niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 1.93 - Arena Prób



Poranek na ulicach Orzammaru był zaskakująco energiczny. Chociaż kupcy dopiero wystawiali swoje stragany, po drogach kręciło się naprawdę dużo obywateli. Krasnoludy oraz krasnoludki, wiele z nich odświętnie ubranych, maszerowali raźno w stronę mostu wchodzącego w skład największego skrzyżowania dzielnicy gminu, z ożywieniem rozmawiając na temat nadciągających wydarzeń. Ellen, wkroczywszy w ten tłok, poczuła się dość nieswojo. Większość z mijanych przechodniów sięgała jej do ramienia, niekiedy tylko do łokcia.
Niedługo potem przekonali się, że większość mieszkańców Orzammaru zmierzała na arenę, by obejrzeć zbliżające się Próby. Strażniczka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, uzmysłowiwszy sobie, jak wiele osób będzie patrzyło na jej walkę – zwycięską czy przegraną. W jednej chwili pobladła, zwolniła i wsparła się na pobliskiej ścianie; jej zachowanie zaalarmowało Alistaira, pozostali także się zatrzymali, zdumieni koleją rzeczy.
— Co się dzieje? — spytał zatroskany Strażnik, pochylając się nad nią.
— Niedobrze mi — przyznała zduszonym głosem i popatrzyła na niego z przerażeniem. — To się nie uda.
Alistair rozejrzał się bezradnie dokoła. Ostatecznie ujął jej twarz w dłonie i uśmiechnął się łagodnie. Ellen z trudem skupiła na nim spojrzenie.
— Poczekaj tutaj. Zaraz wrócę — obiecał i wycofał się kilka kroków. — Popilnujcie jej — poprosił, zwróciwszy się do pozostałych towarzyszy, po czym skierował się w drogę powrotną.
Ellen popatrzyła na bezradnych przyjaciół i uśmiechnęła się blado. Na całe szczęście została wśród osób, które nie nawykły do okazywania troski.
— Zabawne. Pozieleniała na twarzy — skomentowała Shale.
— Ludzie potrafią wiele rzeczy, o których nie masz pojęcia — zapewnił rozbawiony Zevran, uśmiechając się z przekąsem.
Golem prychnął z kpiną. Ellen nie odezwała się, przeniosła wzrok na arenę tonącą wśród oparów unoszących się znad lawy. Wyobraziła sobie, jak wiele osób będzie na widowni, z jak wybitnymi wojownikami zostanie zmuszona walczyć, i nagle ogarnęła ją ochota, by pobiec za Alistairem. Dlaczego zażyczyli sobie jej? Strażnik wyglądał o wiele bardziej reprezentatywnie.
— Niechaj ci Stwórca błogosławi, siostro — rozległ się niespodziewanie niski, chrypliwy głos, sprawiając, że Ellen rozejrzała się wokół zdezorientowana.
— He? — wydusiła, unosząc brwi.
Po krótkich poszukiwaniach, z drobną pomocą Zevrana, który wskazał kierunek, dostrzegła krasnoluda. Nieznajomy był gładko ogolony, szczerzył końskie zęby w przyjaznym uśmiechu, odział się w typową dla sióstr oraz braci zakonnych szatę. Dziewczyna przyjrzała się mu z niedowierzaniem.
— Nie wiedziałam, że krasnoludy wierzą w Stwórcę — przyznała zaskoczona.
— Jestem brat Burkel z Zakonu w Redcliffe — przedstawił się, kłaniając się przed pobladłą Strażniczką. — Powróciłem do ziemi swych przodków, by głosić Pieśń Światła.
— Nawet w samych trzewiach tego świata ktoś ciągle zawodzi tę Pieśń — sarknęła z kpiną Morrigan, wywracając oczami.
— I to jest właśnie cudowne, siostro! — odparł z entuzjazmem, zwróciwszy na nią spojrzenie, jednak dostrzegłszy jej skąpy strój, mocno się zmieszał. — Zamierzam wystąpić z prośbą o pozwolenie na otwarcie świątyni w Orzammarze.
— Krasnoludy nie czczą przypadkiem swoich przodków czy coś w tym guście? — podsunęła Strażniczka, krzywiąc się.
Miała nieodparte wrażenie, że brat Burkel pragnąłby ją wciągnąć w swoje sprawy, wykorzystując fakt, iż podzielała wyznanie. Nie miała jednak ochoty mieszać się w kwestie duchowe – dość, że musiała zmagać się z polityką. Obie te sprawy przypominały kroczenie po cienkim lodzie.
— Jest pewien… opór — przyznał niechętnie. — Oczywistym jest, że świata nie stworzyły śmiertelne dusze, które w nim żyły. Mimo to Orzammar nadal otacza czcią swych Patronów i przodków zamiast Stwórcy.
— Niech sobie wierzą, w co chcą — mruknął Sten.
Ellen z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że podzielała jego zdanie. Kwestie religijne zupełnie przestały ją interesować w obliczu Plagi oraz zagłady, na którą Stwórca i tak nie zwracał uwagi.
— Qun to jedyna droga do oświecenia — zawyrokował olbrzym, spoglądając na drobnego duchownego kamiennym wzrokiem.
— Jeśli to prawda, to i on z czasem na nią wstąpi — odparła z nietęgą miną, dlatego spróbowała to nadrobić bladym uśmiechem.
— Być może — przytaknął Sten. — Każdy sam musi odnaleźć swą drogę do prawdy — uznał, pokiwawszy głową.
— Czy to znaczy, że mi pomożesz? — ucieszył się brat Burkel, tak niespodziewanie, że Ellen popatrzyła na niego, jakby wyrosła mu druga głowa.
— Nie, rozmawiałam tylko ze Stenem — stwierdziła.
Zevran zachichotał bezczelnie, posyłając Strażniczce wymowne, roziskrzone spojrzenie. Duchowny wyraźnie zmarkotniał.
— Ja… — Ostatecznie westchnął ciężko. — Nieważne.
Nie podjął kolejnej próby przeciągnięcia zebranych na swoją stronę, bo z Oberży powrócił Alistair. Niósł drewniany kufel, zezując na jego zawartość w obawie, że po drodze mógłby coś rozlać. Ellen nagle zwątpiła, czy nadciągała pomoc, czy kolejne nieszczęście. Nie spuściła ze Strażnika wzroku, póki nie przepchnął się do niej, zupełnie zignorowawszy biednego brata Burkela.
— Wypij to — poradził, podając jej kufel. — Mieli trochę składników z powierzchni. Zrobi ci się lepiej na żołądku.
Ellen podejrzliwie zajrzała do środka. To, co dostała, wyglądało jak śmietana. Powąchała – niestety, zapach zdecydowanie nie był zachęcający. Powstrzymała się od głuchego stęknięcia.
— Lepiej na żołądku? — podchwycił elf. — Masz na myśli, że zwróci śniadanie na środku ulicy? — dodał, szczerząc zęby.
— Prosto na twoje buty — warknął zdenerwowany Alistair.
— Och, zamknijcie się — poprosiła słabym głosem Ellen i w pełnej desperacji wypiła dziwny trunek jednym haustem, starając się jak najmniej poczuć jego smak.
Przełknęła, zacisnęła usta, raz jeszcze przełknęła – tym razem ślinę – i oddała Alistairowi kufel. Strażnik uśmiechnął się do niej ciepło.
— Zaraz postawi cię na nogi — obiecał. — Chodź. — Ujął ją pod ramię i delikatnie poprowadził z powrotem na drogę.
— To się źle skończy — jęknęła zrezygnowana, krocząc za nim kołyszącym się krokiem; obijała się o przechodniów, nikt jednak nie zwrócił jej uwagi.
— Najwyżej obrzygasz przeciwników — podsunął wesoło Zevran.
— Dlaczego ja go nie zabiłam? — zastanowiła się, wsparłszy głowę na ramieniu Alistaira.
— Wszyscy zadajemy sobie to pytanie — zapewnił.
— Bo jestem za ładny! — zawołał teatralnie oburzony elf, szczerząc zęby.
Morrigan westchnęła, nie kryjąc frustracji. Zmiażdżyła towarzysza bardzo krytycznym, ostrym spojrzeniem.
— Wrzućmy go na arenę zamiast Ellen — zaproponowała.
Dotarli na skrzyżowanie, gdzie wybrali drogę prowadzącą na most. Ruszyli długą, dość wąską kładką przed siebie, wprost do niknącej wśród białych oparów areny. Strażniczka zadarła głowę, by objąć spojrzeniem ogrom budynku. Zaraz zainteresowała się tym, co było dokoła – całkowicie bezmyślnie wyjrzała za mur pełniący rolę balustrady. W jednej chwili jej twarz, która nabrała zdrowszych kolorów, pobladła.
Znajdowali się kilkadziesiąt, jeśli nie więcej, metrów nad dosłownie niczym. W oddali przetaczała się wrząca lawa, Ellen nawet z tej odległości widziała drobne wypryski, które pojawiały się na jej powierzchni od czasu do czasu. Zakręciło jej się w głowie, gdy uświadomiła sobie, w jakiej sytuacji się znaleźli – ponad nimi całe kilometry kamienia. Pod nimi dosłownie nic. Zachwiała się i szybko cofnęła do Alistaira, zaciskając powieki.
— Na oddech Stwórcy, naprawdę rzygnę — poskarżyła się słabo.
— Już blisko. Nie patrz na boki — poradził jej spokojnie, troskliwie ją objąwszy.
