sobota, 10 września 2016

Rozdział 1.102 - Thaig Ortana



Następnego dnia, po kilku godzinach marszu, natrafili na najzwyklejszy w świecie korytarz. Droga prowadziła w ciemność, a oświetlały ją tylko zaklęcia towarzyszących im czarodziejek – w korytach na poboczach nie płynęła lawa, która na Rozstajach Caridina rozjaśniała mrok. Mimo to odnalezienie porządnej drogi stanowiło dobrą wróżbę na przyszłość. Oghren od razu się ożywił i ruszył energiczniej przed siebie, tłumacząc, że Branda na pewno obrała tę ścieżkę.
Ellen nie była co do tego aż tak przekonana, ale musieli polegać na krasnoludzie. Wątpliwej jakości przewodniku, prawdę mówiąc, bo ciągle pijanym, jak zauważyła. Uznała jednak, że mógł to być jego naturalny stan, zresztą rozpaczał po utracie małżonki, więc postanowiła to przemilczeć. Zamiast tego skupiła się na trasie, wypatrując symboli Brandy z podobnym zaangażowaniem co Oghren.
Od wejścia na krasnoludzki korytarz odnaleźli aż trzy. To zdecydowanie pocieszało, w grupie nie słyszało się zbyt wielu skarg, chyba że na czyjś burczący brzuch. Bardzo zaciskali pasa w obawie o zapasy, wydawane posiłki były skromne i niespecjalnie sycące. Z powodu głodu wiele osób miało gorsze humory, czego starali się po sobie nie pokazywać. Mimo to nawet ponura mina Morrigan nie mogła powstrzymać Leliany od zadania pytania, które nurtowało ją od dłuższego czasu.
Zrównała krok z wiedźmą, ignorując jej sfrustrowane sapnięcie.
— Naprawdę nie wierzysz w żadną wyższą moc? — zagadnęła.
— Widzę, że cię to męczyło — mruknęła Morrigan, uniósłszy brew. — Nie, nie wierzę. Czy muszę?
— Zatem jak uważasz, co dzieje się z tobą po śmierci? — uparła się i zmarszczyła niezadowolona czoło. — Nic?
— Nie udaję się, by usiąść u boku Stwórcy, jeśli o to ci chodziło — skwitowała zgryźliwie, wywracając oczami.
— Tylko ci, którzy są tego godni, zostają zabrani do boku Stwórcy — wytknęła. — Wiele innych nieszczęśliwych dusz jest pozostawionych, by błąkały się w nicości, pozbawione nadziei i zagubione na wieki.
— I jaki masz na to dowód? — zainteresowała się, wreszcie zwracając na nią spojrzenie. — Widuję tylko duchy, żadnych wędrujących dusz niegodziwych niewiernych.
— To musi być smutne, nie oczekiwać niczego, nie czuć miłości i nie szukać nagrody w pośmiertnym życiu — mruknęła Leliana, zmrużywszy oczy.
— Tak, udręka wprost mnie rozrywa — parsknęła. — Przejrzałaś mnie aż do mojego smutnego wnętrza.
— Teraz sobie po prostu ze mnie drwisz — rzuciła z drobnym wyrzutem i zacisnęła usta, by wyrazić dezaprobatę.
— Zauważyłaś? — zdumiała się pokazowo Morrigan. — Wygląda na to, że twoje możliwości percepcji nie znają granic.
Leliana posłała jej wściekłe spojrzenie, zmarszczyła chmurnie czoło, ale ostatecznie odpuściła. Bez słowa pożegnania przyśpieszyła kroku, by znaleźć się bliżej człapiącej ze zwieszonymi ramionami Ellen. Strażniczka wyglądała na zmęczoną oraz znudzoną, toczyła dokoła ponurym wzrokiem.
— Jak się trzymasz? — zagadnęła Leliana.
— Świetnie — mruknęła mało wiarygodnie. — Nie rozumiem, dlaczego się na to zgodziłam. Co mnie podkusiło?
— Nie dali ci wyboru — przypomniała łagodnie, dotykając jej ramienia. — Zdecydowałaś się na jedyne słuszne rozwiązanie.
— O, tak. Słusznie zginiemy setki metrów pod ziemią — sarknęła zirytowana, machnęła ręką i pokręciła głową, tym samym prosząc, by nie przejmowała się jej mało sympatycznym zachowaniem.
Leliana tylko zacisnęła usta, odpuszczając sobie komentarze. W grupie na powrót zapanowała dość napięta, ponura cisza.
— Na cycki moich przodków — wyrwało się niespodziewanie Oghrenowi.
Ellen od razu się ożywiła. Przyśpieszyła, doganiając stojącego na zakręcie krasnoluda, i razem z nim spojrzała w półmrok zionący przed nimi. Zmrużyła oczy, mając wrażenie, że dostrzegała subtelne światło sączące się z oddali, ale równie dobrze mógł to być psikus umysłu. Przeniosła wzrok na zdumionego Oghrena.
— Thaig Ortana — stwierdził, wskazując pogrążone w mroku monumentalne filary po obu stronach korytarza. — Nigdy nie sądziłem, że ujrzę to miejsce na własne oczy.
Ellen uśmiechnęła się z ulgą i obejrzała się przez ramię na przyjaciół. Odpowiedziały jej uniesione kciuki oraz kolejne uśmiechy. Nie zdążyła jednak zareagować, bo krasnolud ruszył przed siebie. Czym prędzej go dogoniła, zafascynowana płaskorzeźbami, które znów pojawiały się na murach.
— Wszędzie widzę tu rękę Brandy — zachwycił się, machnąwszy dłonią. — Gdy szła jakimś nowym tunelem, co pewien czas szczerbiła ścianę i sprawdzała jej strukturę. Gdyby jednak jeszcze tu była, już wysłałaby strażników — westchnął ciężko, pochmurniejąc.
— Co możesz mi powiedzieć o tych ruinach? — zagadnęła Ellen.
Nie chciało jej się wierzyć, by Branda udała się jeszcze głębiej w podziemia. Może lada moment odszukają jej zwłoki? Co prawda nie życzyła Oghrenowi aż takiego zawodu, ale w ich sytuacji zdecydowanie nie chciałaby wędrować dalej.
— To był rodzinny thaig Caridina — zaczął zamyślony. — Należał do Ortanów, zanim wyniesiono go do rangi Patrona. Został tu nawet wtedy, gdy mógł osiedlić się na własnym. Chyba nie chciał przeprowadzać się z rodem do Bownammaru.
— Co to jest Bownammar? — zdumiała się, uniósłszy wysoko brwi.
Brzmiało podobnie do Orzammaru, dlatego obstawiała miasto.
— Miasto Umarłych — potwierdził jej przypuszczenia. — Caridin wybudował je ku pamięci Legionu Umarłych, lecz przypominało to bardziej jakieś skutwione mauzoleum. Oczywiście było to przed stworzeniem Kowadła — dodał pośpiesznie. — Później stał się ulubieńcem całego miasta, dopóki nie rozgniewał króla i nie popadł w niełaskę.
Ellen zmarszczyła czoło. Powoli zaczęła się gubić wśród krasnoludzkich nazw, a już tym bardziej w geografii. Zastanowiła się, czy wkroczyli do Bownammaru, czy jednak nie.
— Leżało tu kiedyś miasto? — jęknęła bezradnie.
— Nie, nie, tu leżał thaig, thaig Ortana — powtórzył zaskakująco cierpliwie Oghren, parsknąwszy z rozbawieniem. — Bownammar jest na północ i zachód stąd, ale to nieistotne. Przynajmniej mam taką nadzieję — mruknął do siebie. — Miasto Umarłych od czasu, gdy podbiły je pomioty, znane jest jako Okopy Umarłych. Spora część Legionu została zniszczona, kiedy twierdza padła.
Ellen szła w ciszy, coraz mocniej marszcząc czoło. Przed nimi zamajaczyły głazy i skupiła się na tym, że chyba natrafili na ślepą uliczkę. Zaraz przeniosła wzrok na Oghrena.
— A ty nie masz pojęcia, gdzie jest to Kowadło? — zagadnęła bez specjalnej nadziei.
— Tego nie wie nikt — stwierdził, wzruszywszy ramionami. — W pewnym okresie thaig Ortana praktycznie należał do głównego miasta. Nikomu nie chciało się zaznaczać położenia Kowadła. Teraz nie ma jak stwierdzić, czy nie zostało przeniesione lub zniszczone. Wierz mi jednak, że jeśli je odnajdziemy, znajdziemy też Brandę. — Uśmiechnął się, przesadnie zadowolony.
Ellen spojrzała na niego z ukosa, niespecjalnie przekonana. Nie wiadomo, gdzie Brandę wcięło, tym bardziej nie wiadomo co z Kowadłem, Oghren natomiast zakładał, że się im powiedzie? Uniosła brew.
