czwartek, 10 grudnia 2015

Rozdział 1.92 - Oberża



W dzielnicy gminu panował spokój. A przynajmniej tak wydawało się Ellen, kiedy razem z Alistairem przemierzali szeroki chodnik, przypatrując się mijanym przechodniom, budynkom oraz straganom. Nagle poczuła się cudownie lekko oraz swobodnie – dzięki Strażnikowi zapomniała o zmartwieniach i czas wypełniała im ożywiona dyskusja, żarty, a także pokazywanie sobie co ciekawszych zjawisk. Ellen starała się nie być uszczypliwa w stosunku do nieznajomych, ale kilka krasnoludów zaplotło brody w tak niecodzienny sposób, że nie umiała tego nie wytknąć.
Nastrój zepsuł się wraz z chwilą, kiedy zbliżyli się do rozdroża, z którego rozpoczynali przygodę z Orzammarem. Na samym rogu znajdował się sklep, żelazno-drewniany szyld był tak stary, że nie dało się poznać wyrytych na deskach kształtów. Co ciekawsze jednak, przed drzwiami stał przerażony właściciel przybytku otoczony przez grupę uzbrojonych nieznajomych. Ellen przechyliła głowę, przyglądając się dziwnym tatuażom, które mieli pod oczami. Chwyciła Alistaira za rękę i zatrzymała, przysłuchując się rozmowie.
— Chodzą po mieście słuchy, że pewien kupiec spóźnia się z płatnościami — zamruczał stojący najbardziej z przodu grupy krasnolud, uśmiechając się szyderczo.
Właściciel sklepu skulił ramiona. Strażniczka, przyjrzawszy się mu, orzekła, że nie był już najmłodszy – brązowe włosy przecinały pasma siwizny, na twarzy malowało się zmęczenie. Pomimo wyraźnego strachu wyglądał jak ktoś, kto spodziewał się nieprzyjemnego obrotu sytuacji.
— Ja… — zająknął się zrezygnowany. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz, spłacam długi… — zaczął, patrząc w bok.
— A co z długami zaciągniętymi u Jarvii, twojej dobrej przyjaciółki, która wspaniałomyślnie cię ochrania? — przerwał mu szantażysta. — Nie jest łatwo dopilnować, żeby nie stało się nic złego, żeby jakiś bandzior nie przyszedł i… nie spalił ci sklepu… — wyjaśnił, przewrotnie się uśmiechając.
— Mój sklep! — zachłysnął się. — Błagam… nie mam wiele. Interesy idą źle… krasnoludy się boją… P-powiedz Jarvii, że zdobędę pieniądze…
— Jarvii nie wystarczą twoje obietnice, starcze — warknął zirytowany. — Chodźmy do środka i zobaczmy, co schowałeś na czarną godzinę. — Machnął na uzbrojonych towarzyszy, którzy ochoczo zmusili nieszczęsnego kupca, by wszedł do sklepu.
Drzwi zatrzasnęły się za nimi, nikt jednak nie zwrócił na ten incydent uwagi. Kilku mieszkańców Orzammaru zerknęło w tę stronę, po czym poszli dalej, zajęci własnymi problemami. Zdruzgotana Ellen zmarszczyła czoło – czy naprawdę nikt nie zamierzał interweniować? Spojrzała na zmartwionego Alistaira.
— Nie możemy tego tak zostawić — zauważyła nerwowo.
— Nie możemy. Ale jeśli dojdzie do walki… — Popatrzył na nią zrezygnowany, licząc, że sama sobie dopowie.
— Nie dojdzie. Chyba. Nie wiem. Chodź, trzeba coś zrobić — żachnęła się i pociągnęła towarzysza ku zamkniętym drzwiom.
Weszli do sklepu w momencie, w którym kupiec pochylał się za ladą, by wydobyć ze swoich skrytek zaskórniaki. Ellen wmaszerowała do środka śmiało, wysoko unosząc głowę, Alistair natomiast przyjrzał się zebranym wojownikom, poważnym spojrzeniem oceniając szanse w ewentualnej walce.
— Mam tylko tyle — mruknął słabo kupiec, wyciągając szkatułkę. — Jeśli coś sprzedam, mogę zdobyć więcej…
— No-no-no — odezwał się przywódca rabusiów, zwróciwszy się przodem do intruzów. — Gość w dom, Patron w dom. Twoja znajoma? — odezwał się do zdumionego krasnoluda.
— Coś nie tak, przyjacielu? — spytał łagodnie Alistair, stając tuż za Ellen. — Grożą ci? — Popatrzył przeciągle na uzbrojonych.
— Błagam — sapnął przerażony kupiec. — Nie mieszajcie się w to. Nie wiecie, jacy oni są! — zawołał wyższym głosem.
— A więc pozwól, że się zapoznamy. — Przywódca uśmiechnął się szyderczo. — W Orzammarze nastały niebezpieczne czasy, nieznajomi. Na nasze szczęście miłosierna Jarvia chce nas chronić przed chaosem. Macie na sobie nieliche odzienie — skomentował, mierząc ich spojrzeniem. — Ktoś może uznać, że warto by was obrabować. Więc jeśli chcecie, żeby Kartel zagwarantował wam bezpieczeństwo, będzie was to kosztować jedyne dziesięć złotych suwerenów. Inaczej wszystko może się zdarzyć — podsumował lekko.
Ellen zmarszczyła czoło. Im dłużej przebywała w tym mieście, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że bardzo niewiele o nim wiedziała. Nabrała powietrza i skrzyżowała ręce na piersiach.
— Kartel? — powtórzyła zdezorientowana.
— Postaraj się wiedzieć więcej o miejscach, które odwiedzasz — warknął rozjuszony rabuś, postąpiwszy do Strażników kilka kroków. — Kartel to fundament interesów w Orzammarze. To komercyjna spółka podobnie myślących osób, które zarabiają pieniądze w sposób najbardziej odpowiadający ich talentom.
Strażniczka parsknęła gniewnie i zmierzyła go pełnym nienawiści spojrzeniem. Alistair zacisnął dłoń na jej łokciu, jakby się bał, że dziewczyna zaraz skoczy do walki.
— Czyli banda złodziei i reketerów — skwitowała ostrym głosem.
— Ty mówisz „reket”, ja mówię „uczciwy interes” — odparł, przymrużywszy oczy. — Ty mówisz „złodziej”, ja mówię „martwy człowiek” — dodał z naciskiem.
Ellen opuściła ręce tak niespodziewanie, że wyrwała się z uścisku Strażnika. Stanęła z nim ramię w ramię, po czym uśmiechnęła się szyderczo.
— Przyjrzyj nam się dobrze — zaproponowała. — Naprawdę chcesz z nami zaczynać?
Krasnolud zmarszczył czoło, chwilę rozważając sprawę, po czym potrząsnął głową. Uniósł obronnie ramiona, podczas gdy Ellen uśmiechała się triumfalnie.
— Ej, ej, spokojnie — poprosił. — Dobra, wygrałaś. Nie będę umierać za dziesięć zawszonych suwerenów.
W następnej chwili skinął na swoich ludzi i ruszył ku wyjściu ze sklepu. Mijając zadowoloną z siebie Strażniczkę, splunął jej pod nogi. Nie zareagowała, razem z Alistairem odprowadziła złoczyńców spojrzeniem, czując przemożną ochotę, by wbić któremuś sztylet w plecy. Zdołała się jednak powstrzymać.
— Niechaj wam przodkowie błogosławią za ocalenie mego biednego sklepiku — odezwał się drżącym głosem kupiec, wyłaniając się zza lady, za którą do tej pory się krył. — Nie wiem, jak mógłbym się wam odwdzięczyć.
— Co wiesz o tej Jarvii? — spytała Ellen, odwracając wzrok od zamkniętych drzwi.
— Nigdy jej nie spotkałem, oczywiście. Mówią, że nie opuszcza Kurzowiska. — Widząc skonsternowane miny Strażników, pośpieszył z tłumaczeniem: — To, hm, starsza część miasta, w której gromadzą się bezkastowcy. To ona, Jarvia, stoi za tą całą nieprawością. Od śmierci króla Endrina stają się coraz zuchwalsi — poskarżył się, wzdychając. — Dawniej stanowili problem tylko w Kurzowisku, ale teraz kręcą się także po dzielnicy gminu, wymuszając pieniądze od uczciwych obywateli.
— Co wiesz o jej Kartelu? — drążyła, wymieniwszy spojrzenie z Alistairem.
Dokądkolwiek nie poszli, zawsze w coś wdepnęli. Czy na tym świecie nie było chociaż jednego zakątka, w którym nie działoby się źle?
— To banda rabusiów bez kasty — parsknął z pogardą. — Rządzą orzammarskim półświatkiem. To przestępcy i dzieci przestępców. Sami przodkowie uznali, że ich winy są nie do odkupienia — podsumował.
Ellen pokręciła z niedowierzaniem głową, zdumiona surowością, z jaką przestrzegano podziałów. Może i na powierzchni bywało podobnie, ale człowiek z ludu mógł ubiegać się o pozycję szlachcica. Dało się zapracować na szacunek.
— Rozdział między kastami jest doprawdy ogromny — wypowiedział na głos jej własne myśli Alistair.
— Ci bezkastowcy wszyscy są tacy sami — stwierdził kupiec. — Żebracy, bandziory i mordercy – co do jednego. Muszę was przeprosić — zmitygował się szybko, nabrawszy powietrza, i schował szkatułkę. — Wdzięczny wam jestem za pomoc, ale nie sądzę, byśmy mieli o czym jeszcze rozmawiać.
— Trzymaj się — pożegnała się Ellen, podczas gdy Alistair kiwał głową.
Oboje opuścili niewielki sklepik, wychodząc na ulicę dzielnicy gminu. Strażniczka odetchnęła nagrzanym powietrzem, od którego zaczynała ją boleć głowa, i spojrzała na milczącego towarzysza. Dopiero kiedy ruszyli, podchwycił jej wzrok. Uśmiechnęła się blado.
— Straszny bałagan, nie sądzisz? — mruknęła cicho.
— A w samym jego środku, jak zawsze, my — zgodził się z westchnieniem. — To nie wygląda dobrze. Ale wojsko jest najważniejsze — dodał.
— Obyśmy je tylko po tym wszystkim dostali — rzuciła z przekąsem.
— Cóż, lepiej dla nich, żebyśmy dostali. Widząc ciebie teraz, nie chcę sobie nawet wyobrażać, co zrobisz, jak się potem wymigają — podsumował ze śmiechem.
Ellen potrząsnęła oburzona głową, zaraz jednak także chichotała, trochę weselsza niż przed chwilą. Ramię w ramię ruszyli do drugiej części Orzammaru w poszukiwaniu zaginionej karczmy, w której mieli czekać na nich towarzysze.

— Czy wszyscy jego pokroju są podobnie potężni, qunari? — rozległ się zainteresowany głos Shale, przerywając ciszę, która zapadła w grupie.
Maszerowali dzielnicą gminu już od dobrych kilkunastu minut, rozglądając się za miejscem, gdzie mogliby się zatrzymać. Wynne oraz Leliana opuściły ich przy monumentalnych wrotach wiodących do komnaty wypełnionej posągami Patronów, zabierając ze sobą Shegara. Pomniejszona o kilku następnych członków barwna grupa zwiedzała Orzammar, przeważnie zachowując milczenie.
— Nie jestem tu po to, by zaspokajać twoją ciekawość, istoto — odparł spokojnie Sten, nawet nie zwróciwszy uwagi na Shale.
— To prawda. Podejrzewam, że zabrzmiałam jak zagadujący człowiek. Przepraszam — pokajała się bez zmieszania.
Zevran zerknął na dwa gawędzące olbrzymy, uniósł brew, jednak powstrzymał się od komentarza. Towarzystwo, w jakim został, zdecydowanie utrudniało żartowanie.
— Nie, to ja powinienem przeprosić — żachnął się Sten. — Nie jesteś człowiekiem. Jesteś niezmiernie potężniejszą istotą.
— To uprzejme ze strony qunari — stwierdził golem. — Jeśli wszyscy jego towarzysze są tacy jak on, to zdumiewające, że nie zmiażdżyliście ludzi obcasem.
Sten uśmiechnął się kącikiem ust, przymrużywszy oczy.
— Zastanawiałem się nad tym samym.
— Wystarczy tylko na nich spojrzeć. — Popatrzyła na ignorującą pogawędkę Morrigan i bezczelnie zmierzyła ją wzrokiem. — Są tacy…
— Mali? — podsunął Sten.
— Dokładnie.
— Ty i ja myślimy bardzo podobnie, kadan — stwierdził ostatecznie, a w jego głosie rozbrzmiało szczątkowe zadowolenie.
— To właśnie jest przerażające — nie wytrzymał Zevran, wywróciwszy oczami.
Nikt nie zareagował na jego słowa – przede wszystkim dlatego, że dotarli pod drzwi opatrzone zachęcającym szyldem. „Oberża”, jak głosił napis, prawdopodobnie mieściła w sobie wielu gości, bo zza zamkniętych drzwi dobiegał stłumiony gwar. Grupa, przewodzona przez Morrigan, wkroczyła do środka.
Rzeczywiście w środku zebrało się bardzo dużo krasnoludów. Co ciekawe, mało kto popatrzył na nich, kiedy weszli. Mogli w spokoju spróbować przecisnąć się do wolnego stolika, podczas gdy Zevran udał się do lady, by porozmawiać z oberżystą na temat noclegu. Morrigan na cel obrała miejsce w najodleglejszym kącie karczmy i to tam mało liczna grupa podążyła.
— Bagienna wiedźma ma wiele wspólnego z moim poprzednim panem — odezwała się Shale, prawie zmiażdżywszy pijanego krasnoluda.
— „Bagienna wiedźma”? — powtórzyła z kpiną Morrigan, obejrzawszy się na golema. — Jakże oryginalnie.
— Bagienna wiedźma jest tak samo arogancka, roztacza aurę okrucieństwa. Byłabym wściekła, gdyby miała moją różdżkę kontrolną na własność… gdyby wciąż działała, oczywiście — niewzruszona pociągnęła myśl.
Morrigan zajęła miejsce w samym rogu i odetchnęła z ulgą. Sten przysiadł na brzegu ławy, Shale natomiast przez chwilę szarpała się ze stolikiem, którego nie mogła przesunąć, żeby się zmieścić.
— Pozwól, że powiem ci, co możesz zrobić ze swoją różdżką kontrolną, golemie — zaproponowała wiedźma, posławszy Shale krytyczne spojrzenie.
— Czy próbuje mi powiedzieć, że gdyby różdżka działała, nie chciałaby mnie kontrolować? — zdumiała się, z niezadowoloną miną przysiadając na ławie.
— Nie powiedziałabym tego — żachnęła się. — Mogłabym w zamian rozkazać ci wskoczyć do jeziora. Bardzo głębokiego jeziora.
— Nie nabierze nikogo — parsknęła. — Bagienna wiedźma kontrolowałaby wszystko, gdyby mogła. Sprawiłaby, że tańczylibyśmy, jak by nam zagrała.
— Och, za dobrze mnie znasz, golemie. — Uśmiechnęła się słodko, a zarazem jadowicie, mrużąc błyszczące oczy. — Twoje odkrywcze spostrzeżenie mnie powaliło.
— Będę obserwować bagienną wiedźmę — postanowiła, posławszy Morrigan przeciągłe spojrzenie. — Nie można jej ufać.
Kobieta westchnęła ciężko i wsparła głowę na dłoni, wznosząc wzrok do sufitu. Na tyle nisko zawieszonego, że Sten, idąc wyprostowanym, niemalże szorował po nim białą czupryną.
— Teraz zaczynasz brzmieć dokładnie jak Alistair — mruknęła Morrigan.
Niedługo potem nadszedł Zevran, z zadowoleniem oznajmiając, że udało mu się zdobyć pokoje. Próbował nawet pożartować, że w razie problemów logistycznych można było wrzucić dwoje Strażników do jednego łóżka, ale nikt nie podłapał tematu, dlatego z markotną miną zajął się obserwowaniem klientów.
Krasnoludy ewidentnie często przychodziły do Oberży – każdy witał nowoprzybyłego niczym syna marnotrawnego powracającego po ciężkich wojażach. Lawirujące wśród stołów niskie kelnerki zwracały się do klientów po imieniu, uśmiechając się ładnie. Gdzieś z przodu sali rozgorzała awantura, którą próbował przerwać właściciel przybytku, wyzywając przodków kłócących się.
— Nadal zamierzasz wyeliminować swój cel, prawda? — odezwała się Morrigan, przykuwając uwagę Zevrana. — Czy nie chodzi tu o twoją reputację?
— Wciąż ci nie przeszło, kobieto? — sapnął zdruzgotany, wysoko uniósłszy brwi.
— Mam podstawy wierzyć, że Kruki nigdy by nie dopuściły do takiego uchybienia — odparła, zignorowawszy jego oburzenie. — Przyjdą po ciebie, i to w sile.
— Nie uszło mojej uwadze, że Kruki nie zawsze są górą w zatargach z Szarymi Strażnikami oraz ich towarzyszami — mruknął zgryźliwie, posyłając wiedźmie nieprzyjemny uśmieszek.
— Prawdopodobnie wyślą kogoś kompetentnego następnym razem — skwitowała i wzruszyła ramionami.
Zevran teatralnie odchylił się na ławie, przyciskając dłoń do piersi, i wywrócił oczami.
— Ranisz mnie.
— Rozważałam zrobienie o wiele więcej niż to, zaufaj mi — odparła, uniosła brew, po czym odwróciła wzrok, prawdopodobnie w oczekiwaniu na powrót nieobecnych Strażników.
— Byłbym zdumiony, gdybyś nie — odgryzł się, ale znów nikt go nie słuchał.
Zirytowany skrzywił się wymownie, skrzyżował ręce na torsie i bezczelnie wyciągnął nogi na blat stołu. Morrigan ledwie na niego zerknęła z wyższością, szybko tracąc zainteresowanie jego pretensjonalnym zachowaniem.
— Jestem ciekawa — odezwała się niespodziewanie Shale — ale czy pomalowany elf odpowie na pytanie?
Zevran zwrócił na golema zaskoczony wzrok. Ponieważ w grupie nie mieli więcej elfów, doszedł do wniosku, że mówiła do niego. Wzruszył ramionami.
— Czemu nie? Tak jakby odpowiadam już cały dzień — rzucił, posławszy Morrigan wymowne spojrzenie, na które kobieta nie zwróciła uwagi.
— Pomalowany elf zaatakował Szarą Strażniczkę, a mimo to nadal żyje — zaczęła Shale, poprawiając się na swojej ławie. — Gdyby decyzja należała do mnie, jego czaszka byłaby teraz bardzo zmiażdżona.
— Och, nie wiem — westchnął rozbawiony. — Mogłabyś zniszczyć coś tak ślicznego jak ja, hmm? — zainteresował się, uśmiechając się kącikiem ust.
— Bardzo łatwo. Nie rozumiem, jak nawet odrobina atrakcyjności może sprawić, by było kogoś ciężko zmiażdżyć. — Wzruszyła ramionami.
— Spójrz na wiedźmę — doradził. — Ciemne oczy, falująca pierś, drżące usta. Kto mógłby zabić taką istotę przed przespaniem się z nią?
— Co za ulga — sarknęła Morrigan.
— Hmph — burknęła Shale. — Prawdopodobnie są znaczenia słowa „ślepy”, które nadal muszę pojąć.
Wiedźma uśmiechnęła się kącikiem ust, Zevran jednak nie wyglądał na rozbawionego. Wzruszył ramionami raz jeszcze i odchylił się na ławie, podobnie jak Morrigan wyczekując powrotu Strażników. Bez Alistaira nie było nikogo, by żartować, bez Ellen ogółem panowała nuda, bo to dziewczyna wyznaczała im kolejne zadania.
Czekali jeszcze dość długo. Minęła godzina, zanim nad tłumem pijących krasnoludów pojawiły się wysokie, ludzkie sylwetki. Ellen, dostrzegłszy towarzyszy, stanęła na palcach i im pomachała, chociaż nie musiała się wysilać, żeby zostać zauważoną. Wszyscy poruszyli się nerwowo, z niecierpliwością oczekując na wieści.
— Na oddech Stwórcy — stęknęła, zatrzymując się na stole.
— Aż tak wesoło? — zagadnął Zevran.
— Gorzej. Macie pokoje? — Kiedy zebrani skinęli głowami, ciężko opadła na ławę.
Zaraz zerwała się z miejsca i przepuściła Alistaira, żeby też mógł usiąść, i dopiero wtedy ponownie spoczęła. Odgarnęła z twarzy potargane włosy.
— Zabawimy tu trochę czasu. Najpierw trzeba załatwić im króla, potem dostaniemy wojska — mruknęła ponuro.
— Słucham? — zdumiała się Morrigan, jej głos zabrzmiał bardzo ostro. — Chyba nie zamierzasz…
— Zamierzam — przerwała jej Ellen. — Bo muszę. Inaczej odejdziemy z pustymi rękoma. Naprawdę próbowałam do tego nie dopuścić.
— Prawie pobiła przybocznego jednego z walczących o tron — zgodził się z nią Alistair i uśmiechnął się z rozczuleniem, które w ogóle nie pasowało do opowiadanej historii.
— Że też mnie tam nie było — westchnął zmartwiony Zevran.
— Nie sądzę, by bójką dało się cokolwiek wynegocjować — stwierdził Sten.
— No właśnie. — Alistair zachichotał, widząc oburzone spojrzenie Ellen.
— W każdym razie jutro są Próby. Jakieś walki — wróciła do porzuconego wątku. — Mam być czempionką lorda Harrowmonta, co zagwarantuje mi audiencję. Jeśli dobrze pójdzie, na tej audiencji coś wyszarpnę. Jeśli nie… szlag mnie trafi.
— Cudownie — sapnęła Morrigan. — Nie marzyłam o niczym innym, tylko o zamieszkaniu wśród krasnoludów.
— Do jutra mamy spokój. Można się rozejść — zauważyła Ellen i od razu zerwała się z miejsca, zawieszając na wiedźmie błyszczące spojrzenie. — Morrigan, pójdziesz ze mną na spacer? — spytała z nadzieją.
Kobieta popatrzyła na Strażniczkę skonsternowana, potem zerknęła na pozostałych. Ponieważ wszyscy uprzejmie odwrócili wzrok, udając, że niczego nie widzieli, niechętnie skinęła głową. Zaczęła się powoli podnosić, zanim jednak w spokoju wydostała się zza stołu, Ellen chwyciła jej nadgarstek i pociągnęła ją ku wyjściu. Rozległo się oburzone sapnięcie Morrigan oraz wesoły chichot Strażniczki.
— Pomalowany elf da klucz do pokoju. Nie wytrzymam tego ścisku — poprosiła Shale, niespodziewanie także wstając.
— Powodzenia z otwieraniem drzwi — pożyczył złośliwie Zevran, wręczywszy golemowi to, czego chciał.
Niedługo potem nawet Sten opuścił towarzyszy, on jednak ruszył ku wyjściu, śladem pań, które niemal wybiegły z karczmy. Zevran został z Alistairem sam, co wydało mu się wyjątkowo zabawne. Wyszczerzył zęby do zamyślonego Strażnika, przymrużając oczy.
— No patrz, wszyscy uciekli na twój widok — zagadnął.
— Albo to ciebie już nie mogli znieść — burknął, łypnąwszy na elfa nieprzychylnie.
— No więc… jesteś bardzo religijną osobą, Alistairze? — pociągnął rozmowę, niespeszony niechęcią Strażnika. — Jestem ciekaw. Wydaje mi się, że słyszałem, jak mówiłeś, że wychowywano cię w klasztorze?
— Wychowywałem się w zamku — poprawił go. — Uczyłem się w klasztorze. Co do bycia religijnym… nie wiem — przyznał, wzruszywszy ramionami. — Niespecjalnie. A ty? Prawdopodobnie nie z powodu twojego zawodu, zakładam.
— Czemu tak mówisz? — spytał zdumiony. — W istocie jestem dość oddany, na swój sposób, jak większość Antivańczyków.
— Naprawdę? — wykrztusił. — Ale zabijasz ludzi. Dla pieniędzy.
— I błagam Stwórcę o wybaczenie moich grzechów za każdym razem, kiedy mam okazję. Za jakiego potwora ty mnie masz? — oburzył się, potrząsając głową.
— Ale… prosisz o przebaczenie, a potem idziesz grzeszyć dalej? — spytał niepewnie, coraz bardziej marszcząc czoło.
— Stwórca nigdy nie protestował — zauważył. — Dlaczego ty miałbyś?
— Ja… nie mam pojęcia.
— No widzisz — podsumował zadowolony z siebie. — Może powinieneś zastanowić się nad poproszeniem o trochę wybaczenia dla samego siebie, hm?
Alistair zacisnął usta, mimowolnie się rumieniąc, po czym odwrócił niezadowolony wzrok. Sam już nie wiedział, czy elf się z niego nabijał, czy wyznał szczerą prawdę. Jednak te rozważania uświadomiły mu jeszcze jedno – Zevran, jako mieszkaniec Antivii oraz jeden z Kruków, z pewnością miał… różnorakie doświadczenia. W przeciwieństwie do niego. A ta kwestia naprawdę go męczyła. W końcu nie chciał się zbłaźnić.
Spojrzał na Zevrana w zamyśleniu, zastanawiając się, czy powinien spytać. Elf był dość swobodny, nie krępował się ani nie wstydził, chętnie opowiadał o właściwie wszystkim. Często kłamał jak z nut, ale cóż, Alistair liczył, że rozpoznałby oszustwo. A warto byłoby się dowiedzieć. Zwłaszcza że Ellen rzadko znajdowała się poza zasięgiem wzroku oraz słuchu.
Nabrał głębokiego wdechu.
— Miałbyś coś przeciwko, gdybym zadał ci osobiste pytanie? — mruknął, wykręcając sobie palce dla uspokojenia.
— Możesz pytać, ale ja mogę zdecydować się nie odpowiedzieć — odparł pogodnie Zevran, przechyliwszy głowę.
— W porządku — skwitował. — Czy ty… czy swego czasu miałeś wiele kobiet? — wykrztusił, czując, że purpurowiał na twarzy. — To znaczy… wydajesz się typem mężczyzny, który by…
— Oddawałem się innym od czasu do czasu, owszem, o ile moja uwaga nie skupiała się na czymś odmiennym — dokończył za niego, uśmiechając się pod nosem.
— Tak — wydusił Alistair, jeszcze bardziej speszony niż przed chwilą. — Cóż, jak w takim razie… zalecałeś się? Czy istnieje… sposób? Albo…
— „Zalecałem się”? — powtórzył zdruzgotany Zevran, opuściwszy do tej pory skrzyżowane ramiona. — Mówisz poważnie?
— Eee… tak? Nie wiem, jak inaczej to nazwać — przyznał nerwowo.
— Więc pozwól, że to sprostuję — zaproponował elf. — Nigdy… się nie zalecałeś? Nawet raz? Jesteś nie-zalecaczem, że tak powiem?
Alistair był bliski zakrztuszenia się branym oddechem, dlatego potrząsnął głową i machnął ręką, na powrót pochmurniejąc. Co go właściwie podkusiło, by zadać to przeklęte pytanie?
— W porządku. Zły pomysł. Zapomnij — mruknął zdruzgotany.
Elf roześmiał się serdecznie, przyglądając się czerwonej niczym dojrzały pomidor twarzy Alistaira.
— Służę pomocą na przyszłość, przyjacielu — zapewnił.

Wędrowanie między stoiskami w towarzystwie Morrigan okazało się przyjemniejsze, niż Ellen przypuszczała. Wiedźma z początku zachowywała typową dla siebie rezerwę, ale Strażniczka szybko zaczęła ją przełamywać, swobodnie żartując, zagadując, odpowiadając sobie samej na pytania, aż na ustach kobiety pojawił się lekki, szczery uśmiech. To był symbol zwycięstwa. Ellen nie miała najmniejszej ochoty wracać do Oberży, dlatego włóczyła się po straganach, co i rusz wołając towarzyszkę, by coś jej pokazać.
Jakież było jej zdziwienie, kiedy w pewnym momencie to ona została wezwana przez Morrigan, by przyjść coś zobaczyć. Czym prędzej dołączyła do niej, obie pochyliły się nad urodziwą biżuterią, a Ellen ze zdumieniem uzmysłowiła sobie, że tego typu wyroby do tej pory jej nie interesowały. Zmarszczyła czoło, zastanawiając się, skąd ta zmiana.
— Wiesz… świecidełka nigdy mnie nie bawiły — przyznała, kiedy odchodziły do następnego stoiska. — Wolałam oglądać broń. Zwłaszcza sztylety. Tak naprawdę w ogóle się nie znałam, ale wydawało mi się, że to buduje mur między mną a szlachtą.
Morrigan spojrzała na nią wyczekująco, maszerując lekkim krokiem do kolejnego straganu.
— Ale, powiem ci, tamte były naprawdę ładne — dokończyła Ellen, uśmiechając się szeroko. — Masz dobry gust. Chyba. Ja nie mam w ogóle, więc.
Wiedźma zaśmiała się cicho, co jak zawsze wprawiło Strażniczkę w lepszy nastrój. Mimowolnie się wyprostowała, bardzo z siebie zadowolona.
— Masz. Tylko zupełnie z niego nie korzystasz — skrytykowała żartobliwie. — Prawdopodobnie dlatego, że nie ma z czego wybierać.
Ellen zmarszczyła czoło, wypuszczając powietrze ze świstem. Przestała rozumieć, o czym właściwie mówiły.
— Nie do końca wiem, co masz na myśli — przyznała ostrożnie.
— Nie przejmuj się — poradziła Morrigan, uśmiechnąwszy się pod nosem. — Tak to bywa. Prawdopodobnie ci przejdzie. O, spójrz na to. — Wskazała zdobiony, pozłacany nożyk do otwierania listów.
Ellen została na drodze sama, wpatrując się w przestrzeń tępym wzrokiem. Ostatecznie otrząsnęła się ze stuporu i dołączyła do wiedźmy, żeby przyjrzeć się znalezionemu cacuszku. Uśmiechnęła się szeroko.
— Ojciec używał podobnego. Ale był srebrny — stwierdziła. — Kiedyś próbowałam nim zadźgać Fergusa.
Morrigan popatrzyła na nią, unosząc brew.
— A Fergus to…?
— Mój brat — pośpieszyła z wyjaśnieniem. — Starszy. Ten… ten z Głuszy Korcari. Zwiad — uzupełniła mniej entuzjastycznie.
— Cała twoja rodzina zginęła, prawda? — spytała ciszej, w jej głosie zabrzmiało coś na kształt zmartwienia.
Ellen zacisnęła usta i skinęła głową. Kilka chwil wpatrywała się w nożyk, aż wreszcie przeniosła wzrok na towarzyszkę.
— Tak. Tylko ja przeżyłam. Niesprawiedliwy ten świat, ale cóż poradzę — mruknęła, siląc się na żartobliwy ton.
— To musiało być trudne — odparła, wyraźnie próbując ostrożnie dobrać słowa.
Ellen roześmiała się, co zdumiało nie tylko Morrigan, ale też ją samą. Przeczesała włosy dłonią, trochę zakłopotana.
— No cóż. Jak cholera. Ale jestem tu i jest już dobrze. Przy was nie można się długo martwić — stwierdziła wesoło. — O, a tam? — dodała, wskazując kolejne stoisko.
Wiedźma po krótkim wahaniu ruszyła. Strażniczka została w tyle, raz jeszcze zwracając spojrzenie na stragan, przy którym stała. Powyżej nożyka, częściowo zasłonięte wysadzaną bursztynami szkatułką, dostrzegła lusterko. Gdyby nie było z nią Morrigan, prawdopodobnie nigdy nie zwróciłaby na nie uwagi. Teraz jednak, wspominając przeszłość, przypomniała sobie także opowieść wiedźmy.
Bez zastanowienia sięgnęła do sakiewki i chwilę potem ściskała w dłoni zdobyty bibelot, zmierzając do oglądającej inne towary towarzyszki. W chwili, w której stanęła przed nią, poczuła, jak serce podchodziło jej do gardła. Z trudem przełknęła gulę i wyciągnęła w stronę Morrigan zdobycz, nie potrafiąc niczego wydusić. Bała się, że wiedźma uzna to za głupi oraz sentymentalny gest.
— Co tam masz? — zainteresowała się, sięgając po podarek. — Lusterko? — zdziwiła się w pierwszej chwili.
Ellen już otwierała usta, by wytłumaczyć niezręczny pomysł, kiedy na twarzy Morrigan pojawił się dziwny cień. Zmarszczyła czoło, obracając przedmiot w dłoni z dużą ostrożnością, prawie namaszczeniem.
— Jest… identyczne jak to, które Flemeth tyle lat temu roztrzaskała o ziemię — przyznała zduszonym głosem. — Nie do wiary, że je znalazłaś. — Uniosła wzrok na speszoną dziewczynę. — Nie wiem, co powiedzieć. Z pewnością chcesz coś w zamian.
— Nie wygłupiaj się, Morrigan — żachnęła się błyskawicznie, wytrzeszczywszy oczy. — To prezent — wyjaśniła niepewnie.
— Mówisz tak, jakbyś była przyzwyczajona do takich rzeczy. Ja… nigdy nie dostałam prezentu, za który nie musiałabym w końcu zapłacić — przyznała cicho, równie zakłopotana co Strażniczka. — Chyba powinnam ci podziękować. Za dar. To… bardzo miłe z twojej strony — wyszeptała.
— Zawsze do usług — zapewniła nieco rozbawiona. — Widzę, że trzeba cię trochę rozpieścić — dodała żartobliwie.
— Nie radziłabym — mruknęła, uśmiechnęła się kącikiem ust, po czym pogładziła zdobienia lusterka.
— No, to ten… łazimy jeszcze trochę, czy wracamy? — zainteresowała się, podparłszy się pod boki.
Chwilę potem obie podjęły marsz wzdłuż stoisk, nie zamierzając na razie udawać się do zatłoczonej gospody. Dopiero gdy stragany powoli zaczynały znikać z ulic, a krasnoludy kierowały się do domów, dotarło do nich, że zbliżały się godziny wieczorne. Niechętnie zawróciły, obie milczące, ale uśmiechnięte.

Przekroczywszy próg karczmy, odkryły, że było jeszcze bardziej ciasno niż wcześniej. Morrigan aż sapnęła z oburzeniem, od razu rozglądając się za schodami prowadzącymi do części gościnnej. Kiedy je zlokalizowała, odwróciła głowę do Ellen, by zaproponować jej udanie się na piętro – zobaczyła jednak, że Strażniczka z nieobecnym uśmiechem wpatrywała się w nadal siedzącego przy stole Alistaira. Wiedźma westchnęła ciężko i wywróciła oczami, unosząc kącik ust.
— Rozumiem, że jeszcze zostajesz? — spytała od niechcenia.
Ellen drgnęła i odwróciła się do niej. Zająknęła się kilkukrotnie, odgarnęła włosy za uszy, zarumieniła się, ostatecznie wzruszyła ramionami.
— Chyba na nas czekał. Najpierw powiem, że wróciłyśmy — wytłumaczyła koślawo, niemożebnie zakłopotana.
— Z pewnością na nas — prychnęła rozbawiona. — W takim razie miłego wieczoru w hałasie, Ellen — pożyczyła, skinęła głową i odeszła we własną stronę.
Strażniczka westchnęła, odprowadziła Morrigan wzrokiem, po czym zabrała się za przeciskanie do stolika Alistaira. W połowie drogi została zauważona – widząc uśmiech młodzieńca, sama wyszczerzyła zęby, bezwiednie przyśpieszając. Dotarła do niego niedługo potem, opadła na ławkę obok, sapnąwszy ciężko, i od razu ułożyła głowę na jego ramieniu.
— Wyglądasz na zmęczoną — zagadnął ciepło, ująwszy jej dłoń w swoją.
— Cholernie — zgodziła się. — Ale było warto.
— Naprawdę? — zdziwił się i uniósł brwi. — Poszłaś z Morrigan. Czy to się nie wyklucza z dobrą zabawą?
Ellen tylko się roześmiała. Nie zamierzała Alistaira nawracać – doskonale wiedziała, że nie znosił wiedźmy, i to z wzajemnością. Dlatego w odpowiedzi zamruczała niezrozumiale, zamknęła oczy i skupiła się na błogim nieróbstwie w jego towarzystwie.
— Zmartwiona przed jutrem? — odezwał się nagle.
Jęknęła, prostując się, by móc spojrzeć na niego z oburzeniem.
— Ja właśnie zapominam o wszystkich troskach, a ty mi przypominasz o walce na Próbach? — żachnęła się.
— Po prostu… cóż. Ja się martwię — przyznał, odwracając wzrok. — Wiem, że to ciebie wyznaczyli, ale… nie jesteś wojownikiem. Nie takim do zwarcia. No wiesz.
Uśmiechnęła się rozbawiona.
— Wiem — mruknęła, przesuwając kciukiem po wierzchu jego dłoni. — Ale nie zapominaj, że dałam sobie radę ze Stenem. Raz. No, ale wciąż się liczy.
Parsknął cicho i pokręcił głową. Przeniósł na nią rozbawiony wzrok, unosząc brew.
— Chyba musi mi to wystarczyć, co? Zawsze jesteś na pierwszej linii. Czy to smok, czy ogr, czy Próby — poskarżył się.
— Już nie przesadzaj. Bezustannie mi pomagasz — przypomniała, z powrotem układając głowę na jego ramieniu.
— Swoją drogą, zastanawiam się nad jedną rzeczą. Mogę spytać, co sądzisz o naszych… towarzyszach podróży? — zmienił temat, zerknąwszy na nią.
— Czas na ploteczki, tak? — mruknęła rozbawiona.
— Mam taki złowrogi plan. Zamierzam im potem po kryjomu powtórzyć wszystkie paskudne rzeczy, które o nich powiesz — wyznał niskim głosem. — Wtedy zbuntują się przeciwko tobie i ja będę nowym przywódcą! — Zaśmiał się złowieszczo, przez co musiała się wyprostować, bo uderzył ją ramieniem.
— Nie umiałbyś nas nawet zaprowadzić na obiad — wytknęła uszczypliwie, posyłając mu złośliwy uśmiech.
— Obiad? A gdzie to niby jest? — rzucił bezradnie; zaraz także się uśmiechnął i pokręcił głową. — Ale tak poważnie, to pytam z ciekawości. Miałem dość czasu, żeby sobie wyrobić zdanie, i jestem po prostu ciekaw, czy sądzisz podobnie.
— Tylko jeśli ty też powiesz mi, co myślisz — zastrzegła, siadając prosto, by lepiej Alistaira widzieć.
— Siłą mnie przed tym nie powstrzymasz — zapewnił ze śmiechem. — Hmm… od kogo zacząć? Zevran. Elf. Ty… nie ufasz mu, prawda? Wierzysz w tę jego tak zwaną przysięgę? — spytał nieco dziwnym głosem, odwróciwszy wzrok.
Ellen przechyliła głowę. Chwilę zastanawiała się, jak powinna to odebrać, po czym wzruszyła ramionami.
— A co? Jesteś zazdrosny? — rzuciła z przekąsem.
— …może trochę. To nie znaczy, że moje pytanie jest nieistotne — burknął, pochmurniejąc bardziej, a na jego policzkach wykwitły rumieńce.
— Jesteś zazdrosny! — wykrzyknęła z niedowierzaniem, wytrzeszczając oczy. — O rany, jesteś zazdrosny — powtórzyła, nie mogąc się powstrzymać.
— No… weź daj spokój! — jęknął zdruzgotany i rozczochrał włosy. — Po prostu odpowiedz.
— Tak, ufam mu — przyznała na powrót poważna, uśmiechając się lekko.
— Naprawdę? — zdumiał się. — Czemu? Przecież próbował cię zabić. Kiepski początek znajomości — zauważył z przekąsem.
— Nie sądzę, żeby miał spróbować znowu — odparła spokojnie, nie potrafiąc tego lepiej wytłumaczyć.
Może to dlatego, że zaczęła traktować go jak przyjaciela? Przyjaciele w końcu nie zdradzali, prawda?
— To ogromny gest zaufania. Pewnie masz własne powody — mruknął, westchnąwszy głęboko, po czym na moment odchylił głowę. — A Sten? Jak czasem spojrzy tym swoim wzrokiem… ciarki mnie przechodzą. I straszny z niego milczek jak na takiego olbrzyma.
— Nie ma powodu, żeby bać się Stena — stwierdziła i posłała Alistairowi rozbawione spojrzenie.
— Wiem — zgodził się, uśmiechnąwszy się. — Im więcej z nim rozmawiam, tym bardziej mi się wydaje, że jego filozofia nie jest tak zła, jak twierdzi Zakon. To dziwne uczucie — przyznał. — A z drugiej strony przecież zabił tych wszystkich ludzi. Nawet temu nie zaprzecza. Nie przeszkadza ci to?
— Wydaje mi się, że żałuje tego, co zrobił — mruknęła, wydymając bezradnie usta.
— Hmm. Nie wiem, czy jego żal znaczy dla nas to samo — stwierdził powoli. — Poczucie honoru qunari jest nieco… skomplikowane. Przynajmniej dla mnie. — Uśmiechnął się szerzej i usiadł wygodniej, żeby lepiej widzieć słuchającą go z uwagą Ellen. — A co z Lelianą? Myślisz, że to wariatka, czy wierzysz w jej wizję?
Strażniczka ucichła na dłuższą chwilę, zastanawiając się, jak odpowiedzieć, żeby zabrzmiało to jak najzręczniej. Bardzo lubiła, szanowała oraz ceniła przyjaciółkę, ale… cóż. Wprawdzie wychowywano ją w mocnej wierze, jednak nigdy nie czuła się aż tak przekonana do Stwórcy. Natomiast myśl, że czymkolwiek kierował, próbując wpłynąć na losy świata, zupełnie do niej nie trafiała.
— Wierzę, że ona wierzy w swoją wizję — podsumowała bezradnie.
— Można to i tak ująć — zgodził się Alistair, zaśmiawszy się cicho. — Nie wiem, co o niej myśleć. Jeśli spojrzeć na nią, kiedy cię nie widzi, to wydaje się taka… taka smutna. Niemal czuję się winny, że oderwaliśmy ją od jej życia.
— To był jej wybór — przypomniała, nagle dziwnie czując się z myślą, że skrzywdziła przyjaciółkę.
— Tak, wiem. Ale i tak mi jej żal — mruknął, wzruszając ramionami. — Morrigan. Ufasz jej? Przemyśl to… może Flemeth wysłała ją z nami z innego powodu, niż nam powiedziała — podsunął, wbiwszy w Ellen uważne spojrzenie.
— Strasznie się nie lubicie, co? — wypowiedziała na głos to, o czym chwilę temu myślała, i uśmiechnęła się szeroko.
— Cóż, pomijając fakt, że to wredna, złośliwa suka… to nie, w ogóle jej nie lubię. A co? Ty tak? — rzucił, skrzywiwszy się na samą myśl o wiedźmie.
Strażniczka postanowiła nie dolewać oliwy do ognia. Mimowolnie pogładziła Alistaira po dłoni, jakby chciała go uspokoić, i uśmiechnęła się ciepło. Udało się jej zamaskować rozbawienie jego nastawieniem.
— Nie muszę jej lubić. Jest przydatna — stwierdziła po krótkim zastanowieniu.
— To najrozsądniejsza rzecz, jaką do tej pory powiedziałaś — przyznał, westchnąwszy. — Pamiętaj tylko, że jest też niebezpieczna. I okrutna. I wredna — wyliczył z naciskiem, kręcąc głową. — Wystarczy. Zaspokoiłem ciekawość.
— Cieszę się niezmiernie — odparła wesoło. — To teraz co? — Przechyliła głowę, patrząc na niego z uśmiechem.
Alistair zwrócił na nią tak zaskoczone spojrzenie, że pośpiesznie zastanowiła się, jak mógł zrozumieć jej słowa. Gdy do niej dotarło, że zabrzmiało to nieco dwuznacznie, mocno się zarumieniła. Odwróciła głowę, starając się ukryć twarz za włosami.
— To znaczy, chodziło mi… no. Późno się zrobiło — jęknęła.
— Pewnie padasz z nóg — podjął, odchrząknąwszy, żeby ukryć własne zakłopotanie. — Chodź, pokażę ci pokój. Są aż dwa — stwierdził rozbawiony, podnosząc się z miejsca.
— Nie może być. Co za luksus — mruknęła, również wstając, jednak zawahała się z ruszeniem ku schodom. — Alistairze…
— Hm? — zainteresował się zdawkowo, przechylając głowę, żeby lepiej widzieć jej skrytą w cieniu twarz.
— A jeśli sobie nie poradzę na arenie? — spytała cicho, nieco zdławionym głosem.
— Cóż — westchnął, objął ją i przyciągnął do siebie, wspierając brodę na jej głowie — wtedy będę musiał tam wskoczyć i cię uratować.
Roześmiała się, po czym szturchnęła go w żebra, starając się ukryć zażenowanie, które ją ogarnęło. Zwłaszcza gdy padły na nich spojrzenia krasnoludów z sąsiedniego stołu.
— Nie miałam na myśli, że aż tak źle — żachnęła się urażona.
— Mnie to nie robi różnicy — odparł spokojnie, uśmiechnął się do niej i popchnął ją delikatnie w stronę schodów.
— O, świetnie — mruknęła z przekąsem, ale pozwoliła się poprowadzić.
Cóż, nie mogła narzekać. Przecież sama pozwoliła mu zostać swoim księciem na białym, o ironio, koniu.

2 komentarze:

  1. I nadrobione! Szybko poszło, zwłaszcza że strasznie ogromnych zaległości nie miałam :) Zresztą historię Ellen czyta się stosunkowo szybko, także więc...
    Super rozwiązanie podarków! Nie sądziłam, że w ogóle nadmienisz je w historii (albo nadmieniałaś wcześniej, ale nie zwróciłam na to uwagi, brawo ja...), a zrobiłaś to tak zgrabnie i przyjemnie!
    I znów trochę słodkości! A także odrobina zażenowania, że też biedny Alistair zdecydował się na TAKĄ rozmowę akurat z Zevranem! Chociaż z drugiej strony z kim innym miałby pogadać? Szalony krasnolud dołączy do nich później, a Sten raczej nie nadaje się do tak poważnych pogawędek, he he ;P Choć w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby desperacja Alistaira sięgnęła zenitu i zdecydowałby się jednak zapytać qunari, hahah ;P
    No, jestem ciekawa, jak ten wątek zostanie poprowadzony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję! Faktycznie, jak publikuję jeden rozdział na miesiąc, trzeba się postarać, żeby sobie zaległości zrobić. :D
      Staram się wymieniać wyłącznie te, które mają jakieś znaczenie dla postaci. Początek zaoferował nam tyle pierdół do rozdania, że gdybym chciała wspomnieć każdą, chyba bym się z tego nie wygrzebała do końca świata.
      Cóż, jak wszyscy wiemy, pomysły Alistaira nie zawsze są dobre dla samego Alistaira. :D A te słodkości i pitu-pitu to dlatego, że w następnym rozdziale szykuje się trochę akcji. Pamiętam, że pisanie tego było bólem w dupie. Ech.

      Usuń