Uspokoiła się trochę dopiero w chwili, w której drzwi areny stanęły przed nimi otworem. Wkroczyli do chłodniejszej, oświetlonej błękitnymi płomieniami komnaty. Wśród kolumn podtrzymujących niskie sklepienie kręciło się mnóstwo widzów, dyskutując z ożywieniem o nadchodzących walkach. Przed nimi pyszniły się kolejne metalowe wrota pilnowane przez kilku strażników oraz starszego krasnoluda, który przeglądał plik notatek. Ellen odetchnęła z ulgą, rozluźniając mięśnie.
— Arena Prób — mruknął Alistair, puszczając Strażniczkę, kiedy mogła już ustać o własnych siłach. — Trudno o coś lepszego, gdy chodzi o krwawą rozrywkę dla mas — dodał z przekąsem.
Ledwie rozległo się dziwne, zduszone piśnięcie ze strony Ellen, odchrząknął zmieszany.
— To znaczy… dobre walki tu rozgrywają — poprawił się, robiąc bezradną minę.
— Mistrz wyczucia — skomentował Zevran. — Ucz mnie.
— Musimy znaleźć… tych… no… wojowników — wydukała Strażniczka, przeczesawszy włosy dłonią, żeby się uspokoić. — A potem Mistrza Prób.
Ruszyli w głąb pomieszczenia, spoglądając po twarzach mijanych krasnoludów. Po bokach dostrzegli dwie pary zamkniętych drzwi usytuowane naprzeciwko siebie. Ellen przyjrzała się im, zastanawiając się, czy były to przejścia do pokoi wojowników, o których mówił jej Dulin Forender, zanim się rozstali. Westchnęła ciężko.
— Uważaj na Piotina Aeducana — odezwał się niespodziewanie obcy głos, wyrywając dziewczynę z zamyślenia.
Spojrzała na uśmiechniętego entuzjastycznie krasnoluda o gęstych, lekko podkręconych, brązowych wąsach. Niepewnie uniosła kącik ust, starając się wyglądać możliwie jak najprzyjaźniej.
— Cztery lata z rzędu wygrywał walkę drużynową — doniósł uprzejmie. — Ma na koncie jedenaście dekapitacji. Jeszcze trzy i zdobędzie rekord sezonu — ucieszył się jak dziecko.
Ellen przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia, o kim mówił, ale nie brzmiało to dobrze. Zwłaszcza dla niej. Przecież wszyscy tu byli zawodowymi wojownikami! A ona? Skrzywiła się.
— Domyślam się, że Próby oglądałeś już wielokrotnie? — zagadnęła z nietęgą miną.
— Nawet raz nie opuściłem Wielkich Prób, odkąd nauczyłem się siedzieć u ojca na barana — poinformował z dumą. — Nazywam się Varick — przedstawił się. — Posiadam pakiet kontrolny w kopalni położonej w pobliżu thaigu Rousten. Ale moi inwestorzy wiedzą, że w dniach, kiedy Kamień zroszony jest krwią, lepiej nie dawać mi kilofa do ręki. — Uśmiechnął się szeroko.
— Brałeś udział w jakichś Próbach? — zainteresowała się od razu, unosząc brwi; miło byłoby porozmawiać z kimś, kto znał się na rzeczy.
— Ja? — zdumiał się. — Rozum ci odebrało? Jestem górnikiem, a nie wojownikiem!
Ellen zrzedła mina. Spojrzała na krasnoluda zrezygnowana, dochodząc do wniosku, że to nie był dobry dla niej dzień. Był, prawdę mówiąc, beznadziejny. A dopiero się zaczął!
— Jakie są zasady? — wtrącił Alistair.
Najwyraźniej zachował głowę na karku w przeciwieństwie do spanikowanej Strażniczki.
— Zmieniają się z rundy na rundę. Czasami uczestnicy walczą gołymi rękoma, innym razem za pomocą broni, w parach albo w oddziałach — wyliczył wesoło. — Obowiązujące w czasie danej walki zasady ogłaszane są przed jej rozpoczęciem. Wcześniej nikomu nie są znane — stwierdził.
Ellen zrobiła taką minę, jakby zamierzała w tej właśnie chwili opuścić arenę. Alistair na wszelki wypadek złapał jej łokieć i uśmiechnął się do krasnoluda uprzejmie.
— Jak miło — burknęła dziewczyna. — A teraz musisz nam wybaczyć…
— Mówię ci, główną nagrodę zdobędzie Piotin. Możecie na niego postawić, nie stracicie na tym! — zawołał w ślad za odchodzącą grupą.
— Nie ma mowy — mamrotała pod nosem Ellen. — Nie zrobię z siebie pośmiewiska. Wracamy do domu. Sami wyrżniemy Plagę.
Alistair jeszcze z początku próbował odpowiadać, ale szybko zdał sobie sprawę, że był to ten moment, kiedy powinien jej pozwolić po prostu mówić. Dlatego szedł przy niej równym krokiem, ignorując głupoty, które plotła.
— Liczę, że dostaniemy dobre miejsca — rzucił z przekąsem Zevran. — Muszę to zobaczyć.
— Liczę, że szybko stąd pójdziemy — mruknęła krytycznie Morrigan. — Próby wyglądają na szalenie prymitywne.
— Nie sądzę, byś spotkała tu trudnych przeciwników — dodał Sten – Ellen jednak nie słyszała słów pokrzepienia, zbyt spanikowana na punkcie własnej porażki.
— Arcydemon to lepsza alternatywa. Ze smokami walczyliśmy. A krasnoludy? O nie, nie, nie, nie, wychodzę, pieprzona polityka, dlaczego ja…?
Wkroczyli do pomieszczeń za jednymi z zamkniętych drzwi, gdzie panowała przyjemna cisza. Przemierzali pusty korytarz, który kończył się niewielką salą, jakby przedsionkiem. Tam dopiero spotkali uzbrojone krasnoludy rozmawiające ze sobą półgłosami. Tylko Ellen nie zwróciła na nich uwagi, maszerując przed siebie w amoku. Alistair starał się dotrzymać jej kroku, uznawszy, że lepiej, by wybiegała się teraz, niż żeby panikowała podczas walki.
— Jesteś tu nowa? — rozległ się czyjś zdumiony głos.
Dopiero w tej chwili Ellen zorientowała się, że prawie wmaszerowała w kręcącego się niespokojnie krasnoluda. Spojrzała na nieznajomego skołowana, nagle łapiąc się na tym, że wszyscy mieszkańcy Orzammaru wyglądali dla niej podobnie. Ciekawe, czy krasnoludy tak samo postrzegały ludzi albo elfy?
— Nie przypominam sobie, żebym cię tu wcześniej widział. — Zmrużył oczy, przypatrując się jej z uwagą.
— Jesteś jednym z wojowników? — domyśliła się, zerknąwszy na jego uzbrojenie.
— Byłem — mruknął niechętnie. — Na imię mi Gwiddon i złożyłem właśnie rezygnację — wytłumaczył, wzruszając ramionami.
Ellen syknęła zdenerwowana na Alistaira, kiedy Strażnik szturchnął ją między żebra. Posłała mu złe spojrzenie, próbując w ten sposób przekazać „przecież wiem, że to o niego mieliśmy popytać!”.
— Mam przeczucie, że przodkowie nie będą mi dziś przychylni — dodał w międzyczasie Gwiddon, siląc się na krzywy uśmiech.
— Dulin Forender poprosił nas — pociągnęła Alistaira za ramię, by stanął obok niej, nie za nią — żebyśmy z tobą porozmawiali.
Strażnik uśmiechnął się bezradnie, speszony niespodziewaną zmianą położenia.
— Z pewnością — rzucił szyderczo krasnolud. — Gotów jest zniżyć się do wszystkiego. Cóż, możecie mu powiedzieć, że miałem swoje powody. Nie chodzi o to, co się stało, ale raczej o to, co się dzieje. Dowiedziałem się z wiarygodnego źródła, że lord Harrowmont zrezygnował już z walki o tron — przyznał mniej agresywnym tonem.
Ellen wymieniła zdumione spojrzenie z Alistairem.
— Bhelen zarządził te Próby, aby Jego Lordowska Mość mógł zachować twarz, kiedy ogłosi swą rezygnację — wytłumaczył.
— To niedorzeczne! — zdenerwowała się Strażniczka. — Harrowmont nie zrezygnuje.
— Tak? — parsknął Gwiddon. — Twoje źródło jest pewniejsze od członka Kongresu?
— Moje źródło to Dulin — warknęła, mrużąc oczy. — Zbieram dla Harrowmonta drużynę godnych wojowników!
— Ja… — zająknął się zdumiony. — Przypuszczam, że Jego Lordowska Mość niczego by nie zrobił, nie konsultując się z Dulinem. Zawsze był jego najbliższym współpracownikiem — przyznał w zamyśleniu. — Może macie rację. — Spojrzał po obojgu Strażników. — Jestem tylko wojownikiem. Zawsze starałem się trzymać z dala od polityki… Jeśli dowiem się, że jakiś sługus Bhelena okłamał mnie dla własnej korzyści, to… to… — urwał, zaciskając dłonie w pięści.
— Weźmiesz udział w Próbach i rozbijesz parę łbów? — podsunął Alistair, uśmiechnąwszy się.
— Może i tak — warknął gniewnie, wyminął drużynę i ruszył sztywnym krokiem do głównej sali, w której zbierał zapisy Mistrz Prób.
— No, to nadepnęliśmy mu na odcisk — podsumował Strażnik, uniósłszy brwi.
— Masz niebywały takt, Alistairze — mruknęła z przekąsem Morrigan, posyłając mu pełne kpiny spojrzenie.
— Nadepnął go Bhelen, nie my. My zginiemy. Ja, się znaczy — wykrztusiła Ellen, z przerażeniem patrząc za krasnoludem.