— A jeśli Branda i inni zginęli? — podsunęła dość bezlitośnie.
— Ależ z ciebie, kutwa, źródło optymizmu — warknął i łypnął na nią gniewnie. — Gdyby nie żyli, trafilibyśmy na ślady większej bitwy, nie? Jakieś trzysta krasnoludów nie rozpływa się w powietrzu.
Ellen potoczyła dokoła spojrzeniem, nagle przytłoczona wyobrażeniem takiej ilości osób tak głęboko pod ziemią. Otrząsnęła się z nieprzyjemnego wrażenia zaduchu, odchrząknęła i machnęła ręką.
— Pośpieszmy się — postanowiła mało entuzjastycznie.
— Sam bym tego lepiej nie ujął — zgodził się na powrót rozchmurzony Oghren.
Szybko przekonali się, że wcale nic się jej nie przywidziało. Korytarz naprawdę był zasypany – na szczęście po prawej stronie ziała wybita w skale dziura prowadząca w głąb ciemności. Oghren, przyjrzawszy się kamieniowi, zawyrokował, że Branda także udała się w tę stronę. Ruszyli; czarodziejki wzmocniły zaklęcia, by światło lepiej oblewało okolicę.
W pierwszej komorze, do której weszli, natrafili na nadgniłe truchło ogra. Ellen cofnęła się gwałtownie – i z powodu smrodu, i strachu, który zmiażdżył jej wnętrzności – wpadając na Alistaira. Strażnik od razu ją objął, przypatrując się zwłokom.
— Na oddech Stwórcy — stęknęła Leliana, zatykając usta dłonią.
— O oddechu trudno tu mówić — wytknął usłużnie Zevran.
— Stare — zawyrokował Oghren, niespecjalnie poruszony widokiem czy odorem.
— Zauważyliśmy — warknęła Ellen, ledwie otrząsnęła się z początkowego odrętwienia, ale nie odsunęła się od Alistaira. — Chodźmy. Póki jest martwy.
— Coś zaczęło go jeść — odezwał się Sten, a jego niski, spokojny głos odbił się po jaskini upiornym echem. — Ma nadgryzioną rękę oraz bok.
— Na płonący miecz Andrasty! — wykrztusiła Wynne. — Co mogło…?
— Może pomioty? — podsunął Alistair, pociągnąwszy Ellen ku dalszemu przejściu, dokąd już ruszył Oghren. — Właściwie nie wiemy, czym się żywią.
— To okropne! — jęknęła zza ich pleców Leliana.
— Sądziłam, że wolą mięso pochwyconych do niewoli ludzi — mruknęła Morrigan nieco zniekształconym głosem; zdecydowanie starała się zabrzmieć poważnie pomimo dławiącego gardło smrodu.
— Może też — zgodził się niechętnie Alistair. — Ale gdyby żywiły się tylko nimi, Thedas byłoby już dość opustoszałe, sądząc po ilości pomiotów.
To zakończyło dyskusję. Czym prędzej oddalili się od cuchnących zwłok, coraz bardziej zagłębiając się w jaskinie wijące się pod powierzchnią ziemi. Ellen starała się wypatrywać tych samych znaków, które odnajdywał Oghren, nic jednak nie przykuwało jej uwagi. Maszerowała w środku grupy i od czasu do czasu zerkała ku Alistairowi, upewniając się, że znajdował się blisko.
Wędrówka się przedłużała. Ellen zaczęła wątpić, że kiedykolwiek wydostaną się spośród tych ciemnych skał. Chcąc pozbyć się ponurych myśli, zrównała krok z Zevranem. Elf nie wydawał się specjalnie przejęty okolicznościami, w których się znaleźli, a ledwie ją dostrzegł, uśmiechnął się przekornie. Uniosła kącik ust w odpowiedzi.
— Opowiedz mi coś więcej o swoich przygodach — poprosiła, by zabić nudę.
— Cóż, warta opowiadania jest tylko historia o zleceniu, którego podjąłem się tuż przed wyprawą do Fereldenu — przyznał z początku dziarskim tonem, jednak niespodziewanie przygasł. — Ale… nie… wolałbym o tym nie mówić — westchnął, odwracając wzrok — Niepotrzebnie o tym wspomniałem.
Ellen, uznawszy, że Zevran zwyczajnie się wygłupiał – jak zwykle zresztą – szturchnęła go w żebra i uśmiechnęła się zachęcająco.
— Nie drocz się ze mną. Opowiadaj — rzuciła pogodnie.
— Może kiedy indziej — żachnął się, kręcąc głową. — Przepraszam.
Ellen uniosła brwi. Zevran raczej niezbyt często przepraszał, dlatego w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować. Odchrząknęła, nieco zakłopotana, że tak naciskała.
— W porządku. Ja… — zaczęła.
— Kutwa, mamy thaig! — rozległ się gromki głos Oghrena dochodzący zza zakrętu, którego nie pokonała jeszcze pozostała część grupy.
— Oho — wyrwało się Ellen.
Uśmiechnęła się skruszona do Zevrana i czym prędzej potruchtała do Oghrena. Zatrzymała się z nim ramię w ramię, spojrzała przed siebie, lekko mrużąc oczy z powodu podejrzanej jasności panującej w rozległej komorze… a potem zastygła, rozdziawiając usta.
Kolosalną jaskinię spowijał półmrok, choć o wiele delikatniejszy niż poprzednie partie podziemi. Z niego wyłaniały się kontury kamiennych budowli, niekiedy częściowo zawalonych, niekiedy stojących w pełnej, nienaruszonej od lat okazałości. Wyglądało to tak, jakby wkraczali do miasta duchów, które zatrzymało się w czasie oraz przestrzeni. Wśród aksamitnej ciszy rozbrzmiewał monotonny, przyjemny dla uszu szum, w pierwszej chwili kojarzący się z szelestem liści na wietrze – jednak powietrze, choć wydawało się o wiele bardziej rześkie niż wcześniej, nadal stało nieruchomo.
Wędrując spojrzeniem po budynkach, Ellen w końcu zadarła głowę, by spróbować dostrzec sklepienie jaskini. Tam jednak panowały niemalże idealne ciemności, z których wyłaniał się dziwnie miękki cień. Dziewczyna nie miała pojęcia, co to było, ale odniosła wrażenie, że idealnie wpasowywało się w milczący thaig. Westchnęła zachwycona, na moment rozluźniając ramiona.
Może i nienawidziła Głębokich Ścieżek – jednak wyprawa wydawała się warta tego widoku. O ile dobrze pamiętała, w thaigu Ortana nie było nikogo aż od czasu jego upadku. Znaleźli się na zapomnianych ziemiach.
— Niesamowite — wypowiedziała szeptem Wynne. — Coś pięknego.
— Poszukajmy śladów Brandy — zaproponował Oghren.
Podążył przodem, pozostali natomiast za nim. Ellen z fascynacją przypatrywała się budynkom, delikatnym reliefom na ścianach oraz nad oknami czy drzwiami, smukłym kształtom wyłaniającym się z kolumn sterczących aż ku sklepieniu. Kroczyła ostrożnie, jakby bojąc się naruszyć niemalże sakralną atmosferę thaigu. Poczuła, że dostała gęsiej skórki, a włoski na karku stanęły jej dęba. Po krótkim zastanowieniu doszła do wniosku, iż nie była to naturalna reakcja. Potoczyła dokoła czujniejszym spojrzeniem.
— Też masz wrażenie, że jesteśmy obserwowani? — spytał półgłosem Alistair, nachyliwszy się do niej.
— Tak — przyznała. — To dziwne. Tu nie powinno nikogo być. — Popatrzyła na niego zagubiona.
— Może nikogo nie ma — odezwała się Morrigan, zrównując krok z Ellen.
Oboje zerknęli na nią zdumieni, nie rozumiejąc, co mogła mieć na myśli. Wiedźma uśmiechnęła się pod nosem.
— Nie czujecie? Zasłona jest cienka — stwierdziła.
Ellen zagryzła wargę, pojąwszy, że coś w tym było – doświadczała podobnego wrażenia dyskomfortu, co podczas pobytu na Szczycie Wojownika lub w Kręgu Maginów. Jednak coś się nie zgadzało.
— Przecież krasnoludy nie mają dostępu do Pustki — żachnęła się, marszcząc czoło.
— Nie chodzi tu o dostęp do Pustki. Jeśli coś z Pustki wyjdzie, może poruszyć to, co znajduje się nawet tu — mruknęła Morrigan i wzruszyła ramionami. — Lepiej miejmy się na baczności.
Ellen skinęła głową. Przeniosła wzrok na ponurego Alistaira, a kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, Strażnik bez słowa przytaknął, wiedząc, o czym myślała Ellen. Trochę uspokojona powróciła do przyglądania się thaigowi, choć z większą uważnością.
