wtorek, 10 maja 2016

Rozdział 1.98 - Granice cierpliwości



Widok, jaki zobaczył po przebudzeniu, był zdecydowanie niecodzienny, ale zaskakująco miły. W pierwszej chwili nie wiedział, co się stało, że Ellen siedziała przy nim, w jego pokoju, przypatrując się mu z zafrapowanym wyrazem twarzy. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy należała do rozmywającego się powoli snu, czy do rzeczywistości.
Kiedy jednak zauważyła, że się obudził, i się zarumieniła, zrozumiał, że była prawdziwa. Odchrząknął zakłopotany i ostrożnie wsparł ciężar ciała na zdrowym ramieniu, unosząc się na łokciu, żeby usiąść. Strażniczka odsunęła się, robiąc dla niego miejsce.
— Dzień dobry — przywitał ją, nie bardzo wiedząc, jak się zachować w dość niezręcznej sytuacji.
— Hej. Nie wiedziałam, że śpisz — mruknęła speszona, spuściwszy wzrok.
— Dlatego siedziałaś tu, wpatrując się we mnie i zastanawiając się, czy jeszcze oddycham? — podsunął rozbawiony, kiedy jednak bardziej się zarumieniła, zająknął się. — To znaczy… no… to… coś się stało?
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale się zawahała. Ostatecznie potrząsnęła głową i uśmiechnęła się, unosząc wzrok. Poczuł uderzające w policzki gorąco, kiedy podchwycił jej spojrzenie – za każdym razem w takich sytuacjach przypominał sobie, jak niesamowicie idealna dla niego była. I wtedy trochę nie wierzył.
— Nie. Po prostu już się zbliża pora śniadaniowa i myślałam, że będziesz na nogach — wyjaśniła miękkim głosem. — Trzeba pójść do Harrowmonta i wydrzeć mu te wojska prosto z gardła. Ale jeśli nie czujesz się na siłach…
— Pójdę z tobą — zdecydował od razu, zsuwając nogi z łóżka, żeby wstać i się ubrać. — To tylko spacer, ręka mi nie odpadnie. Chyba.
Ellen zaśmiała się cicho i niepewnie dotknęła jego ramienia, powstrzymując go od podniesienia się.
— Spokojnie. Nie trzeba natychmiast. I tak chciałam najpierw coś zjeść — stwierdziła rozbawiona. — Więc po prostu przygotuj się… poradzisz sobie z koszulą? — dodała zmartwiona, zerknąwszy na jego tors, ale szybko odwróciła wzrok.
— Och. Tak. Pewnie. Raczej tak — wykrztusił. — To ty jeszcze nie jadłaś?
— Czekałam na ciebie, leniu — mruknęła trochę zgryźliwie. — Nie można spać cały poranek — dodała, przechylając głowę.
— Przy tobie w ogóle nie da się wyspać — poskarżył się rozbawiony. — Kiedy tylko możesz, wyrywasz człowieka z najgłębszego snu. Okrutna.
— Ktoś musi być tym złym. — Uśmiechnęła się szeroko, najwyraźniej niespecjalnie urażona komentarzem Strażnika.
Alistair przyjrzał się jej, przymrużając oczy. Gdyby zignorować to, co znajdowało się poza niewielkim pokoikiem, nagle wszystko wydawało się teraz zdumiewająco normalne. Jakby żadna klęska nie wisiała nad ich głowami, gotowa położyć się cieniem na cały świat. Ellen nie przypominała impulsywnej przywódczyni przedziwnej grupy, była po prostu uśmiechniętą, młodą kobietą. A on poturbowanym wojownikiem, który znowu zaspał.
Strażniczka musiała zauważyć jego zamyślenie, bo przechyliła głowę i uniosła brwi, przypatrując się mu czujnie.
— Alistairze? — spytała cicho, trochę zaniepokojona.
Bał się myśleć, co stanie się podczas Zjazdu Możnych. Nie znał szlachty, jej zwyczajów, poglądów, nie wiedział nic. Domyślał się za to, że arl Eamon dokładnie zaplanował dla niego przyszłość, biorąc pod uwagę dobro Fereldenu. Sam w końcu sobie nie poradzi. Nie zdołałby ochronić własnych marzeń, o państwie nawet nie wspominając.
Zawsze istniała możliwość, że nigdy nie dotrą tak daleko. Może polegną gdzieś po drodze i jego zmartwienia się nie urzeczywistnią. To byłoby potworne – zwłaszcza mając w pamięci szalejącą Plagę – ale samolubnie wygodne.
— Hej — mruknęła znowu Ellen, dotykając jego policzka. — Nie rób takiej poważnej miny, bo poproszę Morrigan, żeby cię leczyła.
Uśmiechnął się krzywo i uniósł na nią wzrok. Dopiero teraz zauważył, że na jednym policzku miała wąską, bardzo bladą linię blizny, której nawet nie dało się dostrzec w gorszym oświetleniu. Przesunął po niej kciukiem, zdumiony, że wcześniej jej nie wypatrzył, chociaż tak często się jej przyglądał. Zanim się zastanowił, ujmował jej twarz w dłonie, żeby ją pocałować.
W pierwszej chwili chyba była zaskoczona, ale zaraz nieśmiało przysunęła się bliżej, wspierając się na materacu. Ignorując nieprzyjemne szczypanie w zranionym ramieniu, objął Ellen w talii, przyciągając do siebie. Dopiero wtedy zdecydowała się zapleść ręce na jego szyi i pewniej odwzajemniła pocałunek. Przestał racjonalnie myśleć, kiedy rozchyliła usta; wsunął dłoń w jej włosy, delikatnie odchylając głowę.
Była wspaniała na tak wiele różnych sposobów, że czasami nie zauważał nawet jej oczywistych wad. Zwłaszcza że niczego nie zmieniały – w pewnym momencie stały się dla niego jak powietrze i wiedział, że nie istniała siła, która by go od niej odsunęła. To nie przyzwyczajenie przecież pchało go do robienia rzeczy, o jakich wcześniej nawet by nie pomyślał. Kto normalny tak po prostu mógłby oddać za drugą osobę życie, nie zważając na okoliczności? W dodatku wiedząc, że ta osoba zrobiłaby to samo.
Udało mu się jednak oprzytomnieć. Odsunął się od Ellen i spojrzał na nią mało przytomnie, nie do końca rozumiejąc, dlaczego prawie leżeli. Zarumieniona Strażniczka złapała głębszy oddech i zawstydzona uciekła wzrokiem w bok, nie wiedząc, co zrobić w tej sytuacji. Alistair zorientował się, że jego dłoń zjechała na jej biodra, więc szybko ją zabrał, natychmiast się rumieniąc.
— Przepraszam — wykrztusił zdruzgotany.
Ellen usiadła, przygładziła zmierzwione włosy i spojrzała w podłogę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zapanowała dość niezręczna cisza.
— Po śniadaniu pójdziemy do Harrowmonta — postanowiła wreszcie, tym samym brutalnie przywołując rzeczywistość, której przez chwilę nie było.
Uśmiechnęła się do Strażnika, nadal zakłopotana, po czym sięgnęła po leżącą na krześle koszulę. Stanęła za plecami Alistaira, rozkładając materiał tak, by było łatwiej go nałożyć. Młodzieniec spojrzał na nią niepewnie.
— Ręce — zakomunikowała spokojnie, więc wyciągnął ramiona.
