czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 1.96 - Kurzowisko



Kurzowisko różniło się od dzielnicy gminu już na pierwszy rzut oka. Chociaż architektura niewątpliwie nawiązywała do motywów oraz rozwiązań zastosowanych w całym krasnoludzkim mieście, tutaj pozostały z nich tylko ruiny. Wiele budynków było zniszczonych, ledwie garstka nadawała się do zamieszkania. Drogi nikt nie brukował, ziemię pokrywała naga skała oraz zwilgotniały pył zmieniający się w lepkie błoto. W powietrzu unosił się zatęchły odór odpadków i nieczystości, sprawiając, że trudno się oddychało.
— Na płonący miecz Andrasty — stęknęła Ellen, ledwie weszli między pierwsze zabudowania. — Istna tragedia.
— Nawet obcowiska wyglądają lepiej — dodał Alistair, przypatrując się zaciekom na dolnych partiach murów. — A to już coś znaczy.
— Doskonały przykład prymitywnego hierarchizowania społeczeństwa — skomentował Zevran i skrzyżował ręce za głową. — Kto by pomyślał, że istnieje ktoś w tym lepszy od ludzi.
Strażniczka posłała mu nieprzychylne spojrzenie, ale nie podjęła dyskusji. Z Shale zamykającą przysłowiowe tyły zagłębili się w krętą, wąską drogę otoczoną po obu stronach ponurymi domostwami z ciemnymi, małymi oknami. Mieszkańców tej dzielnicy nie dało się zobaczyć od razu – kryli się w alejkach pomiędzy budynkami, skuleni w cieniu. Dopiero kiedy zbliżyli się do głównej części Kurzowiska, którą wyznaczał nieregularny, prawie okrągły plac, napotkali pierwsze krasnoludy.
Alistair bardzo czujnie przyjrzał się mijanej grupce uzbrojonych wojowników, którzy łypali na nich groźnie – nie ruszyli jednak do ataku, pomrukując między sobą. Najprawdopodobniej zniechęciła ich przewaga liczebna drużyny, ale błyszczące oczy sugerowały, że byliby gotowi zaryzykować. Strażnik na wszelki wypadek ujął rękojeść broni.
— Ci to mają forsy — sarknął jeden z nich nosowym głosem. — Gdybyśmy wycięli ich z tych zbroi, dostalibyśmy krocie.
Towarzysze przytaknęli ponurymi pomrukami. Alistair przyśpieszył kroku, żeby iść ramię w ramię z Ellen na wypadek, gdyby to ona została znienacka zaatakowana. Trudno orzec, komu można tu było ufać, ale skłaniał się ku stwierdzeniu, że nikomu. Chyba nie tylko on podzielał tę opinię, bo pozostali także pokazywali po sobie drobną nerwowość – poza Stenem oraz Shale.
— Jak niby znajdziemy naszą ofiarę? — spytała półgłosem niezadowolona Strażniczka. — Przecież nikt jej tu nie wyda. Albo się będą bali, albo będą po jej stronie.
— Każdego można przekonać do mówienia — przypomniał swobodnie Zevran.
— Nawet o tym nie myśl, Zev — warknęła, posławszy mu wściekłe spojrzenie. — Musimy znaleźć inny sposób.
— Strach jest dobrym motywatorem — mruknęła Morrigan.
— Postarajmy się nie puścić z dymem całego Kurzowiska w pierwszej kolejności, dobrze? — fuknęła zirytowana Ellen.
— Jest z kamienia, może być ciężko — wtrącił w zamyśleniu Alistair, poświęciwszy większość uwagi kulącej się pod ścianą krasnoludce.
— Dziękuję za ten komentarz, był niezbędny. — Strażniczka popatrzyła na niego z wyrzutem, na co ten uśmiechnął się z zakłopotaniem.
Wychodzili już z błotnistej uliczki, zbliżając się do imitacji rynku, kiedy z cienia wyłonił się łysy, odziany w kiepskiej jakości zbroję krasnolud. Pod lewym okiem miał wytatuowany dziwny, ciemny, geometryczny symbol, który Ellen widziała także na twarzach pozostałych mieszkańców Kurzowiska. Mimowolnie przystanęła, przyglądając się mu, podczas gdy on mierzył spojrzeniem ją. Jednak wyciągnął z tego spotkania wnioski jako pierwszy.
— Czego chcesz, Strażniczko? — warknął wściekły.
Dziewczyna uniosła wysoko brwi, zaskoczona tym, że została rozpoznana. Nie zdążyła jednak zareagować ani zwrócić się do przyjaciół, by zaczekali, kiedy część już ją wyminęła, bo krasnolud mówił dalej, teraz szyderczo się uśmiechając:
— To nie jest miejsce dla ciebie.
— Skąd pomysł, że czegoś szukam? — spytała zdenerwowana, czym zwróciła na siebie uwagę pozostałych towarzyszy.
Alistair natychmiast ruszył z powrotem, mierząc nieznajomego tak nienawistnym spojrzeniem, jakby ten już groził jej bronią. Ellen jednak nawet nie myślała o zagrożeniu – w pierwszej chwili przestraszyła się, że ktoś z Kurzowiska wiedział, że przybyli po Jarvię. Wtedy odnalezienie przywódczyni Kartelu zaczęłoby graniczyć z cudem, jak gdyby teraz nie było trudne.
