niedziela, 10 lipca 2016

Rozdział 1.100 - Głębokie Ścieżki



Podróż trwała zaskakująco długo. W dodatku monotonia wędrówki utrudniała oszacowanie, ile czasu upłynęło, od kiedy zeszli w ponure, ciemne korytarze wijące się pod ziemią niczym cielsko rozłożonego na słońcu węża. Ellen już w Orzammarze miała problem z określeniem upływu czasu – co dopiero tutaj, gdzie nawet pochodnie nie płonęły, a jedynym źródłem światła była magia Wynne oraz Morrigan. Na szczęście wyruszył z nimi Oghren; krasnolud doskonale orientował się w mijających godzinach i potrafił powiedzieć, jaka pora nastała. To także on wybierał ustronne wnęki na obozowiska.
Nie napotkali większych problemów podczas przemierzania tuneli. Niekiedy natrafiali na grupę górników powracającą do Orzammaru, ale ani mrocznych pomiotów, ani innych podziemnych stworzeń nikt do tej pory nie widział. Nie niepokojeni przez nic zagłębiali się w kręte korytarze, prowadzeni bardzo dokładną mapą sporządzoną przez ludzi Harrowmonta. Oghren kilkukrotnie zdumiewał się tym, jak szczegółowo opisano trasę do Rozstajów Caridina – sama Ellen miała wrażenie, że to tylko plątanina linii, powszechnie jednak było wiadomo, że zupełnie nie znała się na kartografii.
W dodatku odkryła dyskomfort związany z zasypianiem w ciemności, wśród dość nieruchomego powietrza. Bez Shegara u boku, w przejmującej, prawie dudniącej ciszy przychodziło do niej coraz więcej koszmarów, które zwykle nie nękały zbyt często. Teraz jakby Plaga sobie o niej przypomniała – pomioty powróciły do umysłu, burząc spokój. Za każdym razem budziła się z wrażeniem zagrożenia, chociaż nie wiedziała, skąd się ono brało.
Maszerowali już, jeśli wierzyć Oghrenowi, dwa dni. Dwa dni monotonni, spokoju, nudy. Przez kiepskie oświetlenie nie dało się nawet podziwiać architektury – zresztą krasnolud poinformował, że te tunele zostały wydrążone później od samych Głębokich Ścieżek, by ominąć główne trasy pomiotów. Prawdziwe piękno czekało dopiero na Rozstajach Caridina.
Ellen kiepsko znosiła pobyt pod ziemią. Coraz częściej powracała myślami do powierzchni, do wiatru, orzeźwiających zapachów, deszczu oraz nieba. Ilekroć pogrążyła się w takiej zadumie, pochmurniała. Tak też stało się z samego rana po złożeniu obozowiska, na trzeci dzień marszu. Z nosem na kwitnę powlokła się za człapiącym dziarsko Oghrenem, tęskniąc za światem, który zostawiła. Przypomniawszy sobie opowieść Alistaira o tym, jak Strażnicy udawali się na Głębokie Ścieżki, by zginąć, poczuła wstrząsający nią dreszcz. Umieranie w tym miejscu wydawało się najgorszym możliwym końcem, jaki ktokolwiek by sobie wymyślił.
Mimo to zdołała się rozpogodzić – kiedy przechodzili przez skrzyżowanie kilku tuneli, gdzie znów napotkali grupę górników, podchwyciła spojrzenie maszerującego bardziej z tyłu Alistaira. Uśmiechnął się ciepło, przechylając głowę, a Ellen na chwilę albo dwie zupełnie zapomniała o tym, gdzie się znajdowali. Natychmiast się rozpromieniła, czując wpełzający na policzki rumieniec, ale – przynajmniej na to liczyła – w ciemności nikt nie mógł go zauważyć. Zagryzła wargę i zaaferowana jak dorastająca dziewczynka dogoniła idącego z przodu Oghrena.
Były takie momenty, w których trochę nie wierzyła. Całe życie bała się, że zostanie zmuszona do politycznego związku, czegoś wygodnego, czego nie dało się uniknąć nawet pomimo mało radykalnych rządów ojca. Patrzyła na kandydatów na mężów z ponurą miną, przeklinając w duchu szlacheckie pochodzenie, marząc o zwykłych miłostkach, które przeżywały inne dziewczęta w jej wieku. Teraz naprawdę ją to spotkało. I była, tak zwyczajnie, szczęśliwa. Ufała Alistairowi ponad wszystko, a jego uśmiech wywoływał w jej sercu ciepło. Czasami zdumiewało ją to, że spotkali się w tak dziwnych okolicznościach i nadal nic ich nie rozdzieliło – ze śmiercią na czele. Zdawałoby się, że Ellen przyciągała takie tragedie niczym mag demony.
Straciła poczucie czasu, pogrążona w rozmyślaniach. Maszerowała za Oghrenem trochę bezwiednie, czasami się potykając albo wpadając ramieniem na niespodziewany uskok skalny. Krasnolud momentami się odzywał, opowiadając o tym, co widział na mapie oraz jak daleko jeszcze musieli iść. Ellen zorientowała się, że przestała go słuchać – jego zaangażowanie w poszukiwania żony było godne podziwu, ale na dłuższą metę trochę męczące. Bardziej pochłonęło ją rozważanie, jakim cudem Oghren nadal jeszcze nie wytrzeźwiał, chociaż Orzammar opuścili ponad dwie doby temu.
— Zdajesz sobie sprawę, że od godziny nieustannie się uśmiechasz? — usłyszała niespodziewanie krytyczny, nieco oschły głos Morrigan.