Naciągnęła mu koszulę przez głowę, ostrożnie obchodząc się ze zranioną ręką. Kiedy tylko uporała się z tym zadaniem, usiadła naprzeciw niego i bezceremonialnie, jeszcze bardziej Alistaira zawstydzając, zajęła się sznurowaniem materiału.
— Masz niepokojącą wprawę w ubieraniu mężczyzn — skomentował dla rozładowania atmosfery.
Ellen zarumieniła się i dopiero wtedy pojął, jak to zabrzmiało. Chciał już wszystko naprostować, ale nie zdążył.
— Za to żadnej w rozbieraniu — palnęła, po czym dosłownie ugryzła się w język, skrzywiwszy się żałośnie. — To znaczy. Pomagałam czasami Fergusowi z Orenem. Zwłaszcza kiedy próbował pobyć mężem swojej żony. Opiekowałam się Orenem, co przez pewien czas dotyczyło także ubierania go. Potem się nauczył. — Skończyła sznurowanie i opuściła ręce.
— Czyżbym przypominał ci bratanka? — mruknął mało szczęśliwie i uśmiechnął się pogodnie, chcąc ją rozchmurzyć.
— Nie, Oren był bardziej zaradny — odparowała, uniosła kącik ust, zaraz jednak się roześmiała, widząc niezadowoloną minę Alistaira. — Z resztą musisz sobie poradzić sam. Idę wytargować jedzenie — poinformowała, podniosła się, jeszcze przez chwilę nie spuszczając z niego wzroku, po czym skierowała się do wyjścia.
Ledwie zamknęła za sobą drzwi, oparła się o nie plecami i przyłożyła dłoń do piersi. Nabrała głębokiego wdechu, przymknąwszy powieki; czuła, jak szybko biło jej serce, zupełnie jakby chciało dokądś uciec. Nie miała pojęcia, co robić w takich sytuacjach.
A przede wszystkim nie miała pojęcia, co robić z tym, że takie sytuacje jej się podobały.

— Jakie właściwie są plany? — zainteresował się Strażnik, wspiąwszy się za Ellen do Diamentowego Zakątka.
— Musimy jeszcze zdziałać coś w sprawie tej skradzionej księgi — zaczęła, wyliczając na palcach. — Powinnam sprawdzić, co u tego krasnoluda, który obiecał nam bryłkowca. I tak nie wyruszymy stąd, póki nie wrócą Leliana, Wynne oraz Shegar. Pominęłam coś? — Spojrzała na niego ze zmarszczonym czołem.
— Chyba nie. — Wzruszył ramionami.
Ruszyli czystymi ulicami najbogatszej dzielnicy. Ellen przyjrzała się zadbanym budynkom oraz elegancko ubranym krasnoludom, mimowolnie przywołując w pamięci obraz Kurzowiska. Wiedziała, że w każdym społeczeństwie dysonans między klasą bogatą oraz biedną był widoczny gołym okiem, ale miała dziwne wrażenie, że wśród krasnoludów zostało to wyniesione do rangi absurdu. Westchnęła ciężko, kręcąc głową.
— Oho — mruknął Alistair.
Spojrzała na niego pytająco – zobaczyła, że przyglądał się spływającej między dwoma budynkami do specjalnego basenu lawie, która dodatkowo oświetlała drogę, po której maszerowali. Dziewczyna uniosła brwi, nie wiedząc, o co mu chodziło.
— Dużo tej lawy. Pewnie mają po prostu nadzieję, że nigdy nie wybuchnie? — dodał, zwróciwszy na nią spojrzenie.
Ellen zająknęła się zaskoczona.
— Lepiej, żeby nie wybuchło, póki tu jesteśmy — uznała wreszcie. — Chodź. — Ujęła dłoń Alistaira i pociągnęła go na schody prowadzące do posiadłości Harrowmonta.
— Niechaj każdy wie, że Szara Straż sprzymierzyła się z lordem Harrowmontem! — wrzasnął w tym momencie obwoływacz. — Nie bójcie się iść jej śladem!
— Ciekawe, ile mu za to płacą — zastanowił się Alistair.
— Pewnie dużo — mruknęła, skrzywiwszy się z niezadowoleniem.
W ogóle nie podobała jej się myśl, że ich bractwo stało się kartą przetargową w politycznej kłótni. Aby powstrzymać Plagę, trzeba było zrobić wszystko, co tylko możliwe, ale… to nie oni wykorzystywali, to ich wykorzystywano. A na powierzchni arcydemon przygotowywał się do zajęcia Fereldenu.
W posiadłości jak zawsze powitał ich spokojny, bardzo dostojny lokaj. Skłonił się przed Strażnikami i gestem zaprosił do komnat Harrowmonta. Ellen skinęła mu głową i ramię w ramię z Alistairem podążyli we wskazaną stronę. Krasnolud czekał na nich, spacerując niecierpliwie po całym pokoju. Na widok Strażników od razu się zatrzymał.
— Słyszałem już wiadomości — stwierdził, jednak jego oblicze pozostało chmurne, co sprawiło, że Ellen zmrużyła podejrzliwie oczy. — Jarvia zginęła, a Kartel został rozbity. Zresztą nic dziwnego. Na pewno nie chcieli się poddać — westchnął.
Strażniczka zacisnęła usta. Czekała na kolejne słowa, ale Harrowmont milczał, patrząc to na Alistaira, to na nią, to na podłogę.
— Zrobione — skwitowała dość oschle. — Czy zwrócisz się teraz do Kongresu?
— Nie mam zamiaru łamać danego słowa, lecz gdy Bhelen usłyszał wiadomość o Jarvii, podbił stawkę — wyrzucił z siebie, jakby tego momentu bał się najbardziej.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści. Domyślała się, co zaraz usłyszy, i liczyła, że jeśli będzie trzeba, Alistair zdoła ją utrzymać.
— Wymusił przeprowadzenie głosowania za dwa tygodnie. Według prawa nie pozwala to Kongresowi na wysłuchanie innych wniosków. Abym mógł pomóc wam z wojskiem, potrzebuję waszej pomocy jeszcze ten jeden raz — dokończył, spoglądając na Strażników z niepokojem.
Ellen wydała z siebie pełen wściekłości oraz frustracji odgłos.
— A może pójdę do tego Kongresu i nakopię im…! — zaczęła, wyrwawszy w stronę zdumionego Harrowmonta, jednak Alistair chwycił ją za łokieć i mocnym szarpnięciem przyciągnął do siebie.
Zacisnął dłoń na jej ręku, popatrzył na nią karcąco, po czym przeniósł wzrok na Harrowmonta i skinął głową, dając mu znać, że mógł mówić dalej. Krasnolud odchrząknął.
— Czy wiecie coś o Patronce Brandzie? — spytał, uspokoiwszy się trochę po tym, jak Ellen prawie się na niego rzuciła.
— A czy ona czasem nie zniknęła? — zdumiał się Alistair.
— Dwa lata temu zabrała cały swój ród na szaloną wyprawę na Głębokie Ścieżki, by odkryć prastare tajemnice. Od tamtej pory ślad po niej zaginął — zgodził się. — Gdyby wróciła i poparła czyjąś kandydaturę, Kongres byłby zobowiązany do uszanowania jej życzenia.
— Czy są jakieś powody, by sądzić, że Branda jeszcze żyje? — spytał, nadal jeszcze nie ufając wzburzonej Ellen.