— Nie jestem głupi — warknął krasnolud. — Nikt nie chadza do Kurzowiska na spacerek. Szukasz mnie, a mnie się to nie podoba. Wpakowałaś się w kabałę, Strażniczko, ja za to już sprzedałem tę głupią księgę. Masz pecha — poinformował złośliwie.
Zanim Ellen zastanowiła się, o czym właściwie mówił, nieznajomy sięgnął po podręczny nóż, skacząc w stronę ofiary. Dziewczyna cofnęła się pół kroku, ale zaraz znieruchomiała – tuż przy jej uchu świsnęło, a rzucone ostrze wbiło się prosto w czoło krasnoluda. Martwy zwalił się jak kłoda na ziemię u stóp zdezorientowanej Strażniczki. Alistair uniósł brwi, wsuwając z powrotem do połowy wyciągnięty z osłony miecz.
— No, to było głupie — skomentował Zevran, wymownie otrzepując dłonie. — Chyba jeszcze długo się nie nauczą, że na was się nie napada.
Ellen spojrzała na elfa, przyglądając się, jak wyciągał z głowy trupa swój sztylet. Otarł go w mało czyste portki krasnoluda i spokojnie schował do osłonki, zupełnie jakby nic się nie stało. Tak samo zachowywali się wszyscy w Kurzowisku – na śmiertelną potyczkę zwróciły się dwa, może trzy spojrzenia, potem już nikt się nimi nie interesował. Ellen poczuła na plecach zimny dreszcz strachu. Nigdy nie znajdowała się w tak bezlitosnym miejscu.
— Dziękuję — wykrztusiła, na co skrytobójca ukłonił się przed nią dwornie.
— Czego on chciał? — odezwała się Morrigan, sprawiając, że myśli Strażniczki natychmiast powędrowały w odpowiednim kierunku.
Zmarszczyła czoło i zapatrzyła się na pustą, zastygłą w wyrazie zdumienia twarz pokonanego. Przez kilka chwil głowiła się, o jakiej księdze nieszczęśnik mówił i dlaczego powiązał z tym ją, ale nic nie przychodziło jej na myśl.
— Może to ten złodziej? — podsunął niespodziewanie Alistair. — Ze Skulptorium. Ukradł stamtąd coś, chyba książkę właśnie.
Ellen spojrzała na niego zaskoczona i po chwili uśmiechnęła się radośnie. Przytaknęła, teraz sobie przypominając scenę, której byli świadkami, a o której rozmawiała z jednym z oburzonych krasnoludów na miejscu.
— Ale księgę sprzedał — wtrącił Sten. — Tak mówił.
— Może… może jeszcze uda nam się ją zlokalizować — mruknęła zrezygnowana, przyklęknąwszy przy trupie.
— Sprawdź sakiewkę — doradził jej Zevran i pochylił się nad nią z zainteresowaniem.
Ellen skrzywiła się niezadowolona, ale przystąpiła do przeszukiwania rzeczy zabitego. Nie zamierzała zabierać niczego, co do niego należało. Chciała tylko dowodu na to, że mogła zapomnieć o odzyskaniu nieszczęsnej księg. Prawie już traciła nadzieję, kiedy jej palce natrafiły na skrawek papieru. Drgnęła, czym prędzej go wyjęła, po czym przebiegła wzrokiem eleganckie pismo.
— To pokwitowanie — poinformowała zaskoczona. — Ktoś na Arenie Prób odkupił od niego księgę. — Przeniosła wzrok na czekających towarzyszy.
— To wiemy, gdzie jej potem poszukać — skwitował Zevran. — A teraz po Jarvię, czyż nie?
— Po Jarvię — przytaknęła z westchnieniem. — O ile w ogóle mamy jakiekolwiek szanse ją znaleźć — dodała pod nosem, ale już znacznie ciszej.
Wkroczyli na nierówny plac, na obrzeżach którego rozstawiono kilka prowizorycznych namiotów stworzonych z postrzępionych szmat. W pobliżu nie kręciło się zbyt wiele krasnoludów, większość wycofywała się na ich widok z podejrzliwymi minami, po czym znikała w półmroku wąskich uliczek. Wyglądało na to, że w dalsze części Kurzowiska prowadziły tylko ciasne zaułki, bo główna droga urywała się, zostawiając podróżników na pastwę losu. Pocieszające było to, że budynki wokół placu wyglądały na zamieszkałe.
— Zasugerowałabym rozdzielenie się, ale nie widzę w tym sensu — przyznała zrezygnowana Ellen, zatrzymując się bezradnie. — Nie dość, że nie ma kogo pytać albo podsłuchiwać, to jeszcze wyróżniamy się na pierwszy rzut oka. Wyjątkowo wszyscy tym razem. — Posłała wymowne spojrzenie Stenowi oraz Shale.
— To może zapytajmy każdego, kto przed nami nie ucieknie? — zaproponował Alistair i uśmiechnął się pogodnie, zwracając wzrok na Ellen.
Strażniczka już miała skomentować to złośliwie, jednak nie dano jej dojść do głosu.
— Zacznijmy od tamtej. Ma cholernie powykręcane nogi, raczej nie odpełznie za szybko — rzucił wesoło Zevran, wskazując palcem kulącą się na ziemi krasnoludkę kołyszącą się w przód oraz w tył, ze wzrokiem wbitym w dal.
