poniedziałek, 10 października 2016

Rozdział 1.103 - Gniazdo pełzaczy



Obudziły ją niosące się po tafli wody przekleństwa. Mruknęła niezadowolona i zasłoniła twarz ramieniem, próbując się odciąć od niechcianych dźwięków. Dopiero po chwili przypomniała sobie, gdzie była i jakie mieli zadanie. Oraz co się wydarzyło. Westchnęła z drobnym zaskoczeniem, od razu otwierając oczy. Przesunęła wzrokiem po pogrążonym w półmroku brzegu, zbierając myśli.
Wyglądało na to, że nie tylko ją wyrwało ze snu burkliwe złorzeczenie Oghrena. Alistair mocniej zacisnął ramiona wokół jej talii, chowając nos w jej szyi. Spróbowała nie drgnąć nerwowo, kiedy połaskotał ją ciepłym oddechem, i uśmiechnęła się. Rumieniec prawie od razu wstąpił na policzki, wspomnienia natomiast skupiły się na wspólnej nocy. Mimowolnie odszukała dłoń Strażnika i splotła ze sobą ich palce, jeszcze kilka chwil poświęcając bezrefleksyjnemu szczęściu. Zaraz będą musieli się zebrać, dołączyć do pozostałych i podjąć wędrówkę, ale teraz jeszcze mogła się tym nie przejmować.
— Dzień dobry — usłyszała niespodziewanie niski, rozespany jeszcze głos Alistaira. — O ile można to nazwać dniem.
Zaśmiała się cicho i przekręciła się na plecy, by spojrzeć na leżącego obok Strażnika. Uśmiechnął się do niej, kiedy sięgnęła do jego twarzy, przesuwając palcami po policzku.
— Dobry, ale czy dzień, to cholera wie — odparła pogodnie.
— Wiesz, jeśli wierzyć siostrom w klasztorze, powinienem teraz zostać uderzony piorunem — stwierdził, przeciągnąwszy się z zadowolonym pomrukiem.
Ellen przytrzymała skrawek koca, żeby Alistair go z niej tym nie ściągnął, i uśmiechnęła się szeroko. Mimowolnie wpadło jej do głowy, że to dobrze w takim razie, że byli pod ziemią.
— Nie kracz — skarciła go, siląc się na poważny ton. — Nigdy nie wiadomo.
Strażnik wsparł się na łokciu, żeby wygodniej się jej przyglądać. Odgarnął z jej twarzy kilka kosmyków niesfornych włosów, przymrużywszy oczy.
— Jasne, ale jeśli ten piorun ma uderzać po wszystkim, to nie rozumiem, kogo to ma odstraszyć — skwitował z przekąsem.
Dziewczyna wydęła usta i wzruszyła ramionami, nie znalazłszy na to żadnej odpowiedzi. Zresztą wolałaby, żeby Alistairowi żadne pioruny się nie przytrafiły.
— Zdajesz sobie sprawę, że reszta naszej paczki będzie gadać, prawda? Mają to w zwyczaju — westchnął niespodziewanie, przeniósłszy wzrok ponad nią w stronę, z której wieczorem poszli nad brzeg.
Ellen podążyła za jego spojrzeniem i na moment spochmurniała. Większość czasu starała się budować nienaganny wizerunek przywódczyni, ale w pewnym momencie zorientowała się, że to zupełnie nie miało sensu. Dlatego teraz, po początkowym niepokoju, doszła do wniosku, że nawet się niespecjalnie martwiła.
— Jeden głupi tekst, a rzucę ich pomiotowi na pożarcie — postanowiła jakby nigdy nic i ponownie wzruszyła ramionami.
Alistair zaśmiał się cicho, kręcąc głową.
— Widzisz? — westchnął, tym razem przesuwając wierzchem dłoni po jej policzku. — Dlatego właśnie cię kocham — zamruczał, nachylając się.
Sama oplotła go ramieniem w szyi, unosząc się do pocałunku. Naprawdę nie miała ochoty nigdzie się ruszać, ale dźwięki dochodzące od strony obozowiska robiły się coraz bardziej nachalne.
— Więc... co teraz? Co będzie, jak myślisz? — spytał, kiedy już się od siebie odsunęli i spędzili kilka chwil w ciszy, przypatrując się sobie.
— Naprawdę nie wiem — odparła po krótkim zawahaniu, uciekłszy wzrokiem w bok.
Nie chciała myśleć o przyszłości. Nie chciała zastanawiać się, co będzie, kiedy dotrą jeszcze dalej, do momentu, w którym coś mogłoby ich rozdzielić. Wolała skupić się na tym, co miała. Nauczyła się w końcu, że bardzo łatwo można stracić szczęście.
— Wierz mi, dobrze się rozumiemy — podsumował z ponurym rozbawieniem, zanim z ciężkim westchnieniem przekręcił się na plecy, sięgając po rzucone na ziemię ubrania.
Bez słowa skargi zaczęli się zbierać. Wyglądało na to, że większość towarzyszy już się obudziła – na pewno niedługo zauważą ich nieobecność i jeszcze się zmartwią albo zaczną ich szukać. Póki trzymali rękę na pulsie, mieli szansę robić dobrą minę do złej gry.
— Plan jest taki — zaczęła półgłosem Ellen, kończąc sznurowanie spodni w takiej pozycji, by wznoszący się nieopodal kamienny most ją zasłaniał — że byliśmy na rozeznaniu w okolicy. Szukaliśmy, eee, drugiego wyjścia.
— Po co? — Alistair spojrzał na nią rozbawiony.
— Nie kwestionuj moich decyzji — obruszyła się, próbując powstrzymać uśmiech. — Po to, żeby sprawdzić, czy Oghren nie robi nas w konia. Czy coś.
— A Oghren mógłby robić nas w konia? — zainteresował się bardziej poważnie.
— Nie sądzę. Ale coś przecież musimy powiedzieć, jeśli nie chcemy, żeby nas zeżarli żywcem — zauważyła, uniósłszy brew.
— Prawdopodobnie skończyliby wtedy jako ghule — stwierdził spokojnie, walcząc z butem, którego nie mógł naciągnąć na nogę. — Wiesz, w końcu zaraza i takie tam.
— Na oddech Stwórcy — wykrztusiła po dłuższej chwili, zszokowana tym, w jaką stronę podryfowały myśli Alistaira. — Tę część pomińmy przy zdawaniu raportu.
