piątek, 10 czerwca 2016

Rozdział 1.99 - Oghren



Rano byli już gotowi do wymarszu. Ellen uiściła zapłatę za wynajęte pokoje i całą grupą wyszli do dzielnicy targowej. Strażniczka ze smutkiem zauważyła, że zostało im już niewiele pieniędzy – na szczęście na Głębokich Ścieżkach raczej nie będą musieli za nic płacić. Schowała mieszek do torby i zatrzymała się przed przyjaciółmi, każdemu posyłając uważne spojrzenie.
Niektórzy zdradzali zdenerwowanie zbliżającą się wyprawą, inni jakby nie zwracali uwagi na to, do jak niebezpiecznego miejsca się wybierali. Ellen uśmiechnęła się blado, przypatrując się im. Jeśli miała z kimś dokonać – po raz kolejny – niemożliwego, to tylko u ich boku. Mimo to musiała się upewnić.
— Głębokie Ścieżki pełne są plugastwa oraz mrocznych pomiotów — odezwała się zwracając na siebie uwagę zebranych. — Ja czy Alistair nie musimy się obawiać. Jeśli jednak któreś z was boi się, że się zarazi, może zostać. Nie będziemy mieć mu tego za złe — zapewniła, sunąc wzrokiem po znajomych twarzach.
Milczeli, spoglądając na nią ze spokojem oraz wyczekiwaniem. Ellen przetrzymała ich dłużej, niż zamierzała, zanim westchnęła i skinęła głową. Dostali możliwość wyboru – zrobiła zatem wszystko, co tylko mogła. Zerknęła na Alistaira, który uśmiechnął się pogodnie. Mimowolnie przyznała w duchu, że zbroja Szarej Straży dobrze na nim leżała.
Wczoraj, po odwiedzinach w obozowisku Bodahna, Alistair wraz z pozostałymi przyniósł odzyskane ze Szczytu Wojownika opancerzenie, przygotowane do użytku przez niezastąpionego krasnoluda. Razem z Ellen postanowili, że to właśnie w takim uzbrojeniu ruszą na Głębokie Ścieżki – dziewczyna szybko przyzwyczaiła się do nowej zbroi, zresztą i tak jej na sobie nie widziała. Ale Alistair przykuwał oko.
— W porządku. — Otrząsnęła się z głupiego zamyślenia. — Czas się zbierać.
Ruszyli ku skrzyżowaniu dzielnicy gminu, zostawiając za sobą bezpieczną, przyjazną karczmę. Ellen zastanawiała się, co jeszcze – poza odwiedzinami Dagny – mieli do załatwienia. Chciała krasnoludce przekazać wieści przed wyruszeniem, na wypadek, gdyby już nie natrafiła się ku temu okazja.
Przechodzili właśnie przy kilku posągach najpewniej przedstawiających Patronów, kiedy uszu Strażniczki dobiegła cicha, mamrotana gorączkowo modlitwa. Dziewczyna mimowolnie przystanęła, zwracając spojrzenie na klęczącą przed rzeźbą krasnoludkę, kołyszącą się w przód i w tył ze splecionymi dłońmi.
— Przodkowie, strzeżcie mego syna, gdyż zagubił się w ciemności. Matki, pilnujcie go, bo wiecie, czym jest żałoba — szeptała, zaciskając powieki.
Ellen zmarszczyła czoło, zerknęła na towarzyszy, a kiedy nikt nie poczynił żadnej złośliwej uwagi, niepewnie zbliżyła się do nieznajomej. Już miała się odezwać, jednak nie zdążyła – krasnoludka uniosła pobladłą, zalaną łzami twarz i spojrzała na nią mało przytomnie.
— Przepraszam. Chciałabyś złożyć ofiarę przodkom? — zapytała, robiąc dla Strażniczki miejsce przy posągu. — Chociaż… nie wydaje mi się, by akurat twoi przodkowie mieszkali w Kamieniu — dodała, zmierzywszy Ellen spojrzeniem.
— O co się modliłaś? — mruknęła łagodnie i przekrzywiła głowę, uwagę nieznajomej puszczając mimo uszu.
— Na imię mi Filda, jestem wdową po Teruku z kasty kowali — przedstawiła się, czym trochę speszyła Strażniczkę; tu wszyscy od razu przedstawiali się prawie całą życiową historią. — Codziennie modlę się tutaj za mego syna, Rucka. Chciałabym tylko wiedzieć, czy powinnam się modlić o jego bezpieczny powrót, czy o to, by przodkowie przyjęli do siebie jego duszę — westchnęła, znów zamykając oczy.
— „Bezpieczny powrót”? — powtórzyła zaskoczona. — Twój syn zaginął?
— Pięć lat temu, gdy był jeszcze młodzikiem, przyłączył się do wyprawy, której celem były Głębokie Ścieżki – jako kowal miał zajmować się naprawą broni. Był z siebie taki dumny — jęknęła, kuląc ramiona. — Ale… gdzieś się zgubił. Kiedy uczestnicy wyprawy wrócili do domu, jego z nimi nie było.
Ellen zacisnęła usta. Pięć lat w pojedynkę na Głębokich Ścieżkach? Najpewniej zginął. Nie miała jednak serca powiedzieć czegoś takiego zrozpaczonej matce, która nadal wierzyła.
— Ktoś wyruszył na poszukiwania? — zainteresowała się.
— Kapitanowie nie chcą tracić żołnierzy, szukając zagubionych. Zbyt wielu spośród tych, co próbowali, padło ofiarą mrocznych pomiotów — stwierdziła zgaszonym głosem.
Strażniczka zająknęła się, spuściła głowę, po czym podjęła decyzję. Skoro tak czy siak wyruszali na Głębokie Ścieżki, mogli rozglądać się za samotnym, wygłodzonym krasnoludem, prawda? Albo chociaż zwłokami, o ile pomioty nie… Otrząsnęła się z tych ponurych myśli i posłała Fildzie lekki uśmiech.
— Nie powinniśmy zostawiać go na pastwę losu — uznała, siląc się na miękki ton. — Jeśli zechcesz, mogę go poszukać.
— Niby jak? — jęknęła. — Jedyny sposób to udać się na Głębokie Ścieżki.
— Właściwie to właśnie się tam wybieram — wyznała i uśmiechnęła się pocieszająco.
— Sama? — zdumiała się. — Ale… to niesłychane. Nikt nie ryzykuje wyprawy na Głębokie Ścieżki bez całej kompanii wsparcia — stwierdziła przestraszona.
Ellen zmieszana zerknęła przez ramię, by odkryć, że jej przyjaciele w większości rozeszli się po targu, chcąc zabić czas oczekiwania czymś bardziej produktywnym. Mimowolnie uniosła brew, trochę oburzona tą niesubordynacją w szeregach.
— Jeśli zechciałabyś poszukać mego syna… jeśli udałoby ci się znaleźć jego kości… — podjęła Filda. — Byłabym ci dozgonnie wdzięczna. Proszę — dodała.
Couslandka skinęła głową, cofając się kilka kroków.
— Odszukaj mnie, gdy tylko wrócisz! — zawołała za nią krasnoludka.
Jeśli wrócę — poprawiła zgryźliwie pod nosem, podchodząc do stojących w miejscu Alistaira oraz Leliany; pozostali poszli we własne strony. — To tyle, jak idzie o wzorową organizację — skomentowała krytycznie.
— Skoro jest okazja, załatwmy jeszcze sprawę Dagny — zaproponowała łuczniczka, wskazując jeden z warsztatów. — O ile pamiętam, ten należy do jej ojca.
Ellen skinęła głową.
— W porządku. Też idziesz? — Spojrzała na Alistaira.
— Pójdę, lepsze to od stania — mruknął, uśmiechnął się do niej, po czym całą trójką skierowali się w odpowiednią stronę.
Ponieważ nikt nie stał przed zakładem, wkroczyli do środka. Nad drzwiami zabrzęczał dzwonek, zdradzając przybycie klientów. W pomieszczeniu o – oczywiście – kamiennym wystroju na regałach leżała różnego rodzaju broń oraz jej części, możliwe, że do naprawy. Na kilku stojakach Ellen dostrzegła także zbroje, o ściany oparto tarcze. Zanim jednak nacieszyli oczy sklepem, z zaplecza wyłoniła się niewysoka, rudowłosa osoba.
Dagna podeszła szybko do lady, nie zwróciwszy uwagi na klientów.
— Witam. Czym mogę… — zaczęła i dopiero wtedy uniosła spojrzenie na obsługiwanych przybyszów. — To wy! — wykrzyknęła, w zdumieniu zasłaniając usta.
Ellen uśmiechnęła się rozbawiona, wymieniła spojrzenie z Lelianą, po czym ruszyła ku zaaferowanej krasnoludce.
— I minęło… cóż, dość dużo czasu. Mam nadzieję, że wystarczyło, aby dotrzeć do Kręgu i z powrotem — dodała zaaferowana, wspierając się całym ciężarem na ladzie. — Proszę, błagam, powiedzcie, czy się zgodzili.
— Pierwszy Zaklinacz Irving zaakceptował twoją kandydaturę — poinformowała oficjalnie, ale z dużym zadowoleniem Ellen, posławszy Dagnie szeroki uśmiech.
— Niechaj wam przodkowie błogosławią — jęknęła zachwycona, a jej oczy zaszkliły się ze szczęścia. — Nie mogę w to uwierzyć! Od czasów Ureldina w trzynastym stuleciu w Kręgu nie było nawet krasnoludzkiego obserwatora! — zawołała, kręcąc się z podekscytowania za ladą. — Mu-muszę się spakować. Nie — żachnęła się. — Rodzice zaczęliby coś podejrzewać. Muszę ruszać natychmiast. Powinnam coś ze sobą wziąć? — zwróciła się do Strażników. — Księgi? Czesne?
— Niczego nie bierz — poradziła jej Leliana. — Magowie potrzebują każdego sprzymierzeńca.
— W takim razie powinnam wyruszać… zanim rodzice zaczną mnie szukać — zdecydowała, gramoląc się zza lady. — Jeśli odwiedzicie jeszcze Krąg, może się tam spotkamy — stwierdziła rozradowana i skierowała się do drzwi, machając im na pożegnanie.
— My lepiej też chodźmy — mruknęła Ellen, nagle z niepokojem rozejrzawszy się po pustym sklepie. — Nie ma nic gorszego niż wściekli rodzice.
Leliana zachichotała, podczas gdy opuszczali warsztat. Stanęli na środku ulicy, rozglądając się za pozostałymi. Strażniczka zmarszczyła gniewnie czoło, bardzo niezadowolona z tego, że jej towarzysze tak po prostu rozpełzli się po całej dzielnicy.
— Hej! — krzyknęła, próbując przywołać ich do porządku. — No chodźcie już!
Zajęło to chwilę albo dwie, zanim nieobecni zaczęli wracać. Ellen przysiadła pod ścianą jednego z budynków i wsparła głowę na dłoni, przypatrując się maszerującym w jej stronę przyjaciołom. Najszybciej wrócił Sten. Zatrzymał się przy pozostałych i w milczeniu zapatrzył się przed siebie, ku wyjściu prowadzącemu na Głębokie Ścieżki. Ellen z ciężkim westchnieniem zwróciła spojrzenie na resztę – Morrigan i Zevran już do nich dołączali. Najdłużej grzebała się Wynne, zagadując idącą obok niej Shale.
— Zastanawiałaś się nad swoją przyszłością, Shale? — spytała, zadzierając głowę, by spojrzeć w twarz golema.
— Myślałam, że mogłabym, och, przyłączyć się do Zakonu — odparła dość uszczypliwym głosem. — Zostać Boską. I mieć olbrzymie golemy Andrasty przeznaczone na podbój świata!
— Naprawdę? — mruknęła sceptycznie; nauczona doświadczeniem z rozmów z Ellen, wolała się upewnić.
— Nie-eee.
— Pytałam poważnie — upomniała, pokręciwszy głową. — Pewnego dnia zadanie Szarych Strażników zostanie ukończone, w ten czy inny sposób. Co wtedy zrobisz?
— Zadaniem Szarych Strażników jest zniszczenie mrocznych pomiotów, jak sądzę — odparła, wzruszając ramionami.
— Och? — zdumiała się. — Zatem dzielisz z nimi więcej motywacji? Czy to twój ostateczny cel? — zainteresowała się.
— Nie zastanawiałam się nad tym — burknęła. — Może być to lepsze od mordowania każdego żyjącego ptaka.
Wynne zmarszczyła czoło. Popatrzyła na golema skonsternowana, zanim westchnęła ciężko, ostatecznie porażona lotnością umysłową swoich towarzyszy.
— Cóż, racja. Przynajmniej warto o tym pomyśleć — zgodziła się, kręcąc głową.
— Żeby zniszczyć te pomioty, wypadałoby dostać się na Głębokie Ścieżki — przypomniała zgryźliwie Ellen, łypnąwszy na nie ponuro.
— Nie żeby ta jako pierwsza zboczyła z kursu — wytknął golem.
Strażniczka spochmurniała trochę bardziej. Przemilczała tę uwagę, zacisnęła usta i dźwignęła się z ziemi. Otrzepała zbroję, zanim machnęła trochę nieskoordynowanie ręką, wskazując orientacyjny kierunek, w którym znajdowało się kopalniane zejście na Głębokie Ścieżki. Grupa podążyła za nią.
Ponieważ mieli do przejścia całą dzielnicę, niedługo potem zaczęto nawiązywać niezobowiązujące pogawędki. Najbardziej poważni wydawali się Strażnicy – milczeli, wpatrując się w cel wędrówki. Pozostali jednak nie podzielali ich ponurości.
— Co do tych twoich Kruków, Zevranie… — odezwała się Morrigan, uchwyciwszy elfa w zasięgu wzroku. — Czy są tak nadzwyczajni, jak twierdzisz?
— Rządzą moją ojczyzną — stwierdził uprzejmie zaskoczony. — Nie uważasz tego za coś nadzwyczajnego?
— Jeśli to prawda — skwitowała chłodno. — Są tak potężni tylko dlatego, że są dobrzy w tym, co robią? Czy istnieje może tajemnica ich siły?
— Gdyby był w tym jakiś sekret, pozostałby nim tylko wtedy, jeśli nie zostałby zdradzony, moja droga — zauważyła z pobłażliwym uśmiechem.
— Już nie podlegasz takim zasadom — odparła niezrażona. — Czy może uważasz, że ich gniew będzie większy, niż już jest, że nie chcesz mówić zbyt pochopnie?
— Może to kwestia tego, że zwyczajnie nie mam ochoty ci o tym opowiadać — wytknął, marszcząc czoło. — Na twoim czole pojawia się bardzo czarująca zmarszczka, kiedy zżera cię ciekawość — dodał z typową dla siebie kurtuazją.
— Rozumiem. — Zacisnęła usta, przymrużając oczy. — Jesteś niemożliwie irytujący, wiesz o tym — stwierdziła bardziej, niż spytała.
— Owszem — zgodził się. — To część mojego uroku, a przynajmniej tak słyszałem.
Alistair prychnął cicho, zdecydowanie nie podzielając tego zdania. Zainteresowany Zevran przyśpieszył kroku, by zrównać się z ponurym Strażnikiem; posłał mu promienny uśmiech, niezrażony nieprzyjemnym spojrzeniem.
— Nie doceniasz mojego uroku? — spytał przejęty.
— Uroku? — powtórzył młodzieniec, marszcząc czoło. — Jakoś nie bardzo.
— Ranisz mnie, przyjacielu.
— Jesteś dość delikatny jak na skrytobójcę — wytknął, próbując przemknąć obok Zevrana do Ellen, byle tylko uwolnić się od niechcianego towarzystwa.
— Skrywam w piersi bardzo wrażliwe serce! — zawołał. — Nie rozumiem, jak możesz być tak okrutny.
Alistair mruknął z dezaprobatą, a widząc, że Strażniczka bardziej zainteresowała się rozmową z Shale, zwolnił kroku, ostatecznie chowając się między Lelianą oraz Wynne. Zevran uśmiechnął się triumfalnie, bardzo z siebie zadowolony.
Ellen sięgnęła do ramienia golema i dotknęła go ostrożnie, by zwrócić na siebie uwagę. Uśmiechnęła się do towarzyszki, ledwie padło na nią świetliste spojrzenie jej oczu.
— Jak trafiłaś do Honnleath? — zapytała pogodnie. — Pamiętasz?
Dopiero podczas rozważań o wyprawie na Głębokie Ścieżki uzmysłowiła sobie, że wszystkie golemy pochodziły z krasnoludzkich królestw. Może i niewiele z nich nadal funkcjonowało, ale to tu musiały znajdować się korzenie Shale.
— Och, tak — mruknęła. — To akurat pamiętam całkiem dobrze. Mój dawny pan, mag Wilhelm… to on mnie tam sprowadził. Z tego, co sobie przypominam, zdobył jakąś pozycję u boku lorda, który rządził okolicznymi ziemiami — zaczęła opowieść. — Mnie, jako swoją własność, wziął ze sobą. Och, jakże lubił robić za moją pomocą wrażenie na mieszkańcach wioski! „Golemie, warknij na tamtego wieśniaka! Wyglądaj groźnie!” — przedrzeźniła mężczyznę, jak to miała w zwyczaju. — A ja, oczywiście, musiałam go słuchać. — Westchnęła ciężko.
Ellen uśmiechnęła się, mimowolnie rozbawiona.
— Wydaje mi się, że lubiłaś straszyć ludzi — mruknęła ostrożnie, przechylając głowę.
— Chętnie bym wszystkich rozdeptała na miazgę — sprostowała. — A później rozdeptałabym ich malutkie domki. Prawda jest taka, że po tym, jak przez trzydzieści lat musiałam na nich wszystkich patrzeć, zrobiłabym to dwa razy — uzupełniła z mocą. — Nie lubiłam tylko, gdy rozkazywano mi to robić. Gdy straszono mną tych przerażonych kretynów, jakbym była jakąś… straszną rzeczą. Całe lata minęły, nim wieśniacy zaczęli się do mnie zbliżać — przyznała. — Pierwszy, który zebrał się na odwagę i mnie dotknął, zsikał się w spodnie. — Wzdrygnęła się z obrzydzeniem.
Strażniczka zająknęła się, trochę zdumiona. Nie sądziła, by dało się aż tak bać zwykłej statuy, którą swego czasu była Shale. Najwyraźniej jednak mag naprawdę często straszył nieszczęsnych mieszkańców Honnleath.
— Domyślam się, że nie lubiłaś tego Wilhelma — skomentowała wesoło.
— Uwielbiał korzystać z różdżki kontrolnej. Tak lubił się nią bawić, że żona zagroziła, iż wrzuci ją do jeziora. Ha! — wykrzyknęła zadowolona. — Chciałabym to zobaczyć. Tak przy okazji — ożywiła się niespodziewanie — gdzie znalazła różdżkę? Dużo za nią zapłaciła?
Ellen wzruszyła ramionami. Historia zdobycia różdżki kontrolnej była przedziwna, ale ostatecznie trud się opłacił.
— Niedużo — stwierdziła szczerze. — To była całkiem niezła okazja.
— O ile zda sobie sprawę, że jestem „niedroga”, a nie „tania” — zastrzegła niezadowolona Shale, zmrużywszy oczy.
— Ale jak znalazłaś się obok wieży? — ciągnęła, ostatnią uwagę puszczając mimo uszu.
— Tam trzymał mnie Wilhelm. Chciał, żebym stała na podwórzu i budziła w ludziach przerażenie, jak strach na wróble. Miałam wyglądać złodziei — prychnęła z dezaprobatą. — Poza tym jego żona nie chciała, bym przebywała w środku. Mówiła, że nie ma tam dla mnie miejsca. Straszna jędza z niej była — podsumowała.
— Jego żona? — nacisnęła zainteresowana.
— Kiedyś byłam większa — westchnęła zupełnie nie na temat, chyba nawet nie usłyszawszy pytania. — Miałam trzy metry wzrostu. I wtedy ta wstrętna jędza zaczęła narzekać, że nie mieszczę się w drzwiach. No i mag mnie zmniejszył! — wykrzyknęła oburzona. — Zmniejszył mnie! Może w to uwierzyć? A ona nadal chciała się mnie pozbyć!
— W jaki sposób można zmniejszyć golema? — mruknęła niepewnie, posławszy Shale zdruzgotane spojrzenie.
— Trzeba mieć dłuto. I dużo odwagi!
Ellen westchnęła, starając się ukryć rozbawienie. Zważając na wyjątkowo wrażliwą dumę Shale, nie było trudno wyobrazić sobie, jaką wściekłość czuła. Nic dziwnego, że w końcu zmiażdżyła Wilhelma, kończąc swoje męki.
— Pamiętasz cokolwiek sprzed Honnleath? — zagadnęła znów, zanim golem stracił nią zainteresowanie.
— Wędrowałam razem z magiem. On dużo podróżował, to pamiętam, ale miejsca, do których się udawaliśmy… — urwała na moment. — Tutaj moje wspomnienia są dość mgliste. Pamiętam wielkie bitwy. Walczyłam przeciwko wielu ludziom, dawno temu. Wszyscy byli mięciutcy i delikatni — westchnęła. — A przedtem? Ja… nie, są tylko pojedyncze obrazy. Byłam w jakimś ciemnym miejscu.
Strażniczka spojrzała na nią przeciągle. Ciemne miejsce? Zamknięto ją gdzieś? Skrzywiła się, uzmysłowiwszy sobie, że bez wspomnień Shale i tak nie rozwiążą tej zagadki.
— Ile masz dokładnie lat? — mruknęła; była to dość trudna do oszacowania kwestia.
— Nie wiem. Wilhelm przechwalał się, że krasnoludy przestały tworzyć golemy pięć stuleci temu — stwierdziła. — Ja nie starzeję się tak jak wy, miękkie istoty. Niestety z moją pamięcią nie jest najlepiej. Do tego jeszcze szybko się nudzę i przestaję uważać — mruknęła nieco ponuro.
— Pięć stuleci to sporo — uznała Ellen, kiwając głową.
Nie dodawała już, że jak na tak starą istotę, nawet golema, Shale była wyjątkowo niedojrzała oraz mało rozsądna, o impulsywności nie wspominając. Krytyczny osąd jednak zamaskowała pod przyjaznym uśmiechem.
Zbliżali się do zejścia z brukowanej ulicy. Strażniczka zwolniła kroku, ostatecznie oglądając się przez ramię na przyjaciół. Podchwyciła spojrzenie Alistaira, na co od razu się zarumieniła, chociaż próbowała nad sobą zapanować.
— Zaraz dotrzemy do zejścia — wykrztusiła, szybko przeniósłszy wzrok na Wynne. — Teraz jest ostatni moment, żeby przypomnieć sobie, że czegoś zapomnieliście.
W grupie zapanowała cisza. Zevran uśmiechnął się do niej zadziornie, Leliana natomiast serdecznie. Alistair pośpiesznie przejrzał zawartość podręcznej torby, ale najwyraźniej nie odkrył żadnych ubytków w bagażu. Wynne tylko skinęła głową, brodą wskazując drogę. Ellen spojrzała jeszcze na Morrigan oraz Stena, oni jednak wyglądali na zupełnie niewzruszonych. Westchnęła cicho, rozbawiona, i ruszyła schodami na pokrytą czerwonawym pyłem skałę.
Tutaj nie było już zabudowań. Z lewej strony ciągnęła się odgrodzona murem przepaść prowadząca prosto do koryta lawy, z prawej lity kamień. Ellen od razu przesunęła się bliżej bezpiecznej części drogi, byle tylko nie widzieć gorącej otchłani. Nie chciała dostać mdłości akurat w tym momencie.
— Głębokie Ścieżki są teraz siedzibą mrocznych pomiotów — mruknął Alistair, spoglądając ku zakręcającej ścieżce. — Podobno podczas Plagi jest tam bezpieczniej.
Nie uszli zbyt daleko, kiedy zza jednego z licznych głazów wyłonił się uzbrojony krasnolud. Strażniczka zatrzymała się gwałtownie, a pozostali jej zawtórowali, podobnie zaskoczeni tym spotkaniem. Dziewczyna przechyliła głowę, mając wrażenie, że gdzieś już tę czerwoną, okoloną rudą brodą twarz widziała.
— Obca! — zawołał schrypniętym głosem. — Widziałaś tu gdzieś Szarą Straż? Słyszałem, że on… a może ona… — zafrapował się na moment. — Rozumiesz, było to wiele kufli temu… Wyrusza z rozkazu samego lorda Harrowmonta na poszukiwania Brandy — wytłumaczył, drapiąc się po szczeciniastej, nastroszonej czuprynie.
Ellen byłaby się prawdopodobnie oburzyła na wieść o tym, że wykonywała cokolwiek z czyjegoś rozkazu, ale bardziej rozbawiło ją to, że nie została rozpoznana. Zmrużyła oczy, przywołując na twarz pogodny uśmiech.
— Jak wygląda ten Szary Strażnik? — zainteresowała się.
— Krępy i muskularny, przystojnego oblicza, lecz o wydatnej szczęce i grubym nosie, otoczony świetlistą aureolą — opisał od razu krasnolud.
Couslandka obejrzała się na Alistaira, by porównać go do tego, co usłyszała. Pokiwała głową na boki, przymrużając oko, kiedy szacowała, jak wiele minięto się z prawdą. Młodzieniec posłał jej miażdżące spojrzenie.
— A jeśli to kobieta, to pewnie jest szczuplejsza, lecz jej spojrzenie jaśnieje czystością, a jej duża, lecz cnotliwa pierś przepięknie się unosi — uzupełnił krasnolud, westchnąwszy z rozmarzeniem.
Ellen mimowolnie zerknęła w dół; choć pod napierśnikiem nie było widać jej piersi, doskonale wiedziała, że ani one duże, ani pięknie się unoszące. Ewentualnie cnotliwe, zważywszy na jej panieński, nietknięty stan.
Za jej plecami rozległo się zduszone parsknięcie śmiechem, co tylko bardziej popsuło jej humor.
— Szukałem już godzinami, lecz nie widziałem nikogo, kto by tak wyglądał — poskarżył się nieznajomy. — To bardzo frustrujące.
— Możesz poszukać w tym miejscu — burknęła Ellen, niedbale machnąwszy ręką na siebie.
Krytyczne spojrzenie, jakim została obdarzona przez krasnoluda, tylko bardziej ją sfrustrowało. Nie była przecież aż tak nieatrakcyjna, prawda?
— Cóż, jeśli reprezentujesz najlepsze, co mają na stanie, to poziom mocno się obniżył — skomentował.
Tym razem Zevran nie wytrzymał i ryknął śmiechem. Ellen pokraśniała na twarzy i wyprostowała się, próbując udawać, że miała o kilka centymetrów więcej niż w rzeczywistości. Chyba jeszcze nie ośmieszono ją przed przyjaciółmi aż tak.
— Ale to chyba tłumaczy obecność ludzi w Orzammarze — podsumował krasnolud, nie zwróciwszy uwagi na wesołość w szeregach. — Słuchaj, mógłbym cię prosić o przysługę?
Strażniczka wzruszyła ramionami, nadal jeszcze krzywiąc się z niezadowoleniem.
— Czemu nie? — westchnęła zrezygnowana. — Wszyscy tak robią.
— Nazywam się Oghren i jeśli już o mnie słyszałaś, to pewnie o tym, jak szczam gorzałką i zabijam małych chłopców, którzy krzywo na mnie spojrzą — przedstawił się.
Ellen otrząsnęła się z zadumy nad swoimi brakami w urodzie i popatrzyła na krasnoluda ożywiona. Teraz sobie przypominała – to był mąż zaginionej Patronki! Jeden ze szlachciców, który się z nim kłócił, opowiadał trochę na jego temat.
— I większość z tego jest prawdą, lecz nigdy nie wspominają o tym, że tylko ja nadal staram się uratować naszą jedyną Patronkę — ciągnął tymczasem Oghren. — A jeśli poszukujesz Brandy, to jestem jedynym, który ma jakieś pojęcie o tym, czego szukała, co może, kutwa, znacząco zwiększyć szanse jej odnalezienia — dokończył triumfalnie i pociągnął zaczerwienionym nosem.
— Dlaczego sam nie wyruszyłeś jej śladem? — zdumiała się, przechylając głowę.
— Wierz mi, że tak zrobiłem. Wybierała się jednak do zaginionego thaigu, którego nie widziano od stuleci — stwierdził niezadowolony. — Szukałem tak daleko, jak zdołałem, ale… potrzeba byłoby całych drużyn wojowników i całych tygodni poszukiwań, żeby przeczesać teren — przyznał. — Zakładam, że właśnie to zrobili słudzy Harrowmonta. I podzielili się z tobą tym, co znaleźli. — Przymrużył oko. — Lecz nie odnaleźli samej Brandy, a to oznacza, że ich informacje nie wystarczą, jeśli się nie wie, czego szukała. Gdy połączymy naszą wiedzę, mamy szansę odnaleźć Brandę. Inaczej całą wyprawę szlag trafi.
Ellen musiała przyznać, że jak na pijanego krasnoluda Oghren mówił z zaskakującym sensem. Prawdopodobnie przygotowywał wszystkie argumenty na długo przed spotkaniem.
— Czy nie mam ze sobą dość uzbrojonych wariatów? — westchnęła, wywracając oczami, i zerknęła przez ramię; zwłaszcza Zevranowi posłała nieprzychylne spojrzenie.
— Doskonale — mruknął dziwnie zadowolony Oghren. — Nie przyda się kolejny? Branda jest genialna, lecz potrafi dodać dwa do dwóch tak, że wychodzi pięćdziesiąt. Jeśli chcesz ją znaleźć, potrzebujesz kogoś, kto zna jej sposób myślenia.
— Dlaczego sądzisz, że możesz zaufać mi? — spytała, przechylając głowę.
— Ech! Nie jestem jakąś skutwiałą elfią panną, która siedzi na miejscu i czeka, aż jej problemy rozwiąże przejeżdżający bohater. Jestem cholernym wojownikiem! — wykrzyknął zdenerwowany. — Zamierzam sprowadzić ją z powrotem, a ty nie byłabyś tu, gdyby nie przyciągnął cię ten sam cel — podsumował dobitnie.
Ellen skinęła powoli głową, nie potrafiąc się nie zgodzić.
— Branda poszukiwała Kowadła Pustki. Było ono prawdopodobnie najważniejszym wynalazkiem w historii Orzammaru — poinformował Oghren. — Stworzył je kowal Caridin i dzięki niemu Orzammar cieszył się całym stuleciem pokoju, chroniony wykutymi na Kowadle golemami.
Strażniczka od razu obejrzała się na Shale – ujrzała, że jej towarzyszka wyraźnie się ożywiła, nawet podeszła trochę bliżej, żeby lepiej słyszeć słowa krasnoluda.
— Wiadomo tyle, że Kowadło zostało zbudowane w starym thaigu Ortana — ciągnął Oghren. — Tam Branda zamierzała rozpocząć poszukiwania. Wiedziała tylko, że thaig leży za Rozstajami Caridina. Nikt go nie widział od pięciuset lat.
— Harrowmont dał mi mapę — stwierdziła Ellen, na powrót skupiwszy się na rozmowie. — Wiem, jak tam dotrzeć.
— Jeśli mamy iść, ruszajmy w drogę — zdecydował. — Brenda sama się nie znajdzie.
— Skoro do tej pory jej się nie udało… — skomentował pod nosem Alistair.
Strażniczka wyciągnęła dłoń do nowego towarzysza i posłała mu uśmiech, ignorując wypowiedź młodzieńca. Oghren zerknął na nią podejrzliwie.
— Jestem Ellen. Obyśmy dożyli powrotu — przedstawiła się przyjaźnie.
Krasnolud uścisnął jej rękę z taką siłą, że z trudem powstrzymała się od wymownego skrzywienia.
— Jo. Lepiej, żebyśmy dożyli — mruknął i odchrząknął.
Ellen bez zbędnego, dalszego odwlekania wyprawy ruszyła, kierując się dalej pylistą, twardą drogą. Nie trzeba było iść długo, żeby natrafić na dwa kamienne filary, które wyznaczały granice Orzammaru – przejścia pilnowała grupa uzbrojonych krasnoludów. Na widok drużyny wyraźnie się ożywili.
— To bez wątpienia przejście na Głębokie Ścieżki. Niegdyś łączyły inne krasnoludzkie państwa — odezwała się Morrigan, kiedy, podobnie jak Ellen, spojrzała ku ciemnej dziurze zionącej za plecami stojącej im na drodze grupy.
— A to co? — parsknął jeden z nich. — Ludzie? Ciekawe, czy się zmieszczą — mruknął do towarzyszy, na co ci zarechotali. — Wybaczcie, ale nie mogę was przepuścić bez pozwolenia deszira — zwrócił się już do Strażników.
— Obudźże się, chłopie! — ryknął nagle Oghren, występując w przód. — Ci Szarzy Strażnicy wyruszają na poszukiwanie twojej Patronki! Mam ci urwać ten śmierdzący łeb? — Zagroził krasnoludowi pięścią.
— Oghren chciał przez to powiedzieć, że mamy pozwolenie — wtrąciła się pośpiesznie Ellen, pobladłszy z niepokoju.
Ładny kłopot sobie na głowę ściągnęła.
— Oghren mógł zostać deszirem rodu Brandy — mruknął strażnik. — Cóż, biorąc pod uwagę jego zdolności i arogancję, jest prawie jak deszir. Możecie przejść. Dałbym wam żołnierzy do pomocy, ale tu jest moje stanowisko dowodzenia — dodał z westchnieniem. — Cały Orzammar liczy, że utrzymamy tę pozycję.
— Czy w tych tunelach czyha coś prócz pomiotów? — zainteresowała się Strażniczka, zanim minęła niewielki oddział.
— Oczywiście — parsknął. — Nadziejecie się tam na olbrzymie pająki, głębinowce i inne robactwo.
Nic z tego nie zabrzmiało przyjemnie, ale jedna nazwa wyjątkowo ją zaintrygowała.
— Głębinowce? — powtórzyła skołowana.
— Paskudne dranie. Łażą na dwóch nogach, ale mają łeb robala. Polują w stadach. Uważajcie, nie boją się napadać na niewielkie oddziały — przestrzegł.
— Dalej nie ma już żadnych krasnoludów? — mruknęła, unosząc wzrok na ponurą, ziejącą czernią bramę, która rozciągała się za plecami grupy.
— Jest kilka posterunków — przyznał, wzruszywszy ramionami. — Głównie ci głupcy z Legionu Umarłych. Tu i tam jacyś szabrownicy.
Ellen znów zwróciła spojrzenie na krasnoluda.
— Z Legionu Umarłych?
— To… niezależny oddział. Nie uznają nad sobą żadnego dowództwa — stwierdził powoli, jakby zakłopotany pytaniem. — Wstąpić do nich może każdy, niezależnie od swoich zbrodni… i zdrowia psychicznego. Kiedy się zaciągają, urządzają własny pogrzeb i przysięgają, że ich jedynym celem będzie śmierć w chwale.
Strażniczka uniosła brew. Musiała przyznać, że nie widziała głębszego sensu w tych działaniach, ale krasnoludzka kultura była jej bardzo obca. Dlatego ostatecznie tylko skinęła głową i uśmiechnęła się zakłopotana. Kiedy znów popatrzyła na ponure przejście, coś nieprzyjemnego zacisnęło się na jej żołądku.
— Czas na nas — zdecydowała zdławionym głosem.
— Powodzenia — mruknął krasnolud, robiąc dla nich przejście.
Ruszyli ku zejściu na Głębokie Ścieżki, żegnając cywilizację na przynajmniej – jeśli dobrze pójdzie – dwa tygodnie. Ellen westchnęła, jakby szykowała się do skoku na głęboką wodę.
— Będzie, kutwa, wesoło — skomentował Oghren.
Strażniczka przełknęła ślinę. Z bliżej nieznanych jej powodów wcale nie podzielała optymizmu towarzysza.

8 komentarzy:

  1. Super, rozdział bardzo ciekawy czekam z niecierpliwością na następny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Następny za nieco ponad tydzień!

      Usuń
  2. Yay, nadrobiłam! Teraz tylko muszę pamiętać o datach publikacji, ale spoko, ogarnę :P Oghren to mój mistrz, uwielbiam go :P Jedyną pocieszającą myślą w związku z Głębokimi Ścieżkami jest właśnie on - będzie humor :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że go nie skopię. Nie jestem jeszcze pewna, jaki ma typ osobowości i chyba nie do końca złapałam to, jak nim pisać, ale próbuję.

      Usuń
  3. Już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję że będzie też troszku Alistair-Bohaterka....<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co będzie, to będzie! :D Na pewno będzie dużo krwi, lubię dużo krwi.

      Usuń
  4. Biedny Ruck, ona jeszcze nie wie. ;_;

    OdpowiedzUsuń