Ellen spojrzała na elfa zdruzgotana, nie wierząc, że naprawdę zażartował z kaleki. Postanowiła jednak nie podejmować dyskusji, bo ostatnie, czego teraz potrzebowali, to kłótnia. Machnęła ręką, dając znać, by trzymali się w tyle, na wypadek gdyby komuś jeszcze cisnęły się na usta nieodpowiednie komentarze. Uśmiechnęła się do Alistaira, kiedy przelotnie ujął jej nadgarstek, po czym podeszła do żebraczki.
— No, spójrzcie państwo — rzuciła schrypniętym głosem, ledwie przeniosła wzrok na Ellen.
Strażniczka dostrzegła w jej zmęczonych, zapadniętych oczach mnóstwo inteligencji. Coś ścisnęło ją w środku, kiedy spoglądała z góry na zgaszoną, doświadczoną przez los nieznajomą. Przez chwilę się wahała, czy kucnąć, czy jednak byłoby to dla krasnoludki uwłaczające.
— Nie często stara Nadieżda widuje tu obcych w takim stroju. Wspomożecie kaleką biedaczkę? — spytała, próbując unieść jedną z rąk, na których się podpierała, by zmniejszyć nacisk na poranione, bezużyteczne nogi.
Ellen nawet się nie zastanowiła – ignorując pełne dezaprobaty syknięcie Morrigan, sięgnęła do sakiewki i pogrzebała w niej za pieniędzmi. Chociaż starali się oszczędzać, tak czy siak było ich stać na jedzenie oraz dach nad głową. Nadieżda – podobnie jak większość mieszkańców Kurzowiska – nie mogła liczyć nawet na to.
— Masz pięć srebrników — mruknęła łagodnie, wsuwając w palce krasnoludki monety. — Kup sobie coś do jedzenia.
Nadieżda spojrzała z niedowierzaniem na pieniądze. Uśmiechnęła się, z początku nieśmiało, ale potem szczerze – a jej twarz na moment odmłodniała, zdradzając urodę, jaką mogła się lata temu szczycić. Ellen przymrużyła oczy, czując przyjemne ciepło w sercu.
— Jesteś równie dobra co piękna — stwierdziła krasnoludka. — Odpłacę ci się, gdy stanę na nogach. Gdyby tylko były wciąż sprawne — westchnęła smutno, zawieszając spojrzenie na nieruchomych, zdeformowanych kończynach.
Strażniczka także zapatrzyła się na jej nogi – potem natomiast mimowolnie popatrzyła dokoła. Kurzowisko przesiąknięte było nieszczęściem do tego stopnia, że zdawało się, jakby jego smród unosił się w powietrzu razem z odorem zgnilizny.
— Dopiero obcy widzą, jak źle się sprawy mają, co? — zagadnęła Nadieżda, zauważywszy, co obserwowała. — Żaden krasnolud nawet nie kiwnąłby dla nas skutwionym palcem, za przeproszeniem. — Uśmiechnęła się krzywo. — Co sprowadza was tu z Diamentowego Zakątka? Macie jakiś nałóg, może Nadieżda załatwi wam działkę?
Ellen mimowolnie się zarumieniła. Zająknęła się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć na to pełne entuzjazmu pytanie – najbardziej speszyło ją to, że krasnoludka mówiła o uzależnieniu zupełnie tak, jakby to nie było nic złego, tylko normalnego. Wszędzie indziej tego typu słabości oficjalnie potępiano, ale mieszkańcy slumsów nie mieli wiele więcej poza swoimi nałogami.
Ostatecznie Strażniczka potrząsnęła głową.
— Jak straciłaś nogi? — zainteresowała się cichym głosem.
— Powiedziałabym, że w wypadku, coby wydusić parę miedziaków na litość, ale pewnie wolisz usłyszeć prawdę — mruknęła ponuro rozbawiona i westchnęła. — Robiłam w ochronie dla Kartelu, kiedy złapali mnie strażnicy. Kurzalec, z którym byłam, miał szmal na łapówkę, ale ja się postawiłam. Strażnik połamał mi skutwione kolana i kazał klęczeć w gnoju, póki nie wdało się zakażenie. Nigdy się do końca nie wyleczyło — zakończyła z krzywym uśmiechem.
Ellen wpatrywała się w nią zdumiona, nie wierząc w to, że to przez stróża prawa Nadieżda skończyła w ten sposób. Na powierzchni nikt nie puściłby jej występku płazem, oczywiście, ale najpewniej trafiłaby po prostu do lochu. Mało prawdopodobne, by strażnicy aż tak ją okaleczyli.
— Wolno im robić takie rzeczy? — spytała zdruzgotana.
— Nie wiem, skąd jesteś, ale w Orzammarze bezkastowcy nie mają rodów, więc można ich bezkarnie krzywdzić — wytłumaczyła prawie pobłażliwym tonem, jakby rozmawiała z niemądrym dzieckiem. — W Orzammarze jak się urodzisz, by nosić piętno, będziesz mieszkać w Kurzowisku.
Strażniczka zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc.
— O jakim „piętnie” mówisz? — mruknęła skonsternowana.
Krasnoludka sięgnęła dłonią do swojej zabrudzonej twarzy i dotknęła geometrycznego wzoru wytatuowanego pod okiem.
— Oznacza ono, że nie istniejesz. Mówi każdemu, kto cię spotka, żeby z tobą nie pracował, nie pomagał ci i nie zwracał uwagi na to, czy coś ci się stanie — skwitowała, przypatrując się zdumieniu rozmówczyni. — Głąbi lordowie wypalają je nam w dniu urodzin, żeby nikt nie pchał się, gdzie nie jego miejsce.
Ellen pokiwała powoli głową, poświęcając chwilę na zadumę nad tą kwestią. Na powierzchni, chociaż podobnie okrutnie dzieliło się społeczeństwo, nikt nie był raz na zawsze skazany na konkretny los – dało się walczyć o swoje, próbować odmienić przyszłość. Krasnoludy okazywały się o wiele bardziej zasadnicze.
Jednocześnie przyszła jej do głowy pewna myśl. Niewiele miała kontaktów w Kurzowisku – dokładnie żadnego – a samodzielnie przecież nie odszuka Jarvii. Jeśli szczęście jej dopisze, wdzięczna Nadieżda zdecydowałaby się jej pomóc. Warto zaryzykować, nie miała w końcu nic do stracenia.
— Nadieżdo, znasz może niejaką Jarvię? — spytała nieśmiało, uśmiechając się niepewnie.
— Czy znam? — parsknęła rozbawiona. — Kiedyś z nią robiłam. Jarvia przejęła Kartel niecały rok temu i już każdy kurzalec, który może chodzić, nosi dla niej miecz — dodała.
— Gdzie ją można znaleźć? — dociekała, zachęcona entuzjastyczną odpowiedzią Nadieżdy.
— To nie będzie łatwe. — Pokręciła głową. — Od czasu śmierci Berata zrobiła się ostrożna do granic paranoi. Wszystkim członkom Kartelu każe nosić żetony z kości palców. Wydrapuje na nich jakieś znaki, żeby wiedzieć, że pochodzą od niej — powiedziała cichszym głosem, zerknąwszy na boki. — W całym mieście pełno jest drzwi do jej bazy, ale tylko jedne są otwarte w danej chwili, a jeśli zjawisz się tam bez kości, nawet ich nie zauważysz.
— Gdzie mogę znaleźć taki żeton? — mruknęła, spochmurniawszy trochę; sprawa nieco się skomplikowała, ku jej nieszczęściu.
— Tu wam nie pomogę, salroka — westchnęła Nadieżda – Ellen nie miała pojęcia, co znaczyło to słowo, ale nie zamierzała pytać. — Członkowie Kartelu bardzo ich pilnują. — Zanim Strażniczka spróbowała odejść, krasnoludka poruszyła się niespokojnie. — Przecież… to jest coś warte, prawda? Chociaż trochę…
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło i od razu sięgnęła do sakiewki, by wydobyć z niej kolejne monety. Po sprzedaniu relikwii w Denerim mieli trochę oszczędności, zatem mogła się pieniędzmi podzielić.
— Dam ci dziesięć srebrników — mruknęła, znów wciskając monety w dłoń bezdomnej. — Uważaj na siebie — poprosiła jeszcze.
— Będę ci dziękować, zasypiając z pełnym brzuchem — westchnęła zachwycona Nadieżda, chuchnęła na pieniądze, po czym skwapliwie je schowała.
Ellen skinęła jej głową, zanim odeszła do czekających przyjaciół. Wymieniła z nimi ponure spojrzenia i zatrzymała się obok Alistaira, krzyżując ręce na piersi. Zapadła nieco niezręczna cisza, w której ona milczała, a pozostali obserwowali ją wyczekująco.
— Niedobrze — skomentowała wreszcie.
— Musimy odszukać kogoś z Kartelu, tak? — podchwycił Strażnik, zerknąwszy na zadowoloną Nadieżdę. — O ile powiedziała prawdę.
— Nie miała powodu kłamać — mruknęła. — Ale fakt, dobrze założyć, że nas oszukała. Niemniej jeśli powiedziała prawdę, potrzebujemy żetonu.
— Skoro „kurzalce” tak chętnie służą Jarvii, będzie problem — zauważył Zevran, wzruszywszy ramionami. — Nie wydadzą jej żywcem.
— Może… — Ellen urwała, przypatrując się przyjaciołom.
Jej wzrok padł na Morrigan. Wiedźma uśmiechnęła się kącikiem ust, odpowiadając na spojrzenie Strażniczki.
— Rozejrzę się. Tylko znajdę dobre miejsce — obiecała, domyśliwszy się, o czym myślała.
— Dziękuję. Uważaj na siebie — poprosiła, kiedy kobieta się odwróciła, ruszając w boczne, wąskie uliczki.
Morrigan nie zareagowała na słowa Ellen. Chwilę potem zniknęła w półmroku, zostawiając pozostałych towarzyszy samych. Alistair ujął łokieć Strażniczki, czym sprawił, że przeniosła na niego spojrzenie.
— Co wy kombinujecie? — spytał podejrzliwie.
— Na zwierzę nie zwrócą uwagi tak szybko — odparła wymijająco, wzruszywszy ramionami. — A my rozejrzyjmy się po Kurzowisku, może też na coś natrafimy.
Ruszyli po placu. Wzbudzali zainteresowanie, ale także niepokój – tutejsi mieszkańcy wycofywali się, ledwie się do nich zbliżyli, niektórzy łypali groźnie, jakby rozważali napad. Na szczęście obecność Stena oraz Shale zniechęcała śmiałków i nikt nie popełnił błędu krasnoluda, który zaatakował Ellen. Oznaczało to jednak też, że nie mieli co liczyć na zwykłą, szczerą, pomocą rozmowę. Powoli wyglądało na to, że musieli czekać na zbawienie w postaci Morrigan.
Niedługo potem, kiedy pokręcili się już ponad godzinę po okolicy, większość odmówiła współpracy. Zevran przysiadł na skrzyni z wybitą jedną ścianką pod murem, uznawszy, że nigdzie dalej nie idzie. Shale kucnęła nieopodal i tylko Sten nadal stał – razem z Alistairem. Ellen westchnęła, zanim machnęła zrezygnowana ręką.
— W porządku. Czekamy na Morrigan — poddała się.
— Doskonała decyzja — pochwalił Zevran, ze stęknięciem prostując nogi.
Sten skinął głową i oparł się plecami o ścianę, pozwalając sobie na odpoczynek. Alistair postawił pierwszy krok ku najbliższemu nadającemu się do siedzenia miejscu, ale powstrzymała go Ellen. Ujęła jego nadgarstek, więc się zatrzymał i spojrzał na nią pytająco. Uśmiechnęła się ładnie, przechylając głowę.
— Mógłbyś pochodzić ze mną jeszcze chwilę? — zainteresowała się niewinnie. — Może coś się uda znaleźć.
Strażnik westchnął i zrezygnowany opuścił ramiona. Uniósł kącik ust, po czym skinął głową, wiedząc, że i tak nie puściłby jej samej, nawet gdyby nie zapytała.
— Oczywiście — mruknął.
Zevran za jego plecami zachichotał złośliwie, ale powstrzymał się od komentarza. Alistair udał, że tego nie usłyszał.
— W takim razie zostańcie tutaj — zwróciła się do pozostałych Ellen, uśmiechnęła się pogodnie, po czym pociągnęła Strażnika z powrotem na obrzeża placu.
Kurzalce tym razem przed nimi nie uciekały, wszystkie napotkane krasnoludy przypatrywały im się uważnie, mrużąc oczy. Alistair chwycił za rękojeść broni i lekko wysunął ostrze z osłony, by ostrzec chętnych do rabunku. Ellen nawet nie zauważyła tej zmiany, czujnie rozglądając się dokoła. Kiedy zbliżyli się do jednego z ciemnych załomów, ujrzeli kucającego pod murem krasnoluda z nieobecnym uśmiechem na ustach. Nieopodal niego leżało kilka dziwnych, ewidentnie martwych, różowych stworzeń.
Ellen przyjrzała się trupom zaskoczona. Wyglądały jak skrzyżowanie świni z królikiem – miały długie uszy, mocniej rozwinięte tylne nogi, okrągły zad, ale ogon był już podłużny i cienki. Łeb zmieniał się w charakterystyczny dla prosiaka ryjek, a ciało nie porastał żaden włos, pokrywała je tylko naga, różowiutka skóra. Dziewczyna jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała.
— Bryłkowce — stwierdził Alistair, zauważywszy wzrok Ellen. — Żyją pod ziemią. Podobno to krasnoludzki przysmak.
Strażniczka skrzywiła się mimowolnie.
— Leliana wspominała, że są słodkie. Z wyglądu — dodał szybko, żeby nie zabrzmiało to dwuznacznie. — W Orlais podobno często wychodzą na powierzchnię albo zaszywają się w jaskiniach, dzięki czemu łatwiej je spotkać. Była zachwycona, że może spotka tu jakieś. — Wzruszył ramionami.
— Tak? — zdumiała się Ellen, wysoko uniósłszy brwi. — Hm.
Młodzieniec zmarszczył czoło, widząc, że Strażniczka ewidentnie zaczęła coś kombinować. Zanim jednak zapytał, o co chodziło, skierowała się do siedzącego pod murem krasnoluda, który kołysał się w przód i w tył z tym samym, nieobecnym uśmiechem.
Na widok dziewczyny nieco się ożywił, spojrzał na nią przesadnie radośnie.
— Twój strój jest taki wyszukany — westchnął, przechyliwszy głowę. — Kupiłaś go na powierzchni?
Zaskoczona Ellen w pierwszej chwili nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Tak — przyznała wreszcie, zdezorientowana.
— Mama mi mówiła, że na wierzchu nie mają kamienia, który by ich chronił od góry — mruknął, przypatrując się jej. — Jeśli się tam udam, spadnę prosto w niebo.
Strażniczka uśmiechnęła się szeroko. Z tym kurzalcem z pewnością coś było nie tak – trochę podobnie do Sandala – ale wzbudzał sympatię i wydawał się zupełnie nieszkodliwy.
— Wystarczy naprawdę mocno zaprzeć się stopami — zapewniła bardzo poważnie, starając się nie zdradzić rozbawienia po swojej minie.
— Możliwe… — zamruczał powoli. — Mój stary się tam wybrał i już nie wrócił. Kto wie, czy nie poleciał w niebo? — dodał, zezując w sklepienie ponad ich głowami, zawisłe wysoko w górze.
Ellen postanowiła nie ciągnąć tematu – przede wszystkim abstrakcyjne wyobrażenie o świecie na powierzchni było jej zupełnie obce. Nie do końca wiedziała, czy powinna powiedzieć nieznajomemu prawdę, czy może ciągnąć żarty, nie wyprowadzając go z błędu.
— Wiesz cokolwiek na temat tutejszych gryzoni? — przeszła do sedna, porzucając kwestię pochłaniającego przechodniów nieba.
— Chodzi o bryłkowce? — Kiedy skinęła głową, znów się uśmiechnął. — Coś tam wiem. To sama skóra i kości, ale tu, na dole, nie można być zanadto wybrednym. — Zerknął wymownie na dwa leżące nieruchomo różowe trupy. — Lepsze to niż nic.
— Mógłbyś jednego dla mnie złapać? — spytała.
Usłyszała za sobą zdruzgotane sapnięcie Alistaira, ale całkowicie go zignorowała. Nie uważała swojego pomysłu za głupi – chciała sprawić przyjemność Lelianie, a utrzymanie takiego stworzonka nie mogło być wyjątkowo trudne.
— Po co? — zdumiał się krasnolud. — Zamierzasz go ugotować?
Ellen mimowolnie się skrzywiła. Nie wyobrażała sobie, jak można zjadać te przedziwne zwierzątka, zwłaszcza że nawet nie wyglądały zbyt apetycznie.
— Zapłacę ci, jeśli złapiesz dla mnie jedną sztukę — poinformowała, puściwszy pytanie mimo uszu, żeby nie zranić przekonań kurzalca.
— No to robimy interes, co? — ucieszył się, zapominając o wcześniejszych wątpliwościach. — Jo, mogę ci znaleźć bryłkowca. Mógłbym nawet ściągnąć jednego spoza miasta. Te z głębin nie żrą tyle śmieci — zastanowił się na głos. — Nie wiem, co jedzą, ale wydają się zdrowsze. Lśniące futerko – Ellen uniosła brwi, nie mając pewności, gdzie to futerko niby było — bystre oczka. Ile mi proponujesz?
Dziewczyna zamyśliła się na chwilę. Wymagało to trochę wysiłku ze strony krasnoluda, w dodatku bryłkowce żywiły tutejszych mieszkańców, więc stanowiły coś zdecydowanie cennego. Nie mogła nieszczęśnika naciągnąć, skoro chciał jej pomóc.
— Dwadzieścia srebrników — zdecydowała wreszcie.
— Prawdziwe srebro? — zdumiał się zszokowany. — Za tyle przyniosę ci dużą sztukę — obiecał od razu. — Daj mi trochę czasu. Złapię dla ciebie jednego.
Strażniczka skinęła głową i uśmiechnęła się do wstającego krasnoluda. Zawróciła, dołączyła do Alistaira i bardzo bezczelnie zignorowała jego zdruzgotane spojrzenie. Ujęła młodzieńca za dłoń, by poprowadzić go dalej, w stronę czekających pod ścianą przyjaciół. Strażnik milczał – ale robił to na tyle wymownie, że zaczęło jej to przeszkadzać.
— No co? — żachnęła się wreszcie.
— Oszalałaś. Jeszcze gryzonia nam brakuje — wykrztusił, wpatrując się w nią z tym samym zdumieniem co chwilę temu.
— Nie przesadzaj — poprosiła zirytowana. — Przecież to małe, wszystkożerne i… no. Zawsze można będzie go zjeść — wybrnęła niezręcznie.
— To mnie pocieszyłaś — westchnął, ale z drobnym rozbawieniem; pokręcił głową, uznawszy, że lepiej o tym nie wspominać przy innych.
Nie dotarli jednak do pozostałych. Nadal dzieliła ich mniej więcej połowa placu, kiedy zostali zatrzymani przez kolejnego kurzalca. Alistair ledwie powstrzymał się od sfrustrowanego pociągnięcia Ellen dalej, by zignorowała żebraczkę – skarcił się w duchu za niecierpliwość i zatrzymał się przy dziewczynie, która pierwsza zareagowała na wypowiedziane przez krasnoludkę słowa:
— Wspomożecie mnie, pani, panie? — spytała drżącym głosem, przyciskając do siebie niewielkie zawiniątko.
Ellen zerknęła na Alistaira zaskoczona – na twarzy nieznajomej nie dostrzegła piętna, o którym opowiadała jej Nadieżda.
— To dla mojego synka. Jest chory — wyznała, nieznacznie wysunąwszy zawiniątko, by dziewczyna mogła ujrzeć fragment bladej twarzyczki. — Nie ma w co się ubrać ani nic dziś nie jadł. Tak samo jak ja — dodała ciszej.
— Dlaczego nie pomaga ci ojciec twojego synka? — spytała zaskakująco ostrym głosem Strażniczka, aż Alistair popatrzył na nią niepewnie; w dodatku zmiażdżyła mu dłoń w niespodziewanie mocniejszym uścisku.
— Co dzień zadaję sobie to pytanie — przyznała nieznajoma, krzywiąc się wymownie. — Bardzo pragnął córki, która zapewniłaby mu wstęp do kasty górników. Ale od kiedy urodził się chłopak… — Westchnęła. — Nie widziałam śladu tego bałwana. Zostałam sama na ulicy, bez prawa powrotu do rodziny, jeśli nie… — urwała i odwróciła na moment głowę. — Ale nie! Nawet nie chcę o tym myśleć! — Kurczowo przytuliła do siebie dziecko.
— Co się stało? — zapytał łagodniej Alistair.
— Nazywam się Zerlinda — mruknęła niechętnie, spuściwszy wzrok. — N-nie zawsze to robiłam. Urodziłam się w rodzinie górników. Nie byliśmy bogaci, ale… nigdy wcześniej nie głodowałam — wyznała cicho. — Teraz wszystko przepadło. I to przeze mnie, niech mnie przodkowie przeklną, ale nijak nie mogę tego naprawić!
— Co twoja rodzina kazała ci zrobić? — drążył zaniepokojony Strażnik, zauważywszy ponurą minę milczącej Ellen.
— Ojciec mojego syna jest bezkastowcem, jak jego dziecko. Kiedyś pracowałam w kopalni, lecz rodzice wygnali mnie z kasty i nie pozwalają wrócić — zaczęła powoli. — Dopóki nie zgodzę się porzucić dziecka na Głębokich Ścieżkach i udawać, że nigdy się nie urodziło.
Alistair syknął cicho, kiedy Ellen wbiła mu paznokcie w dłoń. Popatrzył na nią uważnie, nie do końca rozumiejąc, skąd jej reakcja.
— Skoro pochodzisz z kasty górników, dlaczego twój synek jest bezkastowy? — spytała zaskakująco spokojnym głosem.
— W Orzammarze pochodzenie zależy od rodzica tej samej płci — wyjaśniła zrezygnowana. — Gdybym urodziła dziewczynkę, należałaby do kasty górników, jak ja. Lecz jako chłopak, mój syn jest na zawsze skażony przez nasienie swojego ojca — dokończyła z goryczą, znów przytuliwszy do siebie cicho kwilące zawiniątko.
— Nie ma innego wyjścia? — zmartwił się Alistair, potarłszy kark.
— Tak — mruknęła. — Mogę odejść z kasty razem z nim, co też zrobiłam. Inni jakoś wychowują dziecko w ten sposób, prawda? — dodała nerwowo, jakby próbowała przekonać samą siebie. — Żebrząc o drobne, sypiając w bramach…
— Nie możesz po prostu zabrać synka na powierzchnię? — spytała niespodziewanie Ellen, marszcząc czoło.
— Myślałam o tym — przyznała nieśmiało. — Powiadają, że nie ma tam kast, a ludzi nie obchodzi pochodzenie. Nigdy jednak nie spotkałam powierzchniowca. Nie wiem, czy to bezpieczne.
Strażniczka uśmiechnęła się lekko i uniosła swoją i Alistaira splecione dłonie.
— My pochodzimy z powierzchni.
— I jesteście dla mnie lepsi od większości rodaków — uzupełniła, chwilę przypatrując się ich rękom. — Może to znak. Jeśli dzięki temu mój synek przeżyje, pójdę tam. Dziękuję, że otworzyliście mi oczy. Może następnym razem zobaczymy się w świetle słońca. — Uśmiechnęła się nieśmiało.
— Dbajcie o siebie — poprosiła i wcisnęła Zerlindzie kilka moment w dłoń. — Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.
Krasnoludka spojrzała zaskoczona na pieniądze, ale nie zdążyła podziękować. Strażnicy odeszli od niej, kierując się do czekających pod budynkiem towarzyszy. Z tej odległości wyglądali naprawdę zabawnie – golem, rosły qunari, a wreszcie wyraźnie znudzony, wiercący się elf. Ellen uśmiechnęła się do siebie, zastanawiając się, czy kiedy byli wszyscy razem, też się w ten sposób prezentowali.
Gdy zbliżyli się do grupy, Strażniczka dosłyszała rozmowę, którą prowadził Zevran z Shale – Sten najwyraźniej postanowił zignorować zniecierpliwionego elfa.
— Mam pytanie do ciebie, Shale — powiedział, przechyliwszy się, by dobrze widzieć golema. — Jak to jest, być wielkim posągiem?
— Co za dziwne pytanie — parsknęła, zwracając pełne dezaprobaty spojrzenie na skrytobójcę. — Jak niby miałoby być?
— Cóż, zobaczmy… — Odchylił na moment głowę. — Czy to boli? Masz wrażenie, jakby zakopano cię pod stosem kamieni? Czy może nie czujesz niczego?
— Nie mam z czym tego porównać — zauważyła, westchnąwszy ciężko. — Jak to jest, być uważanym za niższą rasę, jeśli porównać go do innych, którzy są tak samo delikatni i słabi jak on?
— Ach… dobrze? — mruknął, marszcząc czoło.
— Jakże delikatny musi być. Jedno dotknięcie i jemu podobni zostają zgnieceni, rozlewając płyny dokoła. Nic dziwnego, że zakuwają się w metal — skomentowała z dużą dozą złośliwości.
Zevran skrzywił się, nie do końca szczęśliwy z tego, w jaką stronę zmierzała pogawędka.
— Na pewno nie wystarczy tylko dotknięcie… — skwitował, łypnąwszy na golema podejrzliwie.
— Czuję się bardzo trwale. I nieśmiertelnie — poinformowała zadowolona, puściwszy uwagę Zevrana mimo uszu. — Żadnych obrzydliwych substancji, które można ze mnie wycisnąć, o nie — podsumowała zdecydowanym głosem.
— Hmm — zamruczał zrezygnowany. — Kiedy to powiedziałaś… niespodziewanie czuję się raczej jak delikatny grzybek.
— Przesuń się, grzybku — zażądała Ellen, zatrzymując się przy przyjacielu.
Elf spojrzał na nią z wyrzutem, ale posłusznie zrobił miejsce dla Strażniczki, która od razu usiadła obok na skrzyni. Alistair uśmiechnął się do niej, łypnął na Zevrana, po czym stanął nieopodal i zapatrzył się na rozciągający się przed nim plac. Kurzalce nie zbliżały się do zajmowanego przez drużynę miejsca, najprawdopodobniej zaniepokojone jej nietypowym składem. Mogli w spokoju wyczekiwać powrotu Morrigan w nadziei, że wiedźma przyniesie dobre wieści.
— Myślisz, że na powierzchni jej się powiedzie? — zagadnął nagle Alistair.
— Komu? — zdumiała się Ellen, unosząc głowę.
— Zerlindzie. — Spojrzał na nią.
— Kto to Zerlinda? — zainteresował się Zevran, ale został przez Strażników zignorowany.
— Nie wiem. Na powierzchni będzie jej trudno… ale zyska jakiekolwiek szanse — westchnęła. — Nasz świat jest okrutny, niesprawiedliwy i podły. Jednak potrafi wynagrodzić trudy.
Alistair skinął powoli głową, jakby jeszcze się zastanawiał. Ostatecznie uśmiechnął się blado, wymienił z Ellen pogodne spojrzenie, po czym oboje na kilka chwil ucichli. Zevran zmarszczył czoło, nie wiedząc, do jakiego porozumienia między nimi właśnie doszło.
— Wiesz, Alistairze, Antiva ma długą tradycję królewskich bękartów — zagadnął, zawiesiwszy na Strażniku spojrzenie.
— Na oddech Stwórcy — skomentowała Ellen, posyłając przyjacielowi pełne dezaprobaty spojrzenie.
— Co ty nie powiesz — mruknął Alistair, także łypiąc na elfa mało przychylnie.
— Och, tak. Prowadzili wojny, by zasiąść na tronie — zapewnił gorliwie. — Niektórzy zostali królami. Właściwie powiedziałbym, że aktualny królewski ród w Antivii wywodzi się z bękarciej krwi.
— Czyż nie jesteś dzisiaj przepełniony bezużytecznymi ciekawostkami? — rzucił złośliwie, krzywiąc się wymownie.
Ellen wbrew sobie zachichotała. Zawsze bawiła ją niechęć, którą Alistair żywił do Zevrana, rzadko jednak się zdarzało, żeby udawało mu się aż tak sprawnie odgryzać elfowi.
— Niestety, ilekroć królewski bękart wychyla głowę w tłum i deklaruje swoje pochodzenie, rzadko kończy się to dla niego dobrze — ciągnął niewzruszony Zevran, przypatrując się Alistairowi z życzliwym uśmiechem, co samo w sobie było podejrzane.
— Niech zgadnę — zaproponował. — Zostają zamordowani?
— Tylko ci bardzo popularni.
— A ci mniej popularni?
— Cóż, jakoś się przemykają, jestem pewien. — Elf wzruszył ramionami. — Był taki jeden, któremu całkiem dobrze szło, kiedy pracował jako prostytutka. Bazował na swoim niesamowitym podobieństwie do króla. Zarabiał fortunę.
Alistair uniósł brew, wpatrując się przez chwilę w zadowolonego Zevrana. Ellen przerzucała spojrzeniem z jednego na drugiego, żywo zainteresowana, jak się ta dyskusja zakończy.
— Nie było cię na niego stać, jak rozumiem? — spytał uprzejmie Strażnik i posłał skrytobójcy bardzo nieprzyjemny uśmiech.
Zevran aż się skrzywił, kiedy Ellen ryknęła śmiechem. Machnęła ręką, chcąc go w ten mało wylewny sposób przeprosić, po czym zgięła się wpół, prawie płacząc.
— Ten cynizm ci się przysłuży, przyjacielu — zwrócił się do Alistaira. — Trzymaj się go.
— Zamierzam — zapewnił oschle.
Starcie jednak nie mogło trwać ani chwili dłużej, ku nieszczęściu Ellen oraz uldze Shale czy nawet Stena. Z jednego z zaułków wyłoniła się Morrigan, ruszając w ich stronę energicznym, sprężystym krokiem. Wszyscy od razu podnieśli się z miejsc, zwracając się ku kobiecie. Strażniczka wpatrzyła się w nią wyczekująco.
— Wiem, gdzie są członkowie Kartelu — poinformowała wiedźma. — Możemy odebrać im żeton.
— Doskonale — ucieszyła się Ellen. — W takim razie czas kogoś odwiedzić.
Podążyli śladem Morrigan, odprowadzani podejrzliwymi, nienawistnymi spojrzeniami kurzalców.

2 komentarze:

  1. Yay, powrót do Orzammaru, nie wiem czy się cieszyć, czy nie ;P
    Whoa, pomysł z bryłkowcem jet super! Już sobie wyobrażam Lelianę dzielnie noszącą na rękach swojego pupila - podejrzewam, że zajdzie niektórym za skórę, hahahah ;P Ale to taki uroczy widok, że aż nie mogę się doczekać tego widoku :P
    No, akcja powoli sunie do przodu, lubię to! Jestem ciekawa, jak rozpiszesz Głębokie Ścieżki, bo tam można stracić od cholery czasu. Pożyjemy, zobaczymy, idę nadrabiać dalej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leliana i bryłkowiec to jedna z miłości fandomu, a żart podchwytuje także BioWare, także zdecydowanie przyjemnie się o tym pisze. Nie pamiętałaś tego? Może mało uważnie kręciłaś się po Kurzowisku.
      Starałam się nie zmarnować na nie całego życia, ale wyszło jak wyszło. [*]

      Usuń