— Tak jest — rzucił rozbawiony i wyszczerzył zęby.
Kiedy skończyli zbieranie swoich rzeczy, Ellen spojrzała po nich krytycznie, próbując złożyć koc na jak najmniejszą kostkę, by nie rzucał się w oczy. Strażnik podłapał jej wzrok, więc uniósł pytająco brwi, nie wiedząc, dlaczego na jej twarzy pojawił się cień niezadowolenia.
— Nie mamy zbroi, bo nie zamierzaliśmy się za bardzo oddalać — poinformowała po krótkim zastanowieniu.
— A koc wzięliśmy zamiast tarczy — uzupełnił od razu, starając się powstrzymać uśmiech.
— Czasami mam ochotę coś ci zrobić — burknęła, zapatrzywszy się na niego z ponurym wyrazem twarzy.
Alistair tylko się roześmiał w odpowiedzi, dlatego, bardzo oburzona tym faktem, postanowiła go wyminąć i wspiąć się wyżej na brzeg. Zanim jednak odeszła dalej, Strażnik chwycił jej nadgarstek, zatrzymując ją. Spojrzała na niego pytająco, bardzo szybko przestając się gniewać.
— Zanim pójdziemy, mówiłem już, że cię kocham? — spytał naprawdę tym przejęty; widząc jej lekki uśmiech, nieco się zmieszał. — Tak? Cóż, nie zaszkodzi, jeśli powtórzę, prawda? — Spojrzał na nią wesoło.
Ellen westchnęła cicho i sięgnęła do jego twarzy, by przesunąć dłonią po policzku. W takich chwilach naprawdę trudno jej było uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Nawet pomijając kwestię Plagi oraz arcydemona.
— Też cię kocham — odparła nieco ciszej, czując, że się zarumieniła.
Alistair od razu się rozpromienił. Podszedł te kilka dzielących ich kroków i musnął jej usta w delikatnym, czułym pocałunku, od którego Ellen wypełniło przyjemne, trochę otumaniające ciepło.
— Widzisz? — zamruczał, nieco się odsunąwszy. — Wcale nie było tak źle.
— Będzie źle, jeśli się nie pospieszymy — przypomniała, mało dyskretnie wpychając mu koc w ramiona. — Ty niesiesz. Tarcza to był twój pomysł.

— Naprawdę nikt ich nie widział? — powtórzyła zdenerwowana Leliana, w nerwach składając swoje posłanie. — Przecież to nienormalne, żeby któreś znikało!
— Daj spokój — poprosił rozbawiony Zevran. — Jak myślisz, dlaczego niby sobie od nas poszli? We dwoje?
— Nie bądź niemądry — żachnęła się, podpierając się pod boki. — Tobie to tylko jedno ciągle w głowie.
— Na pewno mam rację — zawyrokował, skrzyżowawszy nogi w kostkach; plecami oparł się o ścianę budynku za sobą, siadając wygodniej.
— Leliano, reszta koców — mruknęła Wynne, ze stoickim spokojem podając łuczniczce pozostałe okrycia.
— Dziękuję — odparła, drżącymi rękoma upychając wszystkie w jednej z bagażowych torb. — To mi się nie podoba.
— Przysięgam — westchnął niespodziewanie Oghren, śledząc wzrokiem szykującą się do drogi Morrigan. — Rzeczy, które mógłbym z tobą zrobić…
Wiedźma wyprostowała się, spojrzała na krasnoluda krytycznie, po czym parsknęła ze zdegustowaniem. Ostentacyjnie powróciła do pakowania swoich rzeczy, starając się nie patrzeć w stronę rozmarzonego towarzysza.
— To znowu chytrze na mnie patrzy… — skomentowała wymownie i uniosła palec, na którym zatlił się magiczny płomień.
Oghren drgnął nerwowo i odchrząknął, jakby dopiero otrząsnął się z głębokiej zadumy. Popatrzył na Morrigan cokolwiek zaskoczony.
— Och. Czy ja powiedziałem to na głos?
— Powinniśmy już ruszać — zirytowała się wiedźma, warknąwszy gniewnie na Oghrena, zanim wyprostowała się, by spojrzeć na pozostałych. — Gdzie ci przeklęci Strażnicy?
— Właśnie próbuję to ustalić — skwitowała zirytowana Leliana i łypnęła na Morrigan nieprzychylnie.
— Nie sądzę, by Alistairowi to długo zajęło — rzucił Zevran, za co zarobił z torby od równie niezadowolonej Wynne. — Za co? — oburzył się, chwytając bagaż.
— Za głupotę — poinformowała czarodziejka. — Shale, możesz to wziąć? — zwróciła się do golema o wiele przyjemniejszym głosem. — Zaczyna łapać mnie reumatyzm od spania na tej zimnej ziemi.
Shale nie powiedziała słowa skargi, przejmując od staruszki jej tobołki. Przerzuciła je sobie przez ramię i popatrzyła po towarzyszach, a na jej twarzy pojawiła się dziwna, chytra mina. Przemilczała jednak poczynione podczas nocy obserwacje.
Na szczęście Strażnicy nadeszli od strony thaigu Ortana. Ellen na widok przyjaciół przyspieszyła kroku i pomachała do nich, zostawiając Alistaira w tyle. Zevran od razu się ożywił, odłożył torbę i podszedł do dziewczyny, ciekaw tego, co miała im do powiedzenia.
— Wybaczcie — sapnęła, zatrzymując się wśród pozostałych. — Poszliśmy poszukać drugiego wyjścia z thaigu, tak na wszelki wypadek.
— Ta, wyjścia — mruknął elf, krzyżując ręce na torsie.
— Niczego jednak nie znaleźliśmy. — Rozłożyła bezradnie ramiona, ignorując uśmiechniętego z przekąsem przyjaciela.
— Ta, niczego.
— Dajcie nam chwilę, to ubierzemy zbroję — poprosiła. — Zaraz będziemy ruszać. Musimy znaleźć to przeklęte gniazdo.
— Ta, gniazdo.
— Zevran, na oddech Stwórcy! — nie wytrzymała Wynne.
— Nigdy więcej tak nie róbcie! — dołączyła się do rozmowy Leliana, chwytając przyjaciółkę za łokieć. — Martwiliśmy się!
Ellen poklepała ją uspokajająco po ramieniu, posłała naglące spojrzenie Alistairowi, po czym oboje przystąpili do zmieniania ekwipunku. Starali się przy tym ignorować obserwujących ich wyczekująco towarzyszy, udając, że wszystko było pod kontrolą. Kiedy już prawie byli gotowi, Strażniczka machnięciem ręki dała znać, że mogli ruszać w zionące ciemnością przejście.
Zanim razem z Alistairem ich dogoniła, chwyciła go za przegub.
— Gdzie ty to dałeś? — spytała, wymownie spojrzawszy na jego puste ramiona.
Młodzieniec uśmiechnął się szeroko.
— Ni chybi, czary — mruknął pogodnie.
Ellen spochmurniała, oburzona tym, że nie otrzymała konkretnej odpowiedzi. Alistair, delikatnie pociągnąwszy ją ku idącym w stronę przejścia przyjaciołom, ucałował czubek jej nosa. To ostatecznie trochę dziewczynę rozpogodziło; ścisnęła dłoń ukochanego, zanim przyspieszyła, chcąc dołączyć do idącego na samym przedzie Oghrena.
— Ta, miałem rację — zawyrokował Zevran, przyjrzawszy się uśmiechniętemu nieco nieobecnie Alistairowi.

Wąski, dość niski korytarz stopniowo opadał, wijąc się wśród skał niczym wąż. Szli w ciszy, prowadzeni przez subtelne, błękitnawe światło zaklęcia Wynne, które zawisło ponad głowami Ellen i Oghrena znajdujących się z przodu. Nie napotkali ani na symbole Brandy, ani ślady bytności pełzaczy, co wydawało się niepokojące. Strażniczka jednak postanowiła milczeć, wiedząc, że nie szli wcale tak długo. Może jeszcze jeden zakręt. Albo dwa.
— Dlaczego nazywacie się „Krukami”? — odezwał się niespodziewanie Sten, a jego głos prawie przyprawił Strażniczkę o zawał serca.
Spojrzała na qunari oburzona.
— Kruki są padlinożercami, nie drapieżnikami — pociągnął myśl, przypatrując się drepczącemu nieopodal Zevranowi.
Elf odwrócił głowę ku olbrzymowi i zmarszczył czoło, zastanawiając się, co mógłby odpowiedzieć, by zaspokoić ciekawość towarzysza.
— Słyszałem, że kiedyś rozważano nazwanie nas Pustułkami. Ale rozumiesz, zupełnie nie brzmiało. — Wzruszył ramionami.
Sten przyjrzał się Zevranowi z góry, jakby rozmyślał nad tym, co usłyszał. Ostatecznie nie odpowiedział, pozostawiając rozmówcę z urwanym wątkiem. Skrytobójca uśmiechnął się rozbawiony i bardzo zadowolony z siebie znów skupił się na marszu.
Niespodziewanie w ciszy rozległ się znajomy, nieprzyjemny klekot. Ellen uniosła rękę, zatrzymując idących za jej plecami towarzyszy, i wbiła wzrok w zakręt korytarza, zza którego dobiegał niepokojący dźwięk. Oghren wyrzucił z siebie mało ładne przekleństwo, sięgając po swój topór, chociaż nadal nie było widać wroga. Dziewczyna zmarszczyła czoło, wahając się w ocenie sytuacji.
— Przyświećcie mocniej — rzuciła przez ramię, słowa kierując do jednej z czarodziejek. — Nie zamierzam walczyć z pająkami po ciemku.
— Przynajmniej nie byłoby widać, jak wiele oczu mają — skomentował Alistair, ale kiedy padło na niego krytyczne spojrzenie Ellen, uśmiechnął się niewinnie.
Morrigan bez słowa posłała zaklęcie na przód grupy i wzmocniła jego siłę, wyręczając tym samym Wynne – staruszka nie wyglądała najlepiej po wczorajszej magicznej interwencji, dlatego towarzysze starali się ją oszczędzać. Zwłaszcza że nie wiadomo było, kiedy znów przyda się jej połączenie z duchem wiary, by przepędzić zjawy krasnoludów.
— Dzięki — mruknęła Ellen. — Teraz powoli i ostrożnie. Nie dajmy się zaskoczyć.
Podjęli marsz, ale zgodnie z decyzją przywódczyni. Dopóki nie dotarli do zakrętu, nie wiedzieli, co dokładnie oznaczała zmiana – gdy jednak stanęli przed ciągnącym się w głąb podziemi korytarzem, pojęli, dlaczego pełzacze przemykały tędy. Kamienne sklepienie pokrywały grube, ciągnące się daleko w przód pajęczyny, prawdopodobnie tworząc kilkumetrowe warstwy. Pająki, ledwie wyczuły obecność wojowników, z zaniepokojonymi syknięciami rzuciły się do ucieczki, by w bezpiecznej odległości wystrzelić nić z odwłoku i wciągnąć się do bezpiecznych kryjówek.
Ellen poczuła, jak jej ciało pokrywa gęsia skórka obrzydzenia. Spojrzała przerażona w górę, ku pajęczynom, po czym westchnęła ciężko. Nie mieli wyboru – przynajmniej wiedzieli, że znajdowali się już blisko gniazda. Machnęła ręką, dając znać, by iść dalej, ale narzuciła mało energiczne tempo. Wolała mieć na oku otoczenie, które w każdej chwili mogło wypluć z siebie olbrzymie pająki.
— Uciekają przed nami — zauważył półgłosem Alistair, kiedy obserwowali kolejnego pełzacza wciągającego się w bezpieczne zwały pajęczyn. — Tamte próbowały nas zjeść.
— Może się dowiedziały, że już zamordowaliśmy pół ich rodziny — podsunął Zevran, wzruszywszy ramionami. — I zmieniły zdanie.
— Nie sądzę, by to było chociaż pół połowy rodziny — skomentowała Ellen, zaciskając usta.
— Przestań — jęknęła od razu Leliana i wzdrygnęła się z obrzydzeniem. — Nie mogły się aż tak rozmnożyć. Tu nie ma warunków do życia.
— Te cholery nie potrzebują wiele — burknął Oghren. — Póki mają pomiocie mięso…
— Myślę, że to wystarczająco dużo szczegółów — przerwała mu Wynne. — Możliwe, że to młode, które jeszcze nie potrafią polować.
— Fascynujące — skomentowała pod nosem Ellen, którą niespecjalnie przejmował tryb życia gigantycznych pająków, zwłaszcza kiedy mogły w każdej chwili spaść jej na głowę.
— Jaki właściwie mamy plan? — spytał Sten, a jego mocny głos bez trudu poniósł się nad głowami towarzyszy, dodatkowo płosząc czającego się kawałek dalej pełzacza.
— Musimy sprawdzić, co te stwory wyniosły z obozu Brandy — odparła Strażniczka, rzuciwszy okiem za siebie. — Może to nam podpowie, gdzie jej szukać.
— Jo. Jak niczego nie będzie, wrócimy do tego kurzojada — dodał Oghren, łypiąc nieprzychylnie na uciekające przed nimi stworzenia.
— Shale, pilnuj tyłów — poprosiła Ellen, uznawszy, że nie chciała mieć pełzaczy ani na głowie, ani na plecach.
Tunel wreszcie się skończył, wypuszczając ich do rozległej komory. Na ścianach ciągnęły się pajęczyny, sięgając aż do tonącego w ich zwojach sklepienia. Wydawało się przez to, że jaskinia była o wiele mniejsza niż w rzeczywistości – Ellen jednak nie dostrzegała jej krańca w ciemności. Wymieniła spojrzenie z przyjaciółmi i ostrożnie wspięła się na wypiętrzony most przed nimi, trwający nad chlupoczącą rzeczką. Miejsce wydawało się podobnie spokojne, co thaig Ortana, nie słychać było nawet najlżejszego klekotu pająków.
— To chyba tu — mruknęła, rozglądając się.
— Chyba tak — przytaknął jej Zevran. — Co zrobimy, jeśli wszystko zabrały na górę? — zainteresował się, oderwawszy wzrok od pajęczyn.
Ellen wydała z siebie mało konkretny dźwięk pełen frustracji, dając przyjacielowi do zrozumienia, że nie zamierzała odpowiadać na tak głupie pytania. Elf uśmiechnął się rozbawiony, ale posłusznie porzucił temat, wiedząc, że lepiej zirytowanej dziewczyny nie drażnić. Ruszyli częściowo wyłożonymi pajęczynami skałami, szukając wśród stalagnatów czegoś, co mogłoby ich zainteresować.
Obeszli jaskinię niemalże dokoła, w ciemności nie dostrzegając zbyt wielu kształtów, a tylko to, co wyłaniało się z mroku, gdy zbliżyli się do tego z magicznym światłem. Wyglądało na to, że znaleźli się w martwym punkcie, bo pomimo uważnych poszukiwań niczego istotnego nie odszukali. Ellen już miała wyrazić wątpliwość w słuszność obranej drogi, zatrzymawszy towarzyszy, kiedy ponad ich głowami przetoczył się wściekły klekot.
— Oho — rzucił Alistair.
— Nie lubię twojego „oho” — warknęła Strażniczka, w nerwach sięgając po sztylet.
W następnej chwili spod sklepienia zsunęły się dziesiątki przerośniętych pająków. Pełzacze otoczyły zaskoczoną grupę, poruszając żuwaczkami, spomiędzy których wyciekał jad, nie ruszyły jednak do ataku, jakby na coś czekały. Dopiero nadejście następnego stwora sprawiło, że Ellen pojęła, o co im chodziło.
Wyjątkowo rosły pajęczak o malowanym żółtawym kolorem odwłoku górował ponad pozostałymi zwierzętami, nie pozostawiając żadnych złudzeń – oto pojawiła się ich przywódczyni. Strażniczkę ogarnęło obrzydzenie na widok wyłupiastych, wilgotnych oczu powyżej owłosionych żuwaczek. Ruchliwe, mocne nogi pokryte długimi włosami zastukały na kamieniach, kiedy pajęczyca przebiegła kawałek, przypatrując się wojownikom.
— Cholera — skomentowała pod nosem Couslandka, wiedząc już, że nie pozostawało im nic innego, jak podjąć walkę.
— Rozgniećmy je na miazgę! — zawołała zadowolona z tych okoliczności Shale, uderzywszy pięścią w otwartą dłoń.
— Postarajmy się tylko za bardzo nie ufajdać — zaproponowała Ellen, krzywiąc się na samo wspomnienie śluzu, który towarzyszył poprzedniej walce z pająkami.
Na szczęście nieopodal płynął strumyk, gdzie mogliby obmyć broń oraz pancerze po potyczce. O ile nie zostaną pożarci żywcem przez ciekawskie, wygłodniałe pełzacze.
— Uważajcie na tego dużego! — rzuciła jedyne polecenie, które przyszło jej na myśl.
Zgodnie skoczyli do walki, nie chcąc czekać, aż to pełzacze przejmą inicjatywę, a także przewagę. Chociaż nie były to bardzo trudne do pokonania potwory, należało też unikać jadu oraz ruchliwych odnóży, swoją drogą wyjątkowo silnych, którymi potrafiły bez trudu pozbawić równowagi. Kilkukrotnie także sztylet Ellen odbił się od pancerza z twardych włosów porastających odwłoki pająków, uniemożliwiając zadanie decydującego ciosu. Zdarzało się, że ranny pająk dokonywał taktycznego odwrotu – wystrzeliwał gruby postronek pajęczyny i wciągał się w bezpieczne rejony ponad głowami wojowników.
Królowa pająków jakby odeszła na ubocze. Jej żółtawy odwłok pojawiał się wśród innych pełzaczy, a potem równie szybko znikał, sprawiając, że nikt nie interesował się nią na dłużej. Dokoła rozlegały się tylko wilgotne trzaski, gdy ciała stworów były miażdżone silnymi ciosami, niekiedy iskrzyła magia, powietrze przecinały strzały – przyjaciele starali się trzymać zwarty szyk, by nie odsłonić bezbronnych pleców wygłodniałym przeciwnikom.
— Cholera — rzucił w pewnej chwili Alistair, kiedy instynktownie osłonił się przed ciosem, ledwie dostrzegł coś mknącego w jego stronę.
Gdy jednak opuścił miecz, odkrył, że ostrze pokrywała lepka pajęczyna. Królowa pająków zaklekotała żuwaczkami, ruszając szybko w stronę zdezorientowanego Strażnika, podczas kiedy on próbował zerwać substancję z klingi, by znów dało się nią ciąć. Stwór jednak nie dotarł do celu, bo drogę ukrócił mu potężny cios topora, który niemalże odrąbał mu odnóża. Królowa błyskawicznie wciągnęła się z powrotem w schronienie powyżej, unikając ataku.
— Plują… pajęczynami? — wykrztusił zdumiony młodzieniec.
— A to przebiegłe skurwysyny — skomentował wesoło Oghren, unosząc swoją broń, by natrzeć na kolejnego pająka.
Alistair odprowadził go zdezorientowanym spojrzeniem, jednak po chwili walki z nićmi sam również zdołał wrócić do potyczki.
Królowa powróciła do zmagań z wyjątkowo opornym posiłkiem – wypatrzyła przy tym jeden z, jak uznała, łatwiejszych celów. Leliana, celując w następnego pełzacza, zupełnie nie zwróciła uwagi na czającą się w półmroku pajęczycę do chwili, w której coś niespodziewanie nie oplotło jej ramion, zmuszając do upuszczenia łuku. Straciła równowagę, zachwiała się i upadła na plecy, nie utrzymawszy się na nogach. Ze zdumieniem zauważyła, że jej ciało oblepiała twarda niczym stal pajęczyna, uniemożliwiając większość ruchów. Jęknęła, szarpiąc się w próbach oswobodzenia, ale na próżno.
Jeden z pełzaczy bez zastanowienia ruszył do łuczniczki, by sięgnąć potężnymi odnóżami do jej własnych nóg. Pociągnął kokon ku zwojom pajęczyny, niepomny na rozpaczliwą szamotaninę przyszłego posiłku. Nie dane mu było jednak dokończyć dzieła, bo oto powietrze przeszył zdenerwowany krzyk:
— Te bestie się nie kończą! Morrigan!
W następnej chwili powietrze gwałtownie się rozgrzało i wypełniło gryzącym swądem dymu. Pełzacze, popiskując groteskowo, klekocząc z przerażeniem żuwaczkami, próbowały umknąć przed płomieniami, które niespodziewanie ogarnęły prawie całą jaskinię, trawiąc i je, i ich bezpieczne mieszkanie u sklepienia jaskini, ale nie było stąd ucieczki. Nawet królowa padła ofiarą intruzów – golem jednym, ostatecznym, za to bardzo silnym oraz cielnym ciosem zmiażdżył jej odwłok, kończąc dzieło oderwaniem łba od reszty ciała. Żywioł z trzaskiem pochłonął także zwłoki.
— Cóż za niekomfortowa sytuacja, Leliano — rzucił z przekąsem Zevran, dopadłszy do przyjaciółki, by cięciami sztyletu pomóc jej się oswobodzić.
— Co ty nie powiesz? — syknęła drżącym głosem, z obrzydzeniem strząsając z siebie resztki pajęczyny. — Nigdy. Więcej.
Elf zaśmiał się cicho i pociągnął kobietę za łokieć, stawiając ją na równe nogi. Jeszcze chwilę podziwiali opalizującą oślepiająco jaskinię, wsłuchując się w agonalne piski pełzaczy, aż wreszcie zaklęcie się skończyło – ogarnęła ich ciemność oraz gryzący swąd dymu. Ellen stęknęła, gdy chwyciła osłabioną czarem Morrigan przed osunięciem się na kolana.
— Dziękuję — mruknęła do niej i posłała wiedźmie ciepły uśmiech.
Kobieta nie odpowiedziała. Nie była w stanie nawet dziewczyny odepchnąć.
— Poczekajcie chwilę — poprosiła schrypnięta Wynne.
Wraz z blaskiem magicznego światła, w zebranych uderzył subtelny powiew wiatru, przeganiając smród oraz dym. Wszyscy mogli nabrać głębszego wdechu, nie bojąc się o napad gwałtowne kaszlu. Ellen skinęła czarodziejce głową.
— To chyba na tyle w kwestii pełzaczy — stwierdziła spokojnie, ostrożnie puszczając Morrigan, kiedy ta spróbowała stanąć o własnych siłach. — Teraz doprowadźmy się do porządku i przeszukajmy okolicę.
Przyjaciele przytaknęli dość zgodnym pomrukiem. Oblepiający ich zbroje śluz zdecydowanie przeszkadzał, w dodatku powoli zaczynał cuchnąć. Należało jak najszybciej pozbyć się go w płynącej nieopodal rzeczce.

Chwila wytchnienia nie trwała długo. Ellen właśnie pomagała Lelianie ściągnąć ostatnie nici pajęczyny, w którą została opleciona, gdy rozległo się obcojęzyczne przekleństwo oraz huk. Obie spojrzały w stronę, skąd doleciał dźwięk, a Wynne uprzejmie posłużyła magicznym światłem, posyłając je nieco wyżej pod sklepienie. Strażniczka uniosła zaskoczona brwi, widząc Alistaira stojącego nad rozciągniętym na ziemi Zevranem. Westchnęła ciężko, wymieniła spojrzenie z przyjaciółką, po czym ruszyła do towarzyszy, zamierzając ich skarcić za niedojrzałe wygłupy.
Zanim tam jednak dotarła, a Strażnik zdążył szarpnąć elfa z powrotem na równe nogi – wcale się przy tym nieco triumfalnie nie uśmiechając – zjawił się Sten. Przykucnął nad nierównością, o którą potknął się ich przyjaciel, zrzucił z dziwnie płaskiej skały kilka kamieni, po czym coś podniósł. Ellen prawie krzyknęła ze zdumienia, uzmysłowiwszy sobie, że trzymał książkę wcześniej leżącą na niesamowicie zakurzonym, pokrytym grubą warstwą pajęczyn stoliku.
— Kadan — mruknął, odwracając się do Strażniczki. — To chyba ważne.
— Dziękuję, Stenie — odparła zaaferowana, biorąc oprawioną w skórę pozycję; nie była duża, w dodatku stronice pokrywało odręczne pismo, dlatego dziewczyna założyła, że natrafili na dziennik.
— To ja to znalazłem! — oburzył się Zevran, otrzepując się z brudu.
— Ty znalazłeś tylko guza — skomentował Alistair, wyraźnie ucieszony, że mógł towarzyszowi trafnie dogryźć.
Został jednak zignorowany, bo wszyscy żywo zainteresowali się trzymanym przez Ellen dziennikiem. Strażniczka przekartkowała znalezisko, szybko przebiegając wzrokiem notatki, aż natrafiła na interesujące informacje. Wydała z siebie cichy pomruk, który zirytowany Oghren skwitował wściekłym sapnięciem.
— Czytasz też nie umiesz, Strażniczko, że tak dychasz nad tekstem? — parsknął.
Couslandka odchrząknęła, puściwszy uwagę mimo uszu, i rozpoczęła lekturę na głos:
— Dziś znaleźliśmy dowody, że thaig Ortana nie stworzył Kowadła Pustki. Ruszamy na południe, do Twierdzy Umarłych. Kowadło musi znajdować się gdzieś za nią. Moi żołnierze mówią mi, że to obłęd, że Twierdza Umarłych jest pełna pomiotów, że zginiemy, nim zdołamy znaleźć Kowadło… — urwała na moment, wymieniając spojrzenie z podobnie zaniepokojonym Alistairem. — Jeżeli w ogóle można je tam znaleźć — podjęła. — Zostawiam ten dziennik tutaj, na wypadek, gdyby mieli rację. Gdybym zginęła w Twierdzy, być może ktoś inny będzie w stanie dojść dalej niż ja i odzyskać Kowadło. Jeśli nie powróci bowiem do nas, wszyscy jesteśmy zgubieni. — Po raz kolejny ucichła, by popatrzeć po milczących towarzyszach, zanim odczytała ostatnie słowa. — Jeżeli nie wrócę, a Oghren wciąż będzie żył, powiedzcie mu… Nie. To, co mam mu do powiedzenia, powinien usłyszeć on i nikt inny. Uznajcie to za moje pożegnanie.
Ellen od razu przewróciła kilka stron do przodu, nie znalazła tam jednak następnych wpisów. Wyglądało na to, że Branda spełniła swoją obietnicę co do joty. Strażniczka westchnęła ciężko, czując osuwającą się na dno żołądka bryłę.
Twierdza Umarłych. Pełna pomiotów. Tylko tego brakowało im teraz do szczęścia.
— Branda o mnie myślała! — sapnął z zachwytem Oghren, przerywając tym samym niezręczną ciszę, która zapadła po odczytaniu ostatniego wpisu. — Wiedziałem, że ciągle jej zależy. Stara romantyczka. — Wyszczerzył się mało mądrze. — Wygląda na to, że następny przystanek mamy w Okopach Umarłych — dodał już poważniej, przeniósłszy wzrok na zasępioną Strażniczkę. — Podobno gnieżdżą się tam całe stada mrocznych pomiotów. Lecz jeśli Branda tam poszła, ja udam się za nią.
— A my z tobą, bo jesteśmy szalonymi samobójcami — sarknął niezadowolony Zevran, krzywiąc się wymownie.
— Nie mamy zbyt dużego wyboru — zauważyła równie nieszczęśliwa Ellen, zamykając dziennik. — Po prostu udawajmy, że to już najgorsze, co może nas spotkać.
— Jesteśmy dość kiepscy w udawaniu — mruknął Alistair, bez słowa chowając znalezisko do torby, kiedy dziewczyna mu je podała. — Wydaje mi się, że jeszcze zatęsknimy za tym miejscem.
— Przeżyliśmy Ostagar — przypomniała zirytowana, próbując zachować minimum optymizmu. — A gorzej już raczej być nie może.
— Najlepiej zrobimy, jeśli po prostu ruszymy — wtrąciła Wynne; posłała towarzyszom łagodny, pokrzepiający uśmiech. — Czas nas goni.
Ellen niechętnie przytaknęła. Zwróciła spojrzenie na Oghrena, na co krasnolud machnął ręką w jeden z korytarzy i skierował się tam dziarskim krokiem. Dziewczyna nie miała nawet ochoty pytać, skąd niby wiedział, dokąd się udać. Podążyła za nim, wymieniwszy z Alistairem zrozpaczone spojrzenie.

Obóz rozbili po wielogodzinnej wędrówce, co cała grupa przyjęła z nieskrywaną ulgą. W spokoju zajęli się skromnymi posiłkami oraz przygotowaniami do spoczynku, nękani ponurymi wizjami przyszłości, ale także rozpatrywaniem przeszłości. Chociaż nikt nie cieszył się perspektywą mało fortunnej wędrówki w samo serce pomiociej armii, nawiązywali lekkie, niezobowiązujące pogawędki, które przyjemnie wypełniały dojmującą pustkę podziemi. W ciemności tylko głos drugiej osoby niósł tyle ukojenia, co lśniące ciepłem światło zaklęcia.
— Ja, eee, mogę mieć powód, by przeprosić siostrę — odezwała się zwykle najbardziej milcząca ze wszystkich Shale, obserwując jedzącą w spokoju Lelianę.
Kobieta opuściła pajdę chleba i popatrzyła na golema zdumiona.
— Przeprosić? Za co? — spytała niepewnie.
— Za sugerowanie, że siostra jest winna wierzeniu w rzeczy, które nie istnieją — wytłumaczyła usłużnie, wzruszywszy kamiennymi ramionami.
— Och, to. — Leliana uśmiechnęła się rozbawiona. — Już o tym zapomniałam. Dziękuję za przypomnienie.
— Wydaje mi się, że może to zapewniać nieco… ulgi… to wierzenie, że rzeczy dzieją się z konkretnego powodu — przyznała niechętnie, błądząc wzrokiem po kamiennym podłożu. — Przez te wszystkie lata, które spędziłam w Honnleath, niezdolna do ruchu, byłoby miło wierzyć w to, że kryła się za tym większa przyczyna.
— Uważasz, że się nie kryła? — mruknęła zaskoczona, unosząc brew. — Może Stwórca zrobił to, by sprowadzić cię tu, do nas. Kiedyś powiedziałaś, że nie masz celu — przypomniała. — Może szukałaś go po prostu w złym miejscu?
Shale przypatrywała się łuczniczce przez chwilę lub dwie, zanim powoli odwróciła głowę w drugą stronę. Leliana cierpliwie czekała, z nerwów skubiąc trzymany w dłoni chleb.
— Może — przytaknął wreszcie golem. — Muszę się nad tym zastanowić.
Kobieta skinęła głową, przyjmując taką odpowiedź. W spokoju zajęła się posiłkiem, podczas gdy Shale z cichym westchnieniem podniosła się, by jak zawsze usiąść bardziej na uboczu. Stamtąd zapatrzyła się na krzątających się po obozowisku towarzyszy.
Zadowolony Oghren wypił tego dnia większą część alkoholowego zapasu, przez co teraz drzemał, przytulony do swojej ukochanej piersiówki. W jego pobliżu z powodu charakterystycznego zapachu nie wytrzymał nawet Sten – ostatecznie życie obozowe skupiło się po drugiej stronie jaskiniowej niszy, w której postanowili odpocząć. Morrigan, wyczerpana walką, szybko udała się na spoczynek.
Wynne jeszcze walczyła ze słabym oświetleniem, ewidentnie próbując coś zrobić ze zdobytą pewien czas temu włóczką, ostatecznie jednak się poddała. Odłożyła robótkę do torby; zajęta niezadowolonym mamrotaniem, nie zauważyła, że dosiadł się do niej Alistair.
— Wiesz, ze wszystkich czarodziejek, które poznałem, jesteś pierwszą, o której mogę szczerze powiedzieć, że ją lubię — zagadnął staruszkę, posławszy jej ciepły, pogodny uśmiech.
Kobieta popatrzyła na niego z początku zaskoczona, szybko jednak się rozpromieniła.
— Och, dziękuję ci, Alistairze. Jestem wzruszona — mruknęła, przechylając głowę. — Też cię lubię. Wyobrażam sobie, że mój syn wyrósł na kogoś takiego jak ty.
Strażnik zmarszczył czoło, zdezorientowany wyznaniem. Przyjrzał się towarzyszce bardzo uważnie, jeszcze zastanawiając się, czy po prostu się przesłyszał albo może coś pomylił. Wyglądało na to, że nie.
— Twój syn? — powtórzył ostrożnie. — Wydawało mi się, że mówiłaś, że nigdy nie wyszłaś za mąż.
— To prawda — przytaknęła niewytłumaczalnie rozbawiona. — Nigdy nie byłam mężatką.
— Ja... och — westchnął ze zrozumieniem, szerzej otworzywszy oczy. — Czy to w takim razie nie było... przed dołączeniem do Kręgu? — spytał bardziej konspiracyjnym głosem, nachylając się do czarodziejki.
— Dołączyłam do Kręgu w wieku dziewięciu lat. Więc nie. — Spojrzała na zaskoczonego młodzieńca wymownie, nie powstrzymując przebiegłego uśmieszku. — Wciąż mnie lubisz?
Alistair posłał jej jeszcze bardziej zdezorientowane spojrzenie. Bezradnie przeczesał włosy dłonią, szukając wzrokiem ratunku, ale ten nie nadszedł.
— Eee... tak? Czemu miałbym nie? — wykrztusił.
— Dobrze. — Skinęła zadowolona głową. — Wygląda na to, że odszedłeś z Zakonu akurat na czas.
— Skoro tak mówisz — mruknął, zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem, po czym uznał, że wolał nie brnąć w ten temat.
Wzruszył ramionami i rozejrzał się po obozie, chcąc odnaleźć Ellen. Zastanawiał się, czy dziewczyna poszła już spać, czy może znowu uciekła na ubocze albo… Szybko jednak zorientował się, że właśnie podchodziła do milczącej, zasępionej Shale. Zawahał się z ruszeniem do niej, przemyślał ich aktualne możliwości i uznał, że może lepiej nie nadwyrężać szczęścia. Uśmiechnął się do pleców Strażniczki, nie potrafiąc nad sobą zapanować, po czym zabrał się do szykowania posłania.
Ellen przykucnęła obok golema i oparła się plecami o tę samą skałę. Przez chwilę zachowywała milczenie razem ze swoją towarzyszką.
— W jaki sposób Wilhelm wszedł w twoje posiadanie? — zagadnęła wreszcie, przechylając głowę, by lepiej Shale widzieć.
— To akurat wiem, bo Wilhelm często się tym przechwalał, o ile tylko znalazł się ktoś, kto chciał go słuchać — mruknęła, westchnąwszy. — Twierdził, że znalazł mnie na Głębokich Ścieżkach. Stałam rzekomo unieruchomiona w ruinach jednego z thaigów, a nieopodal leżała moja różdżka kontrolna.
Strażniczka mimowolnie rozejrzała się dokoła. Nigdy nie pomyślała, że Shale się stąd wzięła – mimo że wydawało się to zdecydowanie logiczne. Zacisnęła usta, niezadowolona z własnej głupoty, szybko jednak odgoniła od siebie te nieistotne kwestie.
— Co Wilhelm robił na Głębokich Ścieżkach? — zainteresowała się natomiast.
— Szukał skarbów. Taką miał pasję — odparła. — Podróżował tak dużo między innymi dlatego, bo szukał wejść do Głębokich Ścieżek, starych miejsc, o których krasnoludy dawno już zapomniały. Schodził na dół i zdobywał magiczne skarby, zanim innym przyszło do głowy uczynić to samo — wyjaśniła dodatkowo, spojrzawszy na Ellen.
Dziewczyna doszła do wniosku, że Wilhelm był wyjątkowo dziwnym człowiekiem. Z własnej woli najpewniej nigdy by tu nie zeszła, a nawet gdyby ciekawość zwyciężyła, szybko by oprzytomniała i stąd uciekła.
— Czy to nie było niebezpieczne? — spytała z nieskrywaną ironią, skinąwszy wymownie na drogę, z której przyszli.
— Zaiste, było. — Shale uśmiechnęła się pod nosem. — Dysponował jednak zaklęciami, które pozwalały mu pozostać niewidzialnym i szybko się poruszać. Przed Plagą nie mógł się jednak obronić i cały czas się martwił, że zachoruje. Jeśli pojawiały się jakieś pomioty, uciekał. — Wzruszyła ramionami. — Częściej jednak musiał walczyć z innymi poszukiwaczami, z krasnoludami, które zostały… zakażone.
Ellen od razu powróciła myślami do Rucka. Nie zdążyła się zasmucić jego losem, bo Shale ciągnęła niewzruszenie:
— I w końcu go to zabiło. No bo przecież… mnie tu znalazł, prawda? — Roześmiała się dość paskudnie.
— A więc gdyby cię nie znalazł…? — zaczęła, zawiesiwszy znacząco głos.
— Nie musiałabym znosić tego bałwana. I lepiej bym na tym wyszła. Nie wydaje mi się, bym – będąc tam – była świadoma — przyznała powoli. — Inaczej niż w wiosce. A może jednak byłam? Może to właśnie było to mroczne miejsce i po prostu nic nie widziałam? — zastanowiła się na głos. — Jak długo mogłam siedzieć w ciemności i gapić się w nicość, na chwilę nawet nie zasypiając? — Wzdrygnęła się widocznie. — Wolę o tym nie myśleć.
Ellen pokiwała w zadumie głową. Przez kilka chwil milczała, rozmyślając o tym, co mogło dziać się z Shale, zanim ją odnaleziono. Jak właściwie powstawały golemy? Nikt tego nie wiedział poza twórcą Kowadła, to nie ulegało wątpliwościom. Jeśli jednak były po prostu wykuwane, skąd brały osobowość? Tak jak Shale.
Dziewczyna prychnęła zirytowana, wiedząc, że takie rozmyślania do niczego nie prowadziły. Może im się poszczęści i odkryją tę tajemnicę. A może nie.
— Nie wiesz, skąd się tam wzięłaś? — mruknęła, zwróciwszy spojrzenie na golema.
— Wydaje mi się, że… pamiętam jakąś bitwę? To było wiele lat wcześniej. A później zapadły ciemności. Szlag — podsumowała niezadowolona. — Krótko mówiąc, nie. Nie pamiętam, skąd się tam wzięłam. To zresztą bez znaczenia.
— Wiesz, w którym miejscu Głębokich Ścieżek to było? — ciągnęła, nagle szczerze zainteresowana myślą, że mogliby trafić do dawnego domu Shale.
— Nie. Ten skryty drań nie chciał mi powiedzieć — poskarżyła się z wyrzutem. — Pytałam i pytałam, ale nieee. Zwykł mawiać, że pewnego dnia, jeśli będę posłuszna i nie naskarżę jego żonie, zabierze mnie tam i sama będę mogła się rozejrzeć — westchnęła. — Paskudny, kłamliwy drań. Gdybym dostała teraz jego głowę w swoje ręce, wycisnęłabym ją jak wielką cytrynę! — Poderwała ramiona i zacisnęła dłonie w pięści.
Ellen popatrzyła na to z nietęgą miną. Uśmiechnęła się nerwowo i poklepała golema po łokciu, w ten dość niezręczny sposób wyrażając całe swoje współczucie. Uznała, że czas najwyższy zostawić przeszłość Shale w spokoju, bo towarzyszka gotowa była kogoś skrzywdzić we frustracji.
— Nie wątpię — mruknęła. — Gdyby coś ci się przypomniało, z radością pomogę — zapewniła dodatkowo, uśmiechnęła się już nieco spokojniej i wstała.
Należało udać się na spoczynek, bo Oghren z pewnością będzie chciał wyruszyć możliwie najwcześniej. Strażniczka nie miała pojęcia, jakim cudem ten pijak padał nieprzytomny każdego wieczoru, by potem wstać pierwszym i wszystkich budzić. Najwyraźniej była to jedna z tajemnic tego świata.
Zniechęcona wizją wizyty w okupowanej przez pomioty Twierdzy Umarłych flegmatycznie zajęła się przygotowaniami do spoczynku. Wiedziała, że nie mogli przed tą podróżą uciec, ale w duchu liczyła, że może znajdą po drodze trupa Brandy i cała heca zwyczajnie się zakończy w ten brutalny sposób. Nawet pomimo tego, że tym samym pękłoby serce całkiem poczciwego Oghrena.
Zajęta niewesołymi rozmyślaniami, nie zauważyła, że usiadł przy niej Alistair. Skończyła właśnie rozkładać koc, kiedy podchwyciła jego zatroskane spojrzenie. Uniosła zdumiona brwi, nie wiedząc, o co chodziło.
— Masz bardzo ponurą minę — wyjaśnił od razu, wskazawszy jej twarz.
— Och. — Dotknęła swojego czoła, jakby stamtąd brała początek rzeczona ponura mina. — Takie tam zmartwienie. Te Okopy brzmią okropnie — przyznała, bez oporów siadając przy Strażniku, żeby się przytulić.
Alistair objął ją ramionami i wsparł brodę na jej głowie.
— Mówiłaś wcześniej co innego — przypomniał nieco rozbawiony. — Ostagar i te sprawy.
— Ktoś musi pilnować morale — żachnęła się zrezygnowana. — …i tak nikt nie uwierzył, prawda?
— Niestety — przytaknął, ale uśmiechnął się do Ellen ciepło. — Daj spokój, na pewno jakoś sobie poradzimy. Najwyżej rzucimy im Morrigan na pożarcie.
— Morrigan nam dzisiaj bardzo pomogła — wytknęła, uniósłszy na niego wzrok. — Mógłbyś przestać ciągle na nią narzekać.
— Nigdy.
Dziewczyna zaśmiała się cicho, poddając dyskusję. Już straciła wszelką nadzieję, że Strażnik zapała sympatią do wiedźmy albo na odwrót. Musiała się z tym pogodzić.
— Alistairze… — zaczęła cicho, układając głowę na jego ramieniu.
— Słucham cię — zapewnił miękko.
— Jak myślisz, bardzo nieodpowiednie będzie, jeśli pójdę spać z tobą? — zagadnęła zadumanym głosem, mnąc w palcach jego koszulę.
— Ostatnio często się zdarza, więc chyba nie — odparł po krótkim zawahaniu. — Zresztą jakby jeszcze nie wiedzieli.
— No wszystkiego to chyba nie wiedzą — żachnęła się z drobnym oburzeniem. — Ta konspiracja wygląda lepiej od wcześniejszej.
Alistair posłał jej sceptyczne spojrzenie, przez które lekko się zarumieniła. Uciekła wzrokiem w bok, niezadowolona.
— Wygląda — odpowiedziała sama sobie.
— Niech ci będzie — poddał się rozbawiony. — To chodźmy spać. — Sięgnął po jej koc, wygramolił się z objęć i wstał, tym samym postanawiając, że ułożą się bardziej z boku.
Ellen szybko go dogoniła, szczerze wątpiąc, czy jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie spokojnie usnąć bez Alistaira. A już szczególnie w nieprzystępnych, paskudnych Głębokich Ścieżkach, ziszczeniu wszystkich najgorszych koszmarów.

2 komentarze:

  1. To jest czytable
    I to bardzo
    Napisała czytelniczka widmo nie umiejąca pisać konstruktywnych komentarzy
    I usychająca z braku rozdziałów
    Miliamin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3
      Bardzo mi miło, że ktoś tu jeszcze zagląda, nawet nie wiedziałam! Wiem, nowości nie ma, ale nad tekstem ciągle pracuję. Zajęłam się przepisywaniem go od zera - jestem na etapie dwudziestych rozdziałów. Wrzucam to tu, na bloga, chociaż robiłam to bez większego przekonania. :D Z publikowaniem głupotek przeniosłam się w bardziej żywotne miejsce, nie wiem, czy cię to interesuje.

      Usuń