czwartek, 10 marca 2016

Rozdział 1.95 - Powrót do Kręgu



Powrót na powierzchnię był miłą odmianą po kilku godzinach spędzonych w Orzammarze. Bodahn bardzo się zdziwił, gdy ujrzał zbliżającą się do obozu niewielką grupę – Wynne razem z Lelianą wytłumaczyły mu, dlaczego wróciły bez pozostałych, co od razu go uspokoiło. Poczęstował obie panie ciepłym, gorącym posiłkiem, który, jak się złożyło, dopiero co przygotował. Potem wyruszyły w samotną, spokojną podróż z powrotem nad jezioro Kalenhad, do wieży Kręgu.
Droga mijała im na pogodnych, sympatycznych rozmowach na lekkie tematy, żartowaniu oraz zagadywaniu towarzyszącego im Shegara. Mabari z początku wydawał się nieszczęśliwy przez rozstanie z właścicielką, ale po tym, jak Leliana na postoju przytuliła go i prawie zagłaskała na śmierć, humor trochę się mu poprawił. Od tego czasu musiały także regularnie go wołać, żeby nie zagubił się w ostępach i nie opóźnił podróży.
Żadna z nich nie chciała odłączać się od towarzyszy na dłużej, niż było to potrzebne, nie widziały jednak sensu w forsowaniu wierzchowców. Wspólnie obliczyły, że podróż zajmie im góra kilka dni – ale czas ten najprawdopodobniej miał zostać skrócony, sądząc po tym, że po paru godzinach wędrówki tematy zaczęły się wyczerpywać i częściej milczały, niż dyskutowały. Wtedy jedna lub druga proponowała, by przyśpieszyć, i w ciszy pokonywały kolejne odcinki trasy równym, energicznym galopem, który nie stanowił dla wierzchowców większego wysiłku.
— Nie jesteś religijna, prawda? Nie należysz do wierzących? — zagadnęła podczas kolejnej przerwy Leliana, przenosząc wzrok na milczącą Wynne.
Czarodziejka uśmiechnęła się dobrotliwie, nie spuściwszy wzroku z traktu.
— Wierzę do pewnego stopnia. Ale wiara nie rządzi moim życiem. Dlaczego pytasz? — zainteresowała się i dopiero obróciła głowę do towarzyszki, by się jej uważniej przyjrzeć.
— Och, tak tylko. — Machnęła ręką, wyraźnie zakłopotana, jakby poruszyła niezręczny temat. — Jesteś bardzo dobra i to widać. Najpierw pomyślałam, że jesteś religijna, jak jedna z Wielebnych Matek — przyznała po krótkim milczeniu i odgarnęła włosy za uszy. — Ale nie, przemyślałam wszystko i doszłam do wniosku, że nie jesteś taka — westchnęła, teraz znów przypatrując się Wynne.
— Postępuję tak, bo to lubię — odparła łagodnym głosem, nie kryjąc drobnego rozbawienia. — Lubię uczyć i pomagać innym. Nie szukam uznania, aprobaty ludzi czy jakiegoś odległego boga.
— To naprawdę godne podziwu. Czynienie dobra dla niego samego — stwierdziła z mocą, kiwając głową. — Znam sporo ludzi, którzy postępują inaczej. Wielu chwaliło się tym, co zrobili — westchnęła ciężko, po czym umilkła na krótki moment; kiedy znów się odezwała, jej głos był bardziej piskliwy: — „Och, pani Adelo, nakarmiłaś i ubrałaś dwadzieścia sierot, jakie to szlachetne!”. „Nie, nie, to nic takiego, pani Klarabello. Ty opiekowałaś się czterdziestką trędowatych i zrobiłaś im wszystkim masaż!” — odpowiedziała sama sobie, używając zachrypniętego tonu. — Prawdziwe współzawodnictwo za maską fałszywej skromności. Obrzydliwość — skomentowała własnym głosem.
Wynne milczała dość długo, w ciszy prowadząc spokojnego Altrivaire’a po twardym trakcie. Jej urodziwy ogier od czasu do czasu zwracał ucho na podrygującego entuzjastycznie Tallona, nie wykazywał jednak żadnego większego zainteresowania otoczeniem.
— Pani Klarabella faktycznie zrobiła masaż czterdziestu trędowatym? — nie wytrzymała czarodziejka, zwróciwszy spojrzenie na Lelianę.
— Kto wie, ona miała dziwne upodobania — skwitowała, wzruszając ramionami. — Nie byłabym zdziwiona, gdyby posunęła się jeszcze dalej.
— Na oddech Stwórcy — podsumowała, pokręciła z niedowierzaniem głową, po czym machnęła ręką – zdecydowanie lepiej było nie drążyć tego dziwnego tematu.
— Swoją drogą — podjęła Leliana, kiedy cisza się przedłużyła — sądzisz, że Dagna ma szanse dostać się do Kręgu?
Wynne zmarszczyła czoło. Do tej pory nie rozpatrywała tego w kategoriach szans, w końcu Krąg Maginów ledwie dychał po ataku przez plugawce – po prostu założyła, że Irving zechce pomóc każdemu, kto zaproponuje własny wkład w odbudowę wieży, dosłowną oraz przenośną. Zresztą Dagna nie pragnęła stać się czarodziejką, co w końcu było niemożliwe, chciała tylko studiować wiedzę tajemną.
— Myślę, że tak — stwierdziła ze spokojem. — Irving to bardzo rozsądny, otwarty na nowości człowiek. Jestem pewna, że pozytywnie rozpatrzy propozycję Dagny.
— Nie uważasz, że to niesamowite? — westchnęła, odchyliwszy głowę. — Krasnolud w Kręgu Maginów. W dodatku dzięki nam!
Wynne uśmiechnęła się dobrotliwie, widząc entuzjazm Leliany. Kobieta pragnęła zmian na lepsze, by świat stawał się bardziej przyjaznym miejscem, a takie drobiazgi stanowiły niewielkie kroki naprzód.
— Nie sądzę, by ktokolwiek o tym pamiętał za rok lub dwa lata — mruknęła nieco rozbawiona. — Mimo to cieszę się, że próbujemy jej pomóc. To urocza, bardzo entuzjastyczna osoba, a takich charakterów Krąg będzie teraz potrzebował.
Leliana skinęła głową, zgadzając się z tą opinią. Nie miała już jednak niczego do dodania, dlatego rozmowa po raz kolejny się urwała. Niedługo potem ruszyły galopem, chcąc nadrobić stracone na odpoczynku minuty.

W oczekiwaniu na zagotowanie się wody ustawionej nad rozpalonym ogniskiem nie było za wiele do zrobienia. Leliana zakrzątnęła się po niedużym obozowisku, szykując wszystko przed spoczynkiem, Wynne otrzymała pozwolenie na ugotowanie czegoś – chociaż o wiele bardziej wolała rozstawić namiot. W Kręgu niewiele miała wspólnego z gotowaniem, dlatego wizja przyrządzenia smacznego posiłku nieco ją martwiła. Mimo to, wspierając się swoimi ziołami, podjęła się przyrządzenia smacznej, lekkiej zupy warzywnej. Zresztą niewiele więcej potrafiła.
Podczas gdy Leliana walczyła z upartymi namiotami, staruszka przysiadła na kamieniu nieopodal ogniska, obserwując garnek zawieszony nad płomieniami. Zmęczony całym dniem biegania Shegar przyczołgał się do niej i ułożył się tak, by oprzeć grzbiet o jej nogę. Sapnął od serca, nim umościł wygodnie pysk na łapach i przymknął oczy. Wynne spojrzała na niego z łagodnym uśmiechem.
— Mówią, że mabari jest bystry dostatecznie, by mówić, ale też mądry dostatecznie, by wiedzieć, żeby tego nie robić — zagadnęła, drapiąc Shegara za uchem. — Powiedz mi, mój przyjacielu, czy to się odnosi do ciebie?
Pies uniósł łeb i popatrzył prosto na nią, jakby doskonale zrozumiał pytanie. Wynne zmieszała się na moment, zanim czule pogładziła pysk mabari.
— Jesteś zdolny do mówienia, ale zwyczajnie decydujesz się milczeć? — dodała, spoglądając w bardzo mądre, wręcz rozumne, brązowe ślepia.
Shegar wywalił jęzor i zamerdał ogonem, nie spuszczając z niej wzroku. Zaraz po tym wysunął pysk znad jej dłoni i z powrotem złożył łeb na łapach, przymykając ślepia. Czarodziejka zmarszczyła czoło.
— Hmm… czasami myślę, że świat byłby o wiele przyjaźniejszym miejscem, gdybyśmy nauczyli się czegoś od zwierząt — zamruczała, zawiesiwszy wzrok na garnku, którego musiała pilnować, by zupa nie wykipiała. — Nic w królestwie zwierząt nie może dorównać najgorszym cechom ludzkości.
Shegar raz jeszcze uderzył ogonem o ziemię, ale nie zareagował na to stwierdzenie w żaden inny sposób. Niedługo potem usnął, przyciskając stopę Wynne do ziemi. Staruszka jednak nie musiała na razie wstawać, dlatego pozwoliła mabari na ten drobny komfort. Mimowolnie zastanowiła się, do czyjego namiotu rozpieszczony pupil się wgramoli – zwykle spał razem z Ellen.
Zupa już dochodziła, kiedy Leliana wróciła do ogniska po skończonej bitwie z namiotami. Uśmiechnęła się do Wynne, wymownie otrzepała ręce, po czym zasiadła przy niej, wzrok wbijając w płomienie. Czarodziejka w milczeniu skinęła jej głową, zastanawiając się, czego potrzebowała do przygotowania posiłku.
Szukając po omacku drewnianej łyżki, uświadomiła sobie, że zostawiła ją po drugiej stronie ogniska. Bez zastanowienia pstryknęła palcami, wokół których zawirowały drobne wiązki migotliwej magii. Przyrząd posłusznie przefrunął przed oczami zaskoczonej Leliany, wracając do rąk Wynne. Zamieszała w garze, uśmiechając się z zadowoleniem.
— To musi być coś wspaniałego, móc rzucać zaklęcia — westchnęła łuczniczka, wsparłszy głowę na dłoniach.
— Wspaniałego? — powtórzyła zaskoczona i spojrzała na nią. — Dla ciebie, możliwe. Większość nie podziela tej opinii — skwitowała, zanim pochyliła się nad łyżką, by skosztować dania.
— Och, co oni wiedzą? — zirytowała się, wywróciwszy oczami. — Są po prostu zazdrośni. Stwórca daje ci magię; musisz jej używać — skomentowała z mocą, tak twardym głosem, że chyba nikt nie podjąłby dyskusji. — Robisz to tak bez wysiłku. To dla ciebie jak oddychanie. Chciałabym mieć taki talent — przyznała smutniej, ale bez słyszalnej zazdrości.
Wynne pokręciła głową, uśmiechając się dobrotliwie. Zamieszała łyżką w garze, przez kilka chwil nie odrywając od niego wzroku.
— Och, ależ masz — skwitowała. — Masz swoją muzykę, taniec. Jesteś bardziej zgrabna niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek poznałam — podkreśliła, ruszając po leżące nieopodal miski. — Myślę, że może Stwórca nam wszystkim daje magię… ale różnego rodzaju. — Puściła kobiecie oczko.
Leliana zamrugała, prostując się i opuszczając rękę. Chwilę obserwowała Wynne, podczas gdy staruszka nalewała do naczyń porcje zupy. Kiedy dostała swoją, podziękowała skinieniem głowy, ale nie zabrała się do jedzenia.
— Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób — przyznała po następnych momentach ciszy. — Przypuszczam, że wszyscy mamy nasze małe talenty. W Orlais znałam szlachciankę, która była bardzo podobna do pozostałych szlachcianek – gadatliwa i mało bystra. — Uśmiechnęła się z dużą dozą złośliwości. — Tak czy siak, Catarina miała bardzo niesamowitą umiejętność zawiązywania pętelek na trzonach czereśni, używając tylko swojego języka. To było bardzo imponujące — uznała, przenosząc wzrok na milczącą Wynne. — Zwłaszcza mężczyźni kochali ją obserwować.
Czarodziejka milczała kilka chwil, w skupieniu mieszając w zupie, jakby liczyła, że znajdzie w niej coś zaskakującego. Ostatecznie jednak westchnęła ciężko i zerknęła na Lelianę bez przekonania.
— Uch, tak, właśnie o taką magię nadaną przez Stwórcę mi chodziło — skomentowała, jednak dość neutralnym tonem.
Leliana roześmiała się, widząc mało zadowoloną minę Wynne. Więcej tego wieczoru nie poruszały tematu czarów – zresztą wcześnie położyły się spać, bo staruszka zmęczyła się całodniową wędrówką, a Leliana nie chciała siedzieć samotnie.
Tylko Shegar został przy dogasającym ognisku, pilnując snu towarzyszących mu kobiet.

Tym razem dostanie się do Kręgu było łatwiejsze. Młody templariusz pilnujący łódki od razu je rozpoznał i choć z początku kręcił nosem, prawowity właściciel Lissie interweniował – Kester zaproponował, że przewiezie całą trójkę na drugi brzeg, prosto pod wieżę. Szybko na to przystały, ale na wszelki wypadek podziękowały także naburmuszonemu młodzieńcowi, któremu wyraźnie nie spodobała się interwencja starca.
Podczas przeprawy wysłuchały narzekań mężczyzny na Carrolla, którego komtur Gregor zostawił na brzegu, żeby pomagał w pilnowaniu Lissie. Dowódca nie chciał nikogo niepowołanego na wyspie, dopóki Krąg nie zostanie chociaż po części odbudowany, a sytuacja w pełni ustabilizowana. Obie uprzejmie kiwały głowami, Wynne od czasu do czasu podpytywała o faktyczny stan Kręgu, ale Kester nie znał szczegółów.
Na miejscu podziękowały za pomoc i, prowadzone przez rozentuzjazmowanego Shegara, udały się schodami na pierwsze piętro wieży, zostawiając starca z jego ukochaną łodzią. Leliana pamiętała, że ostatnim razem towarzyszyło jej tutaj uczucie niepokoju oraz zagrożenia, które teraz zupełnie zniknęło – nie podzieliła się tym jednak z Wynne, bo kobieta wydawała się naprawdę zaaferowana powrotem w niemal rodzinne strony.
W pomieszczeniu, w którym wcześniej zebrali się ocalali templariusze, nie było już takiego tłoku. Nadal dało się zobaczyć pozostałości po tragedii, nie wszystko uprzątnięto, ale teraz wyglądało to tak, jakby jeden z uczniów wywinął głupi numer i należało to naprawić. Pierwszy napotkany templariusz zmieszał się ich prośbą, jednak usłyszawszy, że przychodziły w imieniu Szarych Strażników, poprowadził je przez piętro dla uczniów. Leliana z ulgą zauważyła, że na ścianach nie było już śladów krwi – wieża jednak wydawała się potwornie pusta oraz cicha. Coś ścisnęło kobietę w sercu, kiedy uświadomiła sobie, jak wiele śmierci te mury widziały.
Zaprowadzono je do innego templariusza. Wynne uśmiechnęła się do młodzieńca, najwyraźniej go rozpoznawszy, on jednak posłał jej tylko ponure spojrzenie. Leliana przechyliła głowę, mając wrażenie, że także go gdzieś już widziała. Kiedy skinął dłonią i ruszył przodem, chcąc im pokazać, gdzie przebywał Pierwszy Zaklinacz Irving, przypomniała sobie – to był młodzieniec, którego spotkali uwięzionego przez magów krwi na szczycie wieży. Pragnął, by dobić ostatnich pozostałych przy życiu członków Kręgu, bo uważał, że zostali opętani.
Idąc za nim, przyglądała się mu wnikliwie, nie przejmując się, że mógłby to zauważyć. Zapamiętała, że miał podkrążone oczy – ramiona opuszczone, mocno falowane, jasne włosy w nieładzie, nerwowo zaciskał i rozluźniał dłonie, ilekroć mijali maga. Leliana westchnęła zatroskana; liczyła, że pomogli wszystkim, okazało się natomiast, że nie każdy pozbierał się po tragedii.
Zatrzymali się pod jedną z sal i młodzieniec bez słowa skinął na drzwi, odsuwając się, by mogły przejść. Wynne od razu ruszyła, mruknąwszy podziękowania, jednak Leliana przystanęła. Podchwyciła ostre, przeszywające spojrzenie templariusza, już otwierając usta, ale nie zdążyła się odezwać. Odwrócił wzrok i po prostu odmaszerował szybkim krokiem, jakby chciał natychmiast się oddalić od czarodziejki. Leliana zacisnęła zmartwiona usta, spróbowała jednak puścić młodego templariusza w niepamięć.
Wkroczyła do pomieszczenia zaraz za Wynne, od razu ruszając w stronę stojącej przy Irvingu czarodziejki. Byli w trakcie przyjaznych powitań, jakby nie widzieli się już całe lata.
— Witajcie z powrotem, moje drogie — odezwał się pierwszy zaklinacz, kiedy ujrzał także Lelianę. — Z pewnością uraduje was informacja, że Krąg jest na dobrej drodze do odzyskania swej dawnej świetności — dodał, uśmiechając się do Wynne.
Czarodziejka skinęła głową.
— Przepraszam — wtrąciła Leliana. — Mamy pewną sprawę. Dagna z Orzammaru chciałaby studiować magię — poinformowała bez specjalnego krygowania się.
— Z Orzammaru? — zdumiał się. — Naprawdę? — Kiedy Wynne ponownie przytaknęła, wymieniwszy spojrzenie z Lelianą, przechylił głowę. — Wzbudziłaś moją ciekawość — przyznał. — Powszechnie wiadomo, że krasnoludom brak… zdolności w kierunku sztuk magicznych. Nigdy nie uda się jej rzucić choćby najprostszego zaklęcia, nieważne, jak bardzo będzie się starała — przestrzegł, przede wszystkim obserwując łuczniczkę, która – w przeciwieństwie do Wynne – mogła nie zdawać sobie z tego sprawy.
— Nie sądzę, by jej to przeszkadzało — zapewniła Leliana. — I tak chce się uczyć.
— Fascynujące — westchnął zaskoczony. — Przypuszczam, że Krąg będzie zaszczycony. — Uśmiechnął się przyjaźnie.
— Gotowa jest porzucić swoją kastę i klan — dodała Wynne, kładąc dłoń na ramieniu Irvinga.
Mag popatrzył na nią poważnie.
— Rozumiem — mruknął. — Jeśli chce poświęcić tak wiele, powinniśmy czuć się bardzo wyróżnieni. Powiedzcie Dagnie z Orzammaru, że ścieżka, którą pragnie kroczyć, najeżona będzie trudnościami, ale jeśli mimo to się zdecyduje, Krąg chętnie otworzy przed nią swoje podwoje — zapewnił, kiwając głową.
Leliana uśmiechnęła się szeroko i ścisnęła Wynne za łokieć, jakby oczekiwała potwierdzenia, że Irving naprawdę wyraził zgodzę. Szczerze się bała, że pierwszy zaklinacz odrzuci tak ekstrawagancką prośbę.
— Będzie mieszkała i studiowała razem z Wyciszonymi, a później, być może, także z uczniami — dodał w zamyśleniu, sunąc wzrokiem po półkach pełnych książek, jakby czegoś szukał, by wydać ostateczny werdykt.
— Dziękujemy, Pierwszy Zaklinaczu — odezwała się Wynne, posławszy uśmiech podekscytowanej Lelianie.
— Ach, gdyby tylko Krąg był w lepszym stanie. Obawiam się, że może być zawiedziona, gdy tu już przybędzie — przyznał zafrapowany, przeczesując siwe włosy palcami w nerwowym geście.
Łuczniczka uśmiechnęła się, rozbawiona jego zatroskaniem.
— Będziecie mieć dodatkową parę rąk do pomocy przy odbudowie — zauważyła.
— Na pewno okaże się to bardzo interesujące — zgodził się z nią, śmiejąc się cicho. — Mogłaby nam wiele opowiedzieć o naszych krasnoludzkich sąsiadach. Tak, im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mi się ten pomysł podoba — podsumował zadowolony, przygładziwszy brodę. — Przyszłość Kręgu zaczyna przedstawiać się coraz korzystniej. Dziękuję. — Skłonił głowę przed obiema kobietami.
— Irvingu — zagadnęła Wynne, zerknąwszy na Lelianę — opowiedz mi o postępach. Wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
Mężczyzna popatrzył na łuczniczkę, na co ta uniosła uspokajająco ręce. Uśmiechnęła się przy tym pogodnie, przechylając głowę.
— Poczekam na zewnątrz, porozmawiajcie sobie. Porozglądam się — obiecała wesoło, a kiedy oboje odetchnęli, jakby martwili się, że nie zgodzi się na tę pogawędkę, odwróciła się do wyjścia.
Shegar bez namysłu dźwignął się z posadzki, na której w ciszy leżał, i potruchtał za Lelianą, machając od niechcenia ogonem. Oboje opuścili komnatę i skierowali się na niższe piętro – kobieta zamierzała bardzo dokładnie się rozejrzeć, by mieć o czym opowiadać Ellen, kiedy wreszcie się spotkają. Shegar ewidentnie planował jej pilnować na wypadek, gdyby zechciała zrobić coś głupiego.

Wyjechały z wieży późnym popołudniem, bo Wynne zagadała się z Irvingiem – to nieco opóźniło ich wędrówkę, ale Leliana nie zamierzała narzekać. W pogodnych nastrojach odzyskały wierzchowce ze stajni Kręgu i wyruszyły w dalszą drogę. Shegar człapał za końskimi zadami, od czasu do czasu oglądając się za siebie, podczas gdy podróżniczki jechały traktem z powrotem ku Górom Mroźnego Grzbietu.
Leliana zapatrzyła się w dal, zamyśliwszy się nad reakcją Wynne. Zastanawiała się, jak bardzo czarodziejka tęskniła za Kręgiem i jak wielką ulgą mógłby być dla niej powrót na stałe w bezpieczne mury. Chyba podobne myśli krążyły po głowie staruszki, bo niespodziewanie zadała zaskakujące pytanie:
— Tęsknisz za klasztorem? — Kiedy łuczniczka spojrzała na nią zdezorientowana, dodała: — Podobno byłaś tam szczęśliwa.
Leliana zmarszczyła czoło, przez chwilę rozmyślając nad odpowiedzią. Życie w Lothering bez wątpienia było spokojniejsze niż to, które prowadziła w Orlais – drobna cząstka jej pragnęła wrócić do dawnego, ale chyba lepiej czuła się w stabilności. Uśmiechnęła się lekko, trochę rozbawiona własnym brakiem zdecydowania.
— W zasadzie tak było — przyznała uczciwie. — Panował tam spokój i mogłam wszystko zacząć od nowa. Nikt nie wiedział, kim jestem… Czasami jednak cieszę się, że znowu ruszyłam w drogę — stwierdziła, unosząc wzrok na słuchająca z uwagą Wynne. — Było tam kilka nieprzyjemnych rzeczy… a raczej kilkoro nieprzyjemnych ludzi. Niektórzy z braci i sióstr zachowywali się… tak jakby ich Pieśń bardziej radowała Stwórcę — wyznała, krzywiąc się przy tym wymownie. — Nienawidziłam, gdy traktowali mnie z góry. Czasem zapominam słów Pieśni albo źle je wypowiadam, ale co z tego? Stwórca patrzy nam w serce, tak? — zauważyła wzburzona, zacisnąwszy dłonie na wodzach. — Więc nie ma znaczenia, co mówią twoje usta, o ile w sercu masz szczerą wiarę.
Wynne zmarszczyła czoło, przypatrując się jej. Zanim odpowiedziała, popatrzyła przed siebie, na opadające ku majaczącym w oddali szczytom słońce. Niedługo zostaną zmuszone rozbić obóz, by przeczekać noc.
— Chyba nie rozumiesz, o co chodzi, moja droga — stwierdziła spokojnie, powracając uwagą do Leliany. — Zakon wierzy, że Pieśń Światła powinna dotrzeć w każdy zakątek świata. A tego nie można osiągnąć, nie przekazując wyraźnie jej słów — wyjaśniła cierpliwie, uśmiechnąwszy się.
— Ale ja przyszłam do Stwórcy, zanim jeszcze usłyszałam Pieśń — żachnęła się z uporem. — Stwórca przemawia do ludzi, tylko że oni nie wiedzą, jak słuchać. Według mnie to rozgrywka o władzę — podsumowała z goryczą. — Jeżeli przekonają innych, że wiedzą więcej, to muszą się cieszyć szacunkiem.
— Ach, dziecko, właśnie takie rozmowy sprawiły, że zaczęli zwracać na ciebie szczególną uwagę — podsumowała. — Odmienne poglądy zawsze stanowią zagrożenie.
— To jest po prostu prawda — żachnęła się. — O co innego mogłoby w końcu chodzić? — dodała ciszej, przygasając.
— Nie zaprzątaj sobie tym głowy. To nic ważnego – a przynajmniej nie w obliczu Plagi — mruknęła Wynne.
Leliana przytaknęła. Zapadła między nimi cisza, żadna jednak nie zaproponowała przyśpieszenia. Nie miało to sensu w momencie, w którym widoczność stawała się coraz gorsza, mogłyby tylko narazić się na wypadek. Zwłaszcza że Wynne po zmroku nie widziała już najlepiej.
— Wynne… — odezwała się znów łuczniczka, tym razem jednak cichym głosem. — Słyszałam o… o tym, co się stało i ja… — urwała, nabierając tchu.
Czarodziejka słuchała w milczeniu, zastanawiając się, o co chodziło. Czyżby o to, że zginęła podczas walki z demonem? Przechyliła głowę.
— Nie wiem, co powiedzieć, ale czuję, że muszę powiedzieć cokolwiek — wyznała, unosząc wzrok na kobietę. — Przykro mi, na przykład?
Staruszka pokręciła głową i uśmiechnęła się z pobłażliwym rozbawieniem.
— Nie potrzebuję współczucia i nie czuj się w obowiązku mnie pocieszać — poprosiła. — Wszyscy umieramy, Leliano, i wszyscy o tym wiemy. Czym różni się mój przypadek? — zainteresowała się.
— Bo… bo to za wcześnie? — podsunęła pierwsze, co przyszło jej na myśl, chociaż po minie dało się poznać, że sama w to do końca nie wierzyła.
— Doprawdy? — mruknęła coraz bardziej rozbawiona. — Mogę umrzeć następnego roku lub mogę umrzeć jutro, postrzelona w serce przez strzałę bandyty. Nie wiem na pewno — zauważyła. — Ciągły strach przed śmiercią jest wystarczający, by szukać radości we wszystkim, zwłaszcza w życiu. Nie martw się ani o mnie, ani o siebie — dodała, przenosząc na nią wzrok. — Śmierć nas zabierze, kiedy zapragnie, a do tego czasu będziemy żyć – prawdziwie.
Leliana zająknęła się, ale nie znalazła na to żadnej odpowiedzi. Koniec końców uśmiechnęła się i skinęła głową, przymrużając oczy. Wyglądała na uspokojoną tą rozmową, dlatego Wynne z czystym sumieniem znów skupiła się na drodze, podziwiając widoki. Ferelden był niewątpliwie pięknym, choć surowym oraz dość okrutnym państwem.
— Wiesz co? — odezwała się niespodziewanie Leliana. — Poszukam miejsca na obóz. Lada moment się ściemni. — Popatrzyła na towarzyszkę.
— To dobry pomysł — przyznała z uśmiechem. — Będę jechała dalej stępem.
Łuczniczka skinęła głową, po czym przyłożyła łydki do boków Tallona, pozwalając mu ruszyć krótkim, energicznym galopem. Rudy wierzchowiec zarzucił łbem, wierzgnął lekko z radości, ale zaraz dał nad sobą zapanować i skierował się tam, gdzie poprowadziła go rozbawiona amazonka.
Wynne została w towarzystwie swojego nieco zaniepokojonego odjazdem towarzysza ogiera oraz znudzonego, trochę już zmęczonego Shegara. Ogar truchtem zrównał krok z koniem czarodziejki, po czym poczłapał spokojniej, dopasowując tempo do większego zwierzęcia. Wynne przyjrzała się zwierzakowi z góry, nie mogąc zapanować nad uśmiechem.
— Jesteś przystojnym psim okazem, prawda? — zagadnęła, przechylając głowę.
Shegar zadarł łeb, by podchwycić z nią kontakt wzrokowy; zamerdał przy tym ogonem, bardzo zadowolony.
— Tak, jesteś — odpowiedziała na pytanie Wynne, jednak kiedy jej wzrok padł na nieszczęsny ogon, jakby się zafrapowała. — Och, ale spójrz na ten mały, przysadzisty ogonek. Nie chciałbyś ładniejszego ogona? — zainteresowała się. — Mogłabym ci podarować długi, szeleszczący ogon, gdybyś chciał.
Mabari zaskomlił, tuląc uszy, i nieznacznie zwolnił kroku. Czarodziejka jednak nie zwróciła na to uwagi, zaaferowana własną wizją.
— Tylko machnięcie kosturem i puf!, ogon. Spodoba ci się, obiecuję — zamruczała, przechylając się w siodle, by spróbować odpiąć swoją własność. — Albo może chciałbyś być w innym kolorze? Moglibyśmy trochę urozmaicić ten monotonny brąz odrobiną czerwieni lub błękitu. Może nawet fioletu — zastanowiła się na głos.
Shegar szczeknął krótko, ostro, natychmiast opuszczając ogon, od którego zaczęło się całe zamieszanie. Jego nieszczęśliwa mina tylko bardziej rozbawiła Wynne.
— Ogary obojowe też powinny być śliczne, prawda? — rzuciła. — Tak, chcesz być śliczny, śliczny piesek. — Wyciągnęła do niego dłoń, kiedy powoli zbliżył się do spokojnie stępującego Altrivaire’a. — Tak właśnie, po prostu kochasz być w centrum uwagi, prawda? I chcesz poroże. Duży, szeleszczący ogon i por… hej! — krzyknęła w chwili, w której Shegar ominął jej rękę, schwycił w zęby częściowo odpięty od siodła kostur i wyrwał go z rzemieni, rzucając się do ucieczki.
Kobieta odprowadziła gnającego psa spojrzeniem, ze zdumieniem obserwując sunącą po piachu końcówkę jej broni, której mabari nie mógł wygodniej unieść. Pokręciła głową, szeroko otwierając oczy.
— On… on uciekł z moim kosturem! — sapnęła do siebie, nie potrafiąc uwierzyć w to, co ją spotkało. — Może nie doceniłam jego inteligencji — dodała pod nosem, zanim roześmiała się wesoło.
Kiedy Leliana wróciła, długo pytała, dlaczego Shegar zabrał jej broń i z jakiego właściwie powodu nie zamierzał jej oddać. Równie długo – albo i dłużej – zajęło im przekonanie ogara, by kostur zwrócił. Zdążyły w tym czasie nawet rozbić obóz. Wreszcie mabari się zlitował, ale natychmiast udał się do namiotu Leliany, by uniknąć bliższego spotkania z rozbawioną Wynne.
Łuczniczka przyrzekła sobie, że to na pewno opowie przyjaciółce ze wszystkimi szczegółami.

4 komentarze:

  1. Napisane świetnie! Można odczuć różne emocje. Fabuła jest bardzo oryginalna, czyta się przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Whoa, nie spodziewałam się przerwy od Ellen i zwrócenia powieści w kierunku kobitek! Bardzo miłe zaskoczenie! I jakże przyjemnie się to czytało! Dajesz odetchnąć przed akcją, dajesz :D Ale to dobrze, bo trochę jeszcze im tego Orzammaru zostało.
    Hahahaha, ostatnia scena jest świetna! Uwielbiam to! <3 Taka lekka, przyjemna, świeża. Fajie i zgrabnie to ujęłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję być sprytna w rozwiązaniach fabularnych, bo o ile skoczenie do Kręgu z Orzammaru w grze to żaden problem, to w rzeczywistości byłoby problematyczne. A Dagna nie jest NPC bez znaczenia, zasługuje na odrobinę czasu antenowego, czy raczej jej wątek.

      Usuń