Zwróciła na nią zdumione spojrzenie, nie rozumiejąc, o co chodziło. Mimowolnie dotknęła ust i zorientowała się, że Morrigan faktycznie miała rację. Ellen pokraśniała na policzkach, pośpiesznie odwracając wzrok na plecy idącego kołyszącym się krokiem Oghren.
— Naprawdę? — bąknęła cicho, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.
Czuła na sobie przeszywające, oceniające spojrzenie Morrigan, co wcale nie ułatwiało zapanowania nad zawstydzeniem. Ciągle miała wrażenie, że jej zakochanie mogło wpłynąć na morale drużyny, na jej autorytet, na sprawność zrealizowania wyznaczonych zadań.
— Prawdę mówiąc, od kiedy wymieniłaś spojrzenia z tym głupkiem, Alistairem — poinformowała bezlitośnie Morrigan i uśmiechnęła się kpiąco, kręcąc głową. — Musi być niesamowity w łóżku, bo gadać z nim to się nie da.
Ellen poczuła dziwny ucisk w brzuchu. Dlaczego wszyscy, którzy poruszali ten temat, założyli, że już spędziła z nim noc? Zagryzła wargę, próbując zapanować nie tylko nad zawstydzeniem, ale także mimowolnym wyobrażaniem sobie, jak by to mogło być. Wypuściła powietrze przez nos i popatrzyła na przyglądającą się jej Morrigan.
Postawa wiedźmy trochę ją bawiła. Może i Alistair miał specyficzne poczucie humoru oraz bywał beztroski, ale nie był przecież półgłówkiem. Nie wiedziała, dlaczego Morrigan aż tak go nie znosiła – i w sumie nie interesowało ją to aż tak bardzo. Póki nie utrudniali tą niechęcią wykonywania pracy, wszystko znajdowało się w należytym porządku.
— Może to idiota, ale przynajmniej mój idiota — stwierdziła spokojnie, wpatrując się w jej oczy bez zmieszania.
Poczuła zaskakującą satysfakcję zaraz po wypowiedzeniu tych słów. Jakby niniejszym przypieczętowała coś bardzo ważnego.
— Ma więc szczęście, że ktoś chce go wziąć. — Morrigan uśmiechnęła się pod nosem, przenosząc wzrok przed siebie. — Od patrzenia na was można dostać próchnicy, ale przynajmniej odwraca to twoją uwagę od naszej sytuacji. Niech ci będzie.
Ellen uśmiechnęła się zaskoczona, pojąwszy, że Morrigan poruszyła ten temat z troski, nie czystej złośliwości. Zrobiło się jej przyjemnie na myśl, że traktowała ją przychylniej niż dawniej.
Jednak nie tylko Ellen zmagała się z mało wygodnym tematem rozmowy. Alistair, który porzucił towarzystwo rozgadanej Leliany, by pomaszerować przez chwilę w ciszy, przypadkiem znalazł się w okolicy Oghrena. Nie zwrócił na krasnoluda większej uwagi – za to kilka razy obejrzał się przez ramię na idącą z tyłu Ellen, jakby się bał, że niespodziewanie się zgubi w półmroku.
— Wiesz, co by ci dobrze zrobiło? — odezwał się Oghren, sprawiając, że Alistair przeniósł na niego wzrok.
Od razu się skrzywił; towarzysz nadal roztaczał wokół siebie charakterystyczną woń alkoholu, czego nie dało się nie zauważyć nawet na Głębokich Ścieżkach.
— Zatyczki do nosa? — podsunął zrezygnowany.
— Idź znajdź sobie dziewuchę — zaproponował prawie ojcowskim tonem. — Nieważne jaką, póki nie będziecie potrzebować przy tym gaci.
Alistair spojrzał na Oghrena zdruzgotany. W pierwszej chwili nerwowo obejrzał się przez ramię, by upewnić się, że Ellen niczego nie słyszała – wyglądała na zajętą rozmową z rozentuzjazmowaną Lelianą. Odetchnął, zwracając pełen niesmaku wzrok na uśmiechniętego dość nieprzyzwoicie Oghrena.
— Dlaczego myślisz, że jeszcze nie znalazłem? — burknął rozeźlony.
— Wyczuwam niewinność na mile — zapewnił niedbale. — To talent.
Alistair zacisnął zęby, zanim prychnął zdenerwowany. Nie wierzył, że ledwo poznany krasnolud robił mu takie uwagi.
— To na pewno jest przydatne — skomentował uszczypliwie, w duchu gotów przyznać, że wolałby towarzystwo Zevrana.
— Nie tak często, jak się okazuje — westchnął Oghren i pokiwał zatroskany rozczochraną łepetyną. — Byłoby lepiej, gdybym potrafił wyczuwać ser.
— Masz moje najszczersze kondolencje. — Posłał mu pełne dezaprobaty spojrzenie.
— Jo. A ty moje. — Zerknął na niego i wyszczerzył się w paskudnym uśmieszku.
Alistair postanowił na to nie odpowiadać. Co więcej – udać, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca. Dla własnego dobra.
Zevran, chwilowo pozostawiony sam sobie, wypatrzył samotnie kroczącą Morrigan. Jak zwykle stroniła od towarzystwa, co tylko zachęciło go do zbliżenia się do niej. Spojrzała na niego z góry, mrużąc oczy.
— Twoją matką podobno jest Flemeth, sławna wiedźma z legend, czyż nie? — zagadnął, przechylając głowę.
— Nie ma niczego „podobno” — żachnęła się Morrigan i zmarszczyła czoło. — Flemeth jest moją matką.
— Hmm — mruknął, pocierając brodę. — Bardziej wątpiłem w legendę niż w twoją relację z tą kobietą. Ktokolwiek może przywłaszczyć sobie imię w końcu. — Uśmiechnął się przewrotnie.
— Jak najbardziej możesz ją o to zapytać, jeśli kiedykolwiek ją spotkasz — rzuciła uszczypliwie. — Jesteś dokładnie w jej typie.
— Och? — zdumiał się. — Elfi i przystojny?
— Typ, którego nie da się nie zauważyć — sprecyzowała.
— Brzmi fascynująco, jeśli o mnie chodzi.
Morrigan zerknęła na niego bardzo krytycznie, zmrużywszy mocniej oczy. Zevran odpowiedział bezczelnym, szerokim uśmiechem.
— Wy, skrytobójcy, łakniecie śmierci, jak widzę — skomentowała z drobnym niedowierzaniem.
Zevran roześmiał się serdecznie.
— Tylko ci naprawdę dobrzy — zapewnił, uniósłszy uspokajająco ręce.
Pogawędki przerwał zdumiony okrzyk Ellen, któremu zawtórowało głośne sapnięcie Oghrena. Drużyna dołączyła do tych wysuniętych najbardziej, by przyjrzeć się odkryciu. Strażniczka wymieniła spojrzenia z krasnoludem, niepewna, czy umysł nie płatał jej figli.
— Światło — wykrztusiła, wskazując ku oddalonej od nich plamie jasności.
— Na cholerny Kamień, chyba masz rację — parsknął Oghren i pokręcił głową. — Przed nami nie powinno być więcej górników.
— Mapa — zarządziła, wyciągając dłoń ku krasnoludowi.
Leliana zamierzała się żachnąć, uznała jednak, że nie miało to większego sensu. Machnęła dłonią i pozwoliła przywódczyni działać, spoglądając jej przez ramię. Wynne skierowała przywołane magią światło nad głowę Ellen.
Strażniczka wpatrywała się w linie przez chwilę albo dwie. Kiedy uniosła wzrok, zachowała kamienną minę – rozejrzała się dokoła, jakby coś sprawdzała. Koniec końców popatrzyła bezradnie na Alistaira. Strażnik westchnął cicho, dusząc w piersi rozbawienie.
— Oghrenie, rzuć okiem — zaproponował i podał mu mapę.
Krasnolud, pomrukując pod nosem, przyjrzał się liniom. Ellen wpatrywała się w mapę z uwagą, coraz mocniej marszcząc czoło, ale niczego nie mówiąc. Wreszcie Oghren uniósł głowę i rozejrzał się po twarzach zebranych.
— Wygląda na to, żeśmy, kutwa, dali radę — stwierdził z niedowierzaniem, złożył pergamin, po czym pierwszy pomaszerował ku światłu.
Ellen podreptała za nim, wymieniwszy pełne zachwytu spojrzenia z Alistairem oraz Lelianą. Nikt już się nie odzywał, wszyscy śpieszyli się, by ujrzeć na własne oczy pierwszy sukces wyprawy.
Z wąskiego przejścia wyszli prosto do szerokiego, przestronnego korytarza oświetlonego nie tylko pochodniami, ale także płynącą w korytach przy chodniku lawą. Ellen przecisnęła się przez szczelinę w skale i stanęła na gładkiej, równej drodze, w zdumieniu rozdziawiając usta. Pierwotne Głębokie Ścieżki jakby zastygły w czasie – puste, ciche, jednak pełne piękna minionych lat. Wydawało się, że lada moment zza zakrętu wyłonią się podróżujące krasnoludy, miną posągi o zatartych obliczach i skierują się we własne strony, rozmawiając o istotnych dla nich sprawach.
Kilka pomruków podziwu sprawiło, że Ellen trochę otrząsnęła się z oszołomienia. Oderwała wzrok od znajdującego się niesamowicie wysoko sklepienia, raz jeszcze przyglądając się reliefom na balustradach chodnika.
— Rozstaje Caridina! — sapnął Oghren, podparłszy się pod boki. — Nie do wiary, że Harrowmont naprawdę odkrył to miejsce. Kiedyś było to jedno z największych skrzyżowań tuneli w starym imperium — stwierdził i przeniósł wzrok na zaaferowaną Ellen. — Dało się dotrzeć stąd wszędzie. Także do thaigu Ortana.
Ellen zmarszczyła czoło, niechętnie odsuwając myśli od podziwiania.
— Co jest takiego ważnego w thaigu Ortana? — zainteresowała się; już kilkukrotnie słyszała tę nazwę.
— To dom Caridina, patrona, który zbudował Kowadło — odparł. — Zanim założył własny ród, należało do Ortanów, a nawet później spędzał większość czasu w ich thaigu. Branda stwierdziła, że tam najlepiej poszukiwać Kowadła — mruknął, znów zwracając spojrzenie na rozciągający się przed nimi chodnik.
— Czy wiesz coś jeszcze o Kowadle? — spytała od razu.
— Nikt oprócz Caridina nie wiedział nic ponad to, że posiadło ono jakiś dar Kamienia — westchnął. — Każdy golem, który kiedykolwiek chodził po imperium, został wykuty na stali tego Kowadła, lecz nikt nie wiedział do końca, jak je wytwarzano. Branda była jednak pewna, że jej uda się tego dowiedzieć. — Uśmiechnął się krzywo.
Ellen zerknęła przez ramię na niewzruszoną Shale – mimo to Strażniczka dałaby sobie rękę uciąć, że uważnie słuchała każdego wypowiadanego słowa. Zastanowiła się, czy Shale przypominała sobie te okolice.
— Kim właściwie był ten Caridin? — mruknęła, przenosząc wzrok na Oghrena.
— Idolem Brandy i najsłynniejszym patronem pochodzącym z kasty kowali. Tylko on znał tajemnicę Kowadła.
— Wiesz zatem, dokąd się teraz udać? — ciągnęła, nagle przestraszona wizją podróży na ślepo; mieli do wyboru więcej korytarzy, w końcu znaleźli się na skrzyżowaniu.
— Jo — przytaknął ochoczo. — Branda wykopała jakieś mapy dawnego imperium. Ciężko powiedzieć, bo sporo tuneli się zawaliło, ale z tego, co widzę, jesteśmy na właściwej drodze do thaigu Ortana. — Potarł rudą brodę zaplecioną w dwa opadające na pierś warkocze.
— Widziałeś już jakieś ślady Brandy? — zmartwiła się, uzmysłowiwszy sobie, że nawet przy pomocy Oghrena mieli marne szanse na odnalezienie zaginionej patronki.
— Ani jednego, ale zaufaj mi, zobaczymy je na drodze do starego thaigu Ortana. — Machnął ręką, jakby cała ta sprawa była ledwie nieistotnym, drobnym utrudnieniem.
— Świetnie — westchnęła ciężko. — Ruszajmy.
— Kutwa, dwa lata czekałem, aż ktoś to powie — sapnął, wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, po czym jako pierwszy podążył chodnikiem.
W niemal nabożnym milczeniu skierowali się przed siebie. Ellen widziała po drodze kilka wyłomów prowadzących w boczne tunele, Oghren jednak tłumaczył im, że zbaczanie z raz obranej trasy to najprostszy sposób, by zgubić się na Głębokich Ścieżkach. Mimowolnie przypomniało jej się uwięzienie w Pustce, kiedy usiłowała odnaleźć drogę wśród zmiennych wysp za Zasłoną. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.
Przystanęła, ujrzawszy stojące przy murze tablice. Przechyliła głowę, próbując odczytać zamazane przez czas runy, ale wszystko zapisano po krasnoludzku.
— Oghrenie? — zagadnęła. — Co tu…?
Krasnolud obejrzał się przez ramię, sapnął z drobną irytacją i przyczłapał do niej. Zmrużył oczy, wpatrując się w symbole.
— Stój na zawsze. Strzeż drogi. Mrok najczarniejszy wytrzymamy — mruknął.
— A…? — zaczęła, wskazując bliźniaczą tablicę po drugiej stronie chodnika.
Oghren łypnął na nią sfrustrowany, westchnął ciężko i zbliżył się też do tego znaku. Ellen uśmiechnęła się zakłopotana, trochę speszona własną dociekliwością – nie sądziła jednak, by jeszcze miała okazję zgłębić krasnoludzką historię.
— Najciemniejsza ścieżka pełna jest smutku, lecz przejdę tę próbę — burknął Oghren i, nie czekając na podziękowania, ruszył w przód.
— Eee… tak — mruknęła zdezorientowana.
Kilka towarzyszy ją wyminęło, zanim podjęła wędrówkę. Powoli zaczynały boleć ją nogi – maszerowali już chyba pół dnia. Westchnęła, potarła kark i bez słowa skargi zrównała krok z milczącym Alistairem.
— W wiosce był pewien człowiek, który przypominał mi zapijaczonego krasnoluda — odezwała się Shale, przerywając ciszę.
Oghren obejrzał się na nią, unosząc krzaczaste brwi.
— Mieli krasnoludów takich jak ja? — spytał jakby zdziwiony.
— Nie — żachnęła się. — Żaden z krasnoludów nie był do niego podobny. Krasnoludy były spokojne i, z grubsza biorąc, cieszyły się powszechnym szacunkiem — stwierdziła, nie kryjąc się z krytyczną nutą. — Nie, ten, którego pamiętam, był człowiekiem. Ciągle wymiotował na ulicy. A później wybrał się gdzieś podczas burzy śnieżnej i zamarzł na śmierć — opowiedziała wyjątkowo suchym głosem.
Ellen aż się skrzywiła, przez kilka chwil współczując biedakowi.
— No i? — parsknął Oghren. — W jakim sensie był do mnie podobny?
— Powiedziałam podobny? — zdumiała się Shale. — Chodziło mi o to, że miałam nadzieję, iż był podobny.
Oghren zmarszczył czoło, pochmurniejąc.
— Wydaje mi się, że miałem kiedyś żonę taką jak ty — burknął.
— Stwórco — stęknęła Ellen.
Dotarli do zakrętu – podążyli wyznaczoną przez chodnik drogą, by niespodziewanie ujrzeć uzbrojoną grupę krasnoludów. Drużyna stanęła jak wryta, zszokowana widokiem kogoś żywego tak głęboko pod ziemią, daleko od zwykle używanych korytarzy Głębokich Ścieżek. Wojownicy zerwali się z bruku, na którym się wygodnie rozsiedli. Ellen mimowolnie poczuła ukłucie zazdrości.
— Spójrzcie, kogo my tu mamy… — rzucił jeden z krasnoludów, odwróciwszy się. — Paru pomagierów Harrowmonta… Pokażmy im, kto tu jest królem! — wykrzyknął, dobywając broni.
Ellen zatkało. Stawało przed nimi sześciu wojowników. Sześciu. Ich drużyna miała miażdżącą przewagę, a mimo to krasnoludy – najpewniej wynajęte przez kogoś w Orzammarze, może nawet samego Bhelena – nie wahały się z atakiem. Jakby wierzyły we własną niezniszczalność.
Pierwszy ruszył na wroga Oghren, ryknąwszy ochryple. Jego ciężki topór świsnął w powietrzu, spadając na napierśnik stojącego najbliżej przeciwnika. Po nim zareagowali pozostali towarzysze – Sten, Shale, a także Alistair. Ellen chwyciła ramię Zevrana i pociągnęła go w tył, zanim skoczył do walki.
— Daj spokój, to będzie rzeź — mruknęła, obserwując starcie.
Powietrze przeszyły strzały Leliany, wbijając się w szczeliny między płytami pancerzy krasnoludów. Zwycięstwo przypieczętował czar rzucony przez Morrigan, który zamknął ostatniego wojownika w mroźnym uścisku. Szron osiadł nawet na brodzie Oghrena, dlatego ich towarzysz zaczął zaciekle prychać.
— Co ich podkusiło? — zastanowił się Alistair, wycierając miecz ze świeżej krwi. — Przecież nie mieli szans.
— Jo — zgodził się krasnolud. — Ale zawsze dobrze sprawdzić.
Alistair zerknął na niego bez przekonania, jednak nie podjął dyskusji. Upewniwszy się, że nikomu nic się nie stało, wyminęli skromne, teraz opustoszałe obozowisko i ruszyli w dalszą drogę przez cichy, pusty korytarz.
O ile wcześniej Ellen przeszkadzała ciasna przestrzeń, tak niespodziewanie zaczęła czuć się nieswojo przy takiej swobodzie. Na Rozstajach Caridina skały wznosiły się dopiero za korytem lawy, a mury pełniące rolę balustrad sięgały jej ledwie do bioder. Dokoła było mnóstwo powietrza – stojącego i trochę stęchłego, ale nadającego się do oddychania. Mimo to zaczęła ją boleć głowa.
Doszła do wniosku, że to nie była kwestia ani wąskich tuneli, ani większych przestrzeni. Po prostu znienawidziła podziemia.
Podczas jednostajnej wędrówki wypatrzyła jeszcze dwa znaki, o których tłumaczenie uprosiła Oghrena. Zrezygnowany krasnolud z godnym podziwu poświęceniem odczytał zatarte przez czas runy, mamrocząc przy tym wiele przekleństw. Sentencje głosiły między innymi „Śpiewajcie na chwałę Kamienia. Niech przyjmie nas z otwartymi ramionami”  oraz „Ci, którzy powrócą na łono Orzammaru, otrzymają schronienie”. Najtrudniejszym wyzwaniem okazał się wyjątkowo zadrapany znak. Oghren głowił się nad nim prawie kilka minut, drapiąc się po brodzie.
— Ale tu napieprzono — skomentował rozeźlony.
Po tej iście heroicznej bitwie Ellen mogła usłyszeć ostateczny werdykt: „Patron Elahen zginął, by położyć te kamienie”. Już otwierała usta, by zapytać o tożsamość tajemniczego krasnoluda, ale Oghren łypnął na nią tak ponuro, że zaniechała pomysłu. Wydęła usta i urażona skierowała się do rozbawionego Alistaira.
Spokojna wędrówka dobiegła wreszcie końca. Po przejściu następnego zakrętu drużyna odkryła, że korytarz się zawalił – rozległe rumowisko zagradzało dalszą drogę. Wyglądało na to, że znaleźli się w ślepym zaułku; mogli jeszcze zawrócić, ale co by im to dało? Przestraszona Ellen zagryzła wargę – powinna była się domyślić, że nic nie przyjdzie łatwo. Tylko jak sobie poradzą z tym problemem?
— No to szukamy obejścia — zdecydował Oghren.
— Da się tak? — zmartwiła się Ellen.
— Jo. Albo i nie. — Wzruszył ramionami i zawrócił.
Ellen zmarszczyła czoło, ale nie oponowała. Podążyła za nim, wymieniwszy spojrzenia z przyjaciółmi. Nie mieli przecież wyboru, prawda? Postanowiła zaufać osądowi Oghrena – może i pochopnie.
Po cofnięciu się krasnolud wypatrzył węższe przejście wybite w jednej ze skalnych ścian. Zarządził wgramolenie się tam, co wszyscy w desperacji uczynili. Znów otuliła ich niemal klaustrofobiczna ciemność, którą na szczęście szybko rozjaśniła magia Morrigan oraz Wynne. Niewielki tunel wił się licznymi zakrętami, przez co Ellen szybko straciła orientację; nie wiedziała już, czy szli przed siebie, czy zawrócili. Oghren wydawał się zaskakująco pewny siebie.
— Słyszeliście? — spytał Zevran, kiedy przeszli do szerszej partii korytarza, gdzie dało się złapać głębszy oddech.
— Co? — mruknął Alistair, zerknąwszy na niego.
— Skrobanie — stwierdził powoli. — Albo… tupanie?
— Nie strasz mnie — żachnęła się Ellen, posyłając mu miażdżące spojrzenie. — To nie jest śmieszne.
— Nie jest mi do śmiechu.
Ellen zerknęła na Alistaira, szukając pocieszenia, Strażnik jednak również skupił się na słuchaniu czegoś, co pozostawało dla niej nieuchwytne.
— Faktycznie — zgodziła się Leliana. — Dziwne.
— Kutwa — skomentował Oghren, zatrzymawszy się u wejścia do większej groty.
— Kutwa? — powtórzyła Ellen. — „Kutwa” co? Zawalisko? Koniec trasy? Świata? Branda? Pomioty? — wyliczyła nerwowo.
— Lepiej chodźmy szybciej — zaproponował, puszczając jej pytania mimo uszu.
Ellen chciała się już żachnąć, wypadłszy z korytarza za Oghrenem, jednak zatrzymała się, kiedy Morrigan chwyciła jej łokieć. Spojrzała na nią pytająco, nie rozumiejąc, co było powodem tego niecodziennego zachowania.
— Tam. — Morrigan skinęła w stronę zaciemnionej części komory.
Ellen wpatrzyła się w mrok, mrużąc oczy, bo magiczne światło przekłamywało kształty. Wtedy rozbłysły na krótką chwilę ślepia – para w ciągu jednego uderzenia serca zmieniła się w niemalże dziesiątki żarzących się punkcików. Ellen cofnęła się pół kroku.
— Skórkowańce cholerne, otoczyły nas — warknął Oghren.
Świetliste oczy wpatrywały się w nich z obrzeży całej groty, tylko czekając na dobrą okazję do ataku. Ellen usłyszała cichy szmer dobywanej broni i sama sięgnęła do sztyletów, z trudem przełknąwszy ślinę.
Nie sądziła, by dało się znielubić podziemia jeszcze bardziej niż w tamtej chwili.
Stworzenia zaatakowały jednocześnie, niczym na umówiony sygnał. Ellen cofnęła się kawałek, kiedy na kamienie skapnęła dziwna, zielonkawa maź wyciekająca z rozdziawionych pysków zwierząt. Przyjrzała się fioletowawym istotom, z zaskoczeniem orientując się, że gdzieś już je widziała – chyba w podziemnej siedzibie Kartelu.
— Co to?! — zawołała, pytanie kierując do Oghrena.
Drapieżniki z niskimi, dziwnymi pomrukami doskoczyły do ich nóg, próbując przyssać się do nich okrągłymi otworami gębowymi. Pierwsze wysokie piski wypełniły grotę, kiedy wojownicy przystąpili do kontrataku.
— Głębinowce, psia je mać!
Ellen skrzywiła się, przypomniawszy sobie opowieść strażnika z Orzammaru. Zaraz musiała się skupić na walce. Niewielkie gady poza uzbrojonymi w kilka szeregów zębów szczękami oraz jadem nie dysponowały żadną groźną bronią. Ellen skojarzyło się to z ostatnim radosnym dniem w Wysokożu, kiedy Shegar znalazł kilkanaście wielkich szczurów. Ogarnęły ją mdłości, ledwie ujrzała, jak Shale zgniatała zwierzęta ciosami potężnych pięści. Oghren, rechocząc, zataczał wielkim toporem szerokie łuki, jakby kosząc głębinowce.
Natarcie skończyło się równie szybko, co się rozpoczęło. Ellen przyjrzała się rozciągającym się dokoła trupom i poczuła, że robiło jej się niedobrze. Nie miała problemów z zabijaniem pomiotów czy ludzi, ale kiedy musiała mierzyć się ze zwierzęciem, ogarniały ją wyrzuty sumienia. Czym prędzej zarządziła podjęcie marszu.
Im dalej zagłębiali się w korytarze, tym częściej napotykali głębinowce – jednak już w niewielkich grupkach. Zdawało się, że wszystkie gady z okolicy przypełzły do nich, licząc na łatwy łup, o który było trudno na Głębokich Ścieżkach. Niedługo grupę ogarnęło znużenie, nawet magiczne światła przygasły, zdradzając zmęczenie czarodziejek. Ellen z wytęsknieniem wyczekiwała, aż Oghren zaproponuje postój – miała wrażenie, że maszerowali dłużej, niż powinni.
— Oghrenie — odezwała się, kiedy wędrówka się przedłużała, a ich oczom nie ukazał się wytęskniony chodnik Rozstajów Caridina — jesteś pewien, że nie zabłądzimy?
— Jeśli nie zboczymy z tej trasy, będzie dobrze — zapewnił, wzruszywszy ramionami. — Można zawsze zawrócić.
— No tak — mruknęła bez przekonania, zerkając na niego z góry.
Nadal nie mogła przywyknąć, że w drużynie trafił się ktoś niższy od niej.
— Zbliżają się godziny nocne — dodał po krótkim milczeniu, kiedy za ich plecami rozległo się głuche stęknięcie.
Ellen obejrzała się przez ramię, by odkryć, że to Alistair potknął się na nierówności i prawie się wywrócił. Uśmiechnął się do niej krzywo, rozcierając obite ramię, którym wpadł na kamienną ścianę.
— Może powinniśmy rozbić obóz? — zwróciła się do Oghrena. — Wszyscy padamy z nóg, przy najbliższej walce pożałujemy naszego uporu.
— Jo. Trzeba — burknął. — Tylko żebyśmy, kutwa, jutro znaleźli dobrą drogę.
Ellen uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ogarniały ją coraz bardziej ponure myśli, którymi jednak nie zamierzała się z nim dzielić. Poleciła mu rozglądać się za dobrym miejscem na nocleg, bo sama nie potrafiła ocenić, który zakątek cholernych podziemi nadawał się do snu. Wszystko wyglądało podobnie zniechęcająco.
Zajęło to niecałą godzinę, zanim przystąpili do przygotowań obozowiska. Oghren wybrał głębszą nieckę w kolejnej pustej grocie. Zabrali się do rozkładania koców oraz przyrządzania kolacji. Ellen ciągle miała wrażenie, jakby czegoś zapomnieli – tutaj przypadało im mniej obowiązków, nie należało martwić się o zwierzęta czy Bodahna.
Podczas gdy Alistair z pomocą Leliany szykował skromny posiłek, Ellen ruszyła wzdłuż kamiennej ściany, chcąc się trochę rozejrzeć. Nie zamierzała odchodzić daleko, zwyczajnie postanowiła odnaleźć cokolwiek przyjemnego w okolicy, by trochę pocieszyć ogarnięty czarnymi myślami umysł. Kręcąc się wśród skał i co chwilę zerkając przez ramię, ku obozowisku, natrafiła na lśniące kamienie. Przykucnęła przy nich zaciekawiona, objęła kolana ramionami i przechyliła głowę.
Zorientowała się, że jasnobłękitne kryształy wyglądały podobnie do tych, które tkwiły zatknięte w ramionach Shale. Przypomniała sobie opowieść o badaniach prowadzonych przez Wilhelma – po drobnym zawahaniu sięgnęła do kamieni i spróbowała wysunąć je spomiędzy skał. Szarpała się chwilę albo dwie, ale wreszcie kryształy puściły z cichym zgrzytnięciem. Ellen zauważyła, że zachowywały się jak grzyby – w głazie utkwił krótki koniec kamyka, jakby miał potem odrosnąć. Wzruszyła ramionami i czym prędzej zawróciła do obozowiska, w objęciach trzymając znalezione kryształy.
Shale siedziała na obrzeżu, przyglądając się krzątającym się wojownikom. Nie rozbijali tu namiotów, dlatego mogła całymi godzinami obserwować towarzyszy, by się nie zanudzić. Ellen zbliżyła się do niej, posławszy jej niepewny uśmiech. Bez słowa wyciągnęła ręce ze znaleziskiem.
— Ach… — mruknęła, ujrzawszy kamienie. — Widzę, że znalazła parę kryształów, o których jej opowiadałam. Dobra robota! — ucieszyła się.
— Mogę spróbować? — spytała ze śmielszym uśmiechem, ruchem brody wskazując jej ramiona.
Shale przytaknęła. Podejrzliwie obserwowała, jak Ellen usuwała połamane, wyblakłe kryształy, a na ich miejsce wsuwała te znalezione. Robiła to bardzo precyzyjnie, przy czym kilkukrotnie potrafiła zmienić położenie jednego z kamieni, zupełnie jakby jego umiejscowienie stanowiło jakąkolwiek różnicę. Kiedy skończyła, zadowolona otrzepała ręce.
— No i? — rzuciła Shale, uniósłszy ramiona, by przyjrzeć się zmianom. — Co sądzi? Nie wydaję się przez nie szersza? Bo moim zdaniem i tak jestem już zbyt szeroka.
Ellen uśmiechnęła się. Nie sądziła, że Shale przejmowała się takimi sprawami.
— Nie, moim zdaniem raczej cię wyszczuplają — zapewniła.
— To chyba dzięki temu pionowemu wzorkowi, w jaki je ułożyła — zamruczała, przechyliwszy głowę. — Wiedziała, jak to się robi? Musiała wiedzieć — zawyrokowała, zanim się odezwała. — Myślę, że powinna jak najszybciej znaleźć kolejne. Chcę błyszczeć od ucha do ucha… że się tak wyrażę!
Ellen roześmiała się cicho i skinęła głową.
— Będę się za nimi rozglądać — obiecała. — Ale na razie pójdę coś zjeść — dodała, spojrzenie zwróciwszy na Alistaira oraz Lelianę.
Dołączyła do nich, podziękowała za posiłek i zabrała się do skubania pajdy chleba, kawałka sera oraz suszonego mięsa, którymi żywili się od dłuższego czasu. Oghren odradził rozpalania ogniska ze względu na gorszą wentylację tunelów. Obiecał, że jeśli korytarz będzie w dobrym stanie, da im znać, iż wolno zjeść coś na ciepło. Tymczasem musieli zadowolić się suchym prowiantem.
Powoli wszyscy zawijali się w koce i udawali się na spoczynek. Brakowało beztroskiej, przyjaznej atmosfery, którą dało się cieszyć na powierzchni – wszystkich przygnębiały nieprzemijające ciemności oraz ciężar zadania do wykonania. Ellen w ciszy obserwowała, jak każdy po kolei oddalał się do własnego zacisza i kładł się spać. Przesuwając wzrokiem po przyjaciołach, dostrzegła siedzącego na uboczu Alistaira. Przechyliła głowę, zaskoczona tym widokiem – zwykle wolał przebywać wśród innych. Podniosła się i ruszyła w jego stronę.
Na jej widok uśmiechnął się lekko, otrząsnąwszy się z zamyślenia, i wyciągnął ku niej dłoń, by ostrożnie dotknąć jej policzka. Zarumieniła się, ale ochoczo się przysunęła, pozwalając się objąć. Oparła się na jego ramieniu i zapatrzyła się przed siebie, zastanawiając się, nad czym mógł się głowić. Przypomniała sobie wcześniejsze rozmowy z Lelianą czy Morrigan i niespodziewanie pojęła, że nawet nie wiedziała, czy kiedykolwiek był z kimś, a raczej – czy spędził z kimś noc.
Nie miała pojęcia, jak o to spytać. Wszyscy założyli, że razem z Alistairem spędzała upojne noce, podczas gdy czuła się jak zagubiona, mała dziewczynka. To nie tak, że o tym nie myślała, ale dorastała w przeświadczeniu, że pierwsze takie zbliżenie najpewniej nastąpi dopiero po ślubie. Teraz łapała się na tym, że niekiedy jej myśli wędrowały ku Alistairowi w niegrzeczny sposób. Zarumieniła się na samo wspomnienie niektórych z nich.
— Skoro wychowywałeś się w Zakonie, to czy nigdy…? — zaczęła cicho, ująwszy jego dłoń, żeby zacząć się bawić jego palcami.
Alistair oderwał wzrok od przestrzeni i otrząsnął się z zadumy. Spojrzał na nią zaskoczony.
— Nigdy…? — powtórzył, ale zanim spróbowała wyjaśnić, na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. — Nigdy co? — nacisnął z nutą złośliwości, uśmiechnąwszy się triumfalnie. — Nie miałem pary porządnych butów?
Ellen spurpurowiała na twarzy. Nie rozumiała, dlaczego nagle nie potrafiła wykrztusić z siebie tak prostych słów: że miała na myśli seks. Zająknęła się spanikowana.
— Wiesz, o co mi chodzi — burknęła, coraz natarczywiej wyginając jego palce, czym się zupełnie nie przejmował.
— Nie jestem pewien — mruknął. — Czy widziałem bazyliszka? Jadłem szynkę w galarecie? Lizałem w zimie uliczną latarnię? — wyliczał dalej.
Ellen wydęła usta, pochmurniejąc.
— Teraz to się ze mnie nabijasz — poskarżyła się, ostentacyjnie puszczając jego dłoń.
— Nabijam się z ciebie, droga pani? — spytał z uprzejmym zdumieniem, od razu mocniej ją objąwszy, jakby uznał, że mogła uciec. — Nic z tych rzeczy. Cóż, powiedz mi, czy ty lizałaś w zimie uliczną latarnię? — Przechylił głowę, żeby na nią spojrzeć.
Ellen popatrzyła mu prosto w oczy, zachowując powagę. Nie była pewna, jak powinna rozumieć to pytanie. Bardzo powoli odparła:
— Nie, nigdy nie lizałam zimą ulicznej latarni.
— To dobrze — stwierdził, prostując się. — Słyszałem, że to dość bolesne. Pamiętam, jak jednego z naszych nowicjuszy podpuszczono, żeby to zrobił, a później było dużo pokazywania palcami i dużo śmiechu… — opowiedział, uśmiechnąwszy się z rozbawieniem. — Och, ta ludzka natura. Ja sam nigdy tego nie robiłem — dodał prawie od razu, dlatego Ellen spojrzała na niego skołowana, nie wiedząc już, o czym rozmawiali. — Tego. Nie żebym o tym nie myślał, oczywiście, ale… no wiesz.
— Nigdy nie miałeś okazji? — podsunęła niepewnie.
— Cóż, życie w Zakonie jest… inne od życia niesfornych chłopców — mruknął. — Nauczono mnie, jak być dżentelmenem, szczególnie w obecności kobiet tak pięknych jak ty. To chyba nie tak źle, co? — rzucił przekornie i odgarnął z jej czoła kosmyki krótkich włosów.
Ellen spojrzała na niego zaskoczona; serce zabiło szybciej, a oddech uwiązł w piersi. Zupełnie nie nawykła do słuchania komplementów.
— Uważasz, że jestem piękna? — spytała cicho.
— Oczywiście, że jesteś, i dobrze o tym wiesz — odparł rozbawiony i przesunął palcem po jej nosie, uśmiechając się czule. — Jesteś czarująca, zaradna i wszystkie te inne rzeczy, o których powinienem wspomnieć, bo w przeciwnym razie zrobiłabyś mi pewnie krzywdę — skwitował wesoło.
Zarumieniła się i spuściła wzrok. Nawet podziemia przestały być aż tak ponure oraz niegościnne, kiedy siedzieli razem, rozmawiając.
— Nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy — szepnęła.
Alistair wsparł czoło na jej głowie, chowając nos w jej włosach. Gorący oddech połaskotał ją w szyję, przyprawiając o przyjemną gęsią skórkę.
— Ani ja tobie — zamruczał do jej ucha.
Zapadła chwila ciszy, podczas której Ellen miała wrażenie, że bicie jej serca można usłyszeć dosłownie w całej komorze.
— Wracajmy do pozostałych, chyba że chcesz, żeby mi się uszy zaczerwieniły ze wstydu — zaproponował i wyprostował się, posyłając jej uśmiech.
Zakłopotana skinęła głową, przyjęła oferowaną rękę i z pomocą Alistaira podniosła się z ziemi. Zawrócili do obozowiska, idąc ramię w ramię, ale już milcząc. Ellen ogarnął przyjemny, kojący spokój, którego nie mógł zniszczyć nawet pobyt na Głębokich Ścieżkach.

2 komentarze:

  1. Super bardzo mi się ten rozdział podobał. Tyle Alistaira.....myślenie o nim w niegrzeczny sposób.Ellen nie ładnie. Mam do ciebie pytanie podczas podróży do Ostagaru bohaterowie znaleźli zbroję Cailana i miecz Marica. Ubrali w nie króla przed spaleniem czy nie? Jeśli nie to by oznaczało że mają je przy sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ellen zdecydowanie nie czuje się pewnie na Głębokich Ścieżkach, to się przykleja do kogo może, taki typ.
      O ile dobrze pamiętam, zabrali to ze sobą, ale zostawili z Bodahnem? Strażnicy mają na sobie zbroje Strażników.

      Usuń