— Ej, widzicie to? — odezwał się Zevran. — Pajęczyny. — Wskazał załomy skalne, w których zebrała się lekka niczym pióro biała przędza.
— Rzeczywiście — przytaknęła zdumiona Wynne.
— Pajęczyny nie zawsze oznaczają pająki — pośpieszyła z przypomnieniem Leliana, dziwnie nerwowo. — Są też takie od kurzu.
— Czyżby siostra bała się tych drobnych, mięciutkich żyjątek? — mruknęła z nutą złośliwości w głosie Shale.
— …po prostu chodźmy — zaproponowała Ellen, przyjrzawszy się zjawisku z nieprzyjemnie ściśniętym żołądkiem.
Thaig Ortana z każdą spędzoną w nim chwilą tracił na swoim uroku. Ellen nagle bardzo zapragnęła go już opuścić.
— Na skutwiony Kamień, co to? — sapnął Oghren, zatrzymując się.
Znaleźli się na większym placu wśród posępnych budynków. Prawdopodobnie niegdyś było to coś podobnego do rynku, może targu. Teraz pozostała tylko pusta przestrzeń, na środku wyłożona droższym kamieniem na planie koła. Tam, wśród ciemnych kształtów, poruszało się coś jeszcze, skulone i niewyraźne w tym oświetleniu.
— Jasna dupa, ja wracam — jęknęła Ellen, stanąwszy niczym wryta.
— Idę z tobą — zgodził się Zevran.
— Poczekajcie — mruknęła uspokajająco Wynne i wyżej posłała kulę światła, która rozjaśniła otoczenie, rzucając blask także na dziwne stworzenie.
Istota przykucnęła niżej, wydawszy z siebie dziwny dźwięk, po czym zerwała się na równe nogi. Ellen z rosnącym przerażeniem przyjrzała się powyginanemu, kołyszącemu się niczym w transie krasnoludowi, który zasłonił twarz ręką, oślepiony blaskiem czaru. Gdy jego wzrok trochę się przyzwyczaił do jasności, musiał ich ujrzeć. Wrzasnął przerażony i gwałtownie rzucił się do ucieczki – co, prawdę mówiąc, miała także ochotę zrobić Ellen.
— Co to było?! — zawołała.
Dostrzegła znikającą w półmroku wąskiego korytarza postać. Zmarszczyła czoło i obejrzała się przez ramię na towarzyszy.
— Może sprawdźmy? — podsunął Alistair, chwytając za rękojeść miecza.
Ellen zawahała się, spojrzała na niego niepewnie, po czym ostatecznie skinęła głową.
Prowadzeni przez światło Wynne, podążyli w stronę okrągłego placu, gdzie natknęli się na dwa stare trupy pomiotów – genloka oraz hurloka. Strażniczka szeroko otworzyła oczy w przerażeniu, ale, podobnie jak towarzysze, nie zatrzymywała się. Podążyli w kierunku wejścia, gdzie zniknął przedziwny podziemny mieszkaniec.
— Co to? — pisnęła Leliana, sprawiając, że Ellen prawie podskoczyła ze strachu.
Odwróciła się do przyjaciółki, by zmiażdżyć ją wściekłym spojrzeniem.
— Nigdy więcej… — zaczęła, jednak urwała równie szybko, jak zaczęła.
Zapatrzyła się w pełznące w ich stronę kształty; zapadła cisza, w której rozległ się cichy tupot odnóży. Ellen poczuła, że robiło się jej słabo. Zanim wydała rozkazy – czy raczej zanim zwalczyła ucisk w gardle – stworzenia wkroczyły w zasięg magicznego światła.
Zmierzała do nich grupa gigantycznych pajęczaków. Ellen jeszcze nigdy nie widziała tak wielkich kreatur, z owłosionymi, sterczącymi odwłokami, ruchliwymi szczypcami, spomiędzy których skapywał jad, a wreszcie – o dziesiątkach paciorkowatych ślepi. Wszystkie pająki ruszyły na nich, klekocząc wściekle.
— No chyba nie! — zawołał Zevran.
— Zabić i spalić! — wrzasnęła Ellen, poczuwszy przebiegający wzdłuż pleców lodowaty dreszcz obrzydzenia.
Nigdy nie bała się pająków, ale miała dziwne wrażenie, że akurat te będą się jej śniły po nocach razem z oddziałami mrocznych pomiotów.
Morrigan potraktowała jej polecenie bardzo dosłownie – uniosła dłonie, przywołując magiczne płomienie, a te oddzieliły grupę od wygłodniałych pajęczaków. Niektóre z nich zapiszczały, kiedy ich odnóża ukąsił ogień, pozostałe podjęły wyzwanie i spróbowały się przedrzeć przez zaporę. Po drugiej stronie czekały już na nie miecze – Sten i Alistair wysunęli się na przód, wspomagani przez wyjątkowo uszczęśliwioną Shale. Golem z niepokojącą lubością miażdżył pajęczaki do wtóru wilgotnych mlaśnięć pękających pancerzyków.
Ellen uznała, że była bardziej niż zbędna w tej potyczce. Nagle zrobiło jej się niedobrze wśród tych dźwięków oraz wyciekającego z ciał śluzu. Musiała przyznać, że pomioty ginęły… estetyczniej. Podobnego zdania chyba był Zevran, bo nie ruszył się nawet na krok. Przed atakiem sprytniejszego pająka uratował go Oghren, z głośnym rechotem skosiwszy odnóża, nim to go sięgnęło. Zaraz potem roztrzaskał jego łeb rękojeścią topora.
Dzieła zniszczenia dokończył kolejny magiczny żywioł przywołany przez Morrigan. Mróz schwycił istoty w trzaskający uścisk i sprawił, że znieruchomiały jako lodowe figury – a te wojownicy błyskawicznie roztrzaskali wśród odgłosów sypiących się na kamień krystalicznych odłamków. Niedługo potem dokoła zapanowała dzwoniąca w uszach cisza.
— Wolałabym pomioty — odezwała się po kilku chwilach Ellen.
— To zdumiewające, ale ja chyba też — mruknął Alistair i obrócił w dłoni oblepiony śluzem miecz. — To nie zejdzie tak łatwo.
— Poszukamy potem wody, coś tu szumi — podsunęła Leliana, odwiesiwszy łuk na plecy, nie ściągnęła jednak cięciwy.
— Powinniśmy sprawdzić, co to za stworzenie tam uciekło — przypomniała Ellen i postąpiła kilka kroków w odpowiednią stronę. — …czy ktoś mógłby patrzeć, czy nie idą za nami żadne przerośnięte pająki?
— Dobrze, kadan — rzucił Sten.
— Czym oni je, swoją drogą, karmią? — zastanowił się Alistair. — Nigdy nie widziałem aż tak wyrośniętych.
— Obawiam się, Alistairze, że tu – na dole – przede wszystkim nie brakuje pomiotów — stwierdziła Wynne.
Ellen aż się wzdrygnęła. Już samo wypicie ich krwi było obrzydliwe, a co dopiero pożywianie się gnijącym mięsem. Ucieszyła się, że podczas tej wyprawy nie jedli zbyt dużo, bo prawdopodobnie zwróciłaby dokładnie wszystko.
Nie miała okazji kontynuować tych rozmyślań, bo przed nimi pojawiła się istota, którą ścigali. Ellen zmarszczyła czoło, potwierdziwszy wcześniejsze obserwacje – to naprawdę był krasnolud. Nie wiedziała tylko, dlaczego stał w tak dziwnej pozycji, z powyginanymi rękoma oraz palcami, kołysząc się na ugiętych nogach. Zbliżyła się jeszcze kawałek, ale wtedy wydał z siebie ostrzegawczy odgłos.
— Nie ma tu nic dla was! — zaskrzeczał. — To moje! Zająłem to miejsce!
Ellen otrząsnęła się ze zdumienia – on potrafił mówić! – i odchrząknęła.
— Zająłeś to miejsce? — powtórzyła. — Należysz do klanu, który tu mieszkał?
— Klanu…? — zdziwił się, na moment zamierając. — Nie. Ale to i tak moje! Ruck jest tu już od lat i żaden wypiękniony powierzchniowiec go stąd nie przegoni! — warknął.
— Baa! — parsknął Oghren; Ellen zerknęła na niego krytycznie. — To parszywy szabrownik, do tego bez piątej klepki.
— Wynocha! — zawył Ruck. — Sprowadzicie tu mrocznych, na pewno! Zmiażdżą wasze kości!
— Podobno można tu przeżyć, jedynie jedząc martwe pomioty — dodał usłużnie Oghren, patrząc na szaleńca z mieszaniną obrzydzenia oraz niechęci.
— Krew mrocznych pomiotów to trucizna — stwierdził napiętym głosem Alistair. — Niejeden już umarł po jej wypiciu.
— Parzy w gardło. Parzy! — zgodził się Ruck. — To moje, nie wasze! Zmiażdżą wam kości! — krzyknął znów, zanim rzucił się do ucieczki.
Ellen zmarszczyła czoło, odruchowo chcąc ruszyć jego śladem, ale się powstrzymała. Podejrzewała, że wąski korytarz prowadził do jego kryjówki. Uznała, że nie było powodu, by się śpieszyć. Odwróciła się do przyjaciół i wykrzywiła usta.
— Za dużo nas jest — zawyrokowała. — Boi się. Pójdę ja… i Oghren. Sprawdzimy, czy powie nam coś na temat Brandy.
— Jesteś pewna? — spytał Alistair, pochmurniejąc. — Nie wygląda na kogoś godnego zaufania.
— Jestem pewna. Wydaje mi się zresztą, że słyszałam już jego imię. Tak czy siak, wolałabym, żebyście popilnowali wejścia — stwierdziła i uśmiechnęła się pogodnie. — Na wypadek, gdyby było tu więcej pająków.
— W porządku — skapitulował. — Ale gdyby coś się działo, krzycz.
— Jo, będziemy piszczeć jak dziewczynki — burknął Oghren i machnął nagląco ręką, ruszając w ciemność korytarza.
Ellen wywróciła oczami, zanim podążyła jego śladem. Zatopili się w aksamitnej czerni, od której znów zaczęło ją lekko dusić. Na całe szczęście równie szybko wkroczyli do zagraconej, niewielkiej jaskini wypełnionej złocistym blaskiem ogniska. Ze zdumieniem spojrzała na zgromadzone dokoła rupiecie, wśród których niczym pan na włościach urzędował Ruck.
— Precz! — zawołał, kiedy tylko ich zobaczył. — To miejsce jest moje! Te skarby są tylko dla mnie!
Oghren już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale Ellen od razu zatkała mu je dłonią. Posłała mu karcące spojrzenie i nieznacznie pokręciła głową, dając do zrozumienia, że tym razem ona zajmie się mówieniem. Urażony krasnolud wzruszył ramionami. Ostrożnie podeszła do przerażonego Rucka, ale zanim spanikował bardziej, przykucnęła, unosząc uspokajająco ręce.
— Chcę tylko z tobą porozmawiać — zamruczała miękko i uśmiechnęła się łagodnie.
Uznała, że traktowanie go jak dziecka albo przerażonego zwierzaka mogło dać jakiekolwiek efekty. Póki nie zdobędzie jego zaufania, niczego się nie dowie.
— Nie! — fuknął Ruck, skuliwszy się. — Nie będzie gadania! Odejdźcie z mojego terenu! — zażądał rozpaczliwie.
— Nic stąd nie ukradnę — przyłożyła dłoń do piersi — daję słowo.
Ruck jakby trochę się uspokoił. Przestał aż tak mocno się kiwać i spojrzał na nią bardziej rozumnie, przechyliwszy głowę. Uśmiechnęła się łagodnie, z drobnym przerażeniem przypatrując się jego twarzy – miał na niej dziwne, czarne wykwity, oczy były podkrążone, a włosy rzadkie oraz tłuste, niegdyś chyba brązowe, teraz nijakiego, ciemnego koloru.
— Ładna pani… — westchnął. — Ładne oczy, ładne włosy… pachnie jak para z płonącej wody, błękitna jak najgłębsza skała… — zachwycił się w mało zrozumiały dla niej sposób. — Ł-ładna pani nie zabierze nic Ruckowi? Nie zabierze jego lśniących robaków i ładnych kamieni?
— Chcę tylko porozmawiać — powtórzyła cierpliwie, pilnując, by jej głos pozostał miękki oraz przyjemny. — Niczego nie zabiorę.
— Aha — mruknął speszony. — Ruck chyba nie ma nic przeciwko…
— Nazywasz się Ruck? — zagadnęła dla pewności, chcąc go ośmielić, bo nadal kulił się jak zaszczute zwierzę, zasłaniając się powyginanymi rękoma.
— Ruck nieładne imię, nie takie ładne jak pani. Ruck jest mały, brzydki, powykręcany — poskarżył się cicho.
Ellen westchnęła. Sama już nie wiedziała, czy ją przerażał, czy zasmucał.
— Mam do ciebie kilka pytań, Ruck — poinformowała i ostrożnie zmieniła pozycję, by przestały jej drętwieć nogi.
— Odpowiem, ładna pani — obiecał ochoczo. — Wszystko, co chcesz.
— Kiedy tu przybyłeś? — zaczęła, tocząc spojrzeniem po zniszczonym obozowisku.
— Zbyt dawno. Muszę pomyśleć… pięć lat? Sześć? Ruck już nie pamięta zapachów miasta, widoków miasta — stwierdził, zakołysawszy się na ugiętych nogach.
Ellen zwróciła na niego zdruzgotany wzrok.
— Tak długo? — przeraziła się. — Biedactwo!
— Ładna pani rozumie — wyszeptał. — Ona wie, dobrze wie, jak się czuje Ruck.
— Nie chciałbyś wrócić do Orzammaru? — zainteresowała się, przechyliwszy głowę.
— Ruck nie może, nie, nie. W mieście Rucka aresztują, wtrącą do kopalni — wytłumaczył zaaferowany. — Stamtąd uciekłem! Zbiegłem!
— Baa! — sapnął zza jej pleców sfrustrowany Oghren. — To przestępca. I do tego zbytni tchórz, żeby wstąpić do Legionu Umarłych.
— Tutaj jestem wolny — stwierdził Ruck. — Ja… zbieram kamienie i skały, i błyskotki. Przynajmniej… przynajmniej jestem wolny.
— Jak udało ci się przeżyć? — ciągnęła, uśmiechnąwszy się pocieszająco.
— Kiedy mroczni tu byli, chowałem się w cieniu. Nie patrzą do cienia, jeśli siedzisz cicho. Jeśli zjesz ich mięso — wyznał, potwierdzając przypuszczenia Oghrena. — Wtedy mroczni myślą, że jesteś jednym z nich. Zostawiają cię. Ale teraz mroczni odeszli.
Ellen zmarszczyła czoło. Doskonale wiedziała, że Ruck mówił o pomiotach, postanowiła jednak dostosować się do jego sposobu wysławiania, by ułatwić rozmowę.
— Wiesz, dokąd odeszli „mroczni”? — zagadnęła.
Przede wszystkim po to, żeby na pewno udać się w przeciwną stronę.
— Poszli na południe, myślę, ładna pani. Daleko, daleko na południe — odparł, kiwając głową. — Tam woła ich mroczny pan swoim pięknym głosem. Taka radość, kiedy się obudził! — westchnął zachwycony. — Gdy mroczny pan się obudził, zawołał swoje dzieci, a one poszły. Ja też chciałem iść, patrzeć na niego, patrzeć na jego piękno…
— Mmm… — zamruczał w zamyśleniu Oghren. — Gada o arcydemonie, tak?
Ellen skinęła głową, uznawszy, że to dobra – i chyba jedyna – interpretacja. Nie spojrzała jednak na Oghrena, chcąc, by Ruck pozostał skupiony na niej.
— Wiesz, gdzie jest teraz mroczny pan? — spytała.
— Przestał wołać — poskarżył się. — Chcę go zobaczyć, ale Ruck to tchórz.
— Za to wciąż tu są olbrzymie pająki? — mruknęła mało szczęśliwa.
— Pełzacze — podpowiedział. — Kiedyś zjadały najmniejszych mrocznych. Teraz są głodne — westchnął zmartwiony.
Ellen pokiwała głową. Ucichła na moment, pozwalając Ruckowi – oraz sobie – zebrać myśli. Popatrzyła dokoła uważnie, szukając inspiracji. Otaczało ją mnóstwo najróżniejszych przedmiotów, ale większość była już zniszczona; skrzynie, pudła, beczki, broń…
— Znalazłeś w tym obozie coś szczególnego? — Wskazała otoczenie.
— Kawałki rzeczy, tylko kawałki. Pełzacze wzięły prawie wszystko — westchnął, samemu się rozejrzawszy. — Biorą rzeczy ze stali i rzeczy z papieru. Biorą słowa i błyskotki. Niosą do swojego wielkiego gniazda, robią gniazdo, w gnieździe trzymają jaja. W gnieździe trzymają błyskotki.
Ellen zacisnęła usta. Skoro większość rzeczy zabrały olbrzymie pająki… na oddech Stwórcy, czy to mogło oznaczać, że po odpowiedzi musieli się udać do legowiska tych poczwar? Odsunęła to od siebie, postanowiwszy, że najpierw skonsultuje się z Oghrenem.
— Ale tego nie wzięły, piękna pani — odezwał się Ruck. — Proszę, dam to, Ruck tego nie potrzebuje. — Wyciągnął do niej zwitek papierów.
Ellen niepewnie przyjęła podarek i skinęła głową, posyłając mu uśmiech. Schowała prezent do torby, uznawszy, że obejrzy go później, teraz miała ważniejsze sprawy na głowie.
— Dziękuję — odparła. — Chyba spotkałam twoją matkę — rzuciła po krótkim zawahaniu, przyjrzawszy się mu uważnie. — Ma na imię Filda?
Ruck w jednej chwili zdrętwiał, by znów osłonić się powyginanymi rękoma. Zniknął cały spokój, jaki osiągnął podczas tej krótkiej rozmowy.
— N-n-nie. Nie Filda. Nie matka — wykrztusił. — Nie ciepły koc i gulasz, i poduszka, i miłe słowa! Ruck nie zasługuje na dobre wspomnienia. Nie, nie, nie, nie, nie, nie… — zaczął powtarzać w panice.
Ellen spojrzała na niego spłoszona.
— Twoja matka tęskni za tobą — stwierdziła. — Prosiła, żebyśmy cię odszukali.
— N-nie wiedziała, ona nie wiedziała tego co ja — żachnął się. — Byłem wtedy bardzo, bardzo, bardzo zły i ktoś zginął. Chcieli wysłać Rucka do kopalni. Jakbym poszedł do kopalni, o-ona by się dowiedziała. Wszyscy by się dowiedzieli. Więc przyszedłem tutaj — opowiedział nerwowo, kiwając się w przód i w tył. — Jak raz zjesz… jak ciemność wejdzie w ciebie… to nie tęsknisz już tak za światłem. Ty wiesz, prawda? — Niespodziewanie uniósł głowę, posyłając jej najbardziej przytomne spojrzenie od początku rozmowy. — Ruck widzi. Widzi ciemność w tobie.
— Jestem Szarą Strażniczką — przyznała, zwalczywszy nieprzyjemny ucisk w brzuchu. — To nie to samo.
— Szara jak skała — westchnął znów nieobecnym głosem. — Strażniczka przeciw ciemnościom. Piękna jak krystaliczne wodospady.
Ellen westchnęła, zmęczona tą rozmową. Uśmiechnęła się mimo to, wiedząc, że to nie była wina Rucka, że jego umysł znajdował się w takim stanie. Przynajmniej nie do końca.
— Musisz powiedzieć matce, że żyjesz — skarciła go miękko.
— Nie, nie, nie! — zdenerwował się ponownie i potrząsnął głową. — Nie może… pamięta chłopca, małego chłopca, jasnookiego chłopca z młotem i nie może tego zobaczyć! Daj słowo-przysięgę-obietnicę, że nie powiesz! — wyrzucił z siebie przerażony.
— Wolisz, żeby myślała, że nie żyjesz? — spytała zdruzgotana Ellen.
Nie wyobrażała sobie takiego okrucieństwa. Gdyby chodziło o jej dziecko – albo po prostu o jej rodzinę – prawdopodobnie wolałaby znać najgorszą prawdę, niż żyć w kłamstwie.
— Tak! Tak — westchnął z ulgą. — Powiedz matce, że Ruck jest martwy. Jest martwy i jego kości gniją w sieciach pełzaczy, i nigdy już ma go nie szukać.
— Dobrze — skapitulowała, nie chcąc dłużej go denerwować. — Powiem jej, że zginąłeś mężnie.
Ruck wyraźnie się rozluźnił, nawet wypuścił powietrze.
— Ładna pani jest jak matka, tak. Za dobra, za ładna na ciemność — zamruczał i wyciągnął powykręcaną dłoń do jej twarzy.
Oghren syknął ostrzegawczo, ale Ellen go zignorowała. W końcu była Szarą Strażniczką, jej organizm przyjął skażenie, nie musiała się niczego obawiać. Uśmiechnęła się łagodnie i pozwoliła się dotknąć, by zaraz delikatnie ująć dłoń Rucka w swoją. Krasnolud wyraźnie się wzdrygnął, zdumiony kontaktem z drugą osobą.
— Musimy już iść. Dziękuję ci za pomoc — stwierdziła, zanim go puściła i wstała.
Ruck skinął głową, nadal zdumiony tym, co mu się przytrafiło. Ellen spojrzała wymownie na Oghrena i razem z nim skierowała się ku wyjściu, zostawiając za plecami migotliwy płomień niewielkiego ogniska, które tańczyło nieopodal Rucka.
Oghren odezwał się dopiero, kiedy jasność stała się bardziej wspomnieniem, a otoczył ich aksamitny półmrok.
— Wygląda na to, że ten zbieracz kości mieszka w starym obozie Brandy — stwierdził ponurym głosem.
Ellen bez słowa przytaknęła; to raczej niemożliwe, by w tym stanie przygotował to miejsce samodzielnie.
— Widziałaś znaki na ziemi? — spytał, przenosząc na nią wzrok.
Ellen zmarszczyła czoło i mimowolnie się obejrzała, chociaż to niczego nie dało. Tak bardzo skupiła się na Rucku, że nie poświęciła obozowisku większej uwagi. Wzruszyła ramionami, nieco zakłopotana.
— Było tu wiele osób i ognisk naraz — doniósł spokojnie Oghren. — Teraz wiem, że jej tu nie ma. Nigdy by nie pozwoliła, żeby coś takiego spało tam, gdzie ona.
Ellen powstrzymała się od rzucenia karcącego komentarza, uznawszy, że sprzeczka odnośnie Rucka nie miała najmniejszego sensu. Po prostu ponownie skinęła głową.
— Wygląda na to, że po wskazówki trzeba udać się do gniazda tych pełzaczy — westchnęła ciężko. — Nie uśmiecha mi się to.
— Jo. Ale to tylko spore pająki, Strażniczko — wytknął z drobną złośliwością i spojrzał na nią wymownie. — Ogrów nikt nie przewiduje.
Ellen wydała z siebie niezadowolony odgłos i przyśpieszyła kroku, chcąc czym prędzej znaleźć się wśród towarzyszy.
Kiedy dołączyli do pozostałych, ustalili, że udadzą się ku szumiącej wodzie. Oghren poinformował, że o ile był dobrze zaznajomiony z tematem, powinno tu istnieć również drugie wyjście, prowadzące w dalsze rejony Głębokich Ścieżek – może to gdzieś tam pełzacze uwiły gniazdo. Leliana wyglądała na bardzo nieszczęśliwą koniecznością następnego spotkania ze stworami, ale nie poskarżyła się nawet słowem.
Ruszyli przez thaig, prowadzeni przez Oghrena, przy którym unosiła się jedna z kul wyczarowanego światła. Ellen została trochę w tyle, by zrównać krok z Alistairem. Strażnik uśmiechnął się do niej ciepło, ledwie znalazła się z nim ramię w ramię.
— Ten krasnolud… Ruck — mruknęła powoli, zbyt zasępiona, by odpowiedzieć na uśmiech. — Przyznał, że jadł mięso pomiotów.
Alistair uniósł brwi i spochmurniał. Spuścił wzrok, co nie umknęło uwadze Ellen.
— Zdarzają się takie przypadki — przyznał niechętnie. — To… inny rodzaj skażenia. Jeśli można w ogóle mówić o czymś takim, to krew uszlachetnia zarazę w naszych żyłach. — Uśmiechnął się krzywo. — Nie wiem, jak dokładnie, bo nie znam przepisu na rytuał Dołączenia. Wiem tylko, że jedzenie pomiotów to nie najlepsza dieta.
Ellen spojrzała na niego bezradnie. Ruck nie tylko postradał zmysły, ale także jego ciało przestawało funkcjonować. Coś potwornego.
— Nazywamy ich ghulami — odezwał się Alistair, podejmując temat. — Każdy, kto wystawi się na działanie zarazy w ten sposób, staje się ghulem.
— A nas to omija? — mruknęła, czując nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
Popatrzył jej w oczy; w jego wzroku czaiło się dużo bezradności oraz smutku.
— Nie mam pojęcia, Ellen — szepnął, westchnąwszy ciężko. — Duncan… nie zdążył mi o tym powiedzieć.
Nie pytała o nic więcej. Odszukała w półmroku dłoń Alistaira i zacisnęła na niej palce, chcąc dodać otuchy i jemu, i sobie. W milczeniu spojrzeli w przód, gdzie pomiędzy budynkami ulica nieznacznie się zwęziła, po paru metrach przechodząc w most.
— Hej, czy to nie znaczy…? — rozległ się zadowolony głos Zevrana.
— Prawdopodobnie — przytaknęła mu Leliana.
Oghren odpowiedział mało komunikatywnym pomrukiem, dlatego postanowili przekonać się na własne oczy, czy się nie pomylili w kwestii strumienia.
— Mam pytanie natury religijnej, qunari — odezwała się Shale, a jej mocny głos potoczył się dokoła echem.
— Dla ciebie, kadan, odpowiem — zgodził się Sten.
— Czy jego „Qun” zaakceptowałoby nawróconego, który jest golemem? — mruknęła trochę speszona, błądząc spojrzeniem po otaczających ich opustoszałych domach.
— Nie wiem — stwierdził. — Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Akceptujemy każdą formę życia tak długo, jak długo oni są w stanie zaakceptować ich rolę w świecie.
— A jaka to rola? — zainteresowała się.
— Oparta na równości — skwitował. — W Qun jednostka żyje, by służyć.
— Hmm — zamruczała Shale. — To mniej zachęcające. Czy to sprawiłoby, że ptaki będą tak samo równe? — spytała podejrzliwie.
— Ptaki? — powtórzył zaskoczony Sten. — Ptaki są… ledwie zwierzętami. Oświecenie ich nie dotyczy.
— Doskonale — ucieszyła się. — To brzmi bardzo obiecująco.
Grupa dotarła na wysokość brzegu, gdzie w tafli płynącej rzeki odbiły się magiczne światła. Ellen zachłysnęła się powietrzem, widząc najprawdziwszą w świecie, krystalicznie czystą wodę, która przepływała przez thaig Ortana. Wymieniła zdumione spojrzenia z przyjaciółmi, czując ulgę. Skoro mieli dostęp do strumienia, mogli uzupełnić zapasy. Bez jedzenia łatwiej sobie poradzić niż bez wody.
— Można tu rozbić obóz — stwierdził Oghren. — Po drugiej stronie jest łagodniejszy brzeg — dodał, oglądając się na Ellen.
— To chodźmy — zgodziła się od razu, ucieszona perspektywą noclegu w mniej ponurym niż większość Głębokich Ścieżek miejscu.
Wspięli się na mocno wypiętrzony most. Ellen straciła cały zapał, kiedy odkryła, że kładka była pozbawiona barierek i bez trudu dało się spaść prosto do zimnej rzeki. Spróbowała iść dokładnie na środku i nie patrzeć na boki; zacisnęła przy tym dłonie w pięści, wbijając paznokcie w skórę.
Dzięki temu zauważyła coś niepokojącego. W półmroku poruszyły się dziwne kształty, ale zbyt bezszelestne na pełzacze czy pomioty. Zmarszczyła czoło, zaniepokojona, a włoski na karku stanęły jej dęba.
— Co to? — spytała napiętym głosem.
Odpowiedziała jej cisza. Dopiero po chwili Morrigan zasyczała cicho, sprawiając, że Ellen jeszcze bardziej pogorszył się humor.
— Nic dobrego — stwierdziła. — Zejdźmy stąd.
Grupa zgodnie z poleceniem przyśpieszyła, przez co Leliana dosłownie zsunęła się po opadającej części mostu na stały grunt. Pozostali do niej dołączyli zaraz potem i ustawili się bezradnie na pustym, cichym brzegu szumiącej rzeki – a w oddali, bardziej po lewej stronie, gdzie w półmroku majaczył drugi most, kotłowały się lekko świetliste kształty. Ellen wytrzeszczyła oczy i cofnęła się kawałek.
— Duchy — poinformowała Morrigan.
— O, świetnie — rzucił ironicznie Zevran. — Tego jeszcze nie grali.
— Duchy łatwo jest przegonić — stwierdziła Wynne i uśmiechnęła się uspokajająco.
— To zróbcie coś, kutwa — zirytował się Oghren.
Powietrze przeciął bełt, który ze świstem śmignął tuż obok ucha Alistaira. Strażnik aż podskoczył, zupełnie nieprzygotowany na coś takiego.
— Byle szybciej, to bardzo złe duchy — mruknął.
Uniesione dłonie Wynne zabłysły błękitnym, intensywnym światłem, a to łagodną falą rozeszło się dokoła. Istoty, czymkolwiek właściwie były, zostały zdmuchnięte przez zaklęcie i nie pozostał po nich nawet ślad – zmieniły się w obłoki jasnego dymu. Ellen aż rozdziawiła usta. Krzyki zapomnianych przez świat wojowników, po raz ostatni ruszających do walki, przebrzmiały w ciszy i umilkły.
— Niesamowite — wykrztusiła.
— Okolica raczej jest już bezpieczna — mruknęła Morrigan.
Zmęczona Wynne z ulgą wsparła się na ramieniu Leliany i uśmiechnęła się z wdzięcznością. Zanim ktokolwiek zabrał głos, ziemia zadrżała, jakby nadciągało coś wielkiego. Przyjaciele wymienili zdumione spojrzenia, nie rozumiejąc, co się działo.
Pierwszy niebezpieczeństwo dostrzegł Alistair. Znieruchomiał na moment, przypatrując się rosłej istocie z kamienia, która nadciągała w ich stronę, wyłoniwszy się z ciemności otaczającej drugi most nad rzeką.
— Nie licząc tego wściekłego golema — skomentował nietęgim głosem.
Ellen gwałtownie się obróciła ku zagrożeniu i aż jęknęła, nie znalazłszy odpowiednich słów, by zobrazować przerażenie. Nie musiała niczego więcej dodawać – spośród towarzyszy wystąpiła Shale i natarła na swojego pobratymca.
Kamień zazgrzytał o kamień, a ich golem stęknął cicho, siłując się z wrogiem. Ellen ze zdumieniem przyjrzała się różnicy między jedną istotą oraz drugą – Shale faktycznie była o wiele drobniejsza od przeciwnika. Wilhelm musiał mieć mnóstwo odwagi. Shale wydawała się smuklejsza w barkach, podczas gdy drugi golem wyglądał jak bryła kamienia opracowana tak, by dało się rozpoznać kończyny oraz głowę.
— Jak z tym walczyć?! — zawołała Ellen, z pretensją wskazując golema.
Alistair spojrzał bezradnie na trzymany w dłoni miecz.
— Cóż…
— Może magią, a? — podsunął Oghren, przestępując z nogi na nogę. — Tego kamienia byle ostrze nie wyszczerbi.
— Morrigan? — zwróciła się do wiedźmy Ellen, uznawszy, że Wynne powinna odpocząć po rzuceniu tego dziwnego zaklęcia.
Morrigan uśmiechnęła się kpiąco pod nosem, przeszła w przód, zakręciwszy kosturem, po czym uniosła ręce. Przez chwilę nic się nie działo – Ellen poczuła tylko, jak włoski na karku znowu stawały jej dęba. Przyzwyczajona, że to reakcja na magię, niecierpliwie czekała, słuchając odgłosów walki od strony dzielnej Shale.
W golemy uderzył podmuch wiatru, który przyniósł krople wody. Żywioł ominął Shale, ale osiadł na przeciwniku, oblepiając jego kamienny pancerz. Powietrze gwałtownie się ochłodziło, a rosa zamieniła się w lód, rozkruszając skałę. Shale, wyprowadziwszy celne uderzenie w popękane ramię golema, bez trudu odłupała je od torsu. Gdy Morrigan przywołała ogień, ten oplótł się wokół kamienia, musnął jednak także kryształy, które Ellen przyniosła Shale kilka dni temu.
Jej ramiona zapłonęły, zadając dwa ostatnie, druzgoczące ciosy wrogowi. Golem zarzęził głucho, zachwiał się, depcząc po własnym gruzie, po czym osunął się na kolana. Shale ze spokojem patrzyła, jak opadał nieruchomy na ziemię, a wyryte w jego ciele runy gasły. Po krótkiej refleksji zwróciła się do towarzyszy; Ellen odniosła wrażenie, że była bardzo z siebie zadowolona.
— Wreszcie trochę wyzwania — skomentowała, przyjrzała się tańczącym wewnątrz kryształów płomykom, po czym jakby nigdy nic zawróciła.
— No, jasne — odparł Alistair, wymieniwszy zdruzgotane spojrzenie z Ellen.
Strażniczka zaśmiała się nerwowo.
— Spróbujmy rozbić ten obóz — zaproponowała i machnęła ręką ku kilku budynkom przycupniętym po tej stronie rzeki. — Może nic nas nie zdąży zaatakować.

Wyglądało na to, że zasłużyli na spokój. Za radą Oghrena rozpalili ognisko i zgasili magiczne światła, bo – jak powiedział – w thaigach była dobra wentylacja, więc nie musieli się niczego obawiać. W zimnej wodzie rzeki umyli nie tylko broń, ale również siebie, co wydawało się niczym zbawienie. Zjedli ciepły posiłek, rozsiedli się wokół ogniska i cieszyli oczy tlącym się płomieniem, rozmawiając zaskakująco pogodnie.
Ellen postanowiła nalać świeżej wody do opróżnionych manierek. Odłączyła się od pozostałych i zeszła nad brzeg rzeki. Kucając, dostrzegła wyciskającą włosy Morrigan; uśmiechnęła się do niej i pomachała jej, zaraz skupiając się na bukłakach, by żadnego nie porwał nurt. Kiedy podniosła się z klęczek i popatrzyła na przeciwną stronę thaigu, poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach.
Wśród ciemności, w oddali, między budynkami, przesuwały się świetliste postaci. Zupełnie tak, jakby nadal żyły, wykonywały codzienne czynności, zatrzymane w dniu, w którym zginęły. Nie zwracały uwagi na ich obozowisko, ślepe oraz głuche, uwięzione w tym zimnym, odległym świecie.
— Nie przyjdą tu — odezwała się Morrigan, podchwyciwszy spojrzenie Ellen. — Zaklęcie tej staruchy było silne. Zresztą póki nie zakłócimy ich spokoju, nie zainteresują się nami — wytłumaczyła.
— To dusze? Czy duchy Pustki? — spytała niepewnie, zakręcając manierki.
Morrigan milczała kilka chwil, wpatrując się w tę samą stronę. Zacisnęła usta.
— Są takie rzeczy, których nie wiem — stwierdziła i zawróciła do obozowiska.
Ellen popatrzyła za nią, uniosła brwi, po czym zgarnęła przyniesione bukłaki i podążyła jej śladem. Odkryła, że część towarzyszy udała się już na spoczynek, dlatego możliwie najciszej odłożyła manierki. Przykucnęła przy Oghrenie, który pociągał parę łyków z osobistej piersiówki.
— Czyli jutro z rana pójdziemy tamtym korytarzem? — spytała półgłosem, ruchem brody wskazując przejście kawałek dalej, za budynkami.
Odkryli je podczas rozstawiania obozu i po krótkich oględzinach Oghren orzekł, że to najprawdopodobniej pozostałości starego przejścia z thaigu.
— Jo. Wystarczy pójść za pajęczynami — stwierdził, otarłszy usta z kropli alkoholu.
Ellen zrobiła nietęgą minę, przypatrując się ziejącej w skale czarnej dziurze, po czym skinęła głową. Koniec końców, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, postanowiła pozwiedzać bezpieczny brzeg rzeki – zabrała koc i poszła w półmrok, ku ostatnim budynkom po tej stronie. Otuliwszy ramiona, przystąpiła do podziwiania architektury. Czuła się bezpiecznie, bo wiedziała, że za plecami zostawiła przyjaciół, którzy byli gotowi przyjść jej z pomocą, gdyby tylko krzyknęła. Poza tym ufała Morrigan, zwłaszcza w kwestii wiedzy magicznej.
Nie odważyła się wejść do domu. Przysunęła tylko twarz do szyby, ale nie dostrzegła żadnych zarysów wnętrza. Wycofała się zatem i przeszła ku rzece, chowając się za drugim mostem. Usiadła, okrywszy się szczelniej kocem, i zapatrzyła się przed siebie, na pogrążone w idealnej ciemności miasteczko. Z tej strony nie widziała żadnych duchów, z mroku wyłaniały się tylko górne części domostw. Cichy szum rzeki sprawiał, że widok przestawał być aż tak przerażający.
Pomyśleć, że kiedyś to miejsce wprost tętniło życiem. Potem przyszły pomioty i wszystko zniszczyły. Zacisnęła usta, zastanawiając się, jak wiele winy ponosiły potwory, a jak wiele skorumpowani szlachcice pragnący coś ugrać na cudzym nieszczęściu. Oghren mówił, że większość krasnoludzkiej historii została stracona, ale Ellen uważała, iż prawdopodobnie niewiele różniła się od ludzkich tragedii. W każdym zakątku świata panowała ta sama chciwość.
Drgnęła, słysząc kroki, i zerwała się z ziemi, przestraszona, że znalazła się w niebezpieczeństwie. W półmroku dostrzegła znajomą sylwetkę, dlatego wypuściła powietrze.
— Przestraszyłeś mnie — mruknęła karcąco, obserwując, jak Alistair ostrożnie zsuwał się po brzegu, żeby do niej dołączyć.
— Ty mnie też — odparł z wyrzutem. — Dlaczego nie powiedziałaś, że idziesz zwiedzać nawiedzony thaig?
Ellen zacisnęła usta, niezadowolona, że naprawdę zrobiło jej się głupio. Odwróciła wzrok i bardziej opatuliła się kocem, żeby zasłonić twarz przed wzrokiem Alistaira – poczuła, że się rumieniła, a nie chciała jego triumfu.
— Nie poszłam daleko — żachnęła się bez przekonania.
— Wcale. Gdyby nie Oghren, nie wiedziałbym nawet, gdzie zacząć szukać zwłok. —Pokręcił głową. — A nadal mi nie powiedziałaś, jakie byś chciała kwiaty na pogrzebie.
Ellen spojrzała na niego, jakby postradał zmysły. Bardzo powoli pojęła, że Alistair nawiązał do ich dawnej rozmowy, jeszcze z Ostagaru. Parsknęła krótkim śmiechem i zasłoniła twarz kocem.
— Na oddech Stwórcy, naprawdę to pamiętasz? — wykrztusiła.
— Nie co dzień ratowałem kobiety z opresji — stwierdził bardzo poważnie. — Wszystko zaczęło się od ciebie.
— Templariusze mają naprawdę nudno w życiu — zawyrokowała.
— Przynajmniej dostajemy ładne uniformy. — Wzruszył ramionami, ale uśmiechnął się do niej szeroko.
Wyciągnął do niej dłoń, a gdy ją przyjęła, pomógł jej z powrotem usiąść. Od razu przytuliła się do jego ramienia, zamierzając wykorzystać kilka wspólnych chwil – Alistair jednak się napiął, jakby zupełnie mu to nie odpowiadało. Ellen niepewnie się wyprostowała, udając, że było to zamierzone, odgarnęła włosy za uszy i zapatrzyła się przed siebie.
Nie była pewna, dlaczego między nimi zapanowała napięta atmosfera. Alistair kilkukrotnie nabierał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz rezygnował, wypuszczał je, czochrał w nerwach włosy. Wreszcie Ellen nie wytrzymała – kiedy po raz kolejny sięgnął do fryzury, ujęła jego dłoń, powstrzymując go.
— Już jesteś przystojny, przestań — mruknęła, siląc się na rozbawiony ton.
Alistair popatrzył na nią, w półmroku dostrzegła jego lekki, trochę nieobecny uśmiech. Poczuła wstępujący na policzki rumieniec, dlatego odwróciła wzrok.
— Cieszę się, że tak myślisz — stwierdził cicho, nachyliwszy się do niej.
Nie wiedziała, jak zareagować na niespodziewany ucisk w brzuchu, więc wbiła spojrzenie we własne stopy.
— No wiesz — wykrztusiła — morale są ważne.
Alistair nie odpowiedział od razu. Ellen popatrzyła na niego spłoszona, zmartwiwszy się, że się obraził – nawet pomimo swojego zdawałoby się niewyczerpanego poczucia humoru. Alistair wpatrywał się w pomarszczoną taflę rzeki zaskakująco poważny.
— No dobrze — westchnął. — Nie wiem za bardzo, jak cię o to poprosić.
Ellen uniosła wysoko brwi i rozejrzała się dokoła, jakby spodziewała się podstępu. Nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego, więc zwróciła na niego spojrzenie.
— Czy to bardzo ważne? — mruknęła i przechyliła głowę, by lepiej go widzieć.
— Eee... — zająknął się speszony. — Nie. Chyba nie. Pomyślałem sobie tylko... — urwał, znów sięgając dłonią do włosów, by je przeczesać. — Jesteśmy razem w obozie prawda? Może moglibyśmy...  porozmawiać? — podsunął niepewnie.
Z trudem powstrzymała się od zauważenia, że przecież właśnie rozmawiali. Uśmiechnęła się pogodnie, sięgając do ręki Alistaira, by ująć jego dłoń, ale ledwie jej dotknęła, zauważyła coś zaskakującego. Uniosła brwi jeszcze wyżej.
— Czy ty się pocisz? — spytała zdumiona.
— Nie! — zawołał szybko. — To znaczy tak — skapitulował, by ostatecznie westchnąć ciężko. — To znaczy… Jasne, jestem trochę zdenerwowany. Nie to, żeby miało chodzić o coś złego czy przerażającego... No cóż… Tak. — Odwrócił głowę.
Ellen przyglądała mu się zszokowana, nie rozumiejąc, co się stało i dlaczego zachowywał się tak nienaturalnie. Z początku bywało niezręcznie, bo żadne nie nawykło od okazywania sobie uczuć, ale od pewnego czasu wydawało jej się, że wszystko już w porządku. Czyżby coś się stało?
— Jak to powiedzieć? — westchnął ciężko. — Za każdym razem, gdy znajdę się obok ciebie, czuję, że głowa mi zaraz pęknie. Nie mogę myśleć logicznie — mruknął.
Uśmiechnęła się z przekąsem. Uznała, że Alistair znowu próbował obrócić niezręczną sytuację w żart, więc postanowiła przyjść mu z pomocą.
— Ach tak? — mruknęła z udawaną urazą. — Wielkie dzięki.
— Nie to miałem na myśli — żachnął się całkowicie poważny, co znów zbiło Ellen z tropu. — Chodzi o to... No dobrze, zacznę od początku — poddał się, pokręciwszy głową; zanim podjął wątek, usiadł prosto i ujął jej dłonie w swoje. — Chodzi o to: twoja obecność doprowadza mnie do szału. Ale nie mogę wyobrazić sobie, bym mógł żyć bez ciebie — wyznał cicho, przesuwając kciukami po jej skórze. — Nie wiem, jak jeszcze mógłbym to ująć. Chcę spędzić z tobą noc. Tutaj, w obozie. Może jest na to zbyt wcześnie, nie wiem, ale... Wiem za to, co czuję. — Podniósł wzrok, odszukując jej oczy.
Ellen popatrzyła na niego skołowana, czując, jak serce gwałtownie przyśpieszało w piersi, utrudniając oddychanie. Nie spodziewała się takiego wyznania, a tym bardziej… takiej propozycji. W jednej chwili się przeraziła, ale jednocześnie dopadła ją niezdrowa ciekawość. Myślała przecież podobnie, nie zamierzała nigdy Alistaira stracić, chciała zostać z nim na zawsze. Z drugiej strony nie wyobrażała sobie tego… cóż, tak. Od małego wpajano jej utarty schemat postępowania i zawsze myślała, że nawet nie dożyje cholernej nocy poślubnej, bo prędzej rzuci się z okna najwyższej wieży.
Teraz natomiast… wszystko się zmieniło. Uzmysłowiła sobie, że chciała, ale się bała.
— Trochę to niespodziewane, Alistairze… — wykrztusiła, rumieniąc się, bo wiedziała, że oczekiwał odpowiedzi, a jej milczenie musiało go zabijać.
— Chciałem poczekać na idealny moment, idealne miejsce, ale ile można czekać? — westchnął, sięgając do jej twarzy, by delikatnie pogłaskać ją po policzku. — Gdyby wszystko było idealnie, w ogóle byśmy się nie spotkali. My tak jakby... wpadliśmy na siebie — stwierdził i uśmiechnął się z odrobiną rozbawienia. — I mimo że tej chwili daleko było do doskonałości, zakochałem się w tobie.
Ellen nie sądziła, by kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu rumieniła się aż tak bardzo. Czuła się źle z tym, że nie umiała niczego składnego odpowiedzieć, chociaż w głowie formowało jej się wiele podobnych wyznań – dusiła je w sobie bardzo długo, a teraz byłby doskonały moment, by zacząć mówić szczerze. Ale gardło zdradziecko się ścisnęło.
— Nie chcę już dłużej czekać — podjął przerwany wątek, uciekłszy wzrokiem w bok. — Ja... nigdy jeszcze tego nie robiłem. Wiesz o tym. Chcę być z tobą, póki to jeszcze możliwe. Na wszelki wypadek, gdybyśmy… — zamilkł, na moment zamykając oczy.
Natychmiast wyciągnęła ręce i zatkała mu usta, przerażona tym, co prawie padło. Alistair popatrzył na nią zaskoczony, więc powoli cofnęła dłonie.
— Nie mów tak — skarciła go nerwowo, czując, jak szybko biło jej serce, że prawie bolało. — Zawsze będzie jeszcze na to czas.
— Będzie? — mruknął. — Tego nie możesz być pewna. Ja też nie jestem. Chciałbym móc powiedzieć, że choć raz w życiu zaryzykowałem — stwierdził cicho, odgarnął kosmyk włosów za jej ucho, po czym się wyprostował, jakby chciał jej dać szansę na ucieczkę.
To nie było rozsądne. Ani odpowiedzialne. Ani mądre. Ani w ogóle normalne. Prawdopodobnie nie powinna.
Mimo to chwyciła lnianą koszulę Alistaira, przytrzymując go przy sobie, i wpiła się w jego usta, może trochę zbyt rozpaczliwie. Strażnik w pierwszej chwili zastygł, zaskoczony taką reakcją, ale już po chwili obejmował ją mocno i przyciągał bliżej. Spodziewała się, że będzie miał chłodne dłonie, jednak gdy wsunął je pod jej bluzkę, z zaskoczeniem zauważyła, iż były przyjemnie ciepłe. Westchnęła cicho, rumieniąc się bardziej, na moment znów ogarnął ją strach. Na oddech Stwórcy, jak oni to sobie wyobrażali, dwoje zagubionych kochanków w samym sercu Głębokich Ścieżek?
Na szczęście jego pocałunki szybko odganiały niechciane myśli, sprawiając, że skupiała się tylko na nim. Był pewniejszy od niej, trochę śmielszy, co dodawało pewności siebie, zachęcało do własnej inicjatywy – w pierwszych chwilach tkwiła prawie jak zamrożona, jedynie reagując na dotyk, wzdychając cicho, odchylając głowę, kiedy usta Alistaira wędrowały na jej szyję. Wreszcie jednak przełamała nieśmiałość, zwalczyła zagubienie; wykorzystała to, że nadal zaciskała ręce na jego koszuli, by pociągnąć go do siebie. Stęknęła, kiedy opadła na kamień, i gwałtownie się wygięła, przez co uderzyła Alistaira ramieniem w brodę.
— Przepraszam — jęknęła, ujmując jego twarz w dłonie.
Alistair zaśmiał się cicho i rozmasował szczękę, posławszy jej rozbawione spojrzenie. Poczuła, że jeszcze bardziej się zarumieniła, kiedy podchwyciła kontakt wzrokowy.
— A mówiłaś, że nigdy byś mnie nie skrzywdziła — przypomniał z przekąsem.
— Chodź. Ucałuję — mruknęła, przesunąwszy dłoń wyżej, by zatopić ją w jego poczochranych włosach.
Wydawał się zaskoczony, ale posłusznie się pochylił. Zgodnie z zapowiedzią musnęła ustami najpierw jego szczękę, potem brodę, aż zsunęła się na szyję, nieśmiało wędrując dłońmi po jego torsie. Przyłożyła rękę do jego piersi na wysokości serca; uśmiechnęła się lekko, czując, jak szybko biło.
Znów znalazła się w jego objęciach, żarliwie odwzajemniając pocałunki. Nawet nie zauważyła, w którym dokładnie momencie wspólnymi siłami zdjęli jego koszulę ani kiedy jej bluzka do niej dołączyła. Chłód ukąsił rozgrzane ciało, Ellen skuliła się, zawstydzona nagością. Rozluźniła się, gdy Alistair otoczył ją ramionami, przytulając do siebie mocno. Jego nierówny, gorący oddech połaskotał skórę szyi, przyprawiając o przyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
Prawdopodobnie naprawdę nie powinni. Prawdopodobnie było to głupie i lekkomyślne. Ale nie chodziło o po prostu o tę jedną, niezbyt rozsądną noc. Chciała spędzić z nim życie, jakkolwiek miało nie wyglądać, i chciała się z nim kochać. Chociaż żadne nie wiedziało tak do końca, co robili. Może dlatego wydawało się to jeszcze bardziej intymne.
Ułożyła się na pogniecionym kocu, o którym jeszcze chwilę temu nawet nie pamiętała, i uśmiechnęła się nieobecnie, kiedy Alistair się nad nią pochylił. Przesunęła kciukiem po jego ustach, starając się wyrównać oddech, ale było to chyba niemożliwe.
— Ależ ty jesteś piękna — wyszeptał, przypatrując się jej z zachwytem.
Zaśmiała się cicho i otoczyła jego szyję ramionami, by przyciągnąć go do kolejnego pocałunku. Niezręczna sytuacja zaczęła wyglądać jak coś normalnego, coś całkowicie dla nich naturalnego, chociaż zupełnie nowego.
— Nie podlizuj się — zamruczała, przesunąwszy paznokciami po jego karku.
Alistair uśmiechnął się w jej ramię, po którym sunął ustami. Ellen szybko przestała się skupiać na rozmowie, znów nie mogąc zapanować nad wariującym w piersi sercem.
— Lepiej teraz, bo potem możesz mieć o mnie o wiele gorsze zdanie — stwierdził po krótkiej chwili wypełnionej ich przyśpieszonymi oddechami.
— Ale ty jesteś głupi — żachnęła się i wywróciła oczami, by zaraz zaborczo go do siebie przyciągnąć.
Przestała się wahać, zastanawiać, a nawet myśleć – i tak samo zrobił Alistair. Zresztą tej nocy nic już nie miało większego znaczenia. W końcu to było takie proste.
Zwyczajnie go kochała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz