środa, 10 sierpnia 2016

Rozdział 1.101 - Rozstaje Caridina



— Czy my na pewno wiemy, co robimy?
Ellen przystanęła na moment, a w jej ślady poszli pozostali. Również maszerujący z przodu Oghren wreszcie się zorientował, że nikt poza nim nie parł w przód. Obejrzał się z irytacją, ale powstrzymał się od komentarzy.
— Jeśli masz lepszy pomysł, Zev, czekamy — burknęła niezadowolona Ellen, patrząc na niego nieprzychylnie.
Poddawał w wątpliwość ich kompetencje już kolejny raz od momentu wyruszenia i Ellen naprawdę poważnie zastanawiała się nad przyrżnięciem mu w ten jasny łeb. Oczywiście, że nie wiedzieli, co robili, maszerowali zupełnie na ślepo opuszczonymi, ciemnymi korytarzami, za przewodnika mając tylko zapijaczonego krasnoluda. To mogło się skończyć albo tragedią, albo cudem. Przynajmniej chyba byliby w stanie zawrócić do wyjścia i wydostać się z Głębokich Ścieżek.
— Nie, nie, tak tylko. — Machnął ręką, ostentacyjnie odwracając wzrok. — Po prostu myślałem, że ten korytarz się kiedyś skończy.
— Bo się skończy — parsknął Oghren. — Tylko trza przejść. Jeszcze trochę. Jo. Trochę. — Pokiwał głową.
— Słyszysz? Zaraz będziemy w domu — rzucił z odrobiną ironii Alistair, czym zasłużył sobie na pełne wyrzutu spojrzenie Ellen.
Strażniczka westchnęła i ruchem ręki dała Oghrenowi znać, by ruszał. Krasnolud podciągnął wyżej zsuwające mu się z tyłka spodnie, podejmując energiczny marsz. Ellen podążyła za nim, zawiesiwszy pełne smutku spojrzenie na majaczącej przed nimi ciemności. Mrok dokoła rozjaśniały jedynie zaklęcia rzucone przez Wynne oraz Morrigan. Wiedźma szła bardziej z tyłu, czarodziejka natomiast z przodu, by w miarę równomiernie rozłożyć jasność.
Wśród miarowego, trochę zrezygnowanego odgłosu człapania wielu par nóg niespodziewanie rozbrzmiał mocny, dźwięczny głos Shale. Ellen na moment zwróciła na nią spojrzenie, ale pojąwszy, że to nie do niej się zwracała, straciła zainteresowanie rozmową.
— Mam rozumieć, że siostra jest wyznawczynią tego „Stwórcy”? — spytała Shale, wzrok żarzących się oczu zawiesiwszy na idącej żwawo Lelianie.
— Jestem siostrą? — zdumiała się. — Och… to takie słodkie. To zupełnie tak, jakbyś była moją starszą siostrą albo bratem… albo czymkolwiek — dokończyła niezręcznie.
— Jestem stworzeniem kamienia. Wątpię, byśmy były spokrewnione w jakikolwiek sposób — skwitowała.
— Och, nie miałam na myśli niczego dosłownego! — zawołała pośpiesznie i zamachała rękoma. — Nie uważasz, że ludzie mogą być spokrewnieni duchowo?
— Zauważyłam, że ludzie mają skłonność do wierzenia w wiele rzeczy, które nie są prawdziwe, nawet jeśli dać im na nieprawdziwość dowód — odparła, wzruszając ramionami.
— Wierzenie w coś, kiedy nie ma na to żadnego dowodu, jest tym, na czym polega wiara, Shale — wytłumaczyła rozbawiona.
— Wierzenie w coś, kiedy nie ma na to żadnego dowodu, jest tym, na czym polega naiwność — sprostowała bardzo krytycznie.
— Więc jestem naiwna? — mruknęła Leliana, zmarszczywszy z dezaprobatą czoło.
— Ach, rozumiem, że już nie jesteśmy spokrewnione duchowo? — zainteresowała się złośliwie Shale, spojrzała na nią z góry, po czym z poczuciem wygranej przyśpieszyła kroku, dumnie zadzierając głowę.
— Zapomnij, że cokolwiek mówiłam — zaproponowała pod nosem Leliana, jeszcze bardziej pochmurniejąc.
Z przodu pochodu Oghren zwolnił kroku, aż wreszcie się zatrzymał. Ellen niemalże w niego wmaszerowała, nawet nie zauważywszy, że stanął. Zmieszała się tym odkryciem, ledwie wyhamowała przed jego plecami – ciekawe, czy inni jej nie dostrzegali na co dzień przez niski wzrost.
— Znowu głębinowce? — spytała zaniepokojona.
— Nie. Kutwa, to chyba… — urwał, mrużąc oczy. — Na skutwionych przodków, to chyba naprawdę jakieś wyjście!
Ellen wysoko uniosła brwi, by zaraz wytężyć wzrok. Zapatrzyła się w dal, licząc, że ujrzy to samo, co Oghren – potrzebowała jednak na to kilku długich chwil. Wypatrzywszy słaby blask, aż sapnęła ze zdumienia.
— Nie ma co się ociągać — zdecydowała. — Chodźmy.
— Jeśli wreszcie znaleźli wyjście, będę pełna podziwu — rzuciła zgryźliwie Shale.
— Nie ty jedna, przyjaciółko — zgodził się rozbawiony Zevran.
Ellen wydała z siebie bliżej niesprecyzowany, ale pełen dezaprobaty pomruk, postanawiając się nie odnosić do złośliwości przyjaciół. Skupiła się na energicznym maszerowaniu, uważając, by nie wyprzedzić Oghrena – nie chciała, żeby krasnolud się zirytował. W końcu jako przewodnik miał pełne prawo dotrzeć na miejsce jako pierwszy.
Po kilkudziesięciu metrach wędrówki ich oczy zalała zaskakująca jak na podziemia jasność. Ellen ujrzała dalszą część pięknych korytarzy Rozstajów Caridina – kamień lśnił lekko, odbijając blask przepływającej w bocznych korytach lawy. Tutejsze reliefy, a nawet stojące przy balustradzie znaki, wydawały się bardziej zniszczone przez czas niż te w obszarze zostawionym za plecami. Ellen, niewiele myśląc, zeszła z rumowiska, na którym stali, i podeszła do pierwszej z brzegu tablicy, przypatrując się wyrytym na niej symbolom.
— Wygląda na pomnik ku czci Patrona — odezwał się Oghren, stanąwszy u boku przywódczyni. — Jakiegoś dziecka. Patrona.
Ellen skinęła głową i przyjrzała się korytarzowi. Część towarzyszy spoglądała w lewo, część w prawo, co uświadomiło jej, że stanęli przed bardzo trudnym wyborem do dokonania. Poczuła wstępujący na skronie pot zdenerwowania.
— W którą stronę teraz? — spytała cicho, czując, jak zasychało jej w ustach.
Alistair wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale opuścił zrezygnowany ramiona i przemilczał. Ellen popatrzyła na pozostałych, ale nikt nie kwapił się, by jej doradzić.
— Dobre pytanie — skomentował Oghren.
Ellen przemilczała ten wkład w rozwiązanie problemu. Przeszła kilka kroków w lewo, spoglądając w ciągnący się w dal korytarz, potem przeniosła wzrok na prawą stronę. Serce coraz ciężej biło w piersi, prawie pozbawiając ją tchu. Cała odpowiedzialność spoczywała na jej barkach. Jakim cudem mogła…?
— Strażniczko — odezwał się Oghren; jego ton sprawił, że Ellen poczuła przypływ nadziei. — To mi wygląda na symbol Brandy.
Dopadła do niego i prawie runęła na kolana, żeby zobaczyć wydrapany w kamiennej nodze znaku kształt. Nad nią pochylił się Alistair.
— Na oddech Stwórcy, naprawdę? — wykrztusiła Ellen, czując, że opuszczało ją wrażenie beznadziejności.
— Jo. To jej sposób oznaczania trasy — przytaknął Oghren. — Trza znaleźć taki kolejny. Gdzieś cholera musi być.
— Rozdzielmy się i poszukajmy — zdecydowała, ostrożnie się podnosząc, żeby nie uderzyć Alistaira. — Za kwadrans spotkajmy się tu z powrotem. Nie skręcajcie w żadną stronę — zastrzegła.
Pozostali pokiwali głowami. Zanim się rozeszli, Ellen dogoniła Alistaira. Razem z nim oraz Wynne udali się w prawo, by rozejrzeć się po tamtej stronie. Dokoła zapadła cisza, nie słyszeli już nawet kroków odchodzących towarzyszy. Ellen rozglądała się po korytarzu, zachwycona urodą tego miejsca pomimo jego skrajnego zaniedbania.
— Widzę chyba ścianę — mruknęła po chwili, przeniósłszy wzrok przed siebie.
— Zbliżmy się i upewnijmy — zaproponowała Wynne, posławszy jej ciepły uśmiech. — Nie chcielibyśmy dać się wprowadzić w błąd.
Alistair przyjrzał się jej przeciągle, unosząc brew. Kobieta to zignorowała, tylko Ellen zerknęła na niego pytająco.
— Powiedz mi, Wynne, masz jakieś dzieci? — spytał zupełnie niespodziewanie. — Wnuki? Nie wiem, prawnuki?
Ellen aż się zakrztusiła, podobnie zaskoczona co Wynne. Czarodziejka jednak lepiej zapanowała nad emocjami.
— Co skłoniło cię, by myśleć, że w ogóle mam jakieś dzieci? — mruknęła trochę rozbawiona.
— I dlaczego pytasz o to w tym momencie? — uzupełniła zdruzgotana Ellen.
— Musisz wiedzieć, że spędziłam większość życia w Kręgu Maginów — ciągnęła Wynne, położywszy dłoń na ramieniu Ellen, by ją uciszyć.
— Przypominasz mi po prostu babcię, nie wiem. — Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Ellen lekko, co miała najwyraźniej potraktować jako odpowiedź na swoje pytanie.
— Chyba uznam to za komentarz odnośnie mojego zachowania, nie wieku — mruknęła pod nosem Wynne.
— Magom nie zabrania się zawierać związków małżeńskich i w ogóle, prawda? To nie jest takie dziwaczne pytanie — żachnął się nieco oburzony.
— Nie? — rzuciła Wynne. — Jaki człowiek poślubiłby maga, jak myślisz?
Ellen pomyślała, że to brutalne podejście do sprawy. Z drugiej strony prawdopodobnie wynikało z doświadczenia, zatem trudno się Wynne dziwić. Mimo to poczuła się źle, uświadomiwszy sobie, że wszyscy utalentowani magicznie ludzie borykali się z takim wykluczeniem społecznym. Nie wyobrażała sobie skreślenia kogokolwiek tylko dlatego, że potrafił coś odmiennego od większości.
— A co z innym magiem? — podsunął triumfalnie Alistair. — W Kręgu jest tyle samo kobiet co mężczyzn z tego, co widziałem.
— Ten rodzaj związku jest… niemile widziany — wytłumaczyła. — Aczkolwiek to nas nie powstrzymuje przed… szukaniem czyjegoś towarzystwa od czasu do czasu.
Ellen wypuściła z cichym świstem powietrze, próbując nie zastanawiać się za bardzo nad jej słowami – jeszcze zaczęłaby sobie coś wyobrażać, niech Stwórca broni, i już nigdy nie spojrzałaby na Wynne tak samo.
Podobnie musiał myśleć Alistair.
— Ja... — zaczął, jednak szybko urwał. — No dobra, niespodziewanie już nie przypominasz mi babci aż tak.
— To dobrze — mruknęła zadowolona z siebie.
Dotarli do celu, którym okazało się skrzyżowanie korytarzy. Ellen prawie jęknęła. Droga rozgałęziała się w dwie strony – na lewo oraz prawo. Jak niby mogli wiedzieć, którą z nich wybrać? Zazgrzytała zębami, zastanawiając się, w jakich miejscach Branda zostawiłaby swoje symbole.
— Przyjrzyjmy się murom — zaproponowała, samej ruszając ku prawej stronie.
Alistair oraz Wynne pomaszerowali wykonać polecenie. Ellen przyklękła na ziemi, zaczęła przesuwać palcami po nierównych ciosach, ale jej myśli niespodziewanie uciekły od aktualnego zadania. Zmarszczyła czoło, zmagając się z dziwnym, znajomym wrażeniem otumanienia. Głowa zapulsowała tępym bólem.
— Co jest? — mruknęła sfrustrowana i podniosła wzrok, przestając się wpatrywać w szare głazy, z których stworzono balustradę.
Popatrzyła w półmrok korytarza, zastanawiając się, czy umysł płatał jej figle, czy naprawdę dostrzegła tam ruch. Powoli, na ugiętych nogach wstała, instynktownie skupiając myśli na ćmieniu w skroniach, by spróbować je wyostrzyć. I dopiero wtedy, kiedy włożyła w to więcej wysiłku, dotarło do niej, że tym, co słyszała, nie była szumiąca w uszach krew, ale szepty zbliżających się pomiotów.
— Jasna du… — zaczęła, cofając się pół kroku.
— Ellen! — rozległ się ostry głos Alistaira.
Najpewniej już się zorientował, w co się wpakowali. Ellen z rozbawieniem uzmysłowiła sobie, że bardzo często musiał na nią warczeć za niekompetencję oraz niezwykłego pecha. Nie rozumiała, jakim cudem nadal była uznawana za przywódcę tej barwnej zgrai.
Wycofała się do Alistaira w momencie, w którym pierwsze strzały przeszyły powietrze. Strażnik przycisnął ją do siebie, chowając oboje za dobytą w pośpiechu tarczą; groty zadudniły o drewno, odbijając się od niego.
— Ile ich jest? — spytała nerwowo.
— Tuzin. Około — odparł, nie opuszczając osłony. — Wynne pobiegła zawiadomić resztę. Poza tym znaleźliśmy symbol.
— Czyli zostaliśmy we dwoje? — spróbowała się upewnić, niepewnie wychyliwszy głowę zza tarczy.
— Mhm.
— Prawie jak za starych, dobrych czasów — mruknęła z przekąsem, uśmiechnęła się do niego, po czym wyślizgnęła się z jego objęć, dobywając broni.
Tuzin pomiotów był niejakim problemem, ale niczym, z czym by sobie nie poradzili. Poza tym stary wróg sprawił, że poczuła się pewniej, niemalże jak w domu – w końcu pomioty kojarzyły się jej z powierzchnią, wiedziała też, jak z nimi walczyć. Inaczej niż z głębinowcami czy groźnymi wojownikami na Arenie.
Natarli na potwory ramię w ramię, spokojni oraz pewni. Pomioty w pierwszej chwili były zaskoczone oporem i nie potrafiły się zorganizować do lepszej obrony – Ellen powaliła trzy, zanim musiała skryć się pod ramieniem Alistaira, w bezpiecznym zasięgu tarczy. Tak samo dobrze radził sobie Strażnik.
Zostały jeszcze cztery pomioty, kiedy nadeszli pozostali. Powietrze zaiskrzyło od zbierającej się magii, a potem trzasnęło, wypuszczając z nicości potężny ładunek elektryczny.
— Lepiej późno niż wcale! — zawołała Ellen, otarłszy pot z czoła; jej usta same się śmiały. — Nie śpieszyliście się!
Alistair uśmiechnął się krzywo i wyrwał kilka sterczących z tarczy strzał, przeszywając spojrzeniem ciemność.
— Wreszcie spotykamy mroczne pomioty i jest ich tylko garstka? — zdumiał się Zevran, szturchnąwszy stopą jedno z trucheł.
— Kiedy zaczyna się Plaga, liczba pomiotu na Głębokich Ścieżkach drastycznie spada — poinformowała ozięble Morrigan. — To najlepszy czas dla krasnoludów.
— Jo — przytaknął Oghren, wyraźnie zmartwiony, że ominęła go taka przednia zabawa. — To co, idziemy w…
— Chwila — warknął Alistair, przerywając mu.
Ellen zwróciła na niego spojrzenie, marszcząc czoło. Alistair cały spięty wpatrywał się w korytarz, zupełnie jak wtedy, gdy brnęli przez Głuszę Korcari. Z trudem powstrzymała się od chwycenia go za łokieć, kiedy wśród wspomnień ujrzała zmasakrowany królewski zwiad, w którym miał znajdować się jej brat.
— To nie koniec. — Przeniósł wzrok na Ellen, marszcząc czoło.
Strażniczka szeroko otworzyła oczy. Cofnęła się pół kroku, by spojrzeć na pozostałych, ale nie mogła pozbierać myśli, by coś zdecydować. Doskonale wiedziała, że każdy, kto nie był w Straży, mógł się zarazić Plagą roznoszoną przez pomioty. Jeśli tylko zostaną ranni albo ich krew dostanie się do ich organizmu…
— Ile? — wykrztusiła, nie potrafiąc skupić się na szeptach w tyle umysłu.
— Dużo. Sporo.
— Rozstawić się ku korytarzom! — zawołała, odzyskawszy panowanie nad głosem. — Leliana, Wynne, Morrigan, każda w jednej grupie! Oghren, Sten, Shale, wy tak samo! Alistairze — chwyciła przedramię młodzieńca i spojrzała mu w oczy — wesprzyj grupę z Oghrenem. Ja zostanę z Lelianą.
Już chciał się żachnąć, ale nie pozostawiła mu okazji. Puściła jego rękę i czym prędzej przeszła na wysokość Leliany, ustawiając się przy Stenie. Zevran z własnej woli dołączył do grupy z Shale oraz Wynne. Wszyscy zastygli, wpatrując się w ciemność Rozstajów Caridina, skąd dobiegał niewyraźny, złowieszczy szmer przesuwających się wrogów.
Wreszcie pomioty się wyłoniły. Nadeszły z każdej strony, było ich zdecydowanie więcej niż przed chwilą. Ellen i Alistair musieli trafić na oddział zwiadowczy. Strażniczka wymieniła spojrzenie z Lelianą. Kiedy przyjaciółka naciągnęła cięciwę, nie czekając na Stena, Ellen sama skoczyła między wrogów, chcąc skupić ich uwagę na sobie. Jeśli zostanie ranna, nie groziła jej śmierć w męczarniach – chyba że cios byłby bardzo groźny.
Słyszała za plecami szczęk broni, jednak zmusiła się, by nie sprawdzać co u przyjaciół. Natarła na pierwszego z brzegu genloka, zatopiła sztylet w jego gardle i szarpnęła, przeskakując za plecy stwora. Drugą broń wbiła w pierś atakującego hurloka. Gwałtownie uciekła w tył, unikając silnego ciosu mieczem, i znów dopadła do przeciwników. W ciemności nie widziała, jak wiele pomiotów nadeszło, przeliczenie ich na podstawie szeptów w tyle umysłu było dla niej niewykonalne – ledwo wyczuwała ich obecność.
Kiedy napór stał się trudny do powstrzymania, z pomocą nadszedł potężny miecz Stena. Dwuręczne ostrze rozpłatało brzuchy kilku najbliżej stojących pomiotów, a gryzący odór ich rozkładającej się posoki wdarł się do nozdrzy Ellen. Zamrugała, by pozbyć się czarnych plam sprzed oczu. Schyliła się, usłyszała tuż nad głową świst metalu, więc, nie prostując się, natarła na genloka. Pchnęła go w tył, przygwoździła do muru, po czym naparła mocniej, chcąc go przerzucić na drugą stronę. Potwór z przerażonym rykiem spadł za balustradę, a wrząca lawa dosłownie go pochłonęła. Ellen z trudem złapała oddech, cofając się kilka chwiejnych kroków.
Kiedy wyczuła zagrożenie, broń już spadła na jej kark. Spróbowała się odwrócić i uskoczyć, ale hurlok runął na ziemię z cichym rzężeniem. Ellen spojrzała zdumiona na strzałę sterczącą z jego karku, uniosła wzrok na Lelianę, po czym skinęła z wdzięcznością głową.
Walka zajęła kilkanaście następnych minut. Kiedy żaden następny pomiot nie nadciągnął z ciemności, Ellen pozwoliła sobie na opuszczenie broni. Odetchnęła, czując, jak drżały jej nogi. Zwróciła wzrok ku pozostałym. Wyglądało na to, że nikt nie ucierpiał – widziała Shale, Zevrana, Oghrena, Wynne kucającą przy Alistairze…
— O nie — wykrztusiła.
Rzuciła się do pozostałych biegiem. Wynne, dostrzegłszy jej spanikowany wyraz twarzy, uniosła uspokajająco ręce.
— To nic poważnego. Draśnięcie. Już prawie zasklepiłam — poinformowała, zanim Ellen zadała jakiekolwiek pytanie.
Strażniczka zająknęła się kilkukrotnie, ostatecznie pochyliła się nad uśmiechniętym krzywo Alistairem. Młodzieniec wzruszył zdrowym ramieniem.
— Takie tam. Strażnicze sprawy — mruknął rozbawiony. — Postaram się nie wykrwawić w najbliższej przyszłości.
— Byłabym wdzięczna — stwierdziła, niespokojnym wzrokiem obrzucając rękę, która została zraniona.
— Chodźmy dalej, zanim się te ścierwa zorientują, że nadal dychamy — zaproponował Oghren i machnął toporem, by wskazać kierunek.
Stojąca nieopodal Morrigan cofnęła się pół kroku, zacisnąwszy z dezaprobatą usta.
— To dobry plan — stwierdziła Ellen, chwytając łokieć Alistaira, by pomóc mu wstać, chociaż wcale nie potrzebował jej asysty. — Tam jest symbol Brandy. Możemy iść. Chodźmy.
Rozbawiony Alistair pogłaskał ją po głowie, widząc, że zupełnie nie mogła skupić myśli na wydawanych poleceniach. Oghren machnął na nią ręką i poszedł przodem.
Przestąpili nad rozsianymi po kamiennym chodniku trupami pomiotów, kierując się w rozjaśniany blaskiem lawy korytarz. Oghren maszerował śmiałym, kołyszącym się krokiem i Ellen po pewnej chwili go dogoniła. Zapewniona, że Alistairowi nic złego się nie stanie pod jej nieobecność, zrównała się z krasnoludem i w milczeniu zapatrzyła się przed siebie.
— Kolejne drogowskazy — odezwał się Zevran, przerywając ciężką ciszę.
Wskazał kształt w oddali. Ellen zmrużyła oczy, przechyliła głowę, po czym przytaknęła. Od razu przyśpieszyła kroku, chcąc zobaczyć, czy znajdowało się na nich cokolwiek przydatnego. Ostatecznie musiała zaczekać na Oghrena, bo w dalszym ciągu ni w ząb nie rozumiała krasnoludzkiego pisma.
Oghren chwilę posapał nad runami, w zamyśleniu szarpiąc rudą brodę, raz zarechotał krótko, a na koniec odchrząknął. Ellen spojrzała na niego z góry.
— Nasza przeszłość pełna jest straconych dróg, kopalń, thaigów i domów, które pochłonęły okropności wiecznej wojny — odczytał na głos. — I dopisali, że Harrowmont to kurzolub. — Znowu zarechotał.
— O, świetnie — mruknęła sceptycznie. — A jest coś godnego uwagi?
— Jo, znak Brandy. To chyba właściwe wyjście — zawyrokował takim tonem, jakby nie było to w żadnym razie istotne. — Niedługo ujrzymy thaig Ortana. — Wskazał zakręcający w dal korytarz, którym właśnie szli.
— Na oddech Stwórcy — westchnęła cicho. — Gdyby tam była Branda, wyrobilibyśmy się w tydzień.
Podejmując przerwany na chwilę marsz, miała nadzieję, że nie zapeszyła.

Skończyły się piękne Rozstaje Caridina i znów wkroczyli w ciasne, ciemne, bardzo kręte korytarze jaskiń. Maszerowali po nagiej skale gdzieniegdzie porośniętej dziwnymi roślinami, które wydzielały osobliwy odór – Ellen zaczęła się zastanawiać, czy nie zostały skażone pomiotami żyjącymi na Głębokich Ścieżkach. Na wszelki wypadek zabroniła komukolwiek ich dotykać.
Nie miała pojęcia, jak długo wędrowali. Cierpliwie czekała, aż Oghren zarządzi postój; krasnolud prawdopodobnie przeciągał zwyczajową długość marszu, licząc, że dzięki temu szybciej odnajdą jego żonę. Ellen postanowiła nie interweniować, póki nikt się nie skarżył. Najbardziej doskwierała monotonia – na Rozstajach Caridina przynajmniej można było coś podziwiać, tutaj niewiele dało się zobaczyć.
Kiedy Ellen myślała, że oszaleje przez przejmującą ciszę oraz wszechogarniającą nudę, usłyszała chrząknięcie. Obejrzała się przez ramię i natrafiła wzrokiem na uśmiechniętego lekko Alistaira. Strażnik bez słowa wskazał ruchem głowy Wynne – czarodziejka jakby nigdy nic zbliżyła się do maszerującego energicznie Zevrana.
— Zmieniłeś już zdanie? — zagadnęła Wynne, spoglądając w przestrzeń. — Porozmawiasz na poważnie?
— Na temat twoich piersi? — ożywił się Zevran i posłał jej olśniewający uśmiech. — Jak sobie życzysz.
— Nie, nie zamierzam rozmawiać o moich piersiach — odparła z irytacją, zmarszczywszy gniewnie czoło.
— Ależ to cudowne piersi! Widywałem kobiety młodsze od ciebie o połowę, które nawet w połowie tak dobrze się nie trzymały — zapewnił. — Może to magiczne piersi?
— Przestań… mówić o moich piersiach — wycedziła.
— Ale wydawało mi się, że chciałaś porozmawiać na poważnie. — Spojrzał na Wynne z wyrzutem.
— Chciałam. I myślałam, jednak naiwnie, że może zechcesz porozmawiać o swojej przeszłości — wyjaśniła chłodniejszym głosem.
— Możemy porozmawiać — zgodził się. — Przez moją przeszłość przewinęło się wiele piersi, jednak tylko kilka było tak wspaniałych jak twoje.
Wynne warknęła rozdrażniona.
— Dość. Kończę tę rozmowę — poinformowała lodowato i przyśpieszyła kroku, by zrównać się z Lelianą.
— Wielka szkoda! — zawołał za nią Zevran, zanim uśmiechnął się triumfalnie.
— On jest okropny — wykrztusiła Ellen, przenosząc wzrok na Alistaira. — Co ja zrobiłam, zabierając go z nami.
— Odradzałem — przypomniał lojalnie. — Ale kto by słuchał Alistaira, co?
Ellen pokręciła głową, przypatrując się mu trochę dłużej, niż było to konieczne. Nie zdążyła niczego odpowiedzieć, bo usłyszała wściekłe przekleństwo Oghrena. Krasnolud zatrzymał się na rozstaju dróg, podparłszy się pod boki. Ellen zaklęła cicho.
— I co, żadnych symboli? — spytała zatroskana.
— Kutwa no, ciemno tu jak w dupie — poskarżył się Oghren.
Nie trzeba było niczego więcej mówić – Wynne usłużnie przyświeciła mocniejszym zaklęciem, które rzuciło dokoła długie cienie. Krasnolud od razu zabrał się do oglądania ścian, pozostali natomiast przypatrywali się mu bezczynnie. Ellen usłyszała za swoimi plecami, że ktoś ziewnął, i nagle sama poczuła zmęczenie.
Przez powoli osnuwające umysł otępienie przebiło się wrażenie zagrożenia. Natychmiast napięła mięśnie, rozbudzając się, ale nie potrafiła wyjaśnić swojej reakcji. Zmarszczyła czoło.
 — Ellen — odezwał się Alistair.
Zwróciła na niego spojrzenie; widząc jego poważną minę, zrozumiała, że nie była odosobniona. Zająknęła się, nadal nie mogąc sprecyzować źródła niepokoju.
Poczuła, że ziemia pod jej stopami drżała. Pozostali zastygli, ale to Strażnicy jako pierwsi pojęli, jakie zagrożenie nadciągało. Ellen bez zastanowienia skoczyła w przód, wpadła całym ciężarem ciała na Oghrena i pociągnęła go w głąb jednej z trzech odnóg. Krasnolud zaklął, jednak jego słowa zagłuszył gromki ryk.
Ellen przeturlała się na plecy, popychając Oghrena w tył. Jej oczom ukazał się wielki – największy, jakiego w życiu widziała – ogr. Nosił na sobie fragmenty skórzanego pancerza, a jego rogi wiły się prawie spiralnie, tak długie urosły. Z rozdziawionej paszczy skapywała gęsta ślina.
— Na łajno bryłkowca, co to?! — warknął Oghren, zbierając się z ziemi.
— Ogr — wychrypiała Ellen, nie potrafiąc oderwać wzroku od bezosobowych, rybich oczu stwora.
Ellen! — usłyszała krzyk Alistaira. — Wycofajcie się! Są…!
Jego słowa zagłuszył wrzask Leliany oraz szczęk broni. Ellen gwałtownie napięła mięśnie, chcąc ruszyć do przyjaciół, ale Oghren schwycił jej łokieć. Ogr zwrócił się w ich stronę i wyszczerzył kły. Ellen zza jego szerokich barków dostrzegła cień drugiego pomiota. Zadrżała, poddając się sugestii, by trochę się wycofać.
— Nie umiem — wyszeptała przerażona. — Nie umiem z nimi walczyć.
— Kutwa, jesteś zaszczanym Strażnikiem! — warknął Oghren.
Ellen nie oderwała wzroku od potwora.
— Nie umiem walczyć z ogrami — powtórzyła, czując, jak jej ciało zaczynało drżeć, a mięśnie tężały, zupełnie jakby nie miała nad nimi kontroli.
Zza pleców wielkiego ogra rozległ się kolejny ryk oraz jęk. Nagle Ellen wydało się, że to był głos Alistaira. Panika przejęła nad nią władzę. Gwałtownie skoczyła do przodu, wyrywając się Oghrenowi.
Zostań tam! — krzyknął Alistair, jednak nie dostrzegła go w półmroku.
Ogr z głuchym warknięciem łupnął pięściami o skałę; Ellen w ostatniej chwili odskoczyła, poślizgnęła się i upadła na tyłek. Pomiot podwinął górną wargę, pokazując ostre kły. Spróbowała się wycofać, obmyślając plan, ale wszystkie pomysły ulatniały się w tym samym momencie, w którym powstawały.
— Spróbuj tego, kurzolubie! — ryknął Oghren, nacierając z dwuręcznym toporem.
— Nie! — jęknęła Ellen, wyciągając za nim rękę.
Odepchnęła się od ziemi i rzuciła się za Oghrenem. Zanim cios potężnej pięści spadł na niego, odbiła się od skał, skacząc prosto na sinofioletowe ramię. Sztylety wbiły się głęboko w ciało, a ciemna posoka obficie spłynęła, brudząc jej dłonie. Ogr zawył zdumiony.
Ellen zachłysnęła się, podchwyciwszy wzrok potwora, ale zanim spanikowała, odepchnęła się od ciała i wyrwała broń spod skóry. Runęła na skały z głuchym stęknięciem; zaraz podrywała się na równe nogi, znów ruszając.
Ogr stopniowo spychał ich w tył. Jego masa oraz siła przewyższała nie tyle wyobrażenia Ellen, co przede wszystkim jej możliwości. Oghren zdawał się być pewnym wygranej, ale Strażniczka, im częściej cudem unikała zmiażdżenia, tym wyraziściej widziała własną śmierć. Przede wszystkim jednak umierała ze strachu o Alistaira oraz przyjaciół. Od ich strony słyszała co pewien czas krzyki i warczenie pomiota, z którym się zmagali.
Ziemią tak potężnie wstrząsnęło, że pozbawiło równowagi nie tylko ją oraz Oghrena, ale także ogra. Ellen upadła w biegu, kiedy uskakiwała przed atakiem, i przeturlała się kawałek. Zatrzymała się dopiero po paru metrach, stęknęła cicho, uniosła głowę… a potem odkryła, że nie czuła ziemi pod lewą stopą. Zerwała się na równe nogi i spojrzała szeroko otwartymi oczami w czarną przepaść. Lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
— W łeb! Celuj w łeb, cholerna wiedźmo! — rozległ się głos Alistaira.
Na Ellen spłynęła trudna do opisania ulga, kiedy ujrzała przyjaciół nadciągających z pomocą. Dołączyła do nich biegiem.
— Żyjesz — sapnął Alistair na jej widok.
— I ty — odparła, nie kryjąc ulgi. — Plan taki jak zawsze?
— Zabijamy go, zanim zabije nas — przytaknął, poprawiając chwyt na tarczy.
Ellen uśmiechnęła się lekko, zwracając spojrzenie na ogra. Z jego potężnego cielska niemalże lała się krew, a mimo to nie ustępował pola, próbując sięgnąć któregokolwiek przeciwnika. Wielkie ramiona zamiatały przestrzeń na oślep, w szaleńczej furii.
— Uwaga! — ryknął Oghren.
Ellen nie zdążyła zareagować. Ujrzała tylko jedną z masywnych łap mknącą w jej stronę – w następnym momencie została oddzielona od Alistaira, oddech uwiązł jej w piersi. Gruchnęła na skałę kilka metrów dalej, odbiła się od niej niczym piłeczka, świat zawirował, kamień zmienił się miejscem z ciemnością. Nie napotkała po raz kolejny podłoża. Runęła prosto za skarpę.
Krzyk uwiązł jej w gardle. Nawet jedna myśl nie pojawiła się w głowie, kiedy całym ciałem szarpnęło mocno, a wrażenie nieważkości gwałtownie minęło. Zachłysnęła się powietrzem, uzmysłowiwszy sobie, że nie oddychała od dłuższej chwili. Poderwała głowę. Ujrzała leżącego na samym skraju przepaści Alistaira; dłoń zaciskał na jej przegubie.
— Druga ręka — stęknął, próbując wyrwać sobie siebie przyciśnięte ramię. — Chwyć mnie drugą ręką.
Otrząsnęła się z odrętwienia i sięgnęła ku Alistairowi. Zachybotanie jej zwisającego ciała sprawiło jednak, że osunął się bliżej skarpy. Ellen natychmiast opuściła rękę, szeroko otworzywszy oczy.
— Szlag — syknął.
Ellen poczuła, że jej przegub zaczął mu się wyślizgiwać. W pierwszej chwili nawet nie pomyślała o tym, że lada moment runie w ciemność – przeraziła ją myśl, że mogłaby pociągnąć go za sobą. Była już gotowa się mu wyrwać, ale wtedy wyszarpnął spod siebie rękę. Wyciągnął ją ku Ellen.
— Szybko! — warknął.
Ich dłonie się rozminęły. Kolejnym szarpnięciem ściągnęła go jeszcze niżej, przez co musiał zaprzeć się uwolnionym ramieniem, by nie runąć razem z nią. Jęknęła głucho.
— Alistairze, nie — wykrztusiła, czując, jak oddech wiązł jej w piersi.
Zbroja Strażnika zazgrzytała na kamieniach, kiedy osunęli się jeszcze niżej, prosto w ciemność. Z gardła Ellen wyrwał się krzyk – ale ucichł, ledwie poczuła na łokciu czyjąś dłoń. Otworzyła mocno zamknięte oczy i popatrzyła na Stena.
Qunari pociągnął Alistaira w tył, pewniej chwycił jej rękę i dźwignął ją wyżej, jakby wcale dużo nie ważyła. Ujrzała najpierw podnoszącego się ze skał Alistaira, potem truchło wielkiego ogra, następnie poczuła stabilny grunt pod stopami. Kolana zadrżały pod nią zdradliwie i runęła z powrotem na ziemię.
— Na oddech Stwórcy — wychrypiał Alistair, objął roztrzęsioną Ellen i przyciągnął do siebie, przytulając mocno.
Popatrzyła przerażona po stojących kawałek dalej towarzyszach, przeniosła wzrok na spoglądającego na nią Stena i dopiero dotarło do niej, że była już bezpieczna, a ogr leżał martwy. Zachłysnęła się powietrzem, wczepiła się w Alistaira i rozpłakała się cicho.
— Jak nic rozbijamy gdzieś obóz — skomentował Zevran, westchnąwszy ciężko. — Byle dalej od tych ścierw.
— Poczekaj chwilę, daj im odsapnąć — skarciła go Leliana i objęła się ramionami, próbując pocieraniem dłońmi pozbyć się gęsiej skórki.
— No już — zamruczała Wynne, podchodząc do Alistaira nadal przyciskającego do siebie Ellen. — Chodźmy. Jak najszybciej stąd chodźmy. Musimy wszyscy odpocząć.
Ellen chlipnęła raz jeszcze, otarła twarz i spróbowała się podnieść. Podtrzymał ją nie tylko Alistair, ale także Sten, który od razu wyciągnął do niej pomocne ramię. Uśmiechnęła się słabo, potoczyła dokoła błędnym spojrzeniem, a gdy ujrzała skarpę, poczuła, że bezwład wracał do mięśni.
Prawie runęła w ciemność. W tę głęboką, przerażającą otchłań bez dna. Wisiała tam, tak wysoko ponad ziemią, w pustce. Gdyby nie Alistair…
Zakręciło jej się w głowie, zachwiała się lekko, po czym stanowczo odtrąciła podtrzymujące ją ramiona. Zanim ktokolwiek się odezwał, zatoczyła się w bok, pod jedną z kamiennych ścian – a tam zgięła się wpół i zwymiotowała. Zakaszlała żałośnie, kuląc się, ale mdłości powróciły. Razem ze śniadaniem.
— Ellen — mruknął Alistair, pośpiesznie do niej podchodząc, by przytrzymać jej włosy; zignorował, że machnęła na niego ręką, chcąc go przegonić.
— Naprawdę trzeba stąd iść — uznała Wynne, ledwie Ellen otarła usta.
— Jo. W ten korytarz, na ścianie jest symbol — poinformował Oghren.
Cała grupa podążyła za krasnoludem, zostawiając za sobą dwa nieruchome, olbrzymie truchła zakrwawionych ogrów. Ellen wtuliła się w Alistaira, wspierając na nim część swojego ciężaru, bo nie ufała własnym nogom.

Rozbili obóz w bezpiecznej odległości od miejsca starcia. Część posiliła się skromnie, część straciła apetyt – z Ellen na czele. Darowali sobie wesołe pogaduszki oraz przekomarzanie, przez cały czas dokoła panowała ponura, ciężka cisza. Kiedy wszyscy ułożyli się do snu, jasność zaklęć przygasła, aż ostatecznie całkowicie się rozpłynęła, spowijając wszystko w ciemność.
Ellen skuliła się pod kocem, wpatrując się w przestrzeń – nigdy nie bała się nocy czy mroku, ale pod ziemią doświadczała wrażenia duszenia, jakby otaczające ją ściany zaczynały na nią napierać. Wolała, kiedy było trochę jaśniej. Jak tylko zamknęła oczy, raz jeszcze przeżywała upadek, zupełnie jakby stabilne podłoże uciekało spod niej.
Wierciła się przez kilka chwil, usiłując zająć myśli czymkolwiek innym, ale wydawało się to niemożliwe. Zatęskniła za Shegarem, który zwykle dodawał jej otuchy, leżąc przy niej. Zatęskniła też za domem, rodzicami, bratem, za poczuciem bezpieczeństwa oraz beztroską minionych lat. Z trudem przełknęła łzy. Nie chciała zatracać się we wspomnieniach.
Odrzuciła koc, podniosła się, ciągnąc materiał za sobą, przełożyła go przez ramię. Ostrożnie, by nikogo nie podeptać, przeszła na ubocze, gdzie swoje posłanie rzucił Alistair. Była w tak podłym nastroju, że nawet nie umiała się zawstydzić nagłym szturmem jego przestrzeń osobistą – po prostu przestąpiła nad nim, by znaleźć się między nim a skalną ścianą, i położyła się obok, z naburmuszoną miną naciągając na siebie koc. Alistair drgnął i obrócił się, by na nią popatrzeć.
— Ellen? — wykrztusił zdumiony.
Usiadła, wbijając wzrok w swoje kolana.
— Mogę… mogę spać z tobą? — spytała cicho i odgarnęła kosmyk włosów za ucho. — Nie umiem zasnąć i… chciałabym… do domu. — Pociągnęła nosem, pomimo że bardzo starała się nie zdradzić ze wzbierającymi w oczach łzami.
Alistair westchnął, uniósł się na łokciu i objął Ellen, pozwalając się przytulić. Od razu schowała twarz w jego ramieniu i zacisnęła powieki. Kiedy oplótł ją rękoma, zamknięciu oczu przestało towarzyszyć wrażenie spadania. Ellen nieco się rozluźniła.
— Jeśli coś złego ci się przyśni, obudź mnie — poprosił mało przytomnie Alistair, wtuliwszy nos w jej krótkie włosy.
— Mhm — mruknęła tylko.
Wsłuchała się w równy, głęboki oddech Alistaira i lekko odchyliła głowę, by spojrzeć na jego spokojną twarz; uśmiechnęła się rozczulona, widząc, że oddychał przez rozchylone usta, świszcząc cicho.
— Mój idiota — wyszeptała, przypomniawszy sobie rozmowę z Morrigan.
Alistair zamruczał coś, najwyraźniej uznawszy, że Ellen mówiła do niego. Rozbawiona przytuliła się mocno, objąwszy go z taką siłą, że cicho stęknął. Uchylił powiekę, by popatrzeć na wciśniętą w jego tors rozczochraną głowę.
— Twoje delikatne rączki miażdżą mi żebra — poinformował.
— Wiem. Nie puszczę — odparła niewyraźnie.
— Będę musiał jakoś to przeżyć — westchnął.
— Będziesz musiał. Bo nie pozwalam ci umierać.
— A pozwalasz mi iść spać?
— Tylko mnie nie puszczaj — poprosiła szybko, tracąc pewność w głosie.
Alistair uśmiechnął się lekko i posłusznie ją objął tak, żeby obojgu było nieco wygodniej – dzięki temu przestała miażdżyć go w uścisku i trochę odpuściła.
— Nie zamierzam — obiecał miękko. — A teraz śpij. Dobranoc, Ellen.
— Dobranoc — odparła szeptem.
Zasypiając i rozmyślając o wszystkim, co ich czekało, pewna była jednego – cokolwiek czekało na nich w przyszłości, nie da się z Alistairem rozdzielić. Na pewno nie bez zawziętej walki. Był ostatnią osobą, którą tak szczerze i mocno kochała.

2 komentarze:

  1. Świetny rozdział,końcówka mnie rozczuliła.Ale nie do końca zrozumiałam czemu Ellen tak nerwowo zareagowała na ogra przecież walczyła już kilka razy z tymi osobnikami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ellen czuje niechęć do ogrów od Ostagaru.

      Usuń