziesz ciężko pracować, tak jak Branda, twoje imię stanie się znane w całym Orzammarze.
Ellen przystanęła, ucieszona z okazji do posłuchania czegoś konkretnego o którymkolwiek z Patronów. Głupio byłoby jej podpytywać mijane krasnoludy, prawdopodobnie zostałaby wyśmiana albo przegoniona.
— Pani matko, ja nie chcę być taka jak ona! — żachnęła się młodsza krasnoludka, zacisnąwszy usta. — Ona…
— Nie waż się tak mówić! — uniosła się. — Ani do mnie, ani do nikogo innego! A teraz marsz z powrotem do kuźni i bierz się do roboty!
— Dobrze, pani matko — westchnęła zrezygnowana, wyminęła starszą od siebie krasnoludkę i skierowała się do zamkniętych drzwi.
Ellen wysoko uniosła brwi, nie rozumiejąc, co tu się właśnie stało. I od kiedy córka mówiła do własnej matki na „pani”? Otrząsnęła się ze zdumienia i raźno pomaszerowała ku przejściu, zastanawiając się, czy to już była część miasta, przedsionek czy coś zupełnie innego. Czując lekkie podekscytowanie, naparła ramieniem na metalową płytę i pchnęła ją.
Zalało ich w pierwszej chwili ostre, złote światło. Ellen skrzywiła się niezadowolona, osłaniając twarz ręką, i niepewnie ruszyła przed siebie. W uszach rozbrzmiał gwar dziesiątek głosów, najróżniejsze dźwięki – od bulgotania, przez stukot, do brzęczenia uderzanego metalu. Od różnorodności mogło zakręcić się w głowie, a wreszcie – dokoła było naprawdę ciepło. Ellen od razu sięgnęła do zapięcia płaszcza, by go zdjąć.
Kiedy oczy przyzwyczaiły się do natężenia światła, odkryła, że stała w wąskim korytarzu, ale wysokim, prowadzącym do rozdroża. Przed nią wznosił się monumentalny most wiodący do zapierającej dech w piersiach budowli, na prawo oraz lewo odchodziły szerokie chodniki, wzdłuż których w skale wykuto budynki. A z przodu, za murami, rozciągała się pustka wypełniona spływającą ze ścian lawą. Ellen raz jeszcze zaniemówiła, gdy zbliżyli się do skrzyżowania, jednak nie dane jej było jakkolwiek zareagować.
Na rozdrożach spotkały się także dwie krasnoludzkie grupy. Na przedzie każdej stał jeden krasnolud, obaj z brodą porastającą szczęki – Ellen jeszcze nie widziała krasnoluda bez brody zaplecionej w warkocze lub rozpuszczonej, ale bardzo długiej; nie licząc Sandala, oczywiście – z czego jeden był blondynem, drugi już posiwiał. Blondyn odział się w pełną zbroję, jego starszy towarzysz miał na sobie eleganckie, bogate szaty.
— To Kongres wynosi króla do władzy, a król wybiera swego następcę — stwierdził pozbawiony broni krasnolud, w jego głosie pobrzmiewał chłód. — Pokrewieństwo o niczym nie decyduje.
— Lub gdy, jak teraz, ktoś próbuje wykorzystać Kongres do przeprowadzenia przewrotu. — Blondyn wytknął przeciwnika palcem, krzywiąc szyderczo usta. — Kto wie, co mój ojciec mówił na łożu śmierci, gdy był przy nim ten uzurpator Harrowmont?
— Każę cię wtrącić do więzienia — warknął i skrzyżował ręce na torsie.
— Sytuacja cię przerosła! — wykrzyknął triumfalnie.
— Strażnicy! — zawołał stojący po stronie rzeczonego Harrowmonta krasnolud. — Rozdzielcie deszirów w Diamentowym Zakątku! Nie pozwolę, by Bhelen wzniecił powstanie!
— Nie mów tak o tym, który powinien być naszym królem! — ryknął towarzyszący drugiemu krasnoludowi wojownik.
W jednej chwili dobył swojego topora i sprawnie podciął nogi rozmówcy, powalając go na ziemię. Ellen krzyknęła cicho, ze strachu oraz zaskoczenia, ale nikt nie zdążył zareagować. Ostrze broni runęło na klatkę piersiową nieszczęśnika, natychmiast ją gruchocząc. Rozległ się trzask łamanych kości.
Przechodnie, którzy zebrali się, by popatrzeć na kłótnię, teraz z wołaniem o pomoc rozbiegli się w różne strony. Dwa ugrupowania także skoczyły do ucieczki, ciągnąc swoich przedstawicieli w bezpieczne miejsca. Na placu boju pozostała tylko plama krwi po zabranym rannym, Strażnicy oraz zbliżający się wartownik.
Przebył most, sapiąc głośno, bo ciężka zbroja nie ułatwiała biegania, ale zjawił się za późno. Warknął wściekły pod nosem, zatrzymując się bezradnie.
— Skało-ślepi kretyni! — rzucił w ślad za ugrupowaniami. — Żadnych bójek w dzielnicy gminu! Szczególnie na oczach obcych! Jak znajdę tego cholernego głupca, to ześlę go do Legionu — dodał ciszej, bardzo groźnym głosem.
Ellen poważnie zastanowiła się, czy w ogóle chciała szukać pomocy u krasnoludów. W pierwszym odruchu nawet spróbowała zawrócić, jednak w tej chwili Alistair pchnął ją w ramię, uniemożliwiając dezercję. Z sercem podeszłym do gardła zbliżyła się do gwardzisty, czując przed nim szczery respekt, chociaż to nie na nią się wściekł. Towarzyszył jej tylko Alistair, pozostali stanęli kawałek w tyle.
— Vaeta, powierzchniowcy! — zawołał, widząc ich.
Ellen już przestała rozumieć, czy to przekleństwo, czy powitanie. Trudno określić, jak to świadczyło o krasnoludach.
— Możecie wejść do dzielnicy gminu, ale znajcie swoje miejsce. Strażnicy czy nie, chcę mieć tu porządek — zastrzegł, grożąc palcem.
Couslandka wymieniła spojrzenie z Alistairem.
— Nadciąga Plaga i potrzebujemy pomocy Orzammaru — wydusiła i wymusiła na ustach niepewny, niewinny uśmiech.
— Problemy powierzchniowców — parsknął z pogardą wartownik. — Cóż, nie mamy króla, który by was wysłuchał. Możecie przyłączyć się do tych krzykaczy z Kongresu w Diamentowym Zakątku, jeśli chcecie — zaproponował i machnął ręką w prawą stronę. — Banda deszirów kłóci się o piach. Bhelen, Harrowmont… czym oni się różnią? Patrona wśród nich nie znajdziesz.
Strażniczce zakręciło się w głowie od natłoku obcych nazw, tytułów oraz imion. Jeszcze nigdy nie poczuła się tak przytłoczona, a przecież wychowywała się wśród szlachty.
— Czyli Bhelen i Harrowmont są tu najważniejsi? — spróbowała się upewnić; usłyszała, że jej głos z nerwów stał się nieco piskliwy, więc odchrząknęła.
— Pozamykali się w domach, tak się boją siebie nawzajem — prychnął, kręcąc głową. — Jak widzieliście, utrzymywanie porządku wśród prostego ludu to ryzykowna robota. To nie miejsce dla możnych panów. — Znów wskazał prawą stronę. — Bhelen przemawia poprzez swojego przybocznego, Vartaga Gavorna. Znajdziecie go w Kongresie. Lorda Harrowmonta reprezentuje Dulin Forender w jego posiadłości.
Ellen zastanowiła się, czy ktoś sprzedawał tu mapy Orzammaru dla opornych.
— Wspominałeś o Patronach? — zagadnęła niepewnie.
— Powierzchniowcy nie wyznają Patronów? — przeraził się wartownik. — Wszyscy zagubiliście się w niebie.
— Eee — wykrztusiła.
— To najlepsi spośród nas, uznawani za żyjących przodków — wytłumaczył, mierząc ją krytycznym spojrzeniem. — Jeśli naprawdę musisz być naszą Strażniczką, to chociaż nas poznaj. Idź do Rzeźbiarza Wspomnień w Skulptorium. To jedyna dobra część Diamentowego Zakątka. — Kolejny raz machnął ręką w prawo, co sprawiło, że Ellen poczuła się zobligowana do pójścia w tamtą stronę.
— Czas już na nas — poinformowała, uśmiechnęła się nerwowo i zaczęła się cofać.
Ponieważ weszła w Alistaira, przystanęła na moment.
— Ano, czas na was — zgodził się wartownik, mrużąc oczy.
Ellen wyszczerzyła zęby i naparła plecami na Strażnika, zmuszając go, żeby też opuścił teren. Wrócili do towarzyszy – wszyscy wbili w Couslandkę wyczekujące spojrzenia, jednak nie wyglądała na kogoś, kto zamierzał się odezwać.
— Oho. A więc… to Orzammar? — mruknął Alistair, wykręcając głowę we wszystkie strony. — Jest ogromny!
— Hm… — odezwała się Morrigan, zmarszczywszy czoło. — Zastanawiam się, gdzie wyrzucili te wszystkie skały…
Strażniczka także rozejrzała się po mieście. Musiała przyznać wiedźmie rację – żeby wydrążyć taką gigantyczną dziurę, w którą wsadzono później miasto, należało pozbyć się olbrzymich ilości kamienia. Zaraz jednak otrząsnęła się z zadumy.
— Musimy pójść do Diamentowego Zakątka. Do Skulptorium. Do Kongresu. Bhelen. Harrowmont. Mamo — jęknęła na koniec i ukryła twarz w dłoniach.
— Nie martw się, damy sobie radę — spróbowała ją pocieszyć Leliana.
— Co, pewnie niczego ci nie wytłumaczyli? — odgadł Zevran i uśmiechnął się z kpiną. — Tacy to już są nasi mali przyjaciele. Inni ich nie obchodzą, ale inni powinni wiedzieć wszystko o nich.
— Dzięki, pokrzepiłeś mnie szalenie — rzuciła zgryźliwie Ellen.
— Ale chyba to będzie w prawo — przypomniał Alistair. — O ile u krasnoludów prawo nie jest lewem i tak dalej. — Kiedy Strażniczka posłała mu mordercze spojrzenie, wyszczerzył zęby. — Nic nie mówiłem.
— No to chodźmy. Rozejrzyjcie się za kimś, kto ma przyjazny wyraz twarzy, to spytam o drogę — postanowiła z ciężkim westchnieniem i skierowała się w odpowiednią stronę.
— Nie jestem pewien, czy takie krasnoludy istnieją — wtrącił Zevran.
Został zignorowany, Ellen pokusiła się tylko o sfrustrowane zgrzytnięcie zębami. Nabrała głębokiego wdechu przez nos i ruszyła szerokim chodnikiem. Przy murze odgradzającym od przepaści pełnej lawy krasnoludy rozstawiły swoje stragany – wychwalały towary z podobnym ożywieniem, co ludzie, jednak stosowały o wiele bardziej pomysłowe gry słowne. Ellen mimowolnie spojrzała na jedno lub dwa stoiska.
— A ta krasnoludka? — zaproponowała Leliana.
Strażniczka przystanęła, przyjrzała się zafrapowanej nieznajomej, która ocierała oczy i kręciła głową, po czym posłała przyjaciółce nieprzychylne spojrzenie.
— Zawsze znajdujesz płaczących — wytknęła z wyrzutem.
— Wyróżniają się. — Wzruszyła ramionami.
Ellen westchnęła ciężko, odgarnęła krótkie włosy, a wreszcie z brawurą skinęła głową.
— Dobra, poczekajcie tu chwilę — poprosiła i ruszyła ku nieznajomej.
Nie miała pojęcia, jak zagadać do krasnoludki, czy spytać prosto z mostu, czy spróbować pocieszyć, czy były tu jakieś ceremoniały – dosłownie pustka w głowie. Otworzyła usta, nabierając wdechu, ale niespodziewanie została ubiegnięta. Nieznajoma ze złością otarła oczy i popatrzyła na Ellen z gniewem.
— Widziałaś? — spytała oburzona. — Nie mogę uwierzyć w to, co stało się z tym miastem. Nie doszłoby do tego, gdyby żył Endrin — dodała z goryczą, zwracając spojrzenie w stronę, gdzie niedawno rozegrała się sprzeczka.
Strażniczka przechyliła głowę.
— Dlaczego oni walczyli? — mruknęła.
— Miasto jest rozdarte — westchnęła nieznajoma. — Król Endrin nie żyje, a Kongres nie może podjąć decyzji, komu należy się tron – lordowi Harrowmontowi czy temu potworowi Bhelenowi.
Ellen poczuła, jak nagle spływa na nią olśnienie. Wszystko zaczęło układać się w spójną całość, co nieco ją pokrzepiło. Rozluźniła napięte ramiona i spojrzała na krasnoludkę z większym zainteresowaniem.
— Bhelen nie jest przypadkiem synem króla Endrina? — spytała, mając wrażenie, że słyszała wcześniej, by ktoś mówił o nim „książę”.
— Tak — wycedziła. — Cóż za straszliwe brzemię dla ojca, któremu spośród trzech synów ostał się tylko Bhelen. W końcu sam Endrin zrozumiał, że Bhelena obchodzi wyłącznie władza — opowiedziała, kręcąc głową z rezygnacją. — To Endrin rozkazał Bhelenowi odejść od swego łoża śmierci i wyznaczył lorda Harrowmonta na następcę.
To brzmiało ciekawie. Oraz wyjaśniało kłótnie, które trawiły miasto. Gdyby coś takiego zdarzyło się na powierzchni, sytuacja wyglądałaby podobnie. Połowa uwierzyłaby szczęśliwemu lordowi, połowa trwałaby murem za dziedzicem.
— Czy Harrowmont ma kwalifikacje do rządzenia? — zagadnęła zainteresowana; co prawda nienawidziła polityki, ale odkryła, że kiedy nie dotyczyła stanowiska teyrna Wysokoża, wydawała się mniej frustrująca, a ciekawsza.
— To zacny krasnolud i zdolny generał — oznajmiła z mocą. — Król Endrin ufał mu całkowicie i ja zrobię to samo.
— Znałaś króla Endrina? — spytała zaskoczona.
— Tylko jako potencjalna kandydatka na żonę jednego z jego synów — uspokoiła Strażniczkę, uniósłszy ręce. — Był dobrym królem – surowym i sprawiedliwym.
Ellen ze zmieszaniem uzmysłowiła sobie, że najwyraźniej nie rozmawiała z pospolitą mieszczanką. Przeczesała włosy, uśmiechając się niepewnie.
— Kim jesteś? — mruknęła poniewczasie.
— Nazywam się Nerav Helmi i jestem trzecią córką drugiej matrony rodu Helmi. A ty, nieznajoma? — odparła, posławszy jej łagodny uśmiech. — Co sprowadza cię do Orzammaru w tym właśnie momencie?
— Jestem Ellen, Szara Strażniczka, i przybywam po pomoc — wyrecytowała niemalże odruchowo.
— Szara Strażniczka? — zdumiała się Nerav, unosząc brwi. — Teraz rozumiem, dlaczego otworzyli przed tobą bramy. O jaką pomoc ci chodzi?
— Mam ze sobą traktat, na mocy którego Orzammar zobowiązany jest udzielić pomocy w walce z Plagą. — Wzruszyła ramionami.
Nie zamierzała pokazywać Nerav dokumentu, dlatego liczyła, że uwierzy jej na słowo.
— Plaga? Teraz? — przeraziła się, zasłoniwszy usta dłonią. — Ale… nasi wojownicy mordują się wzajemnie na ulicach! Przykro mi, Strażniczko — westchnęła ciężko. — Obawiam się, że na pomoc ze strony Orzammaru nie masz co liczyć. Jeśli szukasz poparcia lorda Harrowmonta, porozmawiaj z jego zaufanym doradcą, Dulinem Forenderem. Może uda mu się zorganizować dla ciebie audiencję — poradziła zatroskana, ponownie wskazując drogę, którą aktualnie szli.
— Dziękuję. Do zobaczenia — pożegnała się, nie wiedząc, czy przypadkiem nie palnęła kolejnej gafy, i czym prędzej powróciła do towarzyszy.
Zanim przeszła do udzielania wyjaśnień, zachęciła ich gestem, by ruszyli jej śladem. Zaczęła rozglądać się za miejscem, które kojarzyłoby się z nazwą „Diamentowy Zakątek”.
— Wygląda na to, że Bhelen i Harrowmont walczą o władzę — mruknęła. — Bhelen to książę, Harrowmont to protegowany zmarłego króla. Krasnoludy się podzieliły i zrobił się burdel — wyjaśniła w skrócie.
— Brawo, Strażniczko! — wykrzyknął rozbawiony Zevran. — Lepiej sam bym nie ujął istoty polityki!
Ellen westchnęła ciężko.
— Witamy w domu, Cousland — rzuciła zgryźliwie.
Alistair uśmiechnął się pocieszająco, prawie wiarygodnie ukrywszy rozbawienie. Powstrzymanie się od pokazania mu języka wymagało od niej olbrzymiej samokontroli.
— Teraz idziemy do Diamentowego Zakątka. Do Kongresu. I Skulptorium. Zanim bardziej nas zbłaźnię w oczach miejscowych. Musimy… — ciągnęła planowanie, czując, że wszystko wymykało się spod kontroli.
— Przepraszam — odezwał się nieznajomy, dziewczęcy, bardzo entuzjastyczny głos. — Ja, hm, czy… masz może chwilkę?
Ellen zatrzymała się niczym rażona piorunem i zwróciła spojrzenie na stojącą obok krasnoludkę. Miała młodą, pucołowatą twarz pełną szczerości, błękitne oczy wyrażały dużą ufność, rude potargane włosy sterczały w różne strony. Wyglądała zaskakująco przyjaźnie jak na mieszkańca Orzammaru.
— Wygląda, że nie jesteś stąd — stwierdziła ostrożnie.
Strażniczka uniosła bardzo wysoko brwi.
— Tak, można tak powiedzieć — mruknęła.
Nie wiedziała, czy krasnoludka robiła aluzje do jej niewielkich gabarytów, czy po prostu niezdarnie się wyraziła.
— Och, wspaniale! — wykrzyknęła, nie przejąwszy się uszczypliwością. — Od dawna szukam kogoś, kto dobrze zna świat na powierzchni. Nie słyszałaś pewnie o czymś, co nazywają „Kręgiem”? — spytała ze słabo maskowaną nadzieją.
Ellen zamrugała. Potrzebowała kilku chwil, by przyswoić informacje, a potem aż się otrząsnęła z oburzeniem. Jak mogła się nie zorientować od razu?
— Moja towarzyszka jest w Kręgu starszą zaklinaczką — doniosła uprzejmie, wskazując stojącą nieopodal Wynne.
— Och, moja pani, to dla mnie zaszczyt — sapnęła krasnoludka, przycisnąwszy dłoń do piersi. — Nigdy jeszcze nie spotkałam prawdziwego maga. Czy to prawda, że umiecie manipulować siłami natury za pomocą swych umysłów? Jakbyście urodzili się z lyrium krążącym w żyłach! — zawołała podekscytowana.
— Nie daj się zwieść pozorom, dziecko — mruknęła łagodnie Wynne. — Posługiwanie się magią to niebezpieczne zajęcie i wielka odpowiedzialność.
— Dlaczego krasnoludkę miałby interesować Krąg? — spytała Ellen, nie przejąwszy się tym, że wcięła się w rozmowę.
Krasnoludy – o ile dobrze się orientowała – nie władały magią. Wcale. Nie miały nawet snów. Nie wchodziły do Pustki, zatem nie mogły czarować. A Krąg nie był dla kogoś, kto czarować nie potrafił.
— Od lat próbuję dotrzeć do kogoś z Kręgu. Z każdą karawaną posyłam pisma, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi — stwierdziła zmartwiona. — Chciałabym się dowiedzieć, czy przyjęliby mnie na naukę.
Ellen z trudem powstrzymała się od brzydkiego skrzywienia. To wydawało się nieprawdopodobne. Przecież… ale ona była krasnoludką! Takich osób nie spotykało się w Kręgach, na oddech Stwórcy!
Już miała jej to ostrożnie wytłumaczyć, kiedy podchwyciła miażdżące spojrzenie Leliany. Popatrzyła jeszcze na Wynne, a widząc, że znajdowała się w jednoznacznej mniejszości, z rezygnacją opuściła ramiona.
— Chcesz, żebym ich o to zapytała? — mruknęła pokonana.
— Byłoby wspaniale! — wykrzyknęła. — Na imię mi Dagna, jestem córką Janara z Kasty Kowali. Powiedz im, że zaczęłam już czytać tevinterską księgę „Fortikum Kadad” i jest to fascynująca lektura! — poprosiła, szeroko otwierając oczy z podekscytowania. — Wiedziałaś na przykład, że Lordowie Magistrowie byli niegdyś w posiadaniu dokumentów genealogicznych każdej ludzkiej rodziny, w której przyszło na świat uzdolnione magicznie dziecko?
— Jest taka urocza i pełna entuzjazmu! — zachwyciła się Leliana. — Cieszę się, że jej pomagamy.
Ellen popatrzyła na przyjaciółkę z taką miną, że powinna się zapaść w tej właśnie chwili pod ziemię. To znaczy jeszcze bardziej pod ziemię, niż byli aktualnie.
— Zaraz pójdę się spakować! — westchnęła Dagna. — Będę czekać obok zakładu mego ojca! — obiecała i puściła się biegiem w stronę, z której Strażnicy nadeszli.
— Ale… — wykrztusiła Couslandka. — …gdzie jest ten zakład?
Dagna zostawiła ją jednak bez odpowiedzi. Zrezygnowana dziewczyna popatrzyła w ślad za krasnoludką, zastanowiła się, dlaczego dała się w to wmanewrować, po czym potrząsnęła głową.
— Ani słowa. Chcę Diamentowy Zakątek — zażądała zła.
Zevran zachichotał, jednak powstrzymał się od jakichkolwiek uszczypliwych komentarzy.
— Ten znak mówi, że tędy do Diamentowego Zakątka — odezwała się Morrigan, ruchem głowy wskazawszy odpowiednią tablicę.
— O, słodkie wybawienie! — sapnęła Ellen, uśmiechnęła się szeroko do wiedźmy, po czym zbliżyła się do wyszczególnionych przez drogowskaz drzwi.
Pchnęła metalową płytę, schyliła się, by nie przyrżnąć głową we framugę, i ruszyła szerokimi schodami w górę. Za nią podążyli pozostali – pochód zamknął Shegar, który od dłuższej chwili ciężko ziajał z gorąca wywołanego bliskością lawy.

Miejsce, gdzie się znaleźli, znajdowało się bliżej powierzchni. Na ulicy stało mnóstwo strażników, niemalże przy każdym domu – a budynki wzniesiono z jasnego, połyskliwego kamienia. Droga była czysta, pozbawiona najdrobniejszych nawet usterek, prosta oraz wygodna. Nad każdymi drzwiami i oknami ciągnęły się złocone reliefy, na rogach poustawiano metalowe latarnie płonące jasnym światłem. Wszystko wyglądało niemalże bajecznie w porównaniu do prostej, trochę topornej dzielnicy gminu.
— Och, coś wspaniałego — westchnęła Wynne, kiedy ruszyli między budynkami, mijając elegancko ubrane krasnoludy. — Szlacheckie rody naprawdę kochają luksus, nieprawdaż?
Ellen zacisnęła usta i posłała staruszce złe spojrzenie. Nie skomentowała tego jednak w żaden sposób, udając, że nie usłyszała.
— Podział na kasty rzuca się w oczy — mruknęła Morrigan, kiwając głową.
Nie uszli daleko, kiedy pod jedną z posiadłości spotkali krzyczącego krasnoluda. Wymachiwał energicznie rękoma, próbując zainteresować obojętnych przechodniów:
— Lord Harrowmont to głos tradycji i stabilności! Lord Bhelen to głos anarchii i upadku! — wołał donośnie.
Ellen uniosła brwi i zerknęła na idącą przy niej Lelianę. Łuczniczka wzruszyła ramionami, przeniósłszy wzrok na budynek, pod którym krzyczał krasnolud.
— To wiemy już, gdzie szukać tego Harrowmonta — podsumowała Strażniczka.
— A jaki mamy plan? — zainteresował się Alistair, kiedy krzyki obwoływacza ucichły za ich plecami.
— Po pierwsze: Kongres. Może tam uda nam się coś zdziałać. Chcemy tylko wojska, nie króla, prawda? Ale najpierw poszłabym do tego Skulptorium. Przed kim jak przed kim, jednak przed rozwścieczoną szlachtą lepiej się nie błaźnić — odparła, uśmiechając się krzywo.
— Mówimy z własnego doświadczenia? — zainteresował się złośliwie Zevran.
— Nawet nie wiesz, jak bolesnego.
Niedługo potem natrafili na olbrzymi, budzący szacunek budynek. Stało przy nim najwięcej strażników, którzy spoglądali niewidzącym wzrokiem w dal. Mury ukształtowano tak, by przywodziły na myśl tradycyjne warownie obronne. Ellen uniosła brew, przyglądając się monumentalnej konstrukcji.
— Podnieście głosy w poparciu dla lorda Bhelena! — wołał kolejny obwoływacz stojący u wrót zamku. — Da nam zmiany i pomyślność!
— Oto siedziba naszego księcia — zawyrokował Alistair.
— Tylko gdzie to Skulptorium? — zirytowała się Ellen, zamachała rękoma we frustracji, po czym wyrwała do przodu, kierując się do wyglądającego prawie przyjaźnie wartownika.
Jej towarzysze zostali w tyle, wiedząc, że jak tylko dziewczyna zdobędzie informacje, wróci do nich. Alistair jeszcze przez kilka chwil nie mógł oderwać od niej spojrzenia, nie nawykłszy do myśli, że naprawdę podzielała jego uczucia. Wszystko wydawało się tak cudownie nierealne, iż bał się, że lada moment się przebudzi.
Zmarszczył czoło i oderwał wzrok od Strażniczki, poczuwszy na sobie czyjeś spojrzenie. Natrafił na dziwnie uśmiechniętą Wynne. Kobieta uniosła brew, popatrzyła mu w oczy, a potem przyjrzała się następnemu bogatemu budynkowi, który minęli.
— Czemu się tak uśmiechasz? — spytał Alistair. — Wyglądasz podejrzanie jak kot, który właśnie połknął gołębia.
— Kanarka — mruknęła.
Strażnika na moment zatkało.
— Co?
— Wyglądam jak kot, który połknął kanarka — poprawiła młodzieńca, jednak nie przestała się przewrotnie uśmiechać.
Alistair zacisnął usta, święcie oburzony, po czym wzruszył ramionami, chcąc zatuszować zmieszanie. Za dużo istniało powiedzonek do zapamiętania.
— Miałem kiedyś bardzo dużego kota, ale nie o to mi chodzi — burknął na swoje usprawiedliwienie. — Chodzi mi o to, czemu się tak uśmiechasz?
Wynne zachichotała. Alistair był pewien, że nie powinno go to cieszyć.
— Obserwowałeś ją — wytknęła triumfalnie. — Z wielkim zainteresowaniem, zauważę. Właściwie wydaje mi się, że byłeś… oczarowany — uściśliła.
Alistair zająknął się, czując, że się zarumienił. Wydawało mu się, że nikt nie zwracał na niego uwagi, w końcu tyle cudów architektonicznych wokół!
— To nasza przywódczyni — wymyślił na poczekaniu. — Szukałem u niej przewodnictwa.
— Och, rozumiem — skwitowała rozbawiona. — Zatem jakie przewodnictwo odnalazłeś w tych kołyszących się biodrach, hmm?
Sytuacja zaczęła poważnie wymykać się spod kontroli.
— Nie, nie, nie, nie patrzyłem na… — urwał, zająknąwszy się. — No wiesz… jej dolne partie.
— Oczywiście.
— Wpatry... zerknąłem w tamtą stronę może, ale nie gapiłem się… — ciągnął coraz bardziej spanikowany. — Ani niczego właściwie nawet nie widziałem.
— Bez wątpienia — przytaknęła przesadnie uprzejmie.
Alistair spochmurniał.
— Nienawidzę cię. Jesteś złym człowiekiem.
Wynne uśmiechnęła się. Strażnik uznał, że ten uśmiech będzie prześladował go do końca świata.
— Tam! — wykrzyknęła Ellen i podskoczyła, by zwrócić na siebie uwagę. — Znalazłam! Chwalcie Stwórcę!
— Tam, czyli? — zainteresował się Zevran.
— No tu!
Leliana niespodziewanie parsknęła śmiechem.
— Gdzieś tam, mówisz? — zapytała, szczerząc zęby.
— Wydaje mi się, że bardziej tam o — uzupełniła Wynne, szybko podchwyciwszy żart, o który łuczniczce chodziło.
Ellen zmarszczyła niezadowolona czoło.
— No tam. — Wskazała za siebie. — Za Kongresem.
— Wiekopomna chwila, nasi Strażnicy wykrztusili z siebie konkretne wskazówki odnośnie kierunku wędrówki — zaanonsowała Leliana.
— One nam chyba nadal nie wybaczyły Głuszy — podsunął Alistair, spojrzawszy po towarzyszkach ze zmieszaniem.
— Och, nienawidzę was. Jesteście złymi ludźmi — burknęła Ellen, zapowietrzyła się, a potem energicznie ruszyła przodem.
Tym razem to Wynne się roześmiała. Alistair, woląc nie dociekać, dogonił Strażniczkę, czując zagrożenie w pobliżu staruszki.
Minęli równie monumentalny, co miejscowy zamek, budynek Kongresu, Ellen jednak poprowadziła ich dalej, aż na ponury koniec Diamentowego Zakątka. Tam mur zawracał i wtapiał się w skalną ścianę, do której przytulały się wszystkie inne domy. Strażniczka skierowała się do ostatnich drzwi i śmiało wkroczyła do środka, na nikogo nie czekając.
Pomieszczenia rozświetlał zielonkawo-błękitny płomień tlący się w specjalnych metalowych kinkietach przyczepionych do ścian. Strop znajdował się na tyle nisko, że Sten musiał się pochylać, by nie zaryć w niego głową. Wszędzie dokoła stały kamienne regały po brzegi wypełnione książkami – w powietrzu zamiast duszącego gorąca, które i tak zelżało w Diamentowym Zakątku, unosił się zapach kurzu. Ellen odetchnęła z ulgą, ruszając w głąb komnat.
— Poszukam kogoś, kto nam pomoże. Możecie się tu rozejrzeć — zwróciła się do towarzyszy.
Zebrani skinęli głowami, zanim jednak Alistair także odmaszerował, dziewczyna chwyciła go za rękę i zatrzymała. Postarała się zignorować jego zaskoczone spojrzenie.
— Nie chcę zostać zupełnie sama — wytłumaczyła naprędce i zeszła po kilku stopniach, wkraczając do głównej sali.
Strażnik tylko się uśmiechnął, idąc za nią. Nie dotarli jednak daleko – niespodziewanie ktoś Ellen potrącił, rzuciwszy się biegiem do wyjścia. Moment po tym trzasnęły drzwi, a w Skulptorium zapanowała cisza.
— Złodziej! — wrzasnął jeden z krasnoludów. — Kto śmie okradać Wspomnienia!
Couslandka wydęła usta, znów czując się przytłoczoną mnogością wydarzeń. Gdyby to było ludzkie miasto, nie byłaby tak przestraszona – tutaj jednak wkroczyła do obcego świata i to ją niepokoiło.
— Strażniczko! — zwrócił się do niej archiwista, potrząsając głową. — Jestem oburzony. Złodziej w Skulptorium. Do czego to doszło?
Ellen uśmiechnęła się bezradnie.
— Przyjrzałeś mu się dobrze? — spytała; jeśli spotka złodzieja, postara się przemówić mu do rozsądku, chociaż szanse były marne.
— Tak. Był łysy, a na głowie miał ten wstrętny znak. Zupełnie jakby był dumny z bycia bezkastowcem! Wyobrażasz sobie? — oburzył się, rozłożywszy ramiona. — Pewnie jest gdzieś w slumsach. Co za kretyn. Gdzie znajdzie w Kurzowisku kupca na skradzioną księgę? Nikt się nie pozna na jej wartości. — Mamrocząc, odwrócił się do układanych wcześniej ksiąg.
— Eee, tak — przytaknęła bezradnie. — Zrozumiałeś coś? — zwróciła się z nadzieją do Alistaira.
— Bezkastowiec to pewnie ktoś bez kasty — podsunął, skrzywiwszy się.
— No po prostu ratujesz mi życie — mruknęła złośliwie. — Chodź, może coś będzie w książkach — postanowiła i pociągnęła Strażnika między regały, wśród których kręciła się także cicha krasnoludka.
Ellen przebiegła palcami po kilku grzbietach, podczas gdy Alistair przyglądał się pozycjom naprzeciwko. Po kilku chwilach poszukiwań Couslandka westchnęła sfrustrowana; albo nie rozumiała języka, w którym zapisano tytuły, albo dotyczyły zagadnień, które jej nie interesowały. Cudownie.
— U ciebie też idzie równie dobrze? — spytała zrezygnowana.
— Zaraz dokonam epokowego odkrycia, zaręczam. Jak tylko zacznę rozumieć to, co czytam — odparł z westchnieniem.
— Tak samo — wymamrotała niezadowolona.
— Och, eee, przepraszam — odezwała się milcząca do tej pory krasnoludka, zwróciwszy się do Ellen. — Szukasz jakiejś konkretnej księgi? Nie żebym mogła pomóc — dodała szybko, ledwie w Strażniczce zagościła nadzieja. — Ja, eee, nie za dobrze znam biblioteki. Zbieram tylko pewne materiały.
Couslandka, nadal jeszcze wierząc, że nieznajoma jej pomoże, uśmiechnęła się.
— Jakiego rodzaju materiały? — spytała, naiwnie licząc, że będzie dotyczyło to tego, czego nie rozumiała w krasnoludzkim społeczeństwie.
— Szukałam czegoś na temat thaigu Ortana. Straciliśmy go podczas ostatniej Plagi i nie przetrwało zbyt wiele zapisków — poskarżyła się z westchnieniem. — Kiedyś był to szlachetny ród wywodzący się od Patrona Ortana, twórcy wielkiej epopei o Siedmiu Braciach oraz Ortańskiej Symfonii. — Ellen bezradnie pokiwała głową, znowu czując się tak, jakby ktoś mówił do niej, wypowiadając słowa wspak. — Rodzina mojej matki wierzy, że pochodzimy od Kelany Ortan, która w czasie upadku thaigu szkoliła się w Orzammarze. Nawet moje imię pochodzi od tego rodu – Orta — dodała z uśmiechem. — Niestety, jeśli pozostały jakieś kroniki, są zasypane w ruinach thaigu gdzieś na Głębokich Ścieżkach.
Usłyszenie znajomej nazwy poprawiło Ellen humor. Na czym jak na czym, ale na Głębokich Ścieżkach prawie się znała. To znaczy wiedziała, czym były, i prawdopodobnie by na nich przetrwała. Przynajmniej w kwestii pomiotów. Uśmiechnęła się do krasnoludki.
— Mogę spróbować je odnaleźć — zaproponowała.
Prędzej czy później, w czasie Plagi czy po niej, prawdopodobnie wybierze się w te zapomniane przez Stwórcę korytarze. Wtedy nie zaszkodzi poszukać, prawda?
Widząc, że Shegar wsadził pysk nie tam, gdzie powinien, przywołała go cmoknięciem. Ogar posłusznie przywarował przy jej nodze.
— Pochodzisz z powierzchni! Co ty wiesz o walce z pomiotami? — wykrzyknęła oburzona Orta. — Do czasu wyboru króla nie planuje się nawet żadnych ekspedycji. Pozostali potrzebują specjalnego pozwolenia od Kongresu lub któregoś z wielkich lordów.
— Jestem Szarą Strażniczką — stwierdziła z drobną urazą, wydąwszy usta.
— Szarą Strażniczką? — zdumiała się, trochę bezczelnie mierząc Ellen spojrzeniem. — To… wspaniale! Moja matka zawsze mówiła, że jeśli ktokolwiek zdoła odnaleźć thaig, to tylko Strażnicy. Podobno książę Bhelen i lord Harrowmont wysyłają ostatnio niewielkie grupki. Tak — mruknęła bardziej do siebie, podekscytowana. — Wystarczy, że zdołasz odnaleźć thaig i jakiekolwiek kroniki. To mogłoby udowodnić moje szlacheckie pochodzenie! Gdybyś mogła… skoro już szukasz… Nie mam zbyt wiele nadziei — przyznała z westchnieniem.
— Jak tylko się tam wybiorę, postaram się coś zdziałać — obiecała, drapiąc mabari za uchem, bo bardzo nachalnie domagał się pieszczot.
— Ellen! Chodź — zawołał Alistair, ruszając do Strażniczki z przeciwnego końca regałów.
Złapał ją za łokieć, nie dając czasu na pożegnanie z Ortą, i pociągnął w sobie tylko znanym kierunku. Shegar czym prędzej podreptał za nimi, kołysząc ogonem.
— Ktoś może nam pomóc — stwierdził zadowolony Strażnik, stawiając dziewczynę przy posiwiałym krasnoludzie z niesamowicie długą, gęstą brodą.
— Gdy ostatnio kroczyłem przez tę komnatę, Endrin był królem, a w Orzammarze panował pokój — westchnął, zauważywszy przybycie Strażników. — Wspomnienia mówią o szybkości, z jaką nadchodzą zmiany, lecz zobaczyć to na własne oczy to co innego. Przepraszam was, Strażnicy — zmitygował się szybko, pochylając głowę. — Nie powinienem składać takich myśli na barki nieznajomych. Jestem Czibor, rzeźbiarz wspomnień.
— Skąd wiesz, kim jesteśmy? — zdumiał się Alistair.
— Wizyta Szarych Strażników, jak również waszych towarzyszy, została odnotowana we Wspomnieniach — poinformował i uśmiechnął się zdawkowo.
— Porozmawiajmy o Orzammarze, panie rzeźbiarzu — poprosiła od razu Ellen, odetchnąwszy z ulgą.
— Pytajcie, a postaram się odpowiedzieć — obiecał spokojnie.
— Co robi rzeźbiarz wspomnień? — zainteresowała się pierwszym, co przyszło jej na myśl.
— Skulptorium strzeże wiedzy Orzammaru. Przechowujemy w lyrium zapis całej historii krasnoludów. — Zatoczył ramieniem krąg. — We Wspomnieniach zapisane jest wszystko – dzięki nim wiemy, której rodzinie dziecko zawdzięcza życie, dzięki nim odnajdujemy zaginione thaigi. Pozwalają nam pamiętać o całej naszej przeszłości, czy to dobrej, czy złej.
— Czym różnią się przodkowie od Patronów? — odezwał się Alistair, nie dając dojść do słowa Strażniczce.
Ellen popatrzyła na niego, potem zerknęła na rzeźbiarza, po czym zainteresowała się kroczącą w ich stronę Shale. Mimowolnie zastanowiła się, czy golem pamiętał Orzammar, czy kiedykolwiek tu w ogóle był.
— Wszystkie zmarłe krasnoludy powracają do Kamienia jako przodkowie, by przez wieczność prowadzić swe rodziny — rozpoczął opowieść Czibor. — Tylko raz na kilka pokoleń trafia się Patron. Patron jest krasnoludem, którego czyny zmieniają Orzammar w takim stopniu, że Kongres uznaje jego narodziny za błogosławione. Otrzymuje on cześć godną żyjących przodków i zakłada nowe rody szlacheckie nazwane od jego imienia — wytłumaczył.
— Czy teraz w Orzammarze są jacyś Patroni? — spytała Strażniczka, uśmiechnąwszy się do zatrzymującej się obok Shale.
— W tym pokoleniu jest tylko jedna Patronka imieniem Branda. Urodziła się w rodzinie kowali, lecz jej wynalazki przyciągnęły uwagę Kongresu — mruknął rzeźbiarz i kiwnął głową. — Nim ukończyła dwadzieścia lat, stworzyła węgiel niewydzielający dymu. Można go palić w jaskini bez komina i nikt się nie udusi. To dało jej status Patronki.
— Gdzie jest teraz Branda? — dociekała Ellen.
— Dwa lata temu wyruszyła na Głębokie Ścieżki w poszukiwaniu tajemnic dawnych kowali. Nie powróciła — westchnął zatroskany.
— Możesz nam opowiedzieć o historii Orzammaru? — podsunął Alistair, zerknąwszy na górującego nad nimi golema.
— Kiedyś byliśmy wielkim imperium, większym nawet od ludzkich i elfich państw. Handlowaliśmy z waszym Imperium Tevinter, a nasze ziemie rozciągały się przez Głębokie Ścieżki tak daleko jak ich tereny na powierzchni. Stolicą było wtedy Kal Sharok — przedstawił sytuację. — Przegraliśmy jednak zbyt wiele bitew, straciliśmy nasze golemy i nasze terytorium. Teraz po imperium pozostały tylko zawalone tunele pełne pomiotów.
— Gdzie leży Kal Sharok? — spytała zdumiona Ellen; nigdy nie słyszała tej nazwy.
— Po drugiej stronie starego imperium. Podczas ostatniej Plagi królowie Orzammaru wiedzieli, że nie utrzymają wszystkich twierdz. Zamknęli więc Głębokie Ścieżki, porzucając mieszkańców oddalonych osad. — Przymknął oczy, jakby wspominał druzgoczące chwile. — Był to jedyny sposób na przeżycie. Poza nami tylko Kal Sharok przetrwało Plagę. Dopiero niedawno odnaleźliśmy ich ponownie. Po dziś dzień nam nie wybaczyli.
— W jaki sposób straciliście golemy? — ciągnęła, zakołysawszy się z palców na pięty, by zobaczyć, co robili pozostali.
— Golemy wynalazł Patron Caridin, niezrównany geniusz kowalstwa. Przez wiele lat stanowiły one naszą broń w walce z pomiotami. Jeden golem jest wart w bitwie tuzina krasnoludów — wyjaśnił; jego spojrzenie zwróciło się na słuchającą w milczeniu Shale. — Jednakże thaig Caridina leży w odległej części Głębokich Ścieżek. Gdy upadł, straciliśmy tajemnicę tworzenia golemów. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, znajdziesz tu książki na ten temat. — Wskazał regały po lewej.
— Golemy takie jak ten? — podsunął Alistair, pokazując Shale.
— Tak. W Orzammarze pozostało ich tylko kilka tuzinów. Nie poznaję tego egzemplarza — mruknął zafrapowany. — Gdzie go znaleźliście? Każdy golem jest dla nas cenny. Zapłacimy za niego znaczną sumę…
— Prędzej wskoczę do lawy — parsknęła Shale.
— Szkoda — zmartwił się rzeźbiarz.
— Co to jest thaig? — zadała ostatnie nasuwające się na myśl pytanie Ellen.
— Thaigi są dla nas tym, czym kolonie dla powierzchniowców.
— Bardzo dziękujemy — mruknęła, uśmiechając się grzecznie. — Będziemy już iść. Miło się rozmawiało — dodała, unosząc dłoń.
— Wasza wizyta tutaj została odnotowana we Wspomnieniach. Szkoda, że nie wiem jeszcze, co oznacza — westchnął, pocierając brodę.

Po wyjściu ze Skulptorium Ellen zatrzymała całą grupę. Popatrzyła po zebranych, uśmiechnęła się, koniec końców podpierając się pod boki. Wojownicy w milczeniu czekali, aż powie, co postanowiła.
— Sytuacja wygląda tak: nie wiadomo, w co ręce włożyć — zaczęła. — Jest kilka spraw, które wymagają szybkiego rozwiązania, ale cholera wie, czy to się uda. Dlatego ja i Alistair pójdziemy do Kongresu i wyszarpniemy tę pomoc choćby siłą — postanowiła, przenosząc wzrok na Strażnika.
— Samotne starcie z polityką? Zawsze o tym marzyłem — mruknął rozbawiony, uśmiechając się.
— Pozostali – wróćcie do dzielnicy gminu, znajdźcie jakąś karczmę, odpocznijcie. Dowiedzcie się, czy można wynająć pokoje. Nie wiadomo, czy nie będzie trzeba czekać do jutra na rozwiązanie sprawy — podjęła wątek. — Natomiast jest jeszcze jedna sprawa. — Odwróciła się do Leliany oraz Wynne.
— Mamy się bać? — mruknęła rozbawiona łuczniczka.
— Ponieważ ten problem zawdzięczam po trochu wam, miałabym prośbę — odparła, pokręciwszy głową. — Udajcie się do Kręgu. Opowiedzcie o tej nieszczęsnej Dagnie. Boję się, że jeśli mnie tu jeszcze spotka, zamieszka mi w bagażu, byle ją zabrać do magów — skwitowała z ciężkim westchnieniem.
— W porządku. To nie brzmi trudno — stwierdziła Leliana. — My dwie?
— I Shegar. Dla ochrony. Pomożesz im, piesku, prawda? — zwróciła się do pupila, uśmiechając się słodko.
Ogar zaskomlił niezadowolony, popatrzył na dwie panie, którym miał towarzyszyć, na właścicielkę, po czym skapitulował. Sapnął i ruszył do nowych opiekunek, leniwie kołysząc ogonem. Strażniczka uśmiechnęła się szeroko.
— Cudownie. No, to teraz się rozejść. Módlcie się, żebym nie rozjuszyła całego Orzammaru — poprosiła rozbawiona.
— Cóż, asysta w postaci Alistaira z pewnością nie przysłuży się sprawie — mruknęła zgryźliwie Morrigan.

8 komentarzy:

  1. Byłam, przeczytałam, zapomniałam, co myślałam xD.
    A nie! Pamiętam, że totalna dezorientacja Ellen mnie urzekła. I świetna orientacja Zevrana, który najwyraźniej poczuł się jak ryba w wodzie. Ach i fanuję trzymanie przy Ellen Alistaira <3 No i wyrażam poparcie za wysłanie Wynne oraz Leliany ze sprawą Dagny. Znaczy, że Wynne nie schodzi na Głębokie? Ale fajnie by było!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To brzmi jak ja i wykłady. :D
      Ellen i polityka krasnoludów, robisz to źle, w skrócie. Fajnie się to pisało, pamiętając, że ktoś tu musi uratować świat. Zevran potrafi się wszędzie poczuć jak ryba w wodzie, im dłużej go znam, tym bardziej mnie zdumiewa.
      Trzymanie Alistaira przy Ellen, w sensie że mamy teraz papużki nierozłączki? Skoro już rozwinęłam ten wątek, niech coś mają z tego związku...!
      Zobaczysz, jak to rozwiązałam. Próbowałam być, generalnie sprytna. Jak wiadomo, nie jest to moja najmocniejsza strona, a dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło, czy coś tam.

      Usuń
    2. Heh, u mnie to samo :P.
      Prawda. A niech świat spłonie, co tam będą sobie zawracać głowę! xD Przecież Ellen ma zgładzić Howe'a, resztą niech zajmą się sami. W sumie pewnie masz rację z Zevranem (on się pojawia w dalszych częściach? Bo coś mi się obiło o uszy).
      Tak! Popieram, niech się cieszą, póki mogą ;D.
      Oho, więc przypuszczam, że początkowo Ellen poprze króla przeciwnego do tego, którego wybierze ostatecznie. W ogóle nie rozumiem, czemu jako krasnolud szlachcic nie można się wepchnąć na stołek...

      Usuń
    3. Ellen jeszcze nie wie, że będzie mieć ku temu okazję. Jak się dowie, to będzie pewnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! W ogóle, to takie straszne, że z tokiem tej historii jej moralność robi się chybotliwa. W sensie, no. Takie miałam przemyślenie. She was hardened, czy coś.
      Tak, pojawia się w DA2 in persona, a w DAI można z nim współpracować listownie, że tak powiem. Za każdym razem zachowuje się tak, jakby moje postaci nie mogły się bez niego obyć. Jest świetny.
      Wydaje mi się, że to kwestia ichniej kultury. Jej restrykcyjność jest jeszcze podkreślona w DAI - no bo wiesz, ten krasnolud-szlachcic zobaczył niebo. Gdyby nie to, że należy do Strażników, nie miałby wstępu do Orzammaru, bo tam nie wolno wchodzić "niebolubom". Zapatrzonym w niebo delikatniej rzecz ujmując. To mniej więcej ten sam powód, dla którego mag nie może zostać królem/królową Fereldenu.

      Usuń
    4. To ja myślałam, że już dawno na to wpadła! Co poradzisz - jaki świat taka moralność, czy coś... Poza tym na razie nic takiego strasznego nie zrobiła xD.
      Pewności siebie Zevrana starczyłoby do obdzielenia jakiegoś większego miasta i jeszcze by zostało :P.
      Ech to niebo... Przy tych wszystkich reformach, które chce wprowadzić Bhelen (i wprowadza lub ginie), władca powierzchniowiec nie wydaje się tak zaskakujący. No, a poza tym robiłam złą krasnoludzicę i co? Figusa! Maga jakoś łatwiej mi zrozumieć, bo chyba nikt nie przepada za magami, a i powód jest znacznie sensowniejszy.

      Usuń
    5. Nie chodzi o jej czyny, ale sposób myślenia, który się zmienił przez ten czas. Nie musi od razu mordować szczeniaczków, żeby jej moralność się zepsuła.
      Ale Dalijka też nie może zostać władcą Fereldenu. Niemniej aktualnie krasnoludy i qunari to najmniej "zwrócone uwagi" rasy w grze. Liczę na to, że trochę się nimi zainteresują, zwłaszcza po DLC Zstąpienie. Co tam się działo... anyway, nadal jestem bardziej z ludźmi i elfami, co nie zmienia faktu, że krasnoludy lubię bardzo. Qunari jeszcze nie do końca czuję.

      Usuń
  2. Pewnie mnie się tutaj nie spodziewałaś, ale, cóż, potrzebuję odskoczni, a wiem, że znów zrobiłam sobie dosyć spore zaległości. Spokojnie, ciągle myślę o tym "życiu" tutaj w tych rejonach Internetów, dlatego postanowiłam złapać nieco czasu na lekturze Twoich dzieł <3 Jakby nie patrzeć, zawsze dawały mi kopa, a ostatnio coś chodzi za mną napisanie czegoś - czy to do HF, czy to do WOD, by moje umiejętności nie pokryły się kurzem ;P
    Fajnie jest czytać aktualne wydarzenia z Orzammaru i konfrontować je z tym, jak siedziałam i grałam (a dziwnym trafem to Orzammar zapadł mi najmocniej w pamięć, może dlatego, że człowiek spędza tam od cholery czasu, by ogarnąć cały ten pierdolnik xD). Super pokazałaś totalne zagubienie Ellen - nadal podziwiam, jak super udaje Ci się tchnąć w życie w postaci z gry (nadal uważam, że mi to kompletnie nie wychodzi, ale hej, nie od razu Kraków zbudowano! ;P, a tekst rzucony do Alistara o tym, jakie to przywództwo odnalazł w kołyszących biodrach zrobiło mi dzień, serio ;P To było tak naturalne i urocze, że aż ujęło mnie za serduszko! <3
    Jestem ciekawa, jak dalej pokażesz ich zmagania w Orzammarze - chodzi mi np. o wyprawę do Kręgu, bo resztę w sumie znam z gry i wiem, ile jeszcze pierdzielenia się mają nasi bohaterowie przed sobą :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze cię znów widzieć! Mam nadzieję, że czujesz się już trochę lepiej, skoro nawet twórcze myśli cię nawiedzają w te grudniowe wieczory. :D
      No, w Orzammarze spędza się od cholery czasu. Cieszę się, że właśnie dziś zebrałam materiał z ostatnich fragmentów - ulepię z tego jakieś trzy, cztery rozdziały i wsio!, ruszamy dalej.
      Cóż, że pozwolę sobie sparafrazować Martina: "po prostu traktuję ich jak ludzi". :D To przychodzi z czasem. Kiedy zaczyna się rozumieć, jak działa ludzka psychika, kiedy rozumie się kanoniczne postaci takimi, jakimi są, po prostu umie się je ze zrozumieniem napisać.
      Taaaak, też bardzo lubię ten tekst! Biedny Alistair, co on ma z tą Wynne. xD
      Cóż, próbowałam być sprytna i przebiegła. Jak mi to wyszło, przekonamy się niebawem, he!

      Usuń