środa, 10 lutego 2016

Rozdział 1.94 - Lord Pyral Harrowmont



Dzień zapowiadał się naprawdę cudownie. Śniadanie było całkiem smaczne jak na krasnoludzkie standardy i nawet udało im się dostać do popicia coś innego niż piwo. Jedyne, co cały czas niepokoiło Alistaira, to przedłużająca się nieobecność Ellen. Zupełnie jakby została pochłonięta przez niewielki, ciasny pokoik.
Wczorajszego wieczoru prawie wniósł ją po schodach, tak bardzo była zmęczona. Musiał pomóc jej się przyszykować do snu, a i tak zdołał tylko pozbawić Strażniczki butów – z czym tak czy siak czuł się dość niezręcznie. Ułożył ją do snu i szybko opuścił pomieszczenie, zawstydzony całą sytuacją.
Teraz zbliżała się pora obiadowa, cała grupa kręciła się po karczmie oraz targowisku na zewnątrz, czekając, aż Ellen odeśpi wysiłek. Alistairowi byłoby lepiej ze świadomością, że na miejscu znajdowała się Wynne, gotowa pomóc, gdyby walki jednak wyrządziły Strażniczce większą krzywdę niż samo wyczerpanie. Z trudem powstrzymywał się od zajrzenia do niej, powtarzając sobie uparcie, że potrzebowała prywatności oraz spokoju.
Kiedy dołączył do niego Zevran, zastanowił się, czy jednak nie powinien czym prędzej zmienić położenie. Elf – mimo obaw Strażnika – nie zaczął żadnej rozmowy. Wyciągnął przed siebie nogi i przyjrzał się zebranym w karczmie krasnoludom, wydąwszy usta. Alistair uniósł brew, obserwując go.
— Z obiadem już na nią czekamy, prawda? — zagadnął od niechcenia Zevran, podchwyciwszy jego spojrzenie.
Strażnik skinął głową.
— Na pewno będzie bardzo głodna — stwierdził.
— Albo będzie się jej chciało rzygać — podsunął i wyszczerzył zęby. — Ach, taka delikatna i dziewczęca, co?
Alistair spochmurniał. Domyślił się, że głupi elf nawiązywał do ich ostatniej mało fortunnej rozmowy, dlatego postanowił nie podejmować tematu. Odwrócił wzrok, co chwilę zerkając ku przejściu prowadzącym na piętro.
— Zatem dlaczego właściwie Kruki wysłały ciebie, Zevranie? — spytał, złapawszy się na tym, że zupełnie nie pojmował tego fenomenu.
— Istnieje powód, dla którego nie powinny? — zainteresował się i uśmiechnął się przewrotnie, zwracając spojrzenie na Strażnika.
— Mnóstwo powodów — parsknął. — Zaczynając od faktu, że raczej nie byłeś najlepszym, czym dysponowali, prawda?
— Oszczerstwa i kłamstwa. Wstyd, Alistairze — odparł niezrażony.
— Nie jestem kretynem — żachnął się, ale zanim Zevran popatrzył na niego wymownie, sam zmarszczył czoło. — No, nie przez cały czas — poprawił się pokornie. — Nie jesteś surowym rekrutem, ale widziałem, jak walczysz. Nie należysz do mistrzów pojedynków w żadnym wypadku.
— Zakładając, że uczestniczyłbym w uczciwej potyczce, faktycznie byłby to problem — zgodził się swobodnie, uśmiechnąwszy się szeroko.
— Ale Kruki muszą mieć mistrzowskich skrytobójców, przynajmniej tak ich opisujesz — uparł się. — Ludzi z wieloletnim doświadczeniem. Dlaczego nie wysłali ich?
— Dlaczego nie, w istocie? — powtórzył, wzdychając. — To tajemnica na wieczność.
— Och, rozumiem. — Uśmiechnął się krzywo. — Nie zamierzasz mi powiedzieć.
Zevran uniósł brwi z teatralnym zdumieniem i bez pośpiechu kilkukrotnie klasnął w dłonie, flegmatycznie bijąc Alistairowi brawa.
— Morrigan powiedziała, że jesteś bystry — stwierdził złośliwie. — Żadna z niej kłamczucha.
Strażnik odczuł nagle przemożną ochotę uderzenia skrytobójcy w ten jasny, przesadnie pewny siebie łeb, ale zdołał się powstrzymać. Zresztą w tym momencie ktoś pojawił się na ostatnim stopniu schodów i jego wzrok natychmiast skierował się w tamtą stronę. Na widok zaspanej, pocierającej twarz Ellen Alistair rozpromienił się; wstał, wyminął zaskoczonego Zevrana i ruszył do dziewczyny. Elf, zauważywszy powód dezercji, pokręcił z pobłażliwym uśmiechem głową.