Dziewczyna łypnęła na niego gniewnie, powoli się uspokajając.
— Na wyprawę wyruszył cały jej ród. Ciężko byłoby wybić taką grupę — mruknął bez większego przekonania Harrowmont. — Jeśli jednak nie żyje, przyniesienie dowodu jej śmierci bądź ciała, które można by było zwrócić Kamieniowi, pokazałoby, że prowadziła mnie jej wola — dodał w zamyśleniu.
— Jesteś pewien, że Branda poprze cię w wyborach na króla? — parsknęła Strażniczka, nie wytrzymawszy absurdalności tego planu.
— Ciężko powiedzieć, co zrobi — przyznał. — Była nieprzewidywalna. Wydawała się nigdy nie lubić statusu Patronki. Pochłaniała ją praca, a nie polityka. Należała jednak do najbystrzejszych umysłów, jakie widział Orzammar — westchnął, kiwając głową. — Branda nienawidziła pomiotów z całego serca. Byłaby cennym stronnikiem dla waszej sprawy.
Ellen wydała z siebie pełen frustracji dźwięk. Na moment zamknęła oczy, wymawiając coś szybko, ale bezgłośnie, tylko jej usta się poruszały. Alistair zastanawiał się jak wiele przekleństw w ilu językach właśnie wymieniła.
— Jeśli to ma dać ci tron, odnajdziemy dla ciebie Brandę — rzuciła tak jadowicie, że nikt nie wziąłby tej wypowiedzi za dobrą monetę.
— Moi podwładni prześledzili drogę Brandy do starożytnego skrzyżowania tuneli znanego jako Rozstaje Caridina — poinformował Harrowmont, puściwszy jej ton mimo uszu. — Dużo głębiej, niż zazwyczaj się zapuszczamy, lecz mogę zaopatrzyć was w mapę prowadzącą na miejsce. — Sięgnął po leżący na stole pergamin. — Po prostu zejdźcie na Głębokie Ścieżki przez kopalnie. Jeszcze raz wam dziękuję. I niech przodkowie prowadzą wasze kroki — dodał, cofnąwszy się trochę.
— Moi się chyba w grobie przewracają — sarknęła wściekła Ellen, przyjąwszy mapę od krasnoluda. — Wyruszymy jutro z samego rana — rzuciła jeszcze przez ramię, zanim skierowała się do wyjścia.
Alistair skłonił przed Harrowmontem głowę i czym prędzej dogonił bardzo rozeźloną Strażniczkę. Oboje udali się do głównych drzwi, milcząc.

— Zanim pójdziemy na pieprzoną śmierć, trzeba załatwić do końca pozaczynane w Orzammarze sprawy. Udajmy się, tak na początek, po księgę — zaproponowała Ellen, maszerując energicznym krokiem przez ulicę dzielnicy gminu.
— Miała być na arenie, tak? — przypomniał Alistair, starając się dotrzymać jej tempa.
Strażniczka niespodziewanie się zatrzymała, przez co prawie w nią wpadł. Obróciła się i spojrzała na niego dziwnie, z niecodzienną mieszanką gniewu, wyrzutu oraz strachu. Uniósł brwi, nie rozumiejąc, co się teraz stało.
— Nie powinnam na to pozwalać, prawda? — spytała cicho. — Żeby się nami wysługiwali.
Alistair westchnął ciężko i pogłaskał Ellen po głowie. Od razu zrobiła pełną dezaprobaty minę – domyślał się, że takie zachowanie mogło przypominać jej o niezbyt pokaźnym wzroście, ale widok jej świętego oburzenia szczerze go bawił.
— Nie mamy wyboru — zauważył spokojnie. — Ktoś musi posprzątać ich bałagan, bo potem nad tym nie zapanujemy.
Strażniczka spojrzała w bok, wahając się kilka chwil. Ostatecznie podeszła do niego i tak po prostu się przytuliła, wypuszczając ze świstem powietrze.
— Jak my to zrobimy? W dwa tygodnie odnajdziemy zaginioną przez dwa lata krasnoludkę? — spytała trochę żałosnym głosem.
Alistair popatrzył na nią zdumiony. Jeszcze nigdy otwarcie nie pokazała, że nie wierzyła w ich misję – zwykle dostrzegał powątpiewanie w jej oczach, ale parła przed siebie bez zastanowienia, jakby determinacja mogła pokonać wszelkie inne przeszkody na ich drodze. Ale może od samego początku uważała, że byli skazani na porażkę, tylko nikomu nie odważyła się do tego przyznać?
— Odnaleźliśmy spaloną przed kilkoma stuleciami kobietę. Przebij to — zaproponował, przygarnąwszy ją do siebie. — Poradzimy sobie. Jeśli się spóźnimy, wybiorą króla bez nas, a wtedy wystarczy na nich wymusić wysłanie wojsk.
Ellen niechętnie pokiwała głową, wcisnąwszy twarz w jego zdrowe ramię. Stali tak przez kilka chwil niemalże na środku ulicy, ignorując niezadowolone spojrzenia posyłane im przez przechodzące obok krasnoludy. Wreszcie Strażniczka zebrała się w sobie i odsunęła od Alistaira, obdarzając go lekkim uśmiechem.
Skierowali się do areny, nie chcąc przedłużać porannego spaceru. Ellen mimowolnie przylgnęła do ramienia Alistaira, ledwie wkroczyli na przerzucony ponad lawą most. Strażnik dobrotliwie nie skomentował jej paniki, pozwalając się na sobie uwiesić, skoro to ją uspokajało. Ellen tymczasem zapatrzyła się w kładkę z uporem godnym lepszej sprawy, jakby to miało uratować jej życie.
Na miejscu okazało się, że było o wiele mniej krasnoludów niż poprzednio. Wśród kolumn podtrzymujących sklepienie kręciło się ledwie kilku widzów. Nikt nie wyglądał podejrzanie ani nikt nie trzymał księgi. Zdenerwowana Ellen poprowadziła Alistaira do części z kwaterami dla wojowników, licząc, że tam odnajdzie poszukiwanego oszusta. Strażnik wyglądał na mało przejętego poszukiwaniami, co ochoczo oraz bardzo dosadnie mu wytknęła.
W desperacji podeszła do stojącego pod ścianą krasnoluda. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, a on łypnął na nią ponuro, marszcząc czoło. Niezrażona jego reakcją rozłożyła ramiona w geście bezradności.
— Przepraszam, szukam tu kogoś… z książką — przyznała zawstydzona. — Widziałeś może kogoś podejrzanego? Albo w towarzystwie kurzalca? — spytała.
Nieznajomy przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, po czym zmrużył oczy. Ellen przywołała na twarz najładniejszy uśmiech, na jaki było ją stać, to jednak nie stopiło serca milczącego krasnoluda.
— Wiedziałem, że ten numer ze Skulptorium będzie ryzykowny — warknął pod nosem i gwałtownie rozprostował do tej pory skrzyżowane na torsie ręce.
Ellen w ostatniej chwili odskoczyła w tył, unikając cięcia dobytym przez nieznajomego sztyletem. Sapnęła zdumiona, w panice nie wiedząc, co zrobić – nie zabrała ze sobą broni, bo myślała, że nie czekała jej żadna walka.