— Ktoś przed chwilą zbierał drużynę godnych wojowników — wytknął rozbawiony Zevran.
— Nie poznałeś blefu?! — zawołała wyższym głosem i przeciągnęła dłonią po twarzy. — Ja nie mam pojęcia, co tu robię.
— Został jeszcze jeden krasnolud, zanim pójdziemy na Próby. Chodź — przypomniał cierpliwie Alistair i popchnął dziewczynę, by podjęła marsz.
Opuścili część z pokojami wojowników, ruszając w drogę powrotną. Stamtąd przeszli do innego korytarza, który prowadził do drugiego sektora kwater, ale nie dotarli zbyt daleko. Po drodze minęli się z ciemnoskórym, podenerwowanym krasnoludem – na ich widok nieznajomy zatrzymał się jak wryty i poderwał ręce w obronnym geście.
— Słuchajcie. Powiedziałem już Mistrzowi Prób, że się wycofałem. Musicie mnie dalej zamęczać? — spytał zdruzgotany.
Ellen wytrzeszczyła oczy, nie do końca wiedząc, co się właśnie stało.
— Kim jesteś? — mruknęła niepewnie.
— Cóż, jestem Bazyl Harrowmont — odparł równie zmieszany, straciwszy pewność siebie. — Ale o tym przecież wiesz, w przeciwnym razie po co miałabyś… — urwał gwałtownie, na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. — Hm, skoro to nie mnie szukaliście, zróbcie mi przysługę i udajcie, że niczego nie powiedziałem — zaproponował.
— Czy ktoś zmusił cię do rezygnacji z udziału w Próbach? — spytał Alistair, zastąpiwszy Bazylowi drogę, by nie mógł im uciec.
— Z Prób zrezygnowałem z własnej woli i nie zamierzam na ten temat dyskutować — warknął spłoszony, cofając się kilka kroków.
Ellen wysiliła się na łagodny – przynajmniej w zamierzeniu – uśmiech. Liczyła, że zdrowe kolory już wróciły do jej twarzy, bo inaczej mogła wypaść upiornie.
— Jeśli powiesz nam, co się dzieje, może będziemy mogli ci pomóc — zauważyła.
— Słuchajcie, jak byłem młodszy, to przyjaźniłem się z Revellą, dziewczyną z Aeducanów — westchnął, zniżywszy głos. — Daleka kuzynka, bez realnych praw do tronu. Tak czy siak, jej rodzina chciała, żeby dziewczyna wyszła za mąż, więc skojarzyli ją z Bemotem. Tyle że… my nie przestaliśmy się ze sobą spotykać — wyznał, opuszczając wzrok.
— A więc obawiasz się, że twój romans mógłby wyjść na jaw? — domyślił się Alistair.
— Jest żoną następcy prominentnego deszira. Powinniśmy byli przerwać nasz romans już dawno temu, ale… ja ją kocham — szepnął i zamknął oczy.
Ellen poczuła, zupełnie niespodziewanie, lodowatą bryłę w żołądku. Odniosła wrażenie, jakby to była ponura przepowiednia, jakby sytuacja biednego Bazyla stanowiła lustrzane odbicie pewnej niepokojąco znajomej. Mimowolnie spojrzała na Alistaira, wstrzymując oddech. A jeśli oni też kiedyś zostaną postawieni przed przeszkodą tego typu…?
— Wiecie, jakie to uczucie? — rzucił z goryczą. — Teraz o wszystkim dowiedział się Bhelen i nie mogę nawet pomóc mojemu kuzynowi z obawy, że jej mąż pozna całą prawdę.
— Jakimi dowodami dysponuje Bhelen? — spytała od razu Strażniczka, otrząsnąwszy się z ponurych rozmyślań.
— Mają listy – listy miłosne, które pisała do mnie Revella. Jeśli zostaną upublicznione, zostanie zhańbiona — przyznał, przeczesując dłonią krótkie włosy. — Porzuci ją mąż i nikt nie zechce się z nią już ożenić. A ja miałbym szczęście, jeśli pozwoliliby mi umrzeć w pojedynku.
— Stanąłbyś do walki, gdyby twój sekret był bezpieczny? — drążyła, zagryzłszy wargę.
— Nie da się tego zagwarantować. — Uśmiechnął się smutno. — Doceniam sugestię, ale naprawdę mają mnie w garści.
— Możemy odzyskać te listy — stwierdziła po krótkim zastanowieniu.
— Naprawdę? — zdumiał się, szeroko otworzywszy oczy. — Nie wiem, jak wam dziękować. Wiem, że to moja wina, ale gdybym mógł, poślubiłbym ją — zapewnił żarliwie. — Listy ma Myaja, wojowniczka Bhelena. Jeśli dopilnujecie, żeby nikomu ich nie pokazała, znowu będę walczyć dla Harrowmonta. Ale musicie znaleźć je prędko — zwrócił spojrzenie na drogę wiodącą do głównej sali — rejestracja kończy się wraz z rozpoczęciem pierwszej walki.
Ellen skinęła głową. Przeniosła wzrok na towarzyszy, jakby się upewniała, że nadal tu stali, po czym sama ruszyła przodem, na moment zapomniawszy o strachu, który zaciskał się na jej żołądku od rana. Bała się, że zabraknie im czasu, a wtedy cały polityczny obowiązek wygranej spocznie na jej barkach. To się nie mogło udać.
Dotarli do przedsionka z pokojami, jednak nie przekroczyli nawet progu, gdy przejście zastąpiła im para krasnoludów – kobieta oraz mężczyzna. Krasnoludka uniosła dłoń, powstrzymując przybyszów przed przejściem głębiej.
— Zakaz wstępu — poinformowała. — Wchodzić mogą tylko wojownicy.
— Myaja, oni chyba są wojownikami — mruknął towarzyszący jej krasnolud, zmierzywszy Strażników spojrzeniem.
Ellen aż drgnęła, zaskoczona szczęściem, które im tego dnia dopisało. Zacisnęła usta i skrzyżowała ręce na piersiach.
— Słyszałam, że grozisz wojownikom Harrowmonta — wytknęła.
— Czy to oskarżenie? — zainteresowała się spokojnie Myaja. — Nie można grozić uczestnikom Prób poza ringiem. To nielegalne.
— Jeśli jednak chcesz wyjawić ich brudne sekrety… to inna historia — uzupełnił drugi krasnolud, uśmiechając się pod nosem.
— To sprawa prywatna. Nie powinnaś się w to mieszać — żachnęła się Ellen, ignorując istnienie towarzysza Myaji.
— Niedługo tu jesteś. Wkrótce się przekonasz, że w Orzammarze nie ma sprawy prywatnych — pocieszyła ją rozbawiona.
— O ile tylko ktoś może je ujawnić — dodał krasnolud.
— Chodź, Lucjan — zwróciła się do niego wojowniczka. — Musimy się przygotować do walki.
Oboje odwrócili się i skierowali do jednych z metalowych drzwi, które ewidentnie prowadziły w głąb areny, nie do prywatnych pokojów. Ellen zacisnęła dłonie w pięści, odprowadzając parę wściekłym spojrzeniem. Zgrzytnęła zębami.
— Nie mamy dużo czasu — stwierdziła.
— Jaki plan? — spytał Alistair, odwracając spojrzenie na Strażniczkę.
— Rozejść się. Musimy się dowiedzieć, która kwatera była jej — zdecydowała, nie poczekała jednak na odpowiedź.
Sama ruszyła przodem i dopadła do pierwszych drzwi z brzegu. Alistair także wybrał jej stronę, Morrigan razem ze Stenem poszli obejrzeć pokoje po drugiej stronie, Zevran natomiast naprzeciwko korytarza. Tylko Shale została w miejscu, spoglądając to w lewo, to w prawo, by wypatrzyć ewentualne zagrożenie.
— Mam! — zawołała po kilku chwilach wiedźma.
Couslandka natychmiast odskoczyła od drzwi, do których zmierzała, i podbiegła do Morrigan. Przyjrzała się tabliczce, skinęła głową, a potem chwyciła klamkę. I… nic. Zamknięte. Aż sapnęła z przerażenia, czując, że gną się pod nią nogi.
— Nie wyważę ich przecież. Są wielkie, ciężkie, zresztą ktoś nas zauważy — wymamrotała w panice, przenosząc wzrok najpierw na Morrigan, potem na Alistaira.
— Może trzeba… — zaczął powoli Strażnik.
— Przejście dla eksperta — zażądał niespodziewanie Zevran, władczym gestem rozganiając zagradzające mu drogę towarzystwo.
Przykląkł przy zamku, wydobył z wewnętrznej kieszeni kurty wytrychy i wsunął je w otwór. Przymknął oko, rozpoczynając delikatne manewrowanie przy mechanizmie. Ellen aż wstrzymała oddech, wpatrując się w elfa wyczekująco.
Wreszcie zamek kliknął, Zevran nacisnął klamkę i pchnął przejście. Alistair bez wahania przekroczył próg, by poszukać ukradzionych listów, Strażniczka natomiast popatrzyła na skrytobójcę z niedowierzaniem. Po chwili zdumienie przerodziło się w wyrzut.
— Tyle razy. Tyle razy miałeś okazję — sapnęła. — A zawsze zwalałeś na mnie.
— Moja droga, moja metoda jest zatrważająco monotonna. Ty dostarczasz nam niezbędnej do szczęścia rozrywki — poinformował i uśmiechnął się szarmancko.
— Nienawidzę cię — wyznała mu, kręcąc głową. — Tak bardzo cię nienawidzę.
— Mam je — przerwał im Alistair, wychodząc z pomieszczenia. — Wszystkie. Sprawdziłem dwukrotnie. Nie sądzę, by spodziewała się włamania.
— Cudownie! — ucieszyła się Ellen. — Możemy wracać, zanim ktoś nas przydybie. — Odwróciła się do Shale, posyłając jej pytające spojrzenie, na co golem skinął głową. — To w drogę.
Pomaszerowali ku głównej sali, skąd dobiegał coraz głośniejszy gwar. Po drodze Alistair schował listy tak, by nikt ich nie zauważył. Całą grupą wkroczyli do przestronnego pomieszczenia teraz wypełnionego krasnoludami. Strażniczka aż się zachłysnęła, wypatrując poszukiwanego wojownika. Powoli brnęli przez tłum, niespecjalnie przejmując się potrącanymi widzami.
Wreszcie dostrzegli Bazyla. Skierowali się do niego, słysząc, jak Mistrz Prób wzywał wszystkich chętnych na zapisy do walk. Ellen poczuła, jak coś twardego zbryla się jej w żołądku.
— Próby zaraz się zaczną — odezwał się na ich widok Bazyl. — Lepiej stąd pójdę, jeśli niczego nie udało się wam znaleźć — westchnął.
— Mamy tu twoje listy — uspokoił go Alistair, wyciągając plik kartek.
— Jakim cudem? — wykrztusił.
Strażnicy wymienili zakłopotane spojrzenia.
— Nie, nie mówcie, nie chcę wiedzieć. Po prostu… dziękuję. — Uśmiechnął się do nich promiennie. — Nie potrafię wyrazić, ile znaczy dla mnie świadomość, że moja Revella jest już bezpieczna — przyznał wzruszony.
Ellen uniosła kąciki ust.
— Nie umiem odmówić zakochanemu — rzuciła żartobliwie.
— Z przyjemnością stanę do walki w Próbach w imieniu Harrowmonta. Jeszcze raz wam dziękuję, przyjaciele — powtórzył radośnie i, nie czekając na odpowiedź, ruszył ponownie się zarejestrować.
Strażniczka odprowadziła go spojrzeniem, robiąc się mniejszą. Wiedziała, że powinna pójść jego śladem, ale szczerze się bała. Walka na śmierć i życie była czymś innym niż pojedynek. Tutaj obowiązywały zasady albo brak zasad – jednak to należało znać ze zwyczajów. Ona wkraczała nie dość, że na obcy teren, to w dodatku w obszar, który stanowił dla niej tajemnicę. Aż do ostatniego treningu sir Gilmore bez trudu ją nokautował. Jak mogła…? Zadrżała, przymykając powieki.
Nie chodziło o porażkę. W końcu nie zależało jej na tytule czy szacunku krasnoludów. Istniała ogromna szansa, że już więcej nie zawita do Orzammaru. Tyle że stawka była większa, niż ktokolwiek by przypuszczał. Bo jeśli tu polegnie, straci szansę na wyżebranie wojsk przeciwko Pladze. A wtedy… kto wie? Może przegrają?
Poczuła, jak gięły się pod nią nogi. Uzmysłowienie sobie ciężaru, który spoczął w tej chwili na jej barkach, sprawiło, że nagle znalazła się na skraju stresowego omdlenia. Zaszczękały jej zęby, dlatego bardzo mocno je zacisnęła.
— Hej, Ellen — zmartwił się Alistair, chwytając jej ramiona. — Co się dzieje?
— Zaraz się popłaczę — wyznała nieco piskliwym głosem, wpatrując się w Mistrza Prób tak, jakby objawił się jej sam arcydemon.
Strażnik bez słowa obrócił ją przodem do siebie, przypatrując się jej z niepokojem. Z rozkojarzeniem odwzajemniła spojrzenie, w tej chwili naprawdę mając ochotę po prostu stąd uciec. Już dawno się tak nie zestresowała. Może dlatego, że… że do tej pory zawsze stali przy niej przyjaciele? Nie musiała robić niczego w pojedynkę. Albo z nimi, albo dla nich.
— Przestań. Poradzisz sobie. Dobrze walczysz — mruknął łagodnie, przesuwając kciukiem po jej policzku. — Zresztą powiedziałem ci, co zrobię, gdyby coś poszło nie tak. — Uniósł jej brodę, żeby bez przeszkód zajrzeć jej w oczy.
— Wiem. Ale… to jest zbyt ważne, żeby zostawiać to mnie — jęknęła. — Nigdy się nie pojedynkowałam. Tylko z Gilmorem. Zawsze wygrywał. Zawsze tym samym manewrem — spanikowała, szeroko otwierając oczy.
— Może to dobrze w takim razie, że on nie bierze udziału w Próbach? — stwierdził, uśmiechając się ciepło.
— To nie jest śmieszne — wychrypiała pustym głosem.
— Wszystko będzie dobrze. Przypilnujemy cię — obiecał, powstrzymawszy się od wyszczerzenia zębów w szerszym uśmiechu. — Wierzę w ciebie, Ellen — dodał cicho, na moment oparł swoje czoło o jej, po czym pochylił się, delikatnie ją całując.
Westchnęła, zaraz obejmując go za szyję. Na krótką chwilę zapomniała, że znajdowała się u progu własnej zagłady, rozluźniona jego bliskością – kiedy usłyszała głos Morrigan:
— Litości, zaraz się zrzygam — sarknęła.
Ellen parsknęła cichym śmiechem, niechętnie się od Alistaira odsuwając. Strażnik wywrócił wymownie oczami, przeczesał palcami włosy dziewczyny, po czym wycofał się do pozostałych. Wiele Couslandkę kosztowało, by nie wyciągnąć za nim rąk.
— Pójdziemy na widownię. Zajmiemy jakieś dobre miejsca — stwierdził i pomachał jej na pożegnanie, zanim odeszli w tłum.
— I tak oto zostałam sama — wychrypiała.
Nie dała się jednak pokonać panice. Zacisnęła dłonie w pięści i śmiałym krokiem ruszyła do Mistrza Prób, nie oglądając się na mijane krasnoludy. Słyszała zdumione szepty, ale spróbowała pozostać na nie głucha. Zatrzymała się przed koordynatorem zamieszania, nabrała wdechu i uśmiechnęła się pogodnie.
— Próby niedługo się zaczną — poinformował, odznaczając coś na liście. — Z pewnością znajdziesz wolne miejsce na widowni. — Uniósł wzrok, dopiero teraz zauważając, kto przed nim stanął. — A może zamierzasz stanąć do walki?
— Chciałabym — przytaknęła, zanim ciało odmówiło posłuszeństwa. — W imieniu lorda Harrowmonta — dodała śmielej.
Dokoła przetoczył się pomruk zdumienia. Mimowolnie zerknęła na boki – podchwyciła zainteresowane oraz podejrzliwe spojrzenia krasnoludów.
— Cóż, to niespodzianka — przyznał Mistrz Prób. — Nigdy bym nie przypuszczał, że Szara Straż zainteresuje się naszym królem. Pozwól, że wpiszę cię do harmonogramu… — Spojrzał na notatki, mrużąc oczy. — No dobrze, czy mam cię zapisać pod jakimś konkretnym imieniem?
— Jestem Ellen z Szarej Straży — stwierdziła zgodnie z prawdą.
W pierwszej chwili nie zrozumiała, dlaczego krasnolud skrzywił się z niezadowoleniem.
— Nazwiemy cię po prostu „Szarą Strażniczką”, bo te wasze ludzkie imiona strasznie trudno wymówić — postanowił.
Couslandka uniosła wysoko brwi, ale nie skomentowała. Koniec końców wzruszyła ramionami, uznawszy, że gra nie była warta świeczki. Nikogo i tak nie obchodziło, jak się nazywała, tylko jak będzie walczyła.
— Mamy akurat wolne miejsce w pierwszej rundzie — poinformował Mistrz Prób, uśmiechając się życzliwie. — Jesteś gotowa?
Nie, przemknęło jej przez myśl. Przełknęła ślinę.
— Z kim będę walczyć? — spytała niepewnie.
— Wygląda na to, że pierwszą walkę wylosował Seweryn — odparł, odczytawszy coś z dokumentów. — To jeden z najmłodszych mistrzów w historii. W wieku dwunastu lat pokonał własnego ojca. Dzięki temu dwa lata wcześniej od innych zdobył sobie prawo do noszenia broni — opowiedział pokrótce.
Ellen miała szczerą nadzieję, że nie było widać, jak mocno pobladła, usłyszawszy ten zwięzły opis. Po raz kolejny zastanowiła się, co ona tu robiła.
— To jak? Gotowa? — powtórzył i spojrzał na nią spod oka.
— Tak — wykrztusiła tylko.
— W takim razie zapraszam na ring. — Wskazał metalowe drzwi, które dwóch krasnoludów otworzyło przed przerażoną Strażniczką.
Wstrzymała oddech, wkraczając w wąski, dokładnie oświetlony błękitnym światłem korytarz. Ruszyła ku arenie, czując drżenie nóg.

— Oto Próby Chwały odbywające się pod czujnym okiem Patronów Orzammaru, ku pamięci króla Endrina — rozbrzmiał donośny, wibrujący głos Mistrza Prób. — Pierwszy jest Seweryn z Kasty Wojowników. Wielu z was pamięta, jak przeszedł do historii, gdy w wieku dwunastu lat na tym właśnie ringu pokonał własnego ojca. Dziś walczy jako stronnik księcia Bhelena — przypomniał.
Z trybun podniósł się ogłuszający aplauz, który szumem przetoczył się przez całą arenę. Na środku wydeptanego placu stanął uzbrojony krasnolud, unosząc dłoń w geście pozdrowienia. Widzowie krzyknęli jeszcze głośniej.
— Naprzeciw niego mamy przedstawicielkę osławionej Szarej Straży walczącą w imieniu lorda Harrowmonta! — zakrzyknął Mistrz Prób.
Kiedy Ellen stanęła na ringu, na trybunach panowała pełna napięcia oraz dezaprobaty cisza. Dziewczyna poczuła, że wszyscy zebrani byli przeciwko niej – obcej, która wpraszała się na tradycyjne walki prowadzone od pokoleń, nie znając zasad. Przełknęła ślinę, wolnym krokiem zbliżając się do swojego przeciwnika.
Niespodziewanie na widowni rozległ się pojedynczy aplauz, klaskanie, ktoś zawołał jej imię. Zdumiona spojrzała w tamtą stronę, by ujrzeć siedzących w loży towarzyszy – Morrigan przysłoniła oczy dłonią, udając, że nie miała z pozostałymi nic wspólnego, Alistair natomiast próbował siłą usadzić podskakującego oraz wiwatującego Zevrana. Ellen nie była pewna, czy bardziej ją to zawstydziło, czy pokrzepiło.
Zatrzymała się przed Sewerynem, wypuszczając powietrze przez nos.
— W imieniu rodu Aeducanów oraz naszego przyszłego króla Bhelena! — zakrzyknął krasnolud, dobywając swojej buławy.
— Ku chwale lorda Harrowmonta — odparła, nie poruszywszy się; śledziła wzrokiem przeciwnika, rozpaczliwie sklecając plan przetrwania.
— Wojownik, który padnie jako pierwszy, uznany zostaje za pokonanego! Do boju! — ryknął Mistrz Prób.
Seweryn skoczył. A Ellen zrobiła jedyne, co przyszło jej na myśl – umknęła. I kolejny raz. I kolejny. Była szybsza oraz zwinniejsza, ale przecież dzięki temu nie pokona tak utalentowanego wojownika! Nie spuszczała z niego przestraszonego wzroku, tańcząc na arenie i unikając wszelkich wymierzonych ciosów. Z początku Seweryna to wyraźnie frustrowało, w końcu jednak przystanął, przypatrując się spanikowanej przeciwniczce.
— To ma być Szara Straż? — parsknął z kpiną. — To wasza taktyka wobec pomiotów? — dodał głośniej, rozkładając ręce.
Przez widownię przetoczył się pomruk aprobaty, kilka osób zagwizdało przeciągle przeciwko zdyszanej Ellen. Dziewczyna skuliła ramiona, cofając się jeszcze kawałek, jak zagoniona w pułapkę sarna. Nie miała planu. Nic. Zero. Zupełnie.
— Mistrzu, co ty wystawiłeś przeciwko mnie? — zwrócił się do siedzącego na podwyższeniu krasnoluda. — To walka czy kółko taneczne?
Tym razem publiczność zaśmiała się otwarcie. Couslandka zacisnęła dłoń na sztylecie, mając na końcu języka prośbę o wycofanie jej. Zdołała jednak nad sobą zapanować, przymknęła oczy i nabrała głębokiego wdechu.
Oszalałaś, Ellen. Ogry, smoki, pomioty, bandyci, demony… a tu drżysz przed krasnoludem, który jako dwunastolatek pokonał ojca? Naprawdę coś tak bardzo przyćmiło ci rozsądek? Nie jesteś sama, tylko w mniejszości.
Zagryzła zęby i niespodziewanie skoczyła. Ponieważ Seweryn był rozkojarzony, ograniczyła się do bolesnego ciosu głowicą w jego ramię; pociągnęła go kawałek, pozbawiając równowagi, i zahamowała za jego plecami w lekkim rozkroku, z napiętymi mięśniami. Krasnolud sapnął zdumiony, natychmiast pewniej chwytając broń. Popatrzył na Ellen zdezorientowany.
— Mniej gadania — wycedziła — więcej walczenia.
Natarła, zanim się zorientował. Przystanęła jednak, zmieniając koncepcję, przemknęła w bok i znowu zaatakowała. Seweryn syknął przez zęby, manewrując buławą tak, by się nią zasłaniać. Ale było już trochę za późno – dziewczyna zrozumiała. Krasnolud stał się zarozumiały dzięki sukcesowi. Nie docenił nieznajomej przeciwniczki z powierzchni. Nie znał tego sposobu walki, który reprezentowała. Poczuła, że robiło się jej lżej.
Unikała, by zaraz zaatakować. Wypatrywała luk w obronie, nacierała na nie, ale natychmiast decydowała się na uderzenie w inny czuły punkt. Powoli zaczynała się uśmiechać – wojownik przypominał otwartą księgę, z której czytała bez trudu. Mogła się wycofać, mogła skoczyć, mogła go zwieść. Dyktowała warunki. Nie spodziewała się, że sobie z tym poradzi. Mieli zbliżone gabaryty, ale zupełnie inne uzbrojenie. Ellen walczyła już z ciężkimi wojownikami, Seweryn najwyraźniej nie mierzył się jeszcze z, jak sam to ujął, tancerką.
Wreszcie, po kilku albo nawet kilkunastu minutach bezczelnej zabawy kosztem krasnoluda, zdołała trafić na sporą lukę w obronie. Skoczyła przeciwnikowi na plecy i przewaliła go na ring; odepchnęła się od jego barków, przekoziołkowała i zerwała się na równe nogi kawałek dalej. Odwróciła się, czekając, aż Seweryn wstanie – ale on tylko spróbował unieść się na rękach, po czym zrezygnował, nieruchomiejąc na piachu oraz dysząc ciężko.
Na arenie zapadła przejmująca cisza. Krew przestała szumieć Ellen w uszach, dziewczyna rozejrzała się dokoła. Jej wzrok natrafił na miejsca zajmowane przez przyjaciół; uśmiechnęła się nieśmiało tuż przed tym, jak Zevran wyrzucił ręce nad głowę, wydając z siebie triumfalny okrzyk. Zaraz do oklasków dołączył się Alistair, nawet Sten, Morrigan uniosła kącik ust. Dopiero po nich pozostali widzowie zaczęli nagradzać dziewczynę za walkę, jednak bez entuzjazmu, jakby z wielkim niedowierzaniem.
Ellen zawróciła ku wyjściu z areny, oddychając głęboko, szeroko uśmiechnięta. Odprowadził ją gromki głos Mistrza Prób:
— Zwyciężczynią jest Szara Strażniczka!

— Doskonały początek, Strażniczko — pochwalił ją krasnolud, kiedy przyszedł zajrzeć do zawodniczki w pomieszczeniu do odpoczynku. — Seweryn rzadko przegrywa… i to tak sromotnie! — stwierdził rozbawiony, kręcąc głową.
Couslandka uśmiechnęła się nieśmiało, odsuwając od ust manierkę z wodą. Otarła wargi, przypatrując się Mistrzowi Prób.
— Jesteś gotowa na następnego przeciwnika? — zagadnął pogodnie.
— Kto nim jest? — spytała, rozmasowując zesztywniały kark.
— Staniesz przeciwko Myaji i Lucjanowi. To bliźnięta, ale zawsze traktowano ich jako jedną osobę — wytłumaczył. — Należą do Kasty Wojowników, ale ich matka parała się kowalstwem, uważaj więc na młot Myaji. I nie trać z oczu Lucjana. Większość wojowników o nim zapomina… i kończy z nożem w plecach — poradził jej, uśmiechając się.
Ellen jęknęła cicho. Cóż, nie wyglądało to korzystnie. Dwoje na jedną? Cudownie. To był bardzo zły dzień. Dźwignęła się z miejsca, rozprostowała ramiona i popatrzyła na Mistrza Prób, pogodzona ze swoim losem.
Przynajmniej jeśli teraz przegra, nie będzie to aż taki wstyd.
— Jesteś gotowa? — spytał dla pewności krasnolud.
Skinęła głową. Starzec od razu skierował się do schodów prowadzących do jego loży, przed dziewczyną natomiast otworzyły się metalowe drzwi areny. Nabrała wdechu, odgarnęła spocone włosy z czoła i ruszyła ku światłu oraz hałasowi. Tym razem nogi jej nie drżały, jednak nadal czuła się dość niepewnie. Dwoje na jedną. Musiała coś wymyślić.
— Oto Próby Chwały odbywające się pod czujnym okiem Patronów Orzammaru, ku pamięci króla Endrina — ponownie rozbrzmiał głos Mistrza Prób. — W tej rundzie stronniczka Harrowmonta zmierzy się z siejącymi postrach bliźniętami z Kasty Wojowników, reprezentującymi księcia Bhelena – Myają i Lucianem!
Tym razem na widowni oklaski rozlegały się i przy wymienieniu Ellen, i przy wojownikach Orzammaru – z oczywistych względów ci drudzy cieszyli się większą przychylnością. Zevran jednak bardzo starał się wyrównać ten dysonans, aż wreszcie przyrżnął Alistairowi łokciem w głowę. Strażnik warknął wściekły i szarpnął elfa z powrotem na kamienną ławę.
— Niechaj Kamień cię przyjmie… — odezwała się Myaja.
— …gdy padniesz — dokończył Lucjan.
— Oby piach dobrze smakował, kiedy was nim nakarmię — odparła Ellen, uśmiechając się zimno.
— Wojownik, który padnie jako pierwszy, uznany zostaje za pokonanego — powtórzył Mistrz Prób, unosząc ręce. — Do boju!
Prawdę mówiąc, w tym momencie sam Alistair niemalże zerwał się na równe nogi, zaniepokojony tym, jak pójdzie Ellen. Nie wątpił w jej umiejętności, ale wiedział, że dziewczyna była tego dnia w nie najlepszej formie. Co więcej, musiała stawić czoła dwóm przeciwnikom na raz. Nie potrafił wysiedzieć spokojnie, gdy coś jej groziło.
— Grają tu niesprawiedliwie, nie uważacie? — zagadnął Zevran, obserwując, jak Ellen uskakiwała przed ciosem młota, by prawie natychmiast rzucić się ku Myaji w uniku przed Lucianem.
Alistair sapnął w odpowiedzi, nie wiedząc, co to miało znaczyć. Bał się na to patrzeć, ale nie potrafił oderwać od Strażniczki wzroku. Zupełnie jakby przez to mogła stać się jej krzywda.
— My też możemy zagrać niesprawiedliwie — mruknęła Morrigan i zmrużyła jaśniejące niepokojąco oczy.
Alistair zareagował najszybciej. Złapał wiedźmę za przegub i pokręcił głową, posyłając jej surowe, niezadowolone spojrzenie.
— Nawet nie próbuj — ostrzegł.
— Krasnoludy nie wyczuwają magii — wytknęła zirytowana, wyrywając się z jego uścisku. — Nikt się nie zorientuje.
— Ellen się zorientuje. Miała kontakt z magią i zna twój sposób czarowania — odparł, zwracając spojrzenie z powrotem na walkę. — Nie wybaczyłaby nam tego. Ani sobie.
— Więc… poczekamy, aż ją załatwią? — mruknął Zevran, ze zmarszczonym czołem patrząc, jak Strażniczka ledwie uskoczyła przed atakiem, wpadając plecami na ścianę areny.
Natychmiast odepchnęła się w bok, dzięki czemu młot gruchnął na ziemię, nie na jej ciało. Zerwała się, sapnęła, skoczyła raz jeszcze w tył, prawie gubiąc nogi. Bliźnięta roześmiały się złośliwie, ruszając za przeciwniczką.
— Poradzi sobie — warknął Alistair, naciskając palcami nasadę nosa. — Jest nienormalna. Poradzi sobie.
— Aha, coś w stylu „szaleńcy są najbardziej niebezpieczni”? — podsunął elf, rzuciwszy Strażnikowi krytyczne spojrzenie.
— Jeśli czegoś nie zrobi, straci oddech — zawyrokował tonem znawcy Sten.
— Jestem ciekawa, jak długo wytrzyma — przyznała Shale, ewidentnie świetnie się bawiąc.
Alistair zacisnął zęby, wpatrując się w zdenerwowaną Ellen uporczywym wzrokiem, jakby mógł zmusić ją w ten sposób do wygrania walki. Dziewczyna zaczynała mylić kroki, syczeć pod nosem, przestała atakować, wycofując się. Próbowała mieć na oku obu przeciwników, ale ciągle się rozdzielali, dekoncentrując ją. Strażnik sapnął sfrustrowany i uniósł się lekko.
— Na oddech Stwórcy, wkurz się! — zawołał na tyle głośno, żeby dało się go usłyszeć na ringu.
Ellen drgnęła i rozejrzała się, prawie przypłacając to raną. Uchwyciwszy spojrzeniem Alistaira, otworzyła szerzej oczy. W następnej chwili popatrzyła prosto na Lucjana, pochyliła ramiona, a potem zaszarżowała zupełnie nie w swoim stylu. Uderzyła w niego ramieniem, wyginając plecy tak, by sztylet ledwie prześlizgnął się po zbroi. Rozległ się pełen złości okrzyk Myaji, ale Ellen nie zwolniła. Puściła krasnoluda dopiero w momencie, w którym straciła część pędu. Lucjan wpadł na ścianę, stęknął głucho, upuszczając broń, a Strażniczka do niego dobiła; uderzył głową w mur, tracąc przytomność.
Nie zdążyła upewnić się, że nic poważnego mu się nie stało. Myaja ze wściekłym rykiem grzmotnęła młotem tuż za plecami Ellen – nie trafiła w nią tylko dlatego, iż śmignęła szerokim susem w przód. Przekoziołkowała, nieporadnie się zebrała, po czym stanęła, łapiąc oddech. Ciężka wojowniczka nie mogła do niej sprawnie doskoczyć, dlatego odczekała trochę, uspokajając serce.
Kiedy znów została zaatakowana, była opanowana. Zatańczyła chwilę, unikając ciosów i obserwując przeciwniczkę. Gdy wyczuła, że nastąpił dobry moment, runęła, przebiła się przez obronę i uderzyła krasnoludkę w splot słoneczny głowicą sztyletu. Nieszczęsna stęknęła głucho, ale Ellen nie zawahała się, bezlitośnie dobiła ją grzmotnięciem w bark. Myaja osunęła się na kolana, nie mogąc złapać tchu, dziewczyna natomiast odstąpiła, łapiąc łapczywy oddech.
— Zwyciężczynią jest Szara Strażniczka! — zakrzyknął Mistrz Prób, na co z trybun odpowiedziały śmielsze okrzyki aprobaty.
Ellen uśmiechnęła się ze zmęczeniem i powlokła się ku wyjściu z areny. Raz tylko zerknęła ku miejscom, które zajmowali przyjaciele, odszukując spojrzeniem pełnego ulgi Alistaira.

— Cóż, to była ekscytująca walka — skomentował Mistrz Prób, podszedłszy do zmęczonej Strażniczki. — Dwoje na jedną, a mimo to z łatwością ich pokonałaś.
Uniosła kącik ust, nie mając ani siły, ani ochoty odpowiadać. Zwilżyła usta kilkoma łykami wody i przymknęła oczy, rozkoszując się momentem spokoju.
— Jesteś gotowa na następnego przeciwnika? — spytał po paru chwilach krasnolud, dając jej znać, że nie mogli pozwolić sobie na czekanie.
Stęknęła z dezaprobatą, ale dzielnie się wyprostowała.
— Kto tym razem?
— Cóż, to powinien być szybki, brutalny pojedynek. Walczyć będziesz z Hanashan, jedną z legendarnych Milczących Sióstr — stwierdził, kładąc jej dłoń na ramieniu. — To okrutna wojowniczka, do tego stopnia oddana sprawie, że ucięła sobie język. Gotowa? — powtórzył, ruchem głowy wskazując czekające na otwarcie drzwi.
— Bezlitosna niemowa. Czemu nie. — Podniosła się, rozmasowując obolałe ramię, i podążyła nieco sztywnym krokiem do strażników pilnujących przejścia.
— Doskonale — ucieszył się Mistrz Prób i energicznymi susami pognał w górę schodów, zostawiając zmęczoną Ellen samą.
Wchodząc na arenę, uzmysłowiła sobie, że za bardzo zaczęła polegać na wspomagającej magii Wynne. Kiedy nie wspierały jej żadne zaklęcia, okazało się, iż nie potrafiła dysponować swoimi siłami w taki sposób, by wytrzymać walkę. Skrzywiła się z dezaprobatą dla własnej głupoty i zmrużyła oczy, kiedy jasność ringu ją oślepiła.
— Oto Próby Chwały odbywające się pod czujnym okiem Patronów Orzammaru, ku pamięci króla Endrina — obwieścił gromkim głosem Mistrz Prób. — Stronniczka Harrowmonta cieszyła się do tej pory przychylnością Kamienia. Ale czy poradzi sobie z Milczącymi Siostrami, ulubienicami Patronów? — Dokoła podniosła się ogłuszająca wrzawa.
Ellen stanęła naprzeciwko czarnowłosej krasnoludki, przypatrując się jej z uwagą. Zwłaszcza liniom prostych, geometrycznych tatuaży, które zdobiły jej twarz.
— Przekonamy się, gdy Strażniczka stanie przeciwko pani Hanashan, która udowodniła swą wierność Patronce Astyth Szarej, ucinając sobie język. I naszemu księciu Bhelenowi, stając do walki w jego imieniu — zaanonsował.
Krasnoludka milczała, wpatrując się w nią uporczywie. Strażniczka uzmysłowiła sobie, że prawdopodobnie powinna coś powiedzieć – najwyraźniej było to tradycją podczas Prób. Uśmiechnęła się zdawkowo, przygotowując broń.
— Życzę powodzenia — stwierdziła spokojnie.
— Wojownik, który padnie jako pierwszy, zostanie uznany za pokonanego. Do boju! — ryknął Mistrz Prób.
Hanashan zaatakowała błyskawicznie. Szybciej niż jej poprzednicy. Zmęczona Ellen tak gwałtownie targnęła do tyłu, że gruchnęła na plecy. Na szczęście przytomnie wykorzystała siłę rozpędu, przez co fiknęła przez głowę i wylądowała z powrotem na kolanach. Hanashan rzuciła jej przeciągłe spojrzenie, zanim znów natarła, bojowo unosząc toporek.
Tym razem Strażniczka zdecydowała się zmienić taktykę. Odpowiedziała na atak, doskakując do przeciwniczki, i zatrzymała cios skrzyżowanymi ostrzami. Odepchnęła ją, odzyskała zachwianą równowagę, po czym sama cięła, wkładając w to jak największą szybkość. Hanashan uchyliła się, choć uniknęła zranienia ledwie o włos. Ellen warknęła pod nosem i natarła znów, zastanawiając się, co zrobić, by pozbyć się przeciwniczki.
Wymieniały się ciosami szybko oraz mocno, czasami Strażniczka uciekała na większą odległość i łapała tam oddech, czasami Hanashan stawiała ją pod ścianą, zmuszając do desperackich zagrań. Ellen brakowało już pomysłu, a zmęczenie powoli otępiało umysł. Co zrobić z kimś, kto walczy podobnie oraz naprawdę dobrze? Jak sobie poradzić? To jak sobowtór w świątyni, ale jej nie znała. Nie mogła zastosować taktyki zaskoczenia. Co zatem?
Nagle olśnienie spłynęło na nią niczym błogosławieństwo samego Stwórcy. Ujrzawszy jedną konkretną scenę przed oczami, uspokoiła się. Rozluźniła mięśnie na tyle, na ile pozwalała sytuacja, opanowana zaczęła odpowiadać na ataki, uśmiechnęła się pod nosem. Hanashan przypatrywała się jej czujnie, starając się znaleźć słabą stronę, ale Strażniczka niczego nie dała po sobie poznać. Skupiła się wyłącznie na tym, co musiała zrobić.
Wsparła ciężar ciała na lewej nodze, obróciła się częściowo, po czym przeskoczyła na prawą nogę, wsuwając ją gwałtownie pod stopy Hanashan i ją podcinając. Ledwie krasnoludka gruchnęła zdumiona na ziemię, Ellen uśmiechnęła się szeroko – prawdopodobnie jej mina była identyczna, ilekroć sir Gilmore w ten sposób ją nokautował. Zanim wojowniczka otrząsnęła się z szoku, przydepnęła jej nadgarstek, zmuszając do puszczenia broni. Odkopnęła ją poza zasięg ramion, by w następnej chwili skoczyć do tyłu.
Hanashan zaatakowała ją gołymi rękoma, ale to już nie trwało długo. Strażniczka nie pozwoliła zbliżyć się do toporka, którego zaciekle broniła, aż wreszcie zdołała ponownie krasnoludkę powalić. Przydusiła ją kolanem do piachu i złapała nieregularny oddech, spoglądając na przeciwniczkę z podziwem. Musiała przyznać, że nie brakowało jej zaciętości.
Dokoła poniósł się gromki ryk zachwyconej publiczności. Ellen wstała i podała rękę Hanashan, którą krasnoludka po krótkim wahaniu przyjęła.
— Zwyciężczynią jest Szara Strażniczka! — ryknął Mistrz Prób, dając Couslandce sygnał, że mogła opuścić ring.
Wychodząc, ponownie popatrzyła ku przyjaciołom. Zevran pomachał do niej energicznie i krzyknął coś, ale nie mogła tego w hałasie zrozumieć. Uśmiechnęła się w odpowiedzi i zanurzyła się w przyjemnym półmroku, modląc się, by walki zbliżały się już do końca. Jak długo krasnoludy potrafiły się między sobą tłuc?

— Harrowmont będzie zadowolony, Strażniczko — uznał Mistrz Prób, kiedy po dłuższej chwili dołączył do dziewczyny. — Wsparcie Milczących Sióstr miało dla Bhelena wielkie znaczenie — zapewnił i posłał jej uśmiech.
Skinęła głową, odkładając manierkę. Przetarła kark zwilżoną dłonią i aż zamruczała z zadowolenia, przymykając oczy. Naprawdę chciała usłyszeć, że to już koniec i mogła sobie iść w cholerę. Chociażby do Oberży, spać na niewygodnych pryczach.
— Gotowa do następnej walki?
— A z kim się zmierzę? — spytała niechętnie, powoli uchyliwszy powieki.
— To powinien być dobry pojedynek — westchnął Mistrz Prób i poklepał się po udach. — Będziesz walczyć z Wojechem Ivo, mistrzem wszelkiej broni. Nigdy nie posługuje się dwukrotnie tą samą techniką — zastrzegł.
Ellen z przekąsem pomyślała, że nie robiło to dla niej różnicy. W końcu i tak nie znała tych wojowników, mierzyła się z nimi pierwszy raz w życiu. Oraz ostatni, jak miała nadzieję.
— Zaczynamy?
— Oczywiście — mruknęła i jako pierwsza skierowała się do drzwi prowadzących na arenę.
Może jeśli zamknie oczy i bardzo mocno tego zapragnie, walka dobiegnie końca, zanim w ogóle się zacznie? W dodatku może uda się ją wygrać?
Głucha na ryk na trybunach weszła w jasne światło, idąc znaną już drogą ku środkowi ringu. Naprzeciw niej pojawił się bardzo dobrze uzbrojony krasnolud w towarzystwie drugiego wojownika. Ellen poczuła, że zaczynały jej drżeć kolana – znowu miała walczyć w pojedynkę przeciwko dwóm? Nie starczy jej sił!
— Oto Próby Chwały odbywające się pod czujnym okiem Patronów Orzammaru, ku pamięci króla Endrina — zaanonsował Mistrz Prób, gdy przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. — W tej rundzie zawodnicy walczyć będą w parach. Podobnie jak Kiotshett walczący u boku króla Bloadlikka w obronie naszego imperium, krasnoludy zawsze szły do boju w towarzystwie swego przybocznego — oznajmił, wznosząc ramiona. — Mistrz wszelkiej broni, Wojech Ivo, każde zwycięstwo odnosi, walcząc w innym stylu. Ciekawe, co pokaże nam dzisiaj, panie i panowie, i czy zatriumfuje w imieniu księcia Bhelena? — Zrobił stosowną pauzę, by pozwolić tłumowi się wykrzyczeć.
Ellen wbiła w Mistrza Prób zaniepokojone spojrzenie, po cichu licząc, że jej też przysługiwało prawo do kompana. Mimo że nie była krasnoludem.
— Szara Strażniczko, wybierz sobie przybocznego, gdyż przyjdzie ci zmierzyć się z Wojechem Ivo oraz Velanzem — zwrócił się do niej krasnolud.
Nie kryjąc ulgi, odetchnęła głęboko, przymykając oczy. Szybko przeanalizowała sytuację i powstrzymała chęć wezwania pierwszego imienia, które przyszło jej na myśl. Pamiętała, na czyje życzenie się tu pojawiła, nie mogła sobie pozwolić na luksus towarzystwa kogoś bliskiego. Uchyliła powieki i popatrzyła prosto na przeciwników.
— Stając do walki w imieniu Harrowmonta, na swego przybocznego wybieram Bazyla — ogłosiła głośno.
Potrzebowali kilku chwil czekania, by ujrzeć maszerującego w ich stronę ciemnoskórego krasnoluda. Uśmiechnął się do Strażniczki, stając u jej boku, i przygotował się do walki.
— Czynisz mi wielki honor — stwierdził spokojnie.
— Zwycięzcą będzie ten, kto ostatni pozostanie na nogach! — zawołał Mistrz Prób. — Do boju!
Ruszyli na siebie w chwili, w której tłum ryknął gromko z radości. Ellen natychmiast przeszła na pozycję najlepiej sobie znaną – zostawiła pole do popisu Bazylowi i natarła na przybocznego Wojecha Ivo, licząc, że jej towarzysz sobie poradzi. Nie znała jego umiejętności, nie wiedziała, czy kiedykolwiek mierzył się z tym krasnoludem, ale zdawała sobie sprawę z jednego – nie zdołałaby już poprowadzić głównego natarcia. Bardzo zatęskniła za odesłaną na wyprawę Wynne.
Kiedy zyskała wsparcie, walka nagle okazała się przyjemniejsza. Skupiła się na Velanzu, ignorując istnienie Wojecha Ivo, którym zajął się Bazyl. Metal szczękał o metal, wżerając się w umysły, przez co Ellen nie umiała wymyślić niczego błyskotliwego. Nacierała na przybocznego przeciwnika, licząc, że Bazyl sobie radził. Velanz coraz bardziej słabł, tracił pewność siebie, ale Strażniczka nie przerywała uporu w dążeniu do zwycięstwa. Jej ruchy stały się bardziej mechaniczne niż finezyjne, jednak to wciąż wystarczało.
Niespodziewanie nadeszła odsiecz ze strony Bazyla. Dziewczyna spojrzała na krasnoluda z podziwem, kątem oka dostrzegłszy leżącego bez przytomności Wojecha Ivo. Popatrzyła jeszcze na swojego przybocznego i po jego minie zrozumiała, że zupełnie się tego nie spodziewał. Uśmiechnęła się szeroko, rozbawiona tą sytuacją, po czym oboje zaatakowali Velanza, nie pozostawiając mu nawet najmniejszych szans.
Gdy i on padł nieruchomo, Ellen prawie osunęła się na kolana, wyczerpana. Bazyl dotknął jej łokcia w uspokajającym geście, uśmiechnął się i wskazał Mistrza Prób. Krasnolud uniósł się na swojej ławie, rozłożył ramiona i ryknął:
— Zwyciężyła Szara Strażniczka!
Couslandka uśmiechnęła się blado, pokiwała do siebie głową i powlokła się ku wyjściu z areny. Słyszała swój ciężki oddech i zastanawiała się, czy zdoła go do jutra uspokoić. Poważnie zaczęła rozważać rezygnację – jak długo można było to ciągnąć? Nie przygotowała się do takiego zadania. Przygotowywała się do pokonania arcydemona, nie małej armii rozjuszonych krasnoludów.

Przybycie Mistrza Prób powitała z pełną niechęci miną. Popatrzyła na pogodnego starca i przyssała się do manierki, nie chcąc z nim rozmawiać. Na pewno zamierzał wygonić ją z powrotem na arenę. Żeby pokonała jeszcze więcej Orzammarczyków.
— Wojech Ivo to jeden z najlepszych wojowników, jacy kiedykolwiek postawili stopę na tej arenie, Strażniczko — stwierdził z podziwem. — Harrowmont dokonał mądrego wyboru.
Ellen wymamrotała, że z Wojechem poradził sobie Bazyl, nie została jednak wysłuchana. Nie miała też siły, by żądać uwagi.
— Jesteś gotowa na kolejną walkę?
NIE, pomyślała ze złością. Oszacowała swoje szanse i po krótkim zastanowieniu doszła do wniosku, że nie mogła się wycofać. Musiała doprowadzić to do końca – a lepiej polec na arenie, niż po prostu zostać w szatni.
— Co teraz? — spytała niechętnie.
— To runda mistrzowska, oddział przeciwko oddziałowi — poinformował.
W sercu Ellen nagle zakiełkowała nadzieja. Nie śmiała wypowiadać jej na głos, bojąc się, że zostanie natychmiast zdeptana. Spojrzała na Mistrza Prób z większą uwagą.
— Piotin Aeducan stoi na czele tej samej drużyny, z którą odbył ponad tuzin udanych wypraw na Głębokie Ścieżki. Jesteś gotowa na ostateczny test twoich umiejętności? — zainteresował się życzliwie, gestem wskazując drzwi.
Podniosła się z nową werwą, rozciągając usta w przewrotnym uśmiechu.
— Ja stoję na czele drużyny, która dokonała niemożliwego. Kilkukrotnie — mruknęła pod nosem. — Jestem gotowa — zwróciła się do zaskoczonego Mistrza Prób i ruszyła śmiałym krokiem ku wyjściu, czując się tak, jakby ktoś podarował jej utracone siły.
— Niechaj przodkowie dokonają roztropnego wyboru — podsumował krasnolud i czym prędzej pognał na stanowisko, nie chcąc się spóźnić z rozpoczęciem walki.
Ellen wymaszerowała na arenę i skierowała się prosto do ostatniego przeciwnika. On, w towarzystwie trzech innych wojowników, podszedł do swojej części ringu. Zmierzył nadal oddychającą nieregularnie dziewczynę krytycznym spojrzeniem, nie pozwolił sobie jednak na kpinę. Nie zaszła do rundy mistrzowskiej przypadkiem.
— Oto Próby Chwały odbywające się pod czujnym okiem Patronów Orzammaru, ku pamięci króla Endrina — rozbrzmiało. — Na placu boju pozostało tylko dwoje wojowników. Piotin Aeducan, walczący wraz z drużyną dla swego kuzyna Bhelena, pokonał do tej pory wszystkich przeciwników. — Widownia ryknęła gromko, uradowana. — Wyzwanie rzuca mu walcząca w imieniu lorda Harrowmonta Szara Strażniczka, która niespodziewanie dotarła do finału zawodów. — Tym razem aplauz był niemal równie mocy. — Każdy poprowadzi do boju drużynę składającą się z czterech wojowników i w końcu przekonamy się, komu przychylni są przodkowie.
Ellen uśmiechnęła się zadowolona. Na pewno nie byli przychylni jej – ale wiedziała, że ze swoimi towarzyszami mogłaby góry przenosić. Odetchnęła, nim wymieniła imiona:
— Alistairze, Stenie, Zevranie, możecie mi się przydać — rzuciła, nie spuszczając wzroku z czekającego cierpliwie Piotina.
Wywołani przemieszczali się z trybun przez kilka minut, ale kiedy dołączyli do zmęczonej przywódczyni na ringu, dziewczyna z trudem powstrzymała się przed wyściskaniem wszystkich. Ich widok był niczym balsam dla duszy – uśmiechnęła się szeroko, przez chwilę albo dwie nie odrywając spojrzenia od Alistaira.
— Dobrze walczysz, ale twoje przekonania budzą wątpliwości — odezwał się Piotin, sprawiając, że Ellen znów zwróciła na niego uwagę. — Ród Aeducanów nigdy nie zostanie pozbawiony tronu.
— Nasz triumf dedykuję lordowi Harrowmontowi — odparła spokojnie, uśmiechając się.
— Zwycięzcą będzie ten, kto ostatni pozostanie na nogach! Do boju! — krzyknął podekscytowany Mistrz Prób.
I w tym momencie rozpoczęła się poezja. Jej towarzysze bez polecenia ruszyli do walki dokładnie tak, jak chwilę wcześniej to sobie umyśliła. Rosły Sten niemal zmiażdżył swym ogromem zdezorientowane krasnoludy, Alistair natychmiast wykorzystał przewagę, którą dawała mu tarcza, a Zevran zaatakował z zaskakującą zaciętością. Ellen mogła nawet przez niedługi moment stać i po prostu cieszyć się tym, że oto znalazła się w domu. Z nimi nie było tu już niczego strasznego.
Potem rzuciła się na krasnoluda, który chciał użyć kuszy. Pozbawiła go najpierw broni, następnie równowagi, aż wreszcie przytomności. Ledwie usunęła ten problem i odwróciła się do przyjaciół, ujrzała Alistaira walczącego w wielkim skupieniu z samym Piotinem. Zevran ze Stenem pozbywali się jego towarzyszy, wyprowadzając ataki na zmianę – niekiedy elf burzył szyk, czym dezorientował przeciwników. Ellen bez wahania skoczyła wspomóc Strażnika.
Walka trwała dosłownie minuty. Dziewczyna sama nie spodziewała się takiego zgrania w ich drużynie – albo dopiero teraz, wystawiona na próbę wytrzymałości bez wsparcia, doceniła to – i ze szczerym zdumieniem patrzyła, jak Piotin coraz bardziej słabł. Niedługo potem Sten oraz Zevran mogli odstąpić, wreszcie nawet ona oddała pola Alistairowi. Zdenerwowany, zasapany krasnolud bronił się dzielnie, ale Strażnik nie odpuścił choćby na moment. Ellen zauważyła, że walczył z nim trochę jak z pomiotem – zastanowiła się, czy zainspirował się opowieścią o tym oddziale.
I wreszcie Piotin osunął się na kolana, nie będąc w stanie kontynuować walki. A Ellen niemalże zrobiła to samo, gdy uderzyła w nią niewyobrażalna wprost ulga. Zwyciężyli. Trud nie poszedł na marne. Mogłaby się zdrzemnąć.
Została podtrzymana przez Stena, dlatego chwilowo oddaliła się wizja przyjemnego snu. Zwróciła niedowierzający wzrok na Mistrza Prób, który jeszcze przyglądał się poległym wojownikom Orzammaru.
— Zwyciężczynią jest Szara Strażniczka! — ryknął wreszcie, na co tłum odpowiedział równie gromkim okrzykiem. — Gratuluję. Udało ci się pokonać krasnoluda, którego sam książę Trian nazwał niegdyś „rogami swej armii” — pochwalił. — Czy ktokolwiek wątpi, że ta Szara Strażniczka zasłużyła sobie na tytuł mistrzyni?
Rejwach, który zapanował wokół, sprawił, że Ellen aż się skrzywiła, odwracając głowę. Zevran poklepał ją pocieszająco po ramieniu.
— W takim razie mam zaszczyt ogłosić tę Szarą Strażniczkę mistrzynią Prób, które pokazały, że przodkowie przychylni są lordowi Harrowmontowi! — zawołał, rozkładając ramiona.
— Był to dla mnie wielki zaszczyt — odezwała się i skłoniła z szacunkiem głowę; nie mogła pochylić się bardziej, bo bała się, że już się nie wyprostuje.
— Niech ten dzień będzie potwierdzeniem przyjaźni pomiędzy naszym miastem i twoim bractwem — odpowiedział Mistrz Prób, podobnie się kłaniając.
Całą grupą ruszyli ku wyjściu z ringu, odprowadzani wiwatami rozemocjonowanej publiczności. Ellen pozwoliła sobie zacząć kuśtykać dopiero, gdy zniknęła z zasięgu wzroku większości krasnoludów – wtedy też zrównał z nią krok Alistair.
— Nic ci nie jest? — spytał z troską.
— Templariuszyno, nasza Strażniczka została mistrzynią. Jasne, że nic jej nie jest — parsknął bardzo zadowolony Zevran.
— Zaraz skonam — odparła łamiącym się głosem. — Zanieś mnie do łóżka — poprosiła błagalnie, zwracając na Strażnika spojrzenie.
Alistair zaśmiał się cicho i ucałował ją w skroń, objąwszy mocno.
— Zobaczymy, co da się zrobić. Dziś wszyscy będziemy cię rozpieszczać, panno Cousland — mruknął, uśmiechając się do niej.
— I masaż. Byle nie od Zevrana — stęknęła, z ulgą się na nim wspierając.
— No wiesz co? Robię bardzo dobry masaż — żachnął się oburzony elf.
Ellen uśmiechnęła się, zmęczona, ale szczęśliwa. Nie wiedziała, jak długo przetrzymano ich na arenie, nie zamierzała jednak widzieć się z żadną polityką aż do jutra. Metaforycznie bądź fizycznie.

2 komentarze:

  1. Teraz czas na nadrobienie Strażniczki! Ach, fajnie jest sobie to czytać, mając w głowie to, że się to kiedyś samemu przeszło ;P Muszę przyznać, że Orzammar chyba najbardziej mi się dłużył i jak sobie pomyślę, ile oni jeszcze muszą tam siedzieć, to aż im trochę współczuję ;P
    Fajnie rozegrałaś walki i to opisałaś - wątpliwości Ellen, czy jej się uda, czy nie...
    A to, jak zlała tamtego krasnoluda było epickie xD Nie, ja tylko rozmawiałam ze Stenem ;P Hahaha, swoją drogą jestem ciekawa, co on tam chciał i czy mu jednak pomożesz w ostatecznym rozrachunku ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątek polityczny był dość skomplikowany, ale z perspektywy czasu właściwie go lubiłam. Aczkolwiek może konkurować z przechodzeniem Pustki, męczące. :D
      To był brat Burkel, może go nie pamiętasz - chodziło o założenie Zakonu.

      Usuń