Strażniczka uniosła kąciki ust, kiedy dostrzegła idącego do niej młodzieńca. Zeszła z ostatniego stopnia i poczekała, aż Alistair stanął przy niej – zauważyła, że zawahał się, jakby chciał coś zrobić, ale ostatecznie się powstrzymał. Trochę zdezorientowana dotknęła jego dłoni, nie wiedząc, co powinna myśleć.
— Która godzina? — spytała. — Pod ziemią nic nie jest normalne.
— Pora obiadowa — odparł pogodnie, przypatrując się jej z ciepłym blaskiem w oczach. — Czekaliśmy na ciebie. Morrigan i Sten niedługo przyjdą. — Wskazał okupowany przez Zevrana stolik.
Skrytobójca pomachał do dziewczyny, więc odwzajemniła się tym samym. Ruszając na miejsce u boku Alistaira, zerknęła na niego.
— A Shale? — zmartwiła się.
— Prawdopodobnie spaceruje po Orzammarze. Wyszła rano — doniósł uprzejmie. — Może coś sobie przypomniała?
— Może. Ale raczej nam o tym nie powie — westchnęła, opadając na kamienną ławę. — To co jemy? — zainteresowała się entuzjastycznie.
Alistair posłał jej uśmiech i skierował się do okupowanej przez karczmarza lady. Strażniczka odprowadziła go roziskrzonym spojrzeniem, ale przeniosła wzrok na Zevrana, kiedy ten się odezwał:
— Jedno jest pewne. Nie będzie to gulasz templariuszyny.

Na posiłek przyszli wszyscy z drużyny obecni w Orzammarze. Nawet Shale usiadła w kącie, sceptycznie przypatrując się talerzom z parującym jedzeniem. Mimo to nikt nie kwapił się do prowadzenia rozmów – jedli w ciszy, otaczał ich gwar krasnoludzkich głosów, w którym tonęły inne dźwięki. Ellen od czasu do czasu rozglądała się po gospodzie, wypatrując Dulina Forendera, nigdzie go jednak nie dostrzegła. Liczyła, że przyboczny Harrowmonta sam się do niej pofatyguje.
Koniec końców zwróciła wzrok na milczącego golema. Shale zwykle nie zdradzała po sobie zbyt wielu emocji – a jeśli już, były przede wszystkim negatywne. Ellen zastanowiła się, czy ich towarzyszka po prostu aż tak znienawidziła ludzi przez to, jak traktował ją jej dawny właściciel.
To przypomniało jej o czymś innym – o czymś, co powinno ją raczej martwić, ale do tej pory nie przykładała do tego zbyt dużej uwagi.
— Słyszałam, że zabiłaś swojego pana — zagadnęła, nie spuszczając spojrzenia z ponurego golema.
— Tak? A to ciekawe — parsknęła z dezaprobatą Shale. — Pamiętam oczywiście, że miałam pana, ale moje wspomnienia odnośnie tego, co się z nim stało, są… mgliste.
— Mgliste? — podchwyciła i przechyliła głowę. — Czyli jednak coś pamiętasz.
Shale posłała jej zdumione spojrzenie.
— Sprytnie — przyznała. — I zgodnie z prawdą. —  Westchnęła ciężko. —  Och, dobrze. Zobaczę, co zdołam sobie przypomnieć — zgodziła się pod ostrzałem ciekawskiego wzroku Ellen. — Mój dawny pan lubił przeprowadzać na mnie eksperymenty. Tyle pamiętam. On… kombinował coś z zaklęciami, a później z kryształami. Wydaje mi się, że bardzo chciał zmienić moje funkcje.
— Zmienić? Po co? — zdziwiła się, unosząc brwi. — Przecież całkiem dobrze się sprawujesz — dodała przyjaźniej.
— Pochlebstwo? — mruknęła podejrzliwie. — I to oczywiste pochlebstwo. Aż mi się w środku ciepło zrobiło — skwitowała, nie kryjąc się z zadowoleniem, co było akurat rzadkością. — On miał moją różdżkę kontrolną, która uniemożliwiała mi wtedy zrobienie czegokolwiek wbrew jego woli. Niezależnie od tego, jak bardzo bym to zrobić pragnęła. Co się stało? Nie jestem pewna. On eksperymentował i wtedy… pustka. — Wzruszyła kamiennymi ramionami.
— A więc przez przypadek nacisnął przycisk „zabij mnie”? — podrzuciła zgryźliwie.
— Ho-ho-ho, lubi się śmiać, co? — prychnęła, jednak w jej głosie zabrakło jednoznacznej dezaprobaty. — Ale kto wie? Może mam gdzieś taki przycisk — dodała bardziej tajemniczo. — On zniknął. A ja znalazłam się w wiosce — podjęła opowieść. — I nie mogłam się ruszyć. Zjawili się wieśniacy, byli wystraszeni, szturchali mnie i popychali. W końcu zrozumieli, że nie zdołają mnie ani poruszyć, ani zniszczyć… więc dali mi spokój. A ja z czasem zapomniałam, że nie zawsze tam stałam.
— Nie zastanawiałaś się, gdzie zniknął? — mruknęła, uniósłszy wzrok znad talerza.
— Czy się zastanawiałam? Ja się cieszyłam, że zniknął! — zawołała święcie oburzona. — Przez tyle lat musiałam skakać na każdy rozkaz tego małego muchomora! Przynieś to! Podaj tamto! Połóż! Znowu podnieś! Co za bezczelność! — parsknęła wściekle. — Z początku miałam nadzieję, że zdecydował się mnie tam zostawić, sparaliżowaną. Na coś takiego gotowa byłam przystać. A po paru latach przestało mnie to po prostu obchodzić.
— Może ma to jakiś związek z twoimi kryształami. — Ellen wycelowała łyżką w wystające spomiędzy kamiennej skóry golema kolorowe, lśniące blado kamienie.
— Hmm. — Shale spojrzała na swoje ramiona. — Możliwe. Tyle że on wtedy nie eksperymentował z kryształami. Tak mi się przynajmniej zdaje… ale mam słabą pamięć. Możliwe, że ma rację — westchnęła. — Niezależnie od tego, co zrobił mag, różdżka kontrolna stała się bezużyteczna. Z czego powinnam się chyba cieszyć, prawda? I jeśli nie zdecyduje się naśladować jego eksperymentów… nie żebym na to pozwoliła… to nie ma się czego z mojej strony obawiać. Raczej nie — obiecała spokojnie.
Ellen wzruszyła ramionami.
— Jak dla mnie może być — podsumowała.
— Istoty, z którymi walczy, a walczy często… to całkiem inna sprawa — dodała w zamyśleniu.
Strażniczka uśmiechnęła się rozbawiona i skinęła głową. Zdecydowanie Shale okazywała się przydatna w najróżniejszych sytuacjach – doskonale radziła sobie z rozkwaszaniem wrogów, co stawiało ich drużynę na z góry lepszej pozycji podczas walki.
— Ty… nie myślisz tak naprawdę, że wyglądam tak jak moja matka, prawda? — odezwała się niespodziewanie Morrigan, najwyraźniej chcąc skorzystać z pogawędki Ellen oraz Shale, by nie zwrócono na nią uwagi; przeniosła przy tym wzrok na Alistaira.
Strażnik popatrzył na wiedźmę zdumiony.
— Naprawdę myślałaś o tym cały ten czas? — wykrztusił.
Uwagę o nosie zrobił – o ile sam dobrze pamiętał – jeszcze przed Szczytem Wojownika. To było, generalnie, bardzo dawno temu.
— Jestem po prostu ciekawa — burknęła zirytowana, odwróciwszy wzrok.
— I jesteś tego całkowicie pewna, zakładam — rzucił z drobną kpiną, przez chwilę ciesząc się triumfem nad Morrigan.
— Uważam, że w ogóle jej nie przypominam — poinformowała oschle.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Poczekajmy parę setek lat i będziecie identyczne.
— Powiedziałam, że w ogóle jej nie przypominam! — warknęła wściekle, zacisnąwszy dłoń na blacie stołu, a wokół jej placów zamigotała ciemna mgiełka.
Alistair zerknął nerwowo na jej rękę, potem popatrzył jej w oczy – raz jeszcze wrócił wzrokiem do ręki, zanim zaśmiał się niepewnie.
— W porządku. Zrozumiałem — zapewnił pośpiesznie. — Zupełnie różne. Teraz to widzę — dodał, kiwając głową.
Ellen uśmiechnęła się szeroko, rozbawiona tą wymianą zdań, ale zanim skomentowała, Morrigan syknęła ostrzegawczo. Strażniczka czym prędzej uniosła obronnie ramiona, zachichotała, po czym skupiła się na posiłku. Zevran zerknął na pochmurnego Alistaira i pokiwał głową z podziwem dla wiedźmy.
Spokój nie trwał długo. Ledwie skończyli obiad i powoli szykowali się do podjęcia poważniejszych tematów odnoszących się do ich przyszłości, wśród gości karczmy dostrzegli znajomą postać. Ellen natychmiast zerwała się na równe nogi, widząc Dulina Forendera, a Alistair poszedł w jej ślady. Dziewczyna dała pozostałym znać, by zostali na miejscu, sama natomiast, razem ze Strażnikiem, podeszła do krasnoluda.
— Atrast vala, mistrzyni — zwrócił się do niej rozpromieniony Dulin, ledwie przecisnął się wśród tłumu. — Podobno na Próbach sprawiłaś się po prostu znakomicie!
Alistair potwierdził to skinieniem głowy. Ellen zerknęła na niego sceptycznie – z pewnością nie dała widowiskowego popisu… a jej nogi tak okrutnie rwały przy każdym kroku, że już kilkukrotnie rozważała wynajęcie Strażnika albo Stena do noszenia jej po całym Orzammarze. Była w końcu mistrzynią, prawda?
— Muszę wam podziękować za przekonanie Bazyla i Gwiddona do powrotu — podjął krasnolud. — Jego Lordowska Mość był bardzo poruszony, widząc, jak walczą za niego starzy przyjaciele. Nie ma już wątpliwości, po której stronie stoicie — dodał, kiwając głową. — Lord Harrowmont może was przyjąć, jeśli tylko jesteście gotowi.
Ellen odetchnęła z ulgą. Samo widmo szansy na zakończenie całego tego cyrku poprawiło jej humor. Wymieniła uśmiechy z Alistairem, zanim zwróciła się znów do Dulina.
— Doskonale. Prowadź — poprosiła.
— Jego Lordowska Mość oczekuje na spotkanie z wami — zapewnił, skłonił się przed Strażnikami, po czym ruszył w tłum.
Ellen pomachała pozostałym, ruchem ręki dała im znać, by czekali, po czym razem z Alistairem udali się za Dulinem. Miała szczerą nadzieję, że czekająca ich rozmowa doprowadzi do uzyskania wsparcia Orzammaru.

Zaprowadzono ich prosto do prywatnych komnat lorda Harrowmonta, a pod zamkniętymi drzwiami Dulin grzecznie się wycofał. Ellen spojrzała za nim zaskoczona – raczej żaden szlachcic na powierzchni nie odważyłby się stanąć z wojownikami oko w oko, kiedy walczył o swoje wpływy. Wzruszyła do siebie ramionami, po raz kolejny przyznając, że zupełnie nie rozumiała krasnoludów.
Alistair nacisnął klamkę i pchnął drzwi, przepuszczając Ellen przodem. Dziewczyna wkroczyła do prywatnych komnat, rozglądając się z ciekawością – sufit był na szczęście na tyle wysoki, że żadne z nich nie musiało się schylać. Nie żeby ona powinna się czymś takim w ogóle martwić, prawdę mówiąc.
Wszędzie królował kamień, co prawie Ellen przytłoczyło. Jedynym urozmaiceniem okazały się metalowe wykończenia niektórych mebli oraz kraty oddzielające część gościnną od sypialnej – nie wiedziała, jaki był sens ich istnienia, skoro niczego nie przysłaniały, ale może krasnoludy po prostu lubiły geometryczne wzory. Przy długim stole siedział siwobrody krasnolud, wpatrując się w zapisane równym pismem papiery. Kiedy drzwi zamknęły się za gośćmi, wstał, odwracając się do nich.
— Jestem wam wdzięczny za pomoc, Strażnicy, i przepraszam, że wystawiłem takie persony na próby — zaczął bez żadnych wstępów, podszedłszy bliżej.
Ellen uniosła zdumiona brwi i zerknęła na Alistaira. Młodzieniec uśmiechnął się do niej lekko, jednak nie powiedział niczego.
— Jestem lord Pyral Harrowmont i dziękuję wam za wysiłek, z jakim pomagacie mi utrzymać tron króla Endrina — dodał, kłaniając się uprzejmie.
Strażniczka natychmiast zacisnęła dłonie w pięści. Zdecydowanie nie chciała być kojarzona z krasnoludzką polityką.
— Potrzebujemy tylko twojego wsparcia w walce z Plagą — przypomniała ostrzej, niż zamierzała.
— Dla nas mroczne pomioty stanowią ciągłe zagrożenie, więc Plaga nie budzi tu takich emocji jak na powierzchni — stwierdził spokojnie, jakby nie usłyszał jej nieprzyjemnego tonu. — Niestety to Kongres decyduje o tym, jakie oddziały wysłać. Jeśli przestaną się już bać wojny domowej, nie będą mieli powodu, by się powstrzymywać. Skoro chcecie, by moje poparcie coś znaczyło, muszę zostać królem, a w tej chwili nie istnieje na to skuteczny sposób — podsumował.
Ellen z frustracją wypuściła powietrze przez nos. Zanim warknęła coś bez zastanowienia, Alistair ujął jej ramię, delikatnie zaciskając na nim palce – niniejszym Strażniczka bardziej skupiła się na tym, że właśnie odkryła istnienie nowych siniaków.
— Słyszeliście może o niejakiej Jarvii i jej przestępczym Kartelu? — zainteresował się niespodziewanie Harrowmont.
— Co z nimi? — westchnęła ciężko Strażniczka.
— Do Kongresu codziennie wpływają prośby od zwykłych mieszczan, żeby coś zrobić w jej sprawie. Na razie nikomu się to nie udało — stwierdził. — Jarvia ma swą siedzibę w Kurzowisku, na skraju miasta, gdzie mieszkają tylko bezkastowcy i przestępcy. Jeśli mi z tym pomożecie, udowodnię przed Kongresem, że to ja, nie Bhelen, potrafię obronić to miasto i nim rządzić — zakończył, posyłając im przyjazny uśmiech.
Strażniczka zacisnęła usta. To było głupie oraz bezsensowne, w dodatku prawdopodobnie szkodliwe dla samego Orzammaru – w końcu to nie lord ani jego ludzie pozbędą się Kartelu, tylko oni. Może to oni zatem powinni zająć tron krasnoludzkiego miasta? Miała ten komentarz już na końcu języka, ale została ubiegnięta.
— Zajmiemy się Jarvią — stwierdził Alistair, mocniej zacisnąwszy dłoń na jej ramieniu. — Przygotujcie się, żeby pomóc nam z Plagą.
— Zróbcie to, a obiecuję, że po objęciu tronu nie spocznę, póki Kongres nie wyśle wam wojsk. — Harrowmont skinął z wdzięcznością głową. — Poszukajcie Jarvii w Kurzowisku. Zróbcie wszystko, by sprawiedliwości stało się zadość.
— Jasne — odparła napiętym głosem Ellen. — Nie możemy się…
Alistair pociągnął ją do wyjścia, sprawiając, że urwała gwałtownie. Uśmiechnął się trochę nerwowo do krasnoluda i skinął mu głową – kiedy ten odpowiedział podobnym pożegnaniem, poprowadził Strażniczkę na zewnątrz.
Nie odezwali się do siebie słowem, dopóki nie wydostali się do Diamentowego Zakątka. Ledwie zeszli ze schodków prowadzących do posiadłości Harrowmonta, stojący nieopodal obwoływacz ryknął na cały głos:
— Najnowsze wieści: lord Harrowmont uzyskuje poparcie Szarej Straży! Lord Bhelen szaleje z wściekłości!
Ellen aż się skrzywiła.
— Skąd on to już wie? — spytała oburzona, zwracając spojrzenie na Alistaira. — Nawet u nas plotki tak szybko się nie rozchodzą!
— Może słuchałaś nieodpowiednich plotek? — podsunął rozbawiony; zaraz jednak przygarnął ją do siebie, obejmując, kiedy ruszyli ku dzielnicy gminu. — Wiem, że jesteś zła, ale nie możesz zrazić do nas jedynego sojusznika.
Strażniczka spochmurniała, przez chwilę albo dwie z niewzruszoną miną ignorując ciepłe ramię Alistaira.
— Po prostu jesteśmy bezczelnie wykorzystywani. To denerwujące — burknęła zła, już nie mając siły dodawać, co jeszcze tak bardzo ją irytowało w tej sytuacji, a do czego zaliczała się zagrażająca całemu światu Plaga.
— Ja przywykłem. — Wzruszył ramionami. — Wiesz, wykorzystywano mnie od samego początku. Nawet teraz będziemy wykorzystywać moje pochodzenie.
Ellen spojrzała na niego zmartwiona, w jednej chwili czując wyrzuty sumienia – Alistair nigdy nie chciał zasiąść na tronie, a jeśli nie dadzą się zabić… nie będzie miał wyboru. Strach przed przyszłością zacisnął się na jej żołądku, odbierając na moment oddech.
— W Zakonie też się mną wyręczali. Ale Zakon jest gorszy od polityki, tak myślę. Bardziej zepsuty — westchnął, nie zauważywszy jej ponurego nastroju.
Strażniczka zmarszczyła czoło, odsuwając od siebie myśli o nadchodzącym Zjeździe Możnych oraz prawdopodobnych scenariuszach dla nich dwojga. Spojrzała na Alistaira, przekrzywiwszy głowę.
— Dlaczego pozostałeś templariuszem, skoro tak nienawidzisz Zakonu? — zainteresowała się.
— Widziałaś, jakie noszą uniformy? — rzucił wesoło i wyszczerzył zęby, najwyraźniej chcąc rozluźnić atmosferę. — Są nie tylko stylowe, ale i solidnie wykonane. A ja uwielbiam dobre krawiectwo.
Ellen uśmiechnęła się blado. Chociaż zmartwienie nadal czaiło się gdzieś na granicy świadomości, z przyjemnością pozwoliła Alistairowi odwrócić uwagę od ponurych wizji. Przymrużyła oczy, chętnie podejmując jego grę.
— Tak? — zamruczała przekornie. — Nie wydaje mi się, bym cię kiedykolwiek w nim widziała.
— Trzymam go pod poduszką — wyznał konspiracyjnym głosem, pogładziwszy ją po ramieniu. — Czasami wyciągam, żeby czule przytulić i powspominać stare, dobre czasy. — Teatralnie pociągnął nosem. — Łezka się w oku kręci, wiesz?
— A więc jesteś templariuszem z sentymentu? — spytała ze śmiechem.
— Och, jasne. Ostrzegali nas, że całe to samobiczowanie będzie nieprzyjemne, ale, jak to mówią, co jednego boli… — zawiesił znacząco głos, popatrzył na nią z góry – co, o dziwo, w ogóle jej nie przeszkadzało – zaraz jednak westchnął ciężko. — Tak naprawdę wcale nie chcesz słuchać, jak zostałem templariuszem, prawda? To dość nudne — mruknął nagle przygaszony i odwrócił wzrok.
Ellen przypatrywała mu się przez chwilę, marszcząc czoło. Nie była pewna, co dokładnie tak go zasmuciło, dlatego nie wiedziała, jak odpowiedzieć, żeby niczego nie zepsuć. Uśmiechnęła się lekko, siląc się na złośliwość.
— W takim razie wymyśl coś bardziej ekscytującego — rzuciła pierwsze, co przyszło jej na myśl, odchyliwszy głowę, by lepiej go widzieć.
Alistair posłał jej zaskoczone spojrzenie, zanim sam uniósł kącik ust. Wzrok, jakim ją obrzucił, sprawił, że mimowolnie się zarumieniła, co bardzo ją zirytowało.
— Wiesz co, podoba mi się twój tok myślenia — przyznał nieco niższym głosem. — Ale jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, chętnie zaspokoję twoją ciekawość. Mam też kilka znamion, które mogę ci później pokazać, jeśli cię to interesuje — dodał, unosząc brew.
Ellen nie wiedziała, czy najpierw pobladła, czy spurpurowiała na twarzy. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że jej wyobraźnia naprawdę spróbowała podpowiedzieć, o jakich znamionach Alistair mówił i gdzie mogłyby się znajdować. Dziewczyna zająknęła się, przerażona tym, co siedziało w jej głowie, i popatrzyła w bok, próbując zapanować nad kolorem twarzy. Strażnik uśmiechnął się triumfalnie, widząc jej reakcję.
— Prawda jest taka, że nie chciałem iść do klasztoru — podjął przerwany wątek. — Nowicjusze z biednych rodzin uważali, że zadzieram nosa, podczas gdy szlachcice nazywali mnie bękartem i ignorowali. Czułem się tak, jakby arl Eamon mnie porzucił, czułem się niechciany i byłem zgorzkniały. Pociechę znalazłem w szkoleniu. Całkiem nieźle sobie radziłem — przyznał pogodniej.
— Co szczególnie ci się w nim podobało? — zagadnęła, szczęśliwa, że temat znamion oraz różnych innych dziwnych miejsc został zakończony.
— Głównie nauka, ale także dyscyplina — stwierdził w zamyśleniu. — Aby korzystać z naszych umiejętności, trzeba mieć zdyscyplinowany umysł. Było to trudne, ale dawało satysfakcję — podsumował, wzruszając ramionami. — Nigdzie jednak nie czułem się tak do końca jak u siebie, w domu. Do czasu, aż przyłączyłem się do Szarej Straży. Duncan uznał, że moje umiejętności templariusza mogą się przydać, gdy natkniemy się na mroczne pomioty, więc dalej je rozwijałem — dodał, zaraz jednak przeniósł wzrok na kiwającą w zadumie głową Ellen. — A jak jest z tobą? Czy jest miejsce, które możesz nazwać domem?
Strażniczka zapatrzyła się przed siebie. W pierwszym momencie pomyślała o utraconym Wysokożu, o poczuciu zagubienia, o samotności, o tym wszystkim, od czego tak długo nie mogła się uwolnić. Tkwiła we własnym rozgoryczeniu, nie potrafiąc pozwolić im… odejść. Nie chciała wypuścić z rąk utraconej przeszłości, co powoli ją niszczyło. Teraz, kiedy wreszcie oswobodziła się z własnych kajdan, uświadomiła sobie, że nie zastanawiała się nad tym, gdzie był jej dom, jej miejsce. Żyła z dnia na dzień szczęśliwa, spokojna, z poczuciem przynależenia. Uśmiechnęła się, zaskoczona tą myślą.
— Wydaje mi się, że teraz dom mam tam, gdzie jest Szara Straż — przyznała powoli, nadal trochę oszołomiona tym prostym odkryciem. — Czyli obok ciebie. — Przeniosła spojrzenie na Alistaira, tym razem nie walcząc z lekkim rumieńcem.
— Naprawdę? — spytał cicho, szczerze zaskoczony. — To… mi się podoba — mruknął, na moment spuściwszy wzrok, ale uśmiechnięty. — Wiesz, nie będziemy wiecznie podróżować. Kiedy wojna dobiegnie końca, kiedy Plaga zostanie… cóż — zmienił koncepcję — nadejdzie taki czas, gdy będziemy musieli pomyśleć o tym, by znów założyć prawdziwy dom. Choć wydaje się, że daleka do tego droga — skwitował z drobnym rozgoryczeniem. — Zresztą Szara Straż chyba już na dobre przestała istnieć.
Ellen objęła go w pasie i ścisnęła mocno. Alistair popatrzył na nią pytająco, nie bardzo wiedząc, skąd ten nagły napad czułości.
— Można ją odbudować — zauważyła, wpatrując się w niego roziskrzonym wzrokiem.
Niespodziewanie myśl, że już zawsze mieliby być razem, wywołała u niej trudny do wyjaśnienia, bardzo euforyczny stan. Niczego więcej nie chciała, prawdę mówiąc.
— Pewnie masz rację — zgodził się. — Możemy stworzyć nową Szarą Straż, ale nigdy nie odzyskamy tego, co straciliśmy. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze będzie tak samo — westchnął.
— Przeszłość zostawmy tam, gdzie jej miejsce — mruknęła, wypowiadając na głos swoje wcześniejsze myśli. — Inaczej nie znaczy gorzej, prawda? — dodała i sięgnęła do jego policzka, by pogłaskać go po twarzy.
Popatrzył na nią trochę zmieszany, zaraz jednak uśmiechnął się ciepło. Pogładził wierzch jej dłoni i w milczeniu skinął głową, zgadzając się z jej słowami.

Nieobecność Strażników się przedłużała. Pozostawieni w karczmie towarzysze zaczynali się nudzić – na targu nie było już niczego, czego by jeszcze nie widzieli, a bezsensowne włóczenie się po mieście mogło spowodować, że by nie natrafili na powracających przyjaciół. Z tego powodu cała grupa okupowała stolik; Zevran jako jedyny raczył się mocnym krasnoludzkim piwem, sącząc je powoli od nieprzyzwoicie długiego czasu. Niekiedy łypali na siebie ponuro, nie wiedząc, co zrobić z wolnym czasem.
— Dlaczego bagienna wiedźma wciąż podróżuje z Szarym Strażnikami? — odezwała się Shale, zwracając spojrzenie lśniących oczu na znudzoną, skrzywioną z irytacją Morrigan.
Kobieta popatrzyła na golema uprzejmie zdumiona.
— Podzielasz opinię, że nie powinnam? — spytała mało przejętym głosem.
— Jestem ciekawa — odparła. — Wydaje się, że ta ma niewiele powodów, by zostać — wytknęła.
Morrigan spochmurniała, zanim uniosła kącik ust w paskudnym uśmieszku.
— To samo można powiedzieć o tobie — zauważyła. — Nie ma żadnej różdżki kontrolnej, która decydowałaby o twojej obecności, golemie.
— Nie mam historii, zatem i celu — westchnęła. — Tego samego nie można powiedzieć o bagiennej wiedźmie. Tej cel jest po prostu nieznany.
— Nadal zadawaj pytania, a przemienię się w ptaka — zagroziła zirytowana, zmrużywszy oczy. — Potrafię to zrobić.
Golem parsknął zdenerwowany.
— Nie boję się ptaków.
— Och, nie powiedziałam, że się boisz — żachnęła się z przewrotnie dobrotliwym uśmiechem. — Po prostu krążyłabym poza zasięgiem, kręciła się, czekała, aż…
— Dość! — zawołała oburzona. — Zamilknę.
— Doskonały wybór — pochwaliła.
— Jesteś doprawdy podłą kobietą — wtrącił Zevran, oderwawszy wzrok od do połowy pełnego kufla. — Po prostu strach się bać.
Wiedźma posłała mu pełne pogardy spojrzenie, nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo ponad głowami bywalców karczmy pojawiły się wysokie sylwetki. Morrigan skupiła się na idących w ich stronę Strażnikach, niecierpliwie wyczekując wieści.
— To jak? — Pierwszy głos zabrał Zevran. — Wynosimy się z tych zatęchłych podziemi?
Ellen zacisnęła usta, zatrzymując się przy stole. Alistair stanął obok niej; nie spuszczał z dziewczyny wzroku, jakby sam nie wiedział, jakie wieści przynosiła. Morrigan wywróciła oczami, zdegustowana tym niekończącym się zachwytem Strażnika nad Couslandką.
— Niestety — westchnęła tymczasem ich przywódczyni. — Lord Harrowmont nie może nam pomóc, dopóki nie zostanie królem.
— Co? — syknęła Morrigan.
— Czyli…? — dodał niecierpliwie Zevran.
— Czyli musimy posadzić jego dupsko na tronie — poinformowała sfrustrowana Ellen, wzniósłszy wzrok do niskiego sklepienia. — A w tym celu odwiedzimy Kurzowisko.
— Teraz jesteśmy robolami od brudnej roboty? — zainteresowała się zimno wiedźma, krzyżując ręce na piersiach.
— Albo to, albo możemy zapomnieć o ich pomocy. Trzeba przełknąć — zwróciła się do niej Strażniczka. — Zbierajcie się. Za godzinę idziemy się rozejrzeć po tej uroczej dzielnicy — zakomunikowała i, chwyciwszy Alistaira za dłoń, ruszyła w stronę przejścia do części gościnnej.
Morrigan pokręciła głową, westchnęła ciężko i sama wstała. Wyminęła Zevrana, po czym skierowała się w tę stronę co Strażnicy. Przy stole została mało przejęta sytuacją Shale, milczący Sten oraz znudzony Zevran – który nie odczuwał potrzeby udania się do pokoju, zresztą najpierw musiał obalić piwo.
Przez chwilę bawił się w przechylanie kufla, żeby alkohol krążył po naczyniu jednostajnie, szybko jednak mu się to znudziło. Przeniósł wzrok na towarzyszącego mu olbrzyma, zmarszczył czoło, po czym wsparł brodę na dłoni.
— Rozumiem, że na ziemiach qunari są elfy, Stenie — zagadnął.
Qunari spojrzał na niego miażdżącym swoim spokojem wzrokiem.
— Elfy są wszędzie — poinformował mało sympatycznym tonem.
— Hm. — Zevran odchrząknął, trochę zakłopotany taką odpowiedzią. — Tak. Cóż, słyszałem, że qunari rzeczywiście mianują elfy na stanowiskach. Ponad ludźmi. Czy to prawda?
— Niektóre z nich — przytaknął.
— Tylko niektóre? Które dokładnie? — drążył zainteresowany, przechyliwszy głowę.
— Te, które należą do tych stanowisk. To jest droga Qun — poinformował niewzruszony.
— W jaki sposób to Qun decyduje, kto należy do stanowisk? — Zevran uniósł brwi, nie bardzo wiedząc, jak wyciągnąć z towarzysza jakiekolwiek informacje.
— Tamassrani oceniają wszystkich i umiejscawiają ich tam, gdzie zasługują ich talenty — wytłumaczył cierpliwie.
— Ale elfy, ogółem, zasługują na wyższe od ludzi miejsca w społeczeństwie qunari? — podchwycił, naprawdę chcąc usłyszeć tę jedną prostą rzecz.
— Niektóre z nich — powtórzył niewzruszony Sten.
— I wróciliśmy do punktu wyjścia — westchnął zrezygnowany, po czym dopił swoje gorzkie piwo. — To jak mówienie do ściany.
— Hej! — Po karczmie poniósł się znajomy, zirytowany głos, na który zareagowali wszyscy siedzący przy stole w rogu sali.
Elf spojrzał skonsternowany na stojącą na najniższym stopniu Ellen – dziewczyna podparła się pod boki, wpatrując się w przyjaciół karcącym wzrokiem.
— Chłopaki, ja nie żartowałam! Ruszać dupska, do roboty! — warknęła na nich, wskazała piętro, po czym sama wspięła się z powrotem.
— Ciężki los ratującego świata — skwitował Zevran, odsunął od siebie kufel i posłusznie wstał, by zebrać rzeczy na wyprawę do Kurzowiska.
Ostatni stół opuścił Sten – Shale pozostała na miejscu, przypatrując się czujnym wzrokiem zasiadającym dokoła krasnoludom. Niedługo potem jednak nawet ona się podniosła, by wyjść z karczmy na ulice Orzammaru, gdzie zamierzała poczekać na pozostałą część drużyny.

4 komentarze:

  1. Super opowiadanie. Ja jestem fanką Kinga i Pilipiuka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Okej, w sumie to mam mało do powiedzenia na temat tego rozdziału, bo dużo się nie działo. Coś mi się tam przypomina z dialogów, że były w grze, takie delikatne deja vu, ale to różnie bywa ;P
    Dobrze jest odetchnąć po akcji w takim rozdziale; trochę spokoju, lepszego poznania postaci, ogółem supcio :) Zobaczymy, co tam dalej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele dialogów w fiku znajduje się w grze. Mamy już 94 rozdział, a nigdy się z tym nie kryłam, jednak jeśli to zaskoczenie, to śpieszę z wyjaśnieniem - taki miałam zamysł od samego początku. Nie zmienię koncepcji.

      Usuń