Zanim jednak wymyśliła rozwiązanie tej kwestii, z odsieczą nadszedł Alistair. Krasnolud najwyraźniej nie spodziewał się jego interwencji, a już na pewno nie tego, że pięść Strażnika osiądzie na jego twarzy i pozbawi go przytomności. Nieznajomy runął jak kłoda na posadzkę, wypuszczając z dłoni sztylet.
— O kurde — sapnęła Ellen, zwracając spojrzenie na Alistaira. — Nie mówiłeś, że umiesz się bić.
— Templariusze mają wiele ukrytych talentów — mruknął krytycznie i rozmasował knykcie. — Przynajmniej wiemy, że to o niego chodziło.
Strażniczka skinęła głową, przyklękła przy nieprzytomnym, po czym bezczelnie obmacała jego kieszenie. Kiedy natrafiła na twardy prostokąt, pośpiesznie wydobyła go z kieszeni ciężkiej kurty. Trzymała w dłoniach skradzioną ze Skulptorium książkę – teraz mogli z czystym sumieniem oddać ją właścicielom.
— Po obiedzie pójdę do Diamentowego Zakątka — zdecydowała, podnosząc się. — Wracajmy do karczmy z dobrą nowiną dla reszty. — Skierowała się do wyjścia, więc Alistair poszedł za nią, raz jeszcze łypnąwszy na leżącego krasnoluda.
Zatrzymał się jednak, kiedy Ellen niespodziewanie do niego zawróciła, stanęła na palcach i ucałowała go w policzek.
— Dziękuję — mruknęła, uśmiechnęła się szeroko i znów wyrwała do przodu.
Strażnik popatrzył za nią zaskoczony, zanim sam uniósł kąciki ust. W o wiele lepszym humorze podążył za nią, zostawiając nieprzytomnego na pastwę okrutnego losu.

Wkroczyli do karczmy w średnich humorach, przygnieceni świadomością wieści, które musieli przekazać. Alistaira w dodatku znów zaczęła boleć ręka, co zmartwiło Ellen. Bała się, że w ranę mogło wdać się zakażenie – tak bardzo nawykli do pomocy niesionej przez Wynne, że nawet nie byli przygotowani na tego typu wypadki.
Uszli ledwie kilka kroków, kiedy niespodziewanie coś, piszcząc, wpadło w nogi Strażniczki. Dziewczyna stęknęła, chwyciwszy się framugi, by nie upaść, i spojrzała ku ziemi. Widok ukochanego ogara wydawał się niemalże abstrakcyjny, ale Ellen bez zastanowienia padła na kolana, by objąć jego szyję. Shegar zaskomlił z radości, prawie zarzucając łapy na jej ramiona.
— Och — mruknął Alistair, patrząc na powitanie ze zdumieniem.
— Shegar — westchnęła z ulgą Ellen, tarmosząc kark ogara.
Pies polizał ją po policzku i uchu, nadal piszcząc i merdając ogonem w szalonej radości. Ledwie spojrzał na stojącego obok Alistaira, próbując wgramolić się na jej ręce.
— Chwila — sapnęła, odsuwając od siebie pysk Shegara. — Czyli Wynne i Leliana wróciły — uzmysłowiła sobie.
— Machają do nas — poinformował Strażnik i odwzajemnił powitanie, ale przy pomocy zdrowego ramienia.
Ellen zerwała się z miejsca, chwyciła dłoń Alistaira i pociągnęła go ku okupowanemu przez część drużyny stolikowi w rogu sali. Młodzieniec uśmiechnął się rozbawiony, po czym wygodniej ujął jej rękę, splatając ze sobą ich palce. Zaaferowana dziewczyna nawet nie zwróciła na to uwagi.
— Leliana! — zawołała, kiedy się zbliżyli. — Wynne!
— Ellen, żyjesz! — odparła ze śmiechem łuczniczka i porwała przyjaciółkę w objęcia.
— Jakoś — stęknęła, kiedy jej dłoń klepnęła ją mocno w plecy. — Prawdę mówiąc, trochę gorzej jest z Alistairem — stwierdziła, od razu przenosząc wzrok na uśmiechniętą ciepło Wynne.
— Co się stało? — zaniepokoiła się.
— Nic — żachnął się Alistair.
— Dostał strzałą. Nadal jeszcze go boli i… — zaczęła tłumaczyć Ellen, pociągnąwszy Strażnika w swoją stronę.
— Rozumiem. Zaraz się tym zajmę — zapewniła Wynne i zerknęła rozbawiona do naburmuszonego Alistaira.
Ellen popatrzyła na niego znacząco. Uśmiechnął się do niej krzywo, ale posłusznie, zrezygnowany skinął głową. Dopiero wtedy Strażniczka się rozpromieniła.
— Co u krasnoluda? — wtrącił siedzący na ławie Zevran, tym samym przypominając Ellen o tym, po co tu przyszła.
— Och. Cóż. — Odwróciła wzrok i spochmurniała.
— Usiądźmy — zaproponował Alistair i delikatnie popchnął Ellen na najbliższą ławę, by zajęła miejsce.
Sam usiadł przy niej. Dziewczyna od razu przysunęła się bliżej, westchnęła ciężko i spojrzała po obecnych. Miała ochotę skrzywić się brzydko, ale się powstrzymała, wiedząc, że oczekiwali konkretów.
— Nie dostaniemy wojsk — zaczęła.
— Jak to? — parsknął Zevran, marszcząc czoło. — Wygrałaś mu turniej, wymordowaliśmy Kartel, czego jeszcze chce?
Leliana wymieniła zdumione spojrzenia z Wynne, obie jednak powstrzymały się od zadawania pytań, przysłuchując się rozmowie.
— Bhelen zażądał przyśpieszonego głosowania, Kongres ma nas w dupie — mruknęła ponuro, przesuwając dłonią po blacie stołu. — Musimy przyprowadzić im Patronkę Brandę. Ona wskaże króla, a my dostaniemy wojska.
Zevran zmarszczył czoło.
— A Branda jest gdzie, że to my musimy po nią iść?
Alistair westchnął ciężko i ujął dłoń Ellen, żeby ją trochę uspokoić.
— Na Głębokich Ścieżkach — stwierdził i uśmiechnął się krzywo.
— Wyruszamy jutro — dodała dziewczyna raźniejszym tonem. — Przekaż pozostałym. Ja mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Wynne, zajmij się Alistairem — poprosiła. — Leliano, pójdziesz ze mną do Diamentowego Zakątka? — zwróciła się do przyjaciółki.
Kobieta skinęła głową. Ellen uśmiechnęła się do Alistaira, wysunęła dłoń z jego uścisku i przecisnęła się, żeby wyjść zza stołu. Strażnik na moment objął ją w talii, zatrzymując na krótką chwilę.
— Tylko nie pakuj się w tarapaty. I nie idź do Kongresu — poprosił, patrząc na nią bardzo poważnie.
— Nikogo nie zabiję — obiecała rozbawiona, zmierzwiła Alistairowi włosy, po czym razem z Lelianą ruszyła ku wyjściu.
Shegar poderwał łeb, zamerdał ogonem i czym prędzej dogonił właścicielkę, nie chcąc zostawać bez niej. Wynne odprowadziła grupę spojrzeniem, zanim przeniosła wzrok na zatroskanego Strażnika.
— W porządku, zajmijmy się twoim ramieniem — westchnęła, zakasując rękawy.

— …a Pierwszy Zaklinacz Irving wprost się rozpromienił, kiedy powiedziałyśmy mu, że Dagna pragnie studiować magię — kończyła opowieść Leliana. — Uznał, że to niezwykłe, że czują się zaszczyceni i nie może się doczekać na poznanie jej.
Ellen uśmiechnęła się pogodnie.
— Cieszę się. Będziemy mogli przekazać jej dobre wieści przed wyruszeniem na Głębokie Ścieżki — stwierdziła. — Trzeba tylko znaleźć zakład jej ojca, przy którym miała czekać na wieści. O ile akurat wtedy będzie czekać.
— Damy radę — mruknęła. — Najważniejsze, że Irving się zgodził. Wiesz, potem przegadali cały dzień z Wynne, dlatego podróż trochę się opóźniła.
— My przez ten czas zamordowaliśmy jedną czwartą społeczeństwa Orzammaru — rzuciła rozbawiona. — Chyba wolałabym wycieczkę do Kręgu.
— To okropne, co musieliście zrobić, żeby dostać te wojska. A i tak… — Pokręciła głową. — No nic. Trzeba się pośpieszyć na Głębokich Ścieżkach.
Ellen nie skomentowała optymizmu przyjaciółki. Pogłaskała entuzjastycznego Shegara, uśmiechnęła się do niego ciepło, po czym zwróciła spojrzenie na ulicę, którą szły. Ruch zaczynał się zwiększać, musiały zbliżać się godziny obiadowe. Strażniczka liczyła, że zdążą oddać książkę, zjeść, a potem zamierzała odwiedzić Kurzowisko, by upewnić się, czy zatrudniony przez nią krasnolud nie wrócił z bryłkowcem.
— A więc ty i Alistair… — odezwała się niespodziewanie Leliana i uśmiechnęła się do zamyślonej Ellen znacząco.
Dziewczyna spojrzała na przyjaciółkę zdumiona.
— Co Alistair i ja? — spytała podejrzliwie, unosząc brwi.
— No wiesz, ty i Alistair — powtórzyła uparcie, uśmiechając się jeszcze szerzej. — Razem. Rozpromienieni. Ależ jesteście bezwstydni — skomentowała z niepoprawną satysfakcją i szturchnęła ją w żebra.
Ellen natychmiast się zarumieniła i odwróciła wzrok, próbując ukryć zakłopotanie. Nie sądziła, że aż tak to po nich widać, usiłowała zachowywać się przy nim normalnie. Ale to nie było takie proste, humor poprawiał się jej na sam jego widok.
— Nie jestem rozpromieniona — burknęła niezadowolona, robiąc obrażoną minę.
— Oczywiście, że nie! — zawołała rozbawiona. — Leliana znowu ma zwidy, prawda? A więc jaki on jest…? — zainteresowała się bardziej konspiracyjnym głosem.
— Jak to Alistair. Znasz go przecież — stwierdziła, z trudem wykrztusiwszy nawet to; rozmowa na takie tematy zdecydowanie ją peszyła, zwłaszcza że nigdy wcześniej nie znajdowała się w podobnej sytuacji i nie plotkowała o żadnym mężczyźnie.
— Nie kręć, wiesz, o czym mówię — żachnęła się, wywróciwszy oczami. — Alistair i ty… podczas tych długich nocy — zamruczała, wymownie unosząc brwi. — Musi być wyjątkowy… inaczej nie byłabyś taka szczęśliwa. Nieźle wygląda. To zawsze zaleta. Umie też słuchać rozkazów, prawda? — wyliczała, jakby próbowała jej pomóc się wysłowić.
Ellen zrobiła się jeszcze bardziej czerwona na twarzy. Nie zamierzała nawet sugerować Lelianie, że do niczego między nimi nie doszło – bo przyjaciółka zaczęłaby jej doradzać, a tego by nie przeżyła. Dlatego uśmiechnęła się bezradnie.
— Czasem jest zbyt podekscytowany, by słuchać czegokolwiek — mruknęła, decydując się odpowiedzieć tylko na ostatnie pytanie.
— Tak, wyobrażam sobie — stwierdziła rozbawiona i zachichotała. — Czasem przypomina mi takiego gorliwego szczeniaka. Jak zresztą większość mężczyzn. To nic złego — zapewniła szybko, unosząc uspokajająco dłoń. — Mężczyzn, tak samo jak szczenięta, można wytresować, szczególnie w kwestii… obchodzenia się z kobietami.
— Jesteś okrutna — uznała ze śmiechem.
Leliana wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niewinnie. Ellen z ulgą przyjęła zakończenie tematu, próbując odwrócić myśli nie tylko od Alistaira, ale także od tego, o czym przyjaciółka wspomniała. Do tej pory nie zastanawiała się nad tymi kwestiami, po prostu cieszyła się tym, co ją spotkało, możliwością bycia z Alistairem. Uzmysłowiła sobie jednak, jak potoczyła się sytuacja rano.
Potrząsnęła głową, próbując zapanować nad rumieńcem oraz uciskiem w brzuchu. Shegar pisnął cicho, zdumiony jej zachowaniem, ale go zignorowała. Spojrzała na Lelianę, posyłając jej uśmiech.
— Lepiej ci już odnośnie tego, co stało się z Marjolaine? — zagadnęła, żeby zająć myśli czymś innym.
Leliana spojrzała na nią speszona, po czym spuściła wzrok.
— Tak… trochę lepiej — przyznała z westchnieniem. — Czas leczy rany, jak mówią. Pozostają blizny, ale one stanowią tylko… barwy na obrazie, jakim jest moje życie, prawda? — westchnęła, trochę się rozchmurzając.
Ellen pomyślała, że była zbyt trzeźwa, żeby sobie poradzić z tą rozmową. Mimo to zastanowiła się, co przyjaciółka miała na myśli.
— Dodają dziełu złożoności i piękna — podsunęła, z trudem powstrzymując mimowolny chichot.
— Tak… właśnie to chciałam powiedzieć — przyznała z uśmiechem. — Żałuję, że sprawy nie potoczyły się inaczej, ale znając ją i znając mnie, nie sądzę, by było to możliwe. Dobrze nam było ze sobą i miło te czasy wspominam. Cokolwiek stało się później, nie może zmienić przeszłości — stwierdziła z mocą i skinęła do samej siebie głową.
— Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, jeśli poczujesz taką potrzebę? — mruknęła zmartwiona, przypatrując się jej z troską.
— Nie jest tak źle — rzuciła ze śmiechem. — Słuchaj, mam teraz nowych przyjaciół, nową rodzinę… Mimo wszystko życie… życie jest dobre — uznała, odgarniając za ucho kosmyk włosów.
Ellen uśmiechnęła się, trochę uspokojona. Wspięły się już do Diamentowego Zakątka i ruszyły czystą ulicą ku końcu drogi, gdzie znajdowało się wielkie Skulptorium. Shegar dreptał, kołysząc z zadowoleniem ogonem oraz przyglądając się okolicy. Ellen łypnęła ponuro na pałac Harrowmonta. Przy drzwiach nadal stał obwoływacz.
— Szara Straż obecna w Orzammarze, poparcie udzielone przez nią lordowi Harrowmontowi ciosem dla lorda Bhelena! — rozdarł się niespodziewanie.
— Och — mruknęła zaskoczona Leliana.
— Ignoruj. Tak jest cały dzień — poradziła jej zniesmaczona Ellen, spojrzała gniewnie na krasnoluda, po czym przyśpieszyła kroku.
Nie uszły daleko, zanim dotarły pod drzwi królewskiej rezydencji. Tam znajdował się inny obwoływacz, który próbował zdobyć zainteresowanie przechodniów. Nie zdążyły go wyminąć, a już zaczął krzyczeć:
— Orzammar kwestionuje zdolność lorda Harrowmonta do zdobycia tronu bez wsparcia Szarej Straży! Czy Szara Straż będzie musiała pomagać mu także w zwalczaniu mrocznych pomiotów?
— Och, na oddech Stwórcy — warknęła zirytowana Ellen.
Na całe szczęście pod Kongresem nie stał już żaden obwoływacz, dlatego aż do Skulptorium szły w przyjemnej, spokojnej ciszy. Wkroczyły do ciemnego budynku i przeszły korytarzem do komnaty pełnej książek. Leliana przysiadła razem z Shegarem na stopniach i poczekała na przyjaciółkę. Ellen tymczasem rozejrzała się po sali w poszukiwaniu rzeźbiarza wspomnień, dla którego przyniosła skradzioną księgę.
Kiedy wręczyła mu odzyskaną książkę, sapnął zdumiony, po czym przycisnął znalezisko do piersi, jakby odzyskał własne dziecko.
— Znalazłaś! — zawołał z niedowierzaniem. — Masz moją wdzięczność, Strażniczko. Jesteś światełkiem w tych mrocznych czasach.
Ellen uśmiechnęła się krzywo, zakłopotana określeniem, którym ją uraczono. Czym prędzej zawróciła do wyjścia, skinęła na Lelianę i obie ruszyły do drzwi. Łuczniczka spojrzała na dziewczynę.
— Co teraz?
— Wracamy do karczmy. Ja muszę jeszcze odwiedzić jedno miejsce — stwierdziła wymijająco, wzruszając ramionami.
Leliana skinęła głową, nie dopytując. Wydostały się ze Skulptorium i ruszyły ku przejściu do dzielnicy gminu.

— Auć.
Wynne wyprostowała się nad talerzem zupy grochowej i spojrzała na szarpiącego za opatrunek Alistaira.
— Co? — mruknęła zirytowana. — Przestań to ruszać — skarciła go natychmiast. —  Tylko to pogorszysz.
— To swędzi — żachnął się i popatrzył nieszczęśliwy na zraniona rękę.
— Tak, bo się goi — stwierdziła z naciskiem. — Nie dotykaj.
— Ale to przeszkadza — uparł się; przeniósł zdesperowany wzrok na nieugiętą czarodziejkę. — Mogę to potrzeć przez bandaże? To nie jest takie prawdziwe drapanie.
— Alistairze, jeśli otworzysz tę ranę, nie zamierzam jej znowu leczyć — poinformowała ostrzej. — Możesz się nią zająć sam. I jak zacznie się rozkładać, zacznie wyciekać krwawa ropa i zacznie palić jak płomienie na stosie Andrasty, nie przychodź do mnie. Wszystko, co powiem, to: „Alistairze, czy nie mówiłam ci, żebyś tego nie dotykał?” — mruknęła, unosząc brew.
Strażnik pobladł i opuścił rękę, którą już uniósł do obandażowanego ramienia.
— Nie zacznie się rozkładać, prawda? — spytał przestraszony.
— Czemu nie podrapiesz i nie sprawdzisz? — zainteresowała się jadowicie sympatycznym głosem.
— Ja... uch, zdaje mi się, że już nie swędzi — burknął, skulił plecy i pokonany zajął się przerwanym posiłkiem.
Niedługo potem do karczmy wróciły Leliana oraz Ellen. Łuczniczka skierowała się prosto do stolika, mówiąc coś jeszcze do stojącej w progu dziewczyny. Strażniczka skinęła głową, uśmiechnęła się, po czym razem z Shegarem skierowała się do wyjścia. Alistair zmarszczył czoło i posłał Lelianie pytające spojrzenie.
— Powiedziała, że idzie do Kurzowiska — stwierdziła Leliana, widząc jego zaniepokojenie. — I że zaraz wróci.
— Cholera jasna — skomentował tylko, podniósł się i bez słowa wyjaśnienia pomaszerował śladem dziewczyny.
— A jemu co? — mruknęła zaskoczona, uniosła brwi, po czym usiadła przy Wynne, posyłając jej uśmiech.
Czarodziejka przymrużyła oczy, w spokoju wracając do stygnącego posiłku.
Alistair dogonił Ellen w połowie drogi do Kurzowiska. Dziewczyna spojrzała na niego zdezorientowana, zwolniwszy trochę kroku, żeby mógł złapać przyśpieszony oddech. W oczekiwaniu na wyjaśnienia rozejrzała się po ulicy, zauważywszy, że – inaczej niż tuż po przybyciu – krasnoludy zaczęły im się uważniej przypatrywać. Zmarszczyła zaniepokojona czoło, ale niczego nie powiedziała.
— Nie powinnaś chodzić sama do Kurzowiska — skarcił ją Alistair, ledwie uporał się z obsuwającym się opatrunkiem. — Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.
— Dowiem się tylko, co z tym bryłkowcem — mruknęła rozbawiona. — Poradziłabym sobie — zapewniła dodatkowo. — Ale dzięki, że idziesz.
Uśmiechnął się w odpowiedzi. Ramię w ramię zeszli schodami prowadzącymi do gorszej, niżej położonej dzielnicy i zagłębili się między obskurne, zniszczone budynki. W nozdrza Ellen znowu uderzył kwaśny smród, od którego aż się skrzywiła. Przyśpieszyła kroku, woląc mieć tę wyprawę jak najszybciej za sobą.
Już przy pierwszych zamieszkanych zabudowaniach natrafili na przeszywające, pełne nienawiści spojrzenia kurzalców. Strażniczka mocniej zmarszczyła czoło, zastanawiając się, czy obwiniano ich za wyeliminowanie Kartelu. Osobiście uważała, że należało to zrobić możliwie najszybciej, z ich pomocą czy bez, ale prawdopodobnie ta organizacja była wszystkim, co kurzalce miały.
— Więc to wy zabiliście Jarvię — usłyszała chłodny, pełen pretensji głos.
Zatrzymała się i zaraz po niej uczynił to Alistair. Oboje przyjrzeli się niewielkiej grupie krasnoludów stojących pod najbliższą ścianą.
— Zdajecie sobie sprawę, co zrobiliście? — warknął. — Może Jarvia nie była Patronką, ale dbała o swoich. Nawet szlachta nie śmiała z nią zadzierać.
Ellen przypomniała sobie Nadieżdę, która pełniła rolę ochrony Kartelu. Nikt się nią nie zainteresował, kiedy ją okaleczono – zatem Jarvia dziwnym zrządzeniem losu dbała dość wybiórczo. Strażniczka zacisnęła usta, milcząc.
— Jeśli sądzicie, że po tym pozwolimy wam przechadzać się tu jak po własnym domu, to srodze się mylicie! — zawołał, sięgając po broń.
Pozostałe krasnoludy mu zawtórowały, ale Ellen powstrzymała Alistaira od dobycia miecza. Potrząsnęła głową i spojrzała ostro na kurzalca, nie zdradzając po sobie niepokoju.
— Chcesz skończyć jak ona? — warknęła.
Stojący przy niej Shegar poparł właścicielkę niskim pomrukiem z głębi piersi, przy czym nastroszył krótką sierść.
— Odpuść. Za kwadrans nas tu nie będzie — ciągnęła niewzruszona. — Musimy załatwić jedną rzecz, a potem już nigdy nie postawimy stopy w Kurzowisku.
Krasnoludy wyraźnie się zawahały. Zanim podjęły decyzję, Shegar kłapnął zębami. Ostatecznie kurzalce niechętnie odstąpiły, ale ten, który przemawiał, wykonał gest oznaczający, że będzie miał Strażników na oku. Ellen uśmiechnęła się kpiąco, odwróciła się i ruszyła energicznym krokiem w głąb ulicy.
— Mówiłem — rzucił Alistair.
Couslandka postanowiła to przemilczeć. Nie chciała przyznawać mu racji. Gdyby przyszła sama, na pewno nie wywinęłaby się od walki, a kto wie, jak wtedy by się skończyło?
Gdy dotarli do głównego placu, Ellen ujrzała dobrze znajomą postać kaleki. Uniosła dłoń, prosząc Alistaira, by zaczekał, po czym skierowała się do krasnoludki, przywoławszy na usta uśmiech. Chciała się dowiedzieć, jak Nadieżda się czuła, zagadnąć, zwyczajnie zainteresować się jej losem. Jednak ledwie zbliżyła się do niej, krasnoludka sapnęła przerażona i pobladła.
— Na święty skutwiony Kamień! — wykrzyknęła. — To twoja sprawka? Chodzą słuchy, że ktoś pozarzynał całą ekipę Jarvii w ich łóżkach — wykrztusiła. — N-nie powinni widzieć, że z tobą rozmawiam — uznała szybko i odwróciła wzrok.
Ellen zamrugała, zdumiona tak gwałtowną reakcją, po czym westchnęła. Nadieżda nie wydostanie się, najpewniej, z Kurzowiska, a jeśli stanie się ofiarą innych kurzalców, czekała ją pewna śmierć. Dlatego Strażniczka postanowiła jej nie nękać – wydobyła tylko trochę pieniędzy z sakiewki i rzuciła monety pod jej stopy. Podchwyciwszy jej zdumione spojrzenie, odwróciła się i dołączyła do Alistaira.
— Do tego od bryłkowców w tę stronę — mruknął, wskazując załom w narożu kwadratowego placu.
Oboje się tam udali, coraz bardziej niepokojeni spojrzeniami pozostałych kurzalców. Shegar nastroszył sierść i nie przestawał powarkiwać cicho, łypiąc na czające się w półmroku krasnoludy. Ellen zaczęła czuć się wyjątkowo niepewnie.
Kurzalec, z którym rozmawiała o bryłkowcu, stał pod murem, spoglądając na kręcące się przy swoich nogach zwierzątko. Na jego szyi zawiązany był luźny sznurek, by nie uciekło. Wyglądało na większe od nieżywych pobratymców leżących za murem.
— Złapałem bryłkowca — poinformował na widok zaskoczonej Ellen. — Jest strasznie ruchliwy — potrząsnął sznurkiem, podając go dziewczynie — ale to duża sztuka.
Strażniczka uśmiechnęła się i przyklękła. Zainteresowany bryłkowiec uniósł podłużny łebek, jego zajęcze uszy poruszyły się w przód i w tył, jednak to świński ryjek z największym zainteresowaniem wyciągnął się do jej dłoni. Ellen pozwoliła się obwąchać, a potem pogłaskała gryzonia po pyszczku – odkryła, że naprawdę jego skórę pokrywała miękka, gładka, różowiutka sierść. Westchnęła zaskoczona, zanim podniosła się z klęczek, by spojrzeć na krasnoluda.
— Oto czterdzieści srebrników — stwierdziła, wręczając mu zapłatę. — Uważaj na siebie — poprosiła jeszcze, schylając się, żeby podnieść bryłkowca.
Shegar zaskomlił zazdrośnie, kiedy gryzoń umościł się w jej ramionach i zabrał się do obwąchiwania ucha. Ellen zachichotała.
— Cz-czterdzieści srebrników? — zdumiał się kurzalec. — Z prawdziwego srebra? Ja… mógłbym za to kupić coś sensownego. Porządny posiłek… może nawet prawdziwy koc! — wykrzyknął. — Wiedziałem, że dotrzymasz słowa. Miło robi się z tobą interesy — dodał, skłonił głowę, po czym odmaszerował pośpiesznie.
Strażniczka uśmiechnęła się do jego pleców, zanim odwróciła się do Alistaira. Poprawiła trzymanego bryłkowca i podsunęła go pod nos młodzieńca.
— No, pogłaszcz. Sympatyczny — stwierdziła wesoło.
Strażnik niepewnie przesunął dłonią między uszami gryzonia, na co ten poderwał łebek, chcąc obwąchać rękę. Alistair szybko ją zabrał.
— Na co nam dodatkowy kłopot — westchnął zrezygnowany. — Wracajmy do gospody. Musimy przemyśleć wyprawę — przypomniał z lekkim uśmiechem.
— Racja. — Skinęła głową i skierowała się do wyjścia z Kurzowiska, dźwigając zadowolonego z siebie, rozglądającego się dokoła bryłkowca.

Przez całą drogę do karczmy krasnoludy spoglądały na nich jak na niepoczytalnych umysłowo. Ellen starała się to ignorować, targając coraz bardziej ciążącego jej gryzonia. Shegar od czasu do czasu kichał z oburzeniem, ale Alistair poprawiał mu humor głaskaniem, dlatego nie demonstrował dezaprobaty zbyt jednoznacznie.
W Oberży nie ujrzeli nikogo z grupy. Strażniczka poprosiła, by Alistair zgromadził wszystkich przy ich ulubionym stole, bo musieli zaplanować wyprawę, zaopatrzyć się w jedzenie oraz tym podobne niezbędne rzeczy. Młodzieniec skinął głową i ruszył przodem na schody – Ellen podreptała za nim, z plączącym się przy nogach Shegarem. Miała nadzieję, że Leliana znajdowała się w swoim pokoju.
Ponieważ nie miała jak zapukać do sypialni przyjaciółki, bezczelnie nacisnęła klamkę łokciem i prawie wtoczyła się do środka, po drodze potknąwszy się o próg. Leliana sapnęła zaskoczona, zrywając się z łóżka, na którym odpoczywała.
— Na oddech Stwórcy — stęknęła Ellen i postawiła bryłkowca na ziemi. — Nigdy więcej — dodała niezadowolona.
— Och! — wykrzyknęła, od razu kucając, by wyciągnąć ręce do ciekawskiego gryzonia. — To jedna z tych podziemnych świnek! Ooch, spójrz tylko na niego! — zachwyciła się, szeroko się uśmiechając. — No chodź tutaj…
Stworzonko, poniuchawszy w powietrzu, podreptało do Leliany. Z zainteresowaniem zaczęło obwąchiwać jej palce, podczas gdy łuczniczka zajęła się gładzeniem lśniącego futerka. Shegar zaskomlił i przytulił się do nogi Ellen, oburzony tymi wydarzeniami.
— Jest całkiem fajny — stwierdziła zadowolona z siebie Strażniczka, poklepawszy ogara po łopatce. — Baw się dobrze.
— Bardzo ci dziękuję — mruknęła, unosząc wzrok na przyjaciółkę. — Sprawiłaś mi wielką radość. — Wzięła bryłkowca na kolana i wyściskała.
— Za kwadrans na dole. Musimy omówić szczegóły wyprawy — rzuciła Ellen, zanim opuściła pokój, zostawiając Lelianę z jej nowym pupilkiem.
Schodząc po schodach, dostrzegła ponury nastrój Shegara. Roześmiała się cicho i podrapała psa za uchem, próbując go rozweselić.
— Daj spokój, i tak wszyscy będą cię kochać najbardziej — stwierdziła z mocą, kiwając głową.
Dopiero to trochę go ucieszyło. Wywalił jęzor i zadowolony z siebie ułożył się przy nogach właścicielki, kiedy zajęła miejsce przy pustym stole. Ellen wsparła głowę na dłoniach i zapatrzyła się przed siebie, czekając na przybycie przyjaciół. Jej myśli odbiegły do czekającego ich zadania – wreszcie na poważnie zaczęła rozważać organizację wyprawy, zastanawiać się nad czyhającymi na nich niebezpieczeństwami. Głębokie Ścieżki były królestwem mrocznych pomiotów. Zabierała ze sobą przede wszystkim podatnych na splugawienie ludzi. Ryzykowała ich życiem. Zacisnęła zasępiona usta.
Pierwsza z towarzystwa nadeszła Wynne. Uśmiechnęła się ciepło do zamyślonej Ellen i przysiadła naprzeciwko niej. Strażniczka otrząsnęła się z zadumy, skinęła jej głową i mimowolnie się jej przyjrzała. Niespodziewanie poczuła zaskoczenie tym, że powróciła w ich szeregi. W końcu Krąg stanął na nogi, potrzebował na pewno pomocy…
— Dlaczego nie chciałaś zostać w wieży? — zapytała, przechylając głowę.
— Krąg jest w dobrych rękach. — Wzruszyła ramionami. — Irving wie, co robić, i nie ma potrzeby, żebym mu się plątała pod nogami. Na razie będę wspierała tych, którzy walczą z mrocznymi pomiotami — stwierdziła z uśmiechem. — Istotnie, czuję, że w Ostagarze zostawiłam kilka niedokończonych spraw. Dużo jest jeszcze do zrobienia i chciałabym wziąć w tym udział.
Ellen także się uśmiechnęła i skinęła głową, przyjmując takie tłumaczenie do wiadomości. To prawda, Wynne nie należała do osób, które wolały się chować, niż działać.
— Cieszy mnie twoje towarzystwo — zapewniła pogodnie.
— Szara Straż… dwoje ostatnich jej członków… potrzebujecie pomocy — wybrnęła, zamotawszy się trochę. — Zostanę z wami do samego końca. A później… jeśli dam jeszcze radę stać o własnych siłach, wrócę do Kręgu.
— Na pewno będziesz mogła wrócić, jeśli się na to zdecydujesz — uznała z mocą, potrząsnąwszy z oburzeniem głową na samą myśl, że kobieta wątpiła.
— Być może — zgodziła się bardziej z grzeczności.
Tak czy siak nie miały już czasu na roztrząsanie tej kwestii – do sali zaczęli schodzić pozostali towarzysze. Niedługo potem wszyscy zajęli miejsca i wbili w Ellen wyczekujące spojrzenia. Strażniczka, nabierając wdechu, by zainicjować rozmowę, nagle poczuła speszenie. Popatrzyła po przyjaciołach, zdumiona tym, że jej słowo za każdym razem było pierwsze oraz ostatnie. Na co dzień tego nie dostrzegała, ale teraz… Uderzyło w nią to, że naprawdę przewodziła. Chociaż co i rusz szukała wsparcia, to od niej się wszystko zaczynało. Z czego wynikała jednocześnie ogromna odpowiedzialność.
— Głębokie Ścieżki — westchnęła. — To nie będzie spacerek.
— Powiedz nam coś, czego nie wiemy, Strażniczko — zaproponował rozbawiony Zevran, odchylając się na ławie.
— Musimy zebrać zapasy — przeszła do sedna, łypnąwszy na niego gniewnie. — Najróżniejsze, nie tylko jedzenie, ale też opatrunki i takie tam. Drobny sprzęt do napraw, gdyby coś się po drodze spieprzyło, a spieprzy się na pewno. Nie możemy ciągnąć ze sobą zwierząt. — Tu spojrzała na słuchającą z uwagą Lelianę. — Trzeba odprowadzić Shegara i… różowego do Bodahna.
Leliana skinęła głową, podczas gdy Zevran zaaferowany szturchał Wynne, żądając wyjaśnień, kim był „różowy”.
— Do wieczora musimy wszystko zorganizować. Podzielimy się na dwa zespoły. Jeden zdobędzie rzeczy w Orzammarze, drugi uda się na powierzchnię, przy okazji odwiedzając Bodahna — kontynuowała, patrząc po twarzach zebranych. — Alistairze, Leliano, Stenie, Shale, chciałabym, żebyście poszli na powierzchnię. Reszta zostanie ze mną, rozpanoszymy się po tutejszym targu. — Przeniosła wzrok na wyznaczonych towarzyszy.
— Wszystko, co uznamy za przydatne? — spróbował upewnić się Strażnik.
Ellen skinęła głową.
— Ale tak, żebyśmy mogli to udźwignąć. Torby nie będą opóźniały naszego marszu — zastrzegła, prostując się.
— W porządku. To do dzieła? — mruknął i cmoknięciem zawołał nieszczęśliwego Shegara.
Ogar zawahał się, spojrzał na właścicielkę, a podniósł się dopiero, kiedy Strażniczka mocno go przytuliła i zapewniła, że po niego wróci. Poczłapał smutny i usiadł przy nodze Alistaira, tuląc uszy.
— Do dzieła — zgodziła się Ellen, wzdychając.

5 komentarzy:

  1. Niedawno znalazłam twojego bloga i strasznie mi się spodobał. Uwielbiam Dragon age a zwłaszcza romansowanie z Alistairem :P. Niemogę się doczekać kolejnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tekst ci się spodobał. Romansu nie jest co prawda za wiele, ale zawsze coś się da odnaleźć wśród akapitów!

      Usuń
  2. Rozwala mnie to, jak Alistair i Ellen zachowują się wobec siebie - jak para uczniaków :P Aż strach pomyśleć, co to będzie, gdy w końcu zdecydują się na kolejny krok - oboje chyba zamienią się w cegły xDD
    Yay, drużyna znowu w komplecie, zaczynamy najbardziej dłużącą się część Orzammaru :P
    Btw jestem ciekawa, jak Leliana nazwie różowego :D Mam nadzieję, że jakoś z polotem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest. Mnie bardzo bawi zażenowanie Alistaira i bohaterki. Chyba się spalą ze wstydu gdy dojdzie co do czego.....nie mogę się doczekać. :P

      Usuń
    2. Z tego, co wiem, Alistair w czasie Plagi miał niecałe dwadzieścia lat i był zamknięty przez pół życia w Zakonie - nie dziwię mu się. Ellen podobnie, z czego ona była przez pół życia córeczką tatusia, nie wiem, czy to nie gorsze od Zakonu. :D Trafił swój na swego, czy coś.
      Naprawdę nie pamiętasz tego wątku, Sen Chu? Och. No to przynajmniej będziesz miała kiedyś niespodziankę.

      Usuń