wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział 1.91 - Szlacheckie rozgrywki



Budynek Kongresu powitał ich długim korytarzem, który w połowie się poszerzał, tworząc po bokach przytulne miejsce do odpoczynku. Strażników jednak interesowały metalowe drzwi wieńczące przejście – to za nimi najpewniej odbywały się obrady. Ruszyli raźnym krokiem w odpowiednią stronę; Ellen musiała przyznać, że od kiedy porozmawiała z rzeźbiarzem wspomnień, poczuła się spokojniej. Na pewno jeszcze wielu rzeczy nie zrozumie, ale przynajmniej nie będzie się zachowywała jak całkowita kretynka.
Przy zamkniętych drzwi stał wartownik. Zza metalowej płyty dobywały się stłumione, zniekształcone głosy, przez co Couslandka nie potrafiła orzec, o czym krasnoludy rozmawiały. Popatrzyła niepewnie na milczącego strażnika, brodatego nieznajomego zapatrzonego w dal.
— Odbywa się posiedzenie Kongresu — poinformował, zauważywszy ich konsternację. — Wejdźcie po cichu, jeśli pragniecie je obserwować.
— Dziękuję — mruknęła półgłosem i dopiero wtedy pchnęła drzwi.
Wślizgnęli się do pomieszczenia i czym prędzej stanęli za jednym z filarów, by przyjrzeć się obradom. Sala przypominała wyglądem arenę – ławy rozstawione były na planie koła, stopniowo się wznoszące przy każdym rzędzie, a na samym dole, w środku konstrukcji, tkwił jeden elegancko ubrany, starszy krasnolud. Pozostałe zajmowały miejsca na ławach, dyskutując zaciekle – czy nawet się przekrzykując.
— Twój rozum obrócił się w kurz, jeśli ci się zdaje, że pozwolimy przejść tej uchwale — warknął jeden z deszirów, celując palcem w rozmówcę po drugiej stronie sali. — Połowa naszych rodów zbankrutowałaby bez handlu z powierzchnią.
— Propozycja pozostaje w mocy do chwili, gdy będziemy mieć króla, który dopilnuje, żeby powierzchniowcy okazywali nam należny szacunek! — oburzył się krasnolud.
— A ty w tym czasie będziesz w idealnej pozycji, żeby przejąć wszystkie kontrakty. Prędzej nadzieję twój łeb na pikę! — zawołał, zrywając się z miejsca.
— Deszirowie, panowie i panie Kongresu: musiałem już raz podwoić ilość strażników, by zapobiec przemocy — zabrał głos krasnolud znajdujący się w centrum pomieszczenia. — Czy będę musiał wezwać ich jeszcze więcej?
— Sekretarzu Bandelorze, sympatycy Bhelena związują nam ręce trywialnymi sprawami! Równie dobrze mogliby otworzyć nas na niebo! — zwrócił się do niego najbardziej rozgniewany deszir, uderzywszy pięścią w ławę.
— Proponuję głosowanie — wtrąciła milcząca do tej pory krasnoludka, uniósłszy dłoń, żeby zwrócić na siebie uwagę.
— A ja proponuję skosztować smaku mojej buławy, ty… — zaczął deszir, którego propozycja spotkała się z ostrą odmową.
Dość! — ryknął sekretarz. — Ogłaszam przerwę w obradach, dopóki członkowie Kongresu nie opanują swych emocji!
Po sali przetoczył się pomruk – częściowo aprobaty, a częściowo dezaprobaty. Krasnoludy zaczęły podnosić się z miejsc, natomiast sekretarz Bandelor ruszył ku drzwiom. Ellen, przesunąwszy spojrzeniem po zebranych, doszła do wniosku, że to moment, w którym należało wyjść. Nie zdążyła zawrócić – Alistair pociągnął ją za łokieć ku drzwiom, zanim podjęła decyzję. Oboje stanęli w korytarzu, obserwując opuszczające komnatę bogato odziane krasnoludy. Wszystkie łypały na nich bardzo nieprzychylnie.
— Szlachta tak zawsze? — zainteresował się Strażnik, zwróciwszy się półgębkiem do milczącej towarzyszki.
— Nawet sobie nie wyobrażasz. Poczułam się jak w domu — odparła równie cicho i posłała mu pełen przekąsu uśmiech.
— Zapomniani przez Kamień idioci i kurzalce… — rozległ się wściekły głos Bandelora, który jako ostatni wyszedł z komnaty. — Przykro mi. To jest Kongres Klanów. Wstęp mają tylko deszirowie i oficjalni goście — zwrócił się ostrzej do zdezorientowanych Strażników, mrużąc oczy.
— Obserwujemy jedynie. Nie zwracaj na nas uwagi — poprosiła Ellen, uspokajająco unosząc ręce.
— Na Kamień! No tak, jesteście Szarymi Strażnikami — pojął, nabrawszy głęboko powietrza. — Zupełnie zapomniałem o wiadomości od strażnika bramy — wymamrotał bardziej do siebie, szarpiąc się za brodę. — Witajcie w Orzammarze, Strażnicy. Mam nadzieję, że wybaczycie nam ten bałagan. Strata króla była straszliwym ciosem — zwrócił się znów do nich i pochylił uprzejmie głowę. — Szacunek dla waszego bractwa jest powszechny, ale nie zostaniecie wysłuchani, póki na tronie nie zasiądzie król.
Strażniczka wymieniła z Alistairem zdruzgotane spojrzenie. Co prawda widziała, że trudno byłoby cokolwiek zaproponować przekrzykującym się deszirom, ale liczyła, że kogoś w końcu poruszyłaby kwestia Plagi. Sprawa zaczynała prezentować się coraz gorzej.
— Więc kto ma możliwości nam pomóc? — spytał Alistair.
— Dulin Forender, prawa ręka Harrowmonta, przebywa w jego posiadłości — odparł Bandelor. — Vartag Gavorn, przyboczny księcia Bhelena, często bywa tutaj, w siedzibie Kongresu. Chciałbym tylko móc zrobić coś więcej — westchnął zmartwiony, pokręcił głową, po czym bez słowa pożegnania zawrócił do sali Kongresu.
Strażnicy zostali na progu, odprowadzając go wzrokiem. Zapadło między nimi dość niezręczne, pełne zmartwienia milczenie.
— Jak to możliwe, że krasnoludy mają króla? — odezwał się wreszcie Alistair, marszcząc czoło. — Myślałem, że… wszystko poddają pod głosowanie czy coś w tym guście — przyznał powoli.
— Wydaje mi się, że… to trochę jak z naszym Zjazdem Możnych — uznała ostrożnie. — Tylko że oni mają Zjazd Możnych codziennie.
Strażnik wydał z siebie zduszony jęk, co szczerze Ellen rozbawiło. Zwróciła na niego wesołe spojrzenie, uśmiechając się.
— Musi im się tu bardzo ciężko żyć — zawyrokował poważnie.
— Zdecydowanie. Chodź, poszukajmy tych przybocznych cholernych — westchnęła, przeciągnęła dłonią po twarzy i ruszyła w drogę powrotną.
Na szczęście Bandelor miał rację. Dotarli do zakola tworzonego przez rozszerzone ściany korytarza, kiedy ktoś ich zaczepił. Zatrzymali się, zwracając zaskoczone spojrzenia na krasnoluda, który podniósł się z kamiennej ławy – pierwszego krasnoluda z bardzo szczątkową brodą, jakiego ujrzeli w Orzammarze.
— Witajcie, Strażnicy — odezwał się. — Zawsze wspaniale jest gościć w Orzammarze wasze bractwo. Jestem Vartag Gavorn, główny doradca dobrego księcia Bhelena. Jakie przynosicie wiadomości? — zainteresował się, posyłając obojgu uprzejmy, podszyty fałszywą grzecznością uśmiech.
Ellen westchnęła i kolejny raz tego dnia sięgnęła po dokumenty trzymane bezpiecznie w torbie przy pasie.
— Ten traktat zobowiązuje Orzammar do wysłania wojsk na powierzchnię — poinformowała, wręczając papiery Vartagowi.
 — Ach, to zaiste stare dokumenty — mruknął, przypatrując się im. — Podpisano je za czasów Eithnara Bemota, króla i Patrona. Szesnaście pokoleń temu. — Oddał własność Strażniczce. — Trudność polega na tym, że traktat zobowiązuje naszego króla, a nam w tej chwili takiego brakuje.
Couslandka z trudem powstrzymała się od zgrzytnięcia zębami. Naprawdę myślała, że po wstąpieniu do Straży uwolni się od politycznych meandrów – tymczasem to plugastwo dopadało ją zawsze w najmniej oczekiwanym momencie.
— Wojna z Plagą jest ważniejsza od polityki! — warknęła zdenerwowana.
— Nikt nie chce zakończyć tego konfliktu bardziej niż Bhelen — zapewnił Vartag, unosząc uspokajająco ręce. — Lecz póki on trwa, Orzammar nie może wysłać nikogo na walkę z ewentualną Plagą.
— „Ewentualną”? — powtórzył oburzony Alistair. — Ale Plaga jest już faktem!
— Wierzę wam. Ale co mamy zrobić? — westchnął krasnolud. — Gdyby Bhelen poszedł za głosem serca i wysłał żołnierzy na pomoc, straciłby tron. Pokonalibyśmy Plagę, a po powrocie zastalibyśmy dom zrujnowany przez nieudolnego tyrana — wytłumaczył pobłażliwym tonem, jakby rozmawiał z nierozgarniętymi dziećmi.
— A jeśli nie staniecie do walki, wasz dom ulegnie zagładzie — wytknęła bezlitośnie Strażniczka, krzyżując ręce na piersiach.
— Może uda wam się przekonać księcia Bhelena, że wasze intencje są czyste. Jeśli pokażecie mu, że nic nie łączy was z Harrowmontem, jestem pewien, że Bhelen wam pomoże — poinformował.
Ellen wymieniła spojrzenie z Alistairem, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Wspaniale, czyli co, teraz testy wierności? Nawet nie byli stąd, chcieli pieprzone wojsko i wrócą na powierzchnię, do diaska!
— Harrowmont rozpoczął kampanię przekupstw i wymuszeń, żeby przeciągnąć każdy ród na swoją stronę. Lecz jeśli ktoś obcy, neutralny zbliżyłby się do jego kluczowych zwolenników, posiadając być może niezaprzeczalne dowody oszustwa Harrowmonta… — ciągnął Vartag, uśmiechnąwszy się porozumiewawczo.
— Niezaprzeczalne dowody? Rozumiem, że ty je posiadasz? — rzucił z nieskrywaną kpiną Strażnik.
— Jestem pewien, że lord książę okazałby swą wdzięczność — dokończył, zignorowawszy młodzieńca.
— Jakiego rodzaju dowody? — spytała Ellen, marszcząc czoło.
— Harrowmont obiecał tę samą część jego posiadłości dwu różnym deszirom, lady Dace i lordowi Helmi. Harrowmont nie ma możliwości dotrzymać obu umów, lecz dowiedzą się o tym dopiero po głosowaniu — stwierdził i rozłożył bezradnie ramiona. — Mam kopie skryptów, które dał im Harrowmont. Gdy je zobaczą, prawdopodobnie zmienią stanowisko.
— Skąd wziąłeś te dokumenty? — mruknął podejrzliwie Alistair.
— To nieistotne! — zirytował się Vartag. — Jeśli zapytają, powiedzcie, że znaleźliście je, poszukując swojego traktatu w bibliotekach rzeźbiarzy.
Ellen wypuściła powietrze przez nos. Położyła dłoń na ramieniu Strażnika i nieznacznie pokręciła głową. Widząc to, Alistair zacisnął usta i przytaknął.
— Nie chcemy się w to mieszać — wypowiedziała na głos to, o czym oboje właśnie pomyśleli.
— Niech będzie, ale nie spodziewajcie się, że mój książę zobaczy w was kogoś więcej niż ignorantów z powierzchni — warknął zdenerwowany Vartag; odwrócił się na pięcie i bez pożegnania ruszył ku drzwiom sali Kongresu.
Strażnicy odprowadzili go spojrzeniem, czekając, aż zniknął w drugiej komnacie. Dopiero wtedy znów popatrzyli po sobie, nie kryjąc dezaprobaty wobec aktualnego stanu rzeczy w Orzammarze.
— Świetnie nam poszło — mruknął ponuro rozbawiony Alistair.
— Znakomicie. Właśnie dlatego nie mogłam zostać teyrnem Wysokoża — skwitowała Ellen, pokręciła głową i podążyła ku wyjściu z Kongresu. — Przez swoją impulsywność rozjuszyłabym cały Ferelden.
— Nie no, nie dałaś mu w zęby, to zawsze coś — spróbował ją pocieszyć, nie kryjąc rozbawienia.
Strażniczka uśmiechnęła się lekko. Wyszli do Diamentowego Zakątka, gdzie ich oczy znów ukąsiło gorące światło emanujące od przetaczającej się u stóp miasta lawy. Dziewczyna westchnęła ciężko i rozejrzała się po ulicy.
— To co? Próbujemy u Harrowmonta? — zagadnęła.
— Nic innego nam nie zostało — zauważył. — Poszukajmy tego drącego się krasnoluda, który wrzucał na Bhelena.
Ellen zachichotała i ruszyła w dół drogi. Wzrok zawiesiła na mijanych budynkach, musząc przyznać, że kryły w sobie pewne piękno. Pomimo całej surowości oraz, zdawałoby się, toporności. Mijając zamek, rozległ się głos obwoływacza Bhelena, który nieustannie próbował zdobyć uwagę przechodzących tędy szlachciców:
— Najnowsze wieści: popierając lorda Harrowmonta, działacie na własną zgubę! Eksperci twierdzą, że nie minie rok od chwili, gdy zostanie królem, a Orzammar opanowany zostanie przez mroczne pomioty! — krzyczał, wymachując rękoma.
— Myślisz, że ktokolwiek ich słucha? — mruknął Alistair, kiedy zostawili krasnoluda za plecami.
— Ze szlachty? Tylko zwolennicy danej strony. Drudzy ignorują. Gdyby chodziło tu więcej mieszkańców gminu, pewnie cieszyłby się większym zainteresowaniem — odparła, wzruszywszy ramionami. — To bardziej pokaz niż faktyczna kampania. Niewielu słucha takich głupot.
Wreszcie zza zakrętu wyłoniła się bogata, pełna przepychu posiadłość. Przy jej drzwiach kręcił się kolejny krzyczący krasnolud, z równie dużym zapałem próbujący zainteresować sobą mieszkańców Orzammaru:
— Pojawiają się pytania odnośnie zbliżającego się ślubu lorda Bhelena z prostą przedstawicielką bezkastowców! Podejrzewa się ich faworyzowanie!
— To chyba tu — stwierdził Alistair, przenosząc wzrok na ładnie zdobione drzwi. — Myślisz, że nas pogonią?
— Lepiej dla nich, żeby nie — burknęła ponuro i bez zawahania nacisnęła klamkę, wkraczając do nieznanego budynku.
Strażnik podążył za nią – znaleźli się w szerokiej sali oświetlonej błękitnawym płomieniem tlącym się w koszykowych kinkietach. Dokoła rozmieszczono wiele ław oraz stołów, wszystkie kamienne, ale wyłożone poduszkami. Rozsiedli się przy nich szlachcice, rozmawiając cicho. Od komnaty odchodziły trzy korytarze, wszystkie zamknięte oraz obstawione strażą. Ellen zatrzymała się, nie mając pojęcia, gdzie właściwie trafili.
— Witamy w posiadłości lorda Harrowmonta — odezwał się skromniej odziany krasnolud, prawdopodobnie służący. — Dulin Forender wyczekuje pod salą audiencyjną.
— Dziękuję — mruknęła Strażniczka, skinęła nieznajomemu głową, po czym ruszyła w stronę, którą służący wskazał.
Krasnolud zauważył ich pierwszy. Podniósł się od zajmowanego stołu, ukłonił się dwornie, po czym gestem zaprosił, by usiedli. Zaskoczona Ellen wymieniła spojrzenie z Alistairem, zanim odpowiedziała na to serdeczne powitanie skinieniem głowy.
— Słyszałem, że przybyli do nas Szarzy Strażnicy — stwierdził nieznajomy, siadając naprzeciwko Couslandki i Alistaira. — Jestem Dulin Forender, przyboczny lorda Harrowmonta wyznaczonego przez samego króla Endrina na następcę — przedstawił się. — Szerzą się pogłoski, że na powierzchnię może spaść Plaga. To wstyd dla całego Orzammaru, że nie jesteśmy w stanie udzielić pomocy. — Zmartwiony pokręcił głową.
Ellen westchnęła ciężko. Wydobyła z torby dokumenty i bez przekonania podsunęła je pod nos Dulina, powoli przestając wierzyć, by mogło to cokolwiek wskórać.
— Mam tu traktat, który zobowiązuje Orzammar do pomocy w walce z Plagą — poinformowała dość obcesowym tonem.
— Być może — przyznał, odsuwając papiery z powrotem do Ellen — i jest to z pewnością straszliwe zagrożenie dla powierzchni. Ale nawet gdyby jutro świat miał się skończyć, dziś lord Harrowmont nie może zignorować Bhelena — stwierdził spokojnie. — Lord Harrowmont nie może zaufać osobie, która nie udowodniła swej lojalności.
Tego było dla Strażniczki trochę za dużo. Uderzyła pięścią w kamienny stół i zerwała się z miejsca, pochylając się nad zaskoczonym Dulinem. Alistair natychmiast chwycił ją za nadgarstek, przestraszony, że mogła zrobić coś głupiego.
— Przestańcie się bawić w jakieś gierki! — krzyknęła, zwracając na siebie uwagę sporej części obecnej tu szlachty. — Traktat zobowiązuje was do pomocy!
Alistair siłą posadził ją z powrotem na ławie i na wszelki wypadek objął ramieniem w talii, mocno rękę zaciskając, żeby znowu nie wstała. Ellen nie zareagowała, wpatrując się ze złością w nadal opanowanego Dulina.
— Prosisz króla Orzammaru, by wysłał wojsko na powierzchnię, lecz w Orzammarze nie ma króla. Nie mamy też wojska — powtórzył cierpliwie. — W tej chwili żołnierze, którzy powinni walczyć z pomiotami, biją się na ulicach. Jeśli ta sytuacja nie zostanie rozwiązana, grozi nam wojna domowa! — westchnął, po czym spojrzał także na milczącego do tej pory Alistaira. — Jeśli pragniecie rozmawiać teraz z lordem Harrowmontem, musicie udowodnić, że nie zamierzacie zwrócić się później przeciw niemu.
— Więc chcecie, żeby cały świat na was zaczekał? — wycedziła przez zęby, napinając się, jednak nie spróbowała się wyrwać Alistairowi.
— Jeśli chcesz pokazać, że nie współpracujesz z Bhelenem, działaj przeciw niemu w imieniu Harrowmonta — zaproponował Dulin, uśmiechając się łagodnie. — Bhelen urządza jutro Próby, podobno by uczcić pamięć swego ojca. Deszirowie traktują je bardzo poważnie. Niestety Bhelen znalazł jakiś sposób, by groźbą lub szantażem skłonić najlepszych wojowników rodu Harrowmont do rezygnacji.
— Mamy się dowiedzieć, dlaczego wasi wojownicy się wycofali? — domyślił się Alistair, mocniej objąwszy zdenerwowaną Strażniczkę.
— To by wiele… wyjaśniło, choć mam nadzieję, że nie będziecie grzebać zbyt głęboko w sprawach, których nie chcą zdradzić — mruknął zmieszany. — Jeśli chcecie okazać swą lojalność, weź udział w Próbach jako czempionka jego lordowskiej mości. — Spojrzał na wzburzoną Ellen, zachęcając ją uśmiechem. — Biorąc pod uwagę reputację waszego bractwa, przodkowie z pewnością spojrzą na ciebie przychylnie. Bhelen nigdy nie współpracowałby z kimś, kto by go tak upokorzył. Wtedy Harrowmont nie bałby się z wami spotkać — stwierdził i pokiwał głową.
Ellen milczała długą chwilę. Wpatrywała się w Dulina z niechęcią, wreszcie odwróciła wzrok. Przyjrzała się ścianie, pod którą siedziała, zsunęła spojrzenie na posadzkę. Koniec końców zajrzała Alistairowi w oczy, szukając pomocy. Młodzieniec uśmiechnął się zrezygnowany, nie mówiąc nic.
— Wezmę udział w Próbach i zobaczymy, dlaczego inni się wycofali — zdecydowała z ciężkim westchnieniem.
— Doskonale — ucieszył się Dulin. — Arena jest położona przy dzielnicy gminu. Porozmawiaj z Mistrzem Prób i powiedz mu, że walczysz w imieniu lorda Harrowmonta — wyjaśnił. — Najważniejsi wojownicy, których straciliśmy, to Gwiddon i Bazyl. Możecie ich poszukać w pokojach, gdzie przygotowują się walczący, za areną. Zróbcie to przed rozpoczęciem walk. Po pierwszej rundzie nie można już zmieniać składu — dodał, podnosząc się z miejsca. — Jeśli będziecie potrzebować się ze mną spotkać, będę czekać w Oberży przy dzielnicy gminu. Nigdzie szybciej nie usłyszę wszelkich nowin, a może nawet wiadomości o twoim zwycięstwie. — Uśmiechnął się przyjaźnie, po czym ukłonił się i odszedł ku zamkniętym drzwiom, zostawiając Strażników.
Zapadła między nimi cisza. Alistair puścił Ellen, by mogła swobodnie wstać, ona jednak jeszcze kilka chwil siedziała, patrząc w blat. Wreszcie otrząsnęła się z ponurej zadumy, uśmiechnęła się niemrawo i popchnęła Strażnika delikatnie, żeby wypuścił ją z ciasnej ławy. Oboje podnieśli się i ruszyli do wyjścia, milcząc.
W Diamentowym Zakątku powitał ich gromki okrzyk obwoływacza, który – najwyraźniej – był niesamowicie dobrze poinformowany.
— Szara Straż przybywa do Orzammaru, by wesprzeć lorda Harrowmonta! — zaanonsował, wymachując rękoma.
— Szybko się rozeszło — podsumował rozbawiony Alistair. — Strach pomyśleć, jak prędko powstają plotki.
— Nie wyobrażasz sobie — mruknęła ponuro Ellen i ruszyła ku wyjściu z Diamentowego Zakątka.
Strażnik podążył za nią, przypatrując się zgaszonej dziewczynie z troską. Przez kilka chwil zastanawiał się, co mógłby powiedzieć, by podnieść ją na duchu, kiedy niespodziewanie zatrzymała się z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Także młodzieniec popatrzył w stronę, w którą się zapatrzyła.
Przed nimi kłóciło się dwóch krasnoludów – jeden jasnowłosy, z elegancko zaplecionymi wąsami, nienagannie ubrany oraz czysty, drugi natomiast rudy, z podkrążonymi oczami, o poszarzałej twarzy oraz brodzie z resztkami ostatniego posiłku. Ich głosy niosły się gromkim echem po spokojnym Diamentowym Zakątku:
— Niedługo miną dwa lata! Na wszystkich skutwiałych przodków, jak wy możecie to ignorować? — wściekał się zaniedbanym krasnolud.
— Branda nie wyruszyła sama, Oghrenie. Zabrała ze sobą cały ród. Oprócz ciebie — wytknął z naciskiem szlachcic, patrząc na rozmówcę z nieskrywaną pogardą.
— Branda? To ta Patronka — mruknął w zamyśleniu Alistair.
— Idź już do Oberży się uchlać. Obaj dobrze wiemy, że tak to się kończy — poradził Oghrenowi krasnolud.
— Sądzisz, że boję się jakiegoś młodzika, co go ledwo matka odstawiła od cycka? — warknął wściekły, zaciskając dłonie w pięści. — Ja mu…
— Jeśli chwycisz za broń lub zaatakujesz choć jednego mieszkańca Orzammaru, zostaniesz wygnany z rodu i kasty — przypomniał chłodnym głosem. — Na pewno nawet ty tego nie zapomniałeś. Wynoś się stąd, zanim zawołam strażnika — zażądał ostro.
Oghren otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale potrząsnął głową i zawrócił. Skierował się do wyjścia z Diamentowego Zakątka kołyszącym się krokiem, ignorując rzucane mu po drodze pełne pogardy oraz kpiny spojrzenia. Ellen zmarszczyła czoło, odprowadzając krasnoluda wzrokiem.
— Uwierzycie? — odezwał się niespodziewanie szlachcic. — Oghren nie należy już właściwie do Kasty Wojowników, a sadza tu rzyć, jakby miał do tego święte prawo — prychnął oburzony.
— Co masz na myśli, mówiąc, że „nie należy już właściwie do Kasty Wojowników”? — zainteresował się Alistair.
— Cóż, zabił najmłodszego lorda Meino w pojedynku toczonym do pierwszej krwi. — Wzruszył ramionami. — Wybuchł wielki skandal. Oghren powinien zostać stracony, ale wyróżnił się podczas walk na Głębokich Ścieżkach. Dlatego odebrano mu broń i zakazano wdawania się w pojedynki w granicach miasta. Jeśli złamie zakaz, czeka go wygnanie — wytłumaczył.
— O co spieraliście się z Oghrenem? — spytała Ellen, oderwawszy spojrzenie od miejsca, w którym straciła krasnoluda z oczu.
— Minęły już dwa lata, odkąd Branda nas opuściła. Nikomu jeszcze nie udało się przeżyć tak długo na Głębokich Ścieżkach — mruknął ze smutkiem. — Kilka grup, które za nią wysłano, wróciły z pustymi rękami, a Oghren wciąż chce narażać kolejne krasnoludy.
— Czemu Oghrenowi tak zależy na Brandzie? — rzuciła zaskoczona, unosząc brwi.
— Branda nadal jest jego żoną, nieprawdaż? — westchnął z dezaprobatą. — Mimo że porzuciła go, wyruszając z całym ich rodem na Głębokie Ścieżki.
— Dlaczego tam wyruszyła? — odezwał się Alistair, wymieniwszy spojrzenie z Ellen.
— W pogoni za jakimś starym skarbem. Była bardzo tajemnicza. Wręcz niegrzeczna — dodał z nutą niezadowolenia. — Powiedziała, że nigdy nie chciała zakładać rodu szlacheckiego, że w nosie ma politykę i że jesteśmy zajęci zbyt małostkowymi kłótniami, żeby kiedykolwiek pokonać pomioty — opowiedział, co – nie wiedzieć dlaczego – wywołało na ustach Alistaira rozbawiony uśmiech. — Posuwała się nawet do gróźb wobec każdego, kto powiedział, że pójdzie jej śladem.
— Brzmi to zaskakująco znajomo — mruknął Strażnik, posławszy Ellen wymowne, pogodne spojrzenie.
Couslandka zerknęła na niego oburzona i wzruszyła ramionami. Wymusiła na ustach uprzejmy uśmiech skierowany do krasnoluda, po czym skinęła mu głową.
— Dziękujemy za rozmowę. Czas już na nas — pożegnała się.
— Jeśli natraficie na jakiegoś strażnika, powiedzcie mu, że Oghren znowu się awanturował — poprosił, zanim sam odszedł.
Nie ruszyli się z miejsca, póki nieznajomy dostatecznie się nie oddalił. Dopiero wtedy zrezygnowana Ellen podjęła marsz ku kamiennym wrotom, które prowadziły do dzielnicy gminu. Ku własnemu nieszczęściu jednak nie dotarła do celu – Alistair niespodziewanie pociągnął ją za rękę i wprowadził między dwa domostwa, gdzie panował cień oraz spokój. Sapnęła zaskoczona, zatrzymując się pod ścianą.
— Teraz mi powiesz, co cię gryzie — poinformował Strażnik, ująwszy jej brodę, żeby nie mogła odwrócić spojrzenia.
Westchnęła zrezygnowana, opuszczając ramiona.
— Po prostu… widzisz, co my robimy? Ładujemy się w szlacheckie rozgrywki, podczas gdy na powierzchni giną ludzie — mruknęła cicho. — I jeszcze mogłabym to przełknąć, gdybyśmy faktycznie robili coś dobrego.
— A nie robimy? — spytał, przechylając głowę. — Wiesz, oni się tu mordują na ulicach, bo nie mają króla. To trochę kiepsko.
— No tak, ale… i Bhelen, i Harrowmont wydają się złem wcielonym, nie sądzisz? — parsknęła zdenerwowana. — To tak, jakby wybrać między… między… Loghainem a Howe’m — podsunęła, zacisnąwszy usta. — I to w dodatku wybieramy my. Którzy w ogóle ich nie znamy. Może właśnie próbujemy wesprzeć potwornego tyrana oraz uzurpatora?
Alistair westchnął ciężko, jakby wątpliwości Ellen go przytłoczyły. Wsparł swoje czoło o jej i pogłaskał ją po policzku, sprawiając, że wypuściła wstrzymywane powietrze. Przymknęła powieki, powoli się uspokajając.
— Wiesz, jeśli pytać mnie o zdanie, to jednak wybrałbym Loghaina. Mimo całego zła, które wyrządził. Bo poza mordowaniem zna się na rzeczy — stwierdził cicho. — A Howe jest zwykłym zbrodniarzem.
Strażniczka zająknęła się, spojrzała w bok, po czym schowała twarz w ramieniu Alistaira i mocno się do niego przytuliła. Młodzieniec uśmiechnął się lekko i pogłaskał ją po głowie, przyciągnąwszy do siebie.
— A jeśli właśnie wskazaliśmy Howe’a, nie Loghaina? — spytała stłumionym głosem.
— Nasze słowo nie musi być decydujące, prawda? My chcemy tylko armię. Może po prostu nasze działanie popchnie Kongres, by podjął decyzję. A może robimy słusznie — zamruczał łagodnie. — Wiesz, nie dowiemy się tego ani dziś, ani jutro. Ani może nawet za życia. To trochę lipnie, ale tak to działa.
Ellen zaśmiała się cicho, w jej głosie rozbrzmiała szczera ulga. Westchnęła, odchyliła głowę i spojrzała na młodzieńca, uśmiechając się lekko.
— Nasze czyny osądzi historia, tak? — podsunęła z drobnym przekąsem.
— Zostaniemy wspaniałą legendą przekazywaną z ust do ust przez pokolenia. Cholera tylko wie, czy ku przestrodze, czy ku pokrzepieniu serc — odparł, szczerząc zęby.
Strażniczka roześmiała się głośniej, znów wtulając się w ramiona Alistaira.
— Na oddech Stwórcy, nienawidzę historii.

2 komentarze:

  1. Jak już nadrabiać, to za jednym zamachem, a co! :) Przy okazji znalazłam błędzik:
    "Przy zamkniętych drzwi stał wartownik." - zeżarło kilka literek i nie powstało przez to 'drzwiach' :)
    Hm, jestem cholernie ciekawa, kogo 'wesprzesz', zważywszy na to, że pod koniec zadań w Orzammarze trza zdecydować, kogo się popiera. Czy nawet wcześniej... Anyway, ja bodajże poparłam Hor... no tego kolesia wyznaczonego przez poprzedniego króla, haha ;P
    Końcóweczka taka słodka! :D Bardzo ich lubię, gdy są razem - te sprzeczki, przekomarzania, ogółem chwile, gdy są razem i faktycznie widać, że są parą, są super (albo to ja jestem niepoprawną romantyczką i jarają mnie takie rzeczy...), w każdym razie tym mocniej jestem ciekawa, jak rozwiążesz wszystkie sprawy w Orzammarze (i czy poświęcisz czas na takie śmieszne zadanka jak łapanie tych łysych szczurków, co o nich kiedyś wspominałam ;P)
    Lecę nadrobić ostatni rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, masz ci los, człowiek poprawia, sprawdza, czyta sto razy, a coś takiego zawsze gdzieś umknie. Podłość.
      To Harrowmont, przynajmniej z pierwszą literką trafiłaś. :D Względnie należy się opowiedzieć po czyjejś stronie na samym początku, a potem można podle zdradzić w ostatniej chwili. Więc Orzammar to jedna wielka polityczna intryga :D (a poprzedni król miał na imię Endrin!).
      Cieszę się, że się udali. Chciałabym, żeby wszelkie romantyczne relacje były integralną częścią postaci, nie je definiowały, dlatego dość podejrzliwie patrzę na własne literackie wyczyny. :D
      Łyse szczury to bryłkowce, to naprawdę nie jest trudna nazwa